Zmarnowaliśmy cztery godziny, wyszukując wszelkich informacji na temat gryfów. O tym czym dokładnie są, skąd pochodzą... i innych tym podobnym bzdetach. Wiedziałem to już wcześniej, ale wolałem się upewnić czy aby niczego nie przegapiłem. Nie wątpiłem w swoją pamięć ani inteligencję, ale niekiedy dobrze było spojrzeć na temat szerzej, świeżym okiem. W tym wypadku na niewiele się to zdało.

- Nijak nie potrafię wychwycić związku między Tobą, a gryfem - westchnąłem ciężko, rozmasowując sobie skronie. Byłem zmęczony, a cichy, niecierpliwy głosik z tyłu głowy popędzał mnie do szybszego działania. Wolałem być teraz zupełnie gdzieś indziej, najlepiej w pobliżu pewnego stworzenia, które wkrótce miało stać się moim rozkosznym chowańcem.

- Może pochodzę z miejsca, w których występują? - zapytał, a ja posłałem mu spojrzenie pełne litości. Co za głupota! Powinien dziesięć razy zastanowić się zanim coś powie. Dla swojego i mojego dobra.

- Czy ty w ogóle rejestrujesz to o czym czytasz? Chociaż w najmniejszym stopniu? Gryfy pochodzą z odległych krajów, nie ma szans, byś stamtąd pochodził - odpowiedziałem mu, starając się nie zabrzmieć zgryźliwie. - Zresztą, nawet zgłoszenie twojego zaginięcia nie pomogłoby ci odnaleźć rodziny, nawet jeśli byś stamtąd pochodził. Od pokoleń jesteśmy skłóceni z rezydującymi tam czarodziejami i nie byłoby mowy o jakiejkolwiek współpracy. Tu rodzi się pytanie: po co ktoś miałby szantażować George'a Gritza, by nie informował o zagubionym, małym chłopcu, jeżeli taka informacja nie przyniosłaby żadnego efektu? Nie mówię, że twoje rozumowanie jest całkowicie błędne, ale jeśli podążymy tym torem, będziemy musieli założyć, że możesz pochodzić z każdego innego kraju, a to nieco poszerza zakres naszych poszukiwań i zarazem cholernie utrudnia. Wątpię w to jednak, ponieważ George w swoich poszukiwaniach nie przekroczył granic naszego państwa, więc to musiało się zacząć gdzieś w bliższej lub dalszej okolicy. Poza tym nie sądzę, by ktoś zadał sobie tyle trudu, by przetransportować cię aż tutaj skoro jest wiele innych miejsc. Zwłaszcza, że w niektórych z nich miałbyś niskie prawdopodobieństwo przeżycia. Gdybym ja chciał się kogoś pozbyć to raczej nie pozwoliłbym mu dotrzeć do innych czarodziei, gdzie sprawa prędko mogła zostać rozwiązana.

Popatrzył na mnie dziwnie, jakby właśnie sobie wyobrażał, do czego byłem zdolny. I chyba nie spodobało mu się to, co widział, bo potrząsnął głową, wracając do tematu. Ignorując oczywiście ostatnią część mojej wypowiedzi.

- Masz rację. Skupmy się wyłącznie na Anglii. Czy istnieje jakakolwiek hodowla gryfów lub jest ktoś, kto zajmuje się tym tematem? Co prawda, w księdze zapisali, że wszelkie próby oswojenia kończyły się niepowodzeniem, ale czy możemy założyć, że autor sprawdził wszystkich czarodziejów? - Dominik zamknął księgę i pochylił się, opierając czołem o oprawę. Wyglądał zupełnie tak jak ja się czułem. Z zaskoczeniem zanotowałem, że jednak coś tam zostawało w jego pustej głowie, nawet jeśli skończył czytać. Najwyraźniej temat był wystarczająco interesujący. - Śmiem wątpić. Jestem przekonany, że żyje wielu czarodziejów wystarczająco szalonych, by podjąć się takiego wyzwania.

- Punkt dla ciebie - powiedziałem, przytakując z zadowoleniem. Pierwsza dobra dedukcja, niemal byłem pod wrażeniem. Może jednak coś z niego wyrośnie. - Istnieje jedna, niedaleko stąd. Nie wydaje mi się, żeby mieli cokolwiek z tobą wspólnego. Właściciele mają dwójkę dzieci, nie zgłosili zaginięcia żadnego z nich. - O tym akurat wiedziałem dość sporo. Hodowlą dzikich bestii zajmował się bowiem kuzyn Casimira. Cała rodzina Reidów szczyciła się swoim szaleństwem i nonszalanckim stosunkiem do niebezpiecznych stworzeń, a mnie niezmiennie to intrygowało, więc miałem ich na oku.

- To rewir mojej rodziny, wszystkie zaginięcia są zgłaszane naszym zarządcom każdego miasta i wsi, a następnie umieszczane w oficjalnych rejestrach. Sprawdziłem wszystkie sprzed piętnastu lat i było ich tylko trzy, z czego dwa zakończyły się odnalezieniem zaginionych, a jedno... cóż, pewien czterolatek nie był należycie pilnowany i utopił się w jeziorze. Jego ciało znaleziono kilka dni po zgłoszeniu.

Wzruszyłem ramionami. Jeśli ktoś nie potrafił utrzymać bachora na wodzy to nie była przecież moja sprawa. Nie znosiłem małych gnojków.

- Mówisz to z takim spokojem? - Dominik uniósł brwi w ewidentnym zdziwieniu. - Przecież to tragedia! Zwłaszcza, że było to jeszcze dziecko!

Zirytowałem się nieco, rozważając przypadkowe kopnięcie go pod stołem. Chyba pozwolę mojemu bazyliszkowi go zjeść, tak dla zasady.

- Nie odpowiadam za bezmyślność innych. Jeżeli nie potrafią wyobrazić sobie konsekwencji podejmowanych decyzji, to ponoszą zasłużoną karę. Za głupotę się płaci, czasem surowo.

- Sal, zdajesz się być inteligentnym czarodziejem, ale w momentach takich jak ten mam wrażenie, że ulegasz procesowi skretynienia. Oczekujesz od dziecka rozwagi, której czasem brakuje nawet i dorosłemu. Nie ma w tym ziarna sensu. Powinieneś... - Jego wypowiedź została nagle urwana, choć i tak zdążył powiedzieć stanowczo za dużo. Był tak zaaferowany wielką, szarobrązową sową wlatującą do pomieszczenia, że zupełnie mnie zignorował. A ja czułem się zniesmaczony obecnością ptaszyska Roweny w mojej bibliotece. Muszę zapamiętać, że zawsze należy mieć okna zamknięte. Nawet, jeśli jaśnie królewicz narzeka, że w pomieszczeniu jest za duszno, by rozsądnie myśleć. - Odpowiedź od Roweny!

Jakbym sam tego nie wiedział, doprawdy. Ten chłopak miał zdumiewającą umiejętność do stwierdzania oczywistości. Podbiegł do sowy i zabrał list, po czym skierował się z powrotem na swoje miejsce. Opierzony, przerośnięty kurczak siedzący na parapecie, nie wyglądał na zadowolonego. To coś zamachało skrzydłami, a do tego zahuczało z oburzeniem, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę. Dominik zaśmiał się i wrócił do stworzenia, by pogłaskać pióra.

- Lubisz czułości, co Grace? - zapytał idiotycznie, a sowa, jakby zrozumiała, co powiedział, zahukała dla odmiany przyjaźnie. Odwróciła się i odleciała, a on odprowadzał ją wzrokiem. Na wszelki wypadek od razu zamknąłem okno za pomocą magii, żeby uniknąć powtórki z rozrywki. - Rowena odpisała, może rzuci światło na pewne sprawy.

Napisał do niej! A to zdrajca. Przecież ja miałem się tym zająć zanim w ogóle wtajemniczymy ją w całą sytuację. Głupkowaty uśmieszek wciąż przyklejony do jego twarzy, nie pomagał. Za to kojąco działało na mnie wyobrażanie sobie jak wielki wąż pochłania Dominika w całości. Żywcem. Nie pozwoliłbym mu go zabić wzrokiem, ale mógłbym pomóc, petryfikując ofiarę, żeby się nie wierciła.

Stanąłem za chłopakiem, kiedy ten z niecierpliwością rozrywał kopertę, by jak najszybciej przeczytać zawartość.

Pomijając nieistotne szczegóły ze swojego życia, którymi uraczyła nas na wstępie, przeszła szybko do własnych teorii, przy czym zaczęła od poparcia mojego rozumowania odnośnie powiązań Dominika z gryfami.

Następnie wspomniała o wtajemniczeniu Finlaya, a mnie niemal trafił szlag. Czarodziej ten był cwaniakiem jakich mało i uważał, że wie wszystko najlepiej. Chętnie też wygłaszał swoje poglądy, nawet jeśli tyczyły się to lepszych od niego. Zwłaszcza, jeśli tyczyły się lepszych od niego. Zawsze oceniał wszystkich po usłyszeniu zaledwie kilku plotek, nie zniżając się do poznania kogokolwiek lepiej. Zapatrzony w siebie idiota.

Nie rozszarpałem listu na strzępy, tylko dlatego, iż zaciekawił mnie jej tok myślenia. Nawiązała do naszych rodowych herbów, a ja w lot pojąłem do czego zmierzała i nie byłem pewny czy ten kierunek mi się podoba.

Zbyłem milczeniem jej uwagę o krukach oraz wężach, notując w pamięci, by powrócić do tego tematu w odpowiednim czasie. I w jej obecności, oczywiście.

Postanowiłem zaufać, że się nie myliła. Nie chciało mi się sprawdzać czy wymieniła wszystkich, ale znałem ją wystarczająco, żeby wiedzieć, iż sumiennie podchodziła do różnych spraw. Uznałem, że branie pod uwagę Stewartów oraz Robertsonów było bezsensowne skoro już się nimi zajęła. Zostali nam Walshowie.

- Więc Walshowie mogą być moją rodziną? - spytał Dominik, kiedy skończył czytać, unosząc wzrok znad listu. Przełknąłem przytyk, który poinformowałby go o tym, że nie zaczyna się zdania od "więc". Dla własnego zdrowia psychicznego, wolałem go nie poprawiać. Jego zarumienione policzki podpowiedziały mi, że chłopak bardzo się podekscytował. Nie chciałem zabijać tej nadziei, która pojawiła się w jego oczach.

- Jest niewielkie prawdopodobieństwo, dlatego nie nastawiaj się na dobre wieści. Jeżeli to był zły trop, zawód będzie boleśniejszy - ostrzegłem go delikatnie. Wyjąłem list z jego rąk, by jeszcze raz, na spokojnie się z nim zapoznać. - Z samego rana wybiorę się do Walshów, trzeba to załatwić jak najszybciej.

Widmo mojego chowańca machało mi z coraz bardziej oddalonej przyszłości.

Aportowałem się na terenie Gryffindorów, pilnując, by moja twarz skrywała się w cieniu kaptura. Postępowałem nie do końca zgodnie z zasadami, ponieważ powinienem najpierw oficjalnie się zapowiedzieć. Tak się postępowało w przypadku silnych, wysoko usytuowanych rodów, wkraczając na ich terytorium. O ile dane rodziny nie były zaprzyjaźnione. Jak w przypadku Roweny i moim. Dostrzegałem zaciekawione spojrzenia rzucane mi przez mijanych ludzi, choć żaden nie odważył się mnie zaczepić. Dotarłem do domu Walshów, nie niepokojony przez nikogo. Zapukałem do drzwi, a drzwi otworzyła mi jakaś kobieta.

- Czy zastałem Waltera? - zapytałem na wstępie.

- Kim pan jest? - odparowała, nie odpowiadając na pytanie. Rzuciłem na nią dyskretnego imperiusa, by wpuściła mnie do środka. Nie chciałem wzbudzać jeszcze większej sensacji. Nie mogłem tak po prostu jej wypytywać, w ogóle nie powinno mnie tu być. Zamknąłem drzwi, wsłuchując się uważnie w otoczenie. Nie słyszałem żadnych dźwięków dochodzących z głębi domu, więc uznałem, że akurat jest sama. To nawet dobrze się składało, bo kobiecy mózg zwykle był słabiej chroniony. Nie poświęcało mu się aż takiej uwagi jak męskiemu, więc stanowił dla mnie kopalnię informacji.

- Legilimens - rzuciłem, nie dając jej czasu na reakcję. Przegrzebałem się szybko przez niepotrzebne informacje dotyczące życia codziennego, aż znalazłem to czego szukałem. Wydostałem się z jej umysłu, orientując się nagle, że znalazła się na kolanach. W ogóle nie zarejestrowałem jej upadku. Być może moje wtargnięcie okazało się nieco brutalniejsze niż przypuszczałem. No trudno. Hołdowałem zasadzie: po trupach do celu. - Obliviate!

Kobieta zamrugała, patrząc na mnie przez moment zamglonym spojrzeniem.

- C-co się stało? - spytała.

- Akurat przechodziłem, kiedy zauważyłem, że niemal zemdlała pani na progu - powiedziałem fałszywie zaniepokojonym głosem. - Złapałem panią, ale chyba nie czułaś się najlepiej, więc pozwoliłem sobie zaprowadzić cię do środka. Niczego pani nie pamięta?

- Nie, przepraszam. Wydaje mi się, że już mi lepiej - powiedziała niepewnie, puszczając się mojego ramienia. - Dziękuję, panie...?

- Montgomery. August Montgomery - skłamałem płynnie.

- Może napije się pan herbaty? - spytała uprzejmie, chociaż wizja obcego pod nieobecność męża, nie napawała jej radością.

- Nie, dziękuję. Troszkę się śpieszę - odrzuciłem prędko ofertę, po czym dodałem: - Na przyszłość, proszę na siebie uważać.

Zwłaszcza na nieznajomych, uściśliłem w myślach.

Wróciłem do domu przed południem. Dominik zdawał się porzucić dotychczasowe zajęcie i przybiegł prędko, zasypując mnie od progu pytaniami.

- Walshowie w przeciągu ostatnich piętnastu lat mieli w rodzinie tylko jedno dziecko, córkę, która zmarła rok temu - powiedziałem mu, obserwując jak ulatuje z niego cała nadzieja, a spojrzenie staje się przygnębione. Byłem zmęczony i marzyłem wyłącznie o ciepłym łóżku.

- Więc wróciliśmy do punktu wyjścia - rzucił z żalem Dominik, a mnie ponownie nie chciało się go poprawiać. - Myślałem, że wszystko się wyjaśni... Co teraz?

- Podejrzewam, że postaci z twojego snu wcale nie chodziło o gryfa - powiedziałem po namyśle. Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby uporządkować sobie wszystkie informacje i doszedłem do wniosku, iż musiało chodzić o coś całkiem innego. - Możliwe też, że źle usłyszałeś i poświęciliśmy ostatnie dni na próżno.

Dominik sprawiał wrażenie osoby, która za moment się popłacze. Jego oczy błyszczały od powstrzymywanych łez, a mnie kusiło, by zrobić coś, co mogłoby go pocieszyć. Tylko nie miałem pojęcia czym to "coś" mogłoby być. Odsunął się nieco i usiadł na kamiennych schodach, chowając twarz w dłoniach. Nie chciałem, by był przygnębiony czy smutny. Coś w moim wnętrzu zaciskało się boleśnie na ten widok..

- Wiem jednak, co możemy zrobić, by poznać prawdę - zaryzykowałem po chwili. Krążyło mi to po głowie przez całą drogę powrotną. Nie sądziłem jednak, by chłopak ufał mi aż w takim stopniu. Szczerze mówiąc, nie sądziłem, żeby w ogóle mi ufał. W końcu nie dałem mu ku temu zbyt wielu powodów. - Użyję legilimencji. Jeżeli wyrazisz zgodę, rzecz jasna.

Ku mojemu najwyższemu zdumieniu, Dominik zgodził się zaryzykować. Najwyraźniej chęć poznania prawdy zdominowała nieufność wobec mnie. Z konsternacją zauważyłem, że wolałbym, by wynikało to z innych powodów.

Siedział na fotelu wyciągniętym na środek pokoju wyraźnie podenerwowany. Stałem naprzeciwko niego, leniwie obracając różdżkę w dłoniach. Skupiłem całą uwagę na swoim zadaniu. Nie chciałbym przypadkowo naruszyć delikatnej struktury jego umysłu. Zwłaszcza, że ktoś przede mną ewidentnie w nim już namieszał.

- Legilimencja jest dziedziną magii, uważanej za niebezpieczną i wielu nieprzychylnie patrzy na jej stosowanie - zacząłem na wstępie. Chciałem, żeby wyzbył się wszelkich wątpliwości, więc musiałem się upewnić, iż ma jasność co do tego, że wiem co robię. - Jest to zdolność, która pomaga wkroczyć w umysł innej osoby i poznać skrywające się w nim uczucia i wspomnienia. Jest to sztuka, której opanowanie jest nie lada wyzwaniem dla czarodziejów i nie każdy posiada ku temu predyspozycje.

- Jak rozumiem, świetnie nią władasz? - zapytał Dominik z uśmiechem, którym maskował niepokój. Ukuł mnie ten lekki przytyk pobrzmiewający w jego głosie.

- Przyswajam sobie wiedzę i zdobywam umiejętności bez najmniejszego trudu. Nie jest sztuką nauczyć się czegoś, kiedy jest się po prostu dobrym czarodziejem - przyznałem prosto, ale zgodnie z prawdą. Nie byłem przyzwyczajony do umniejszania swoich zdolności. Pracowałem nad nimi od zawsze i szczyciłem się własną samodyscypliną i organizacją. To właśnie te cechy doprowadziły mnie do punktu, w którym jestem. Do tego kim się stałem.

Chłopak zachichotał, a ja nie wiedziałem dlaczego. Irytujące.

- Powinienem coś zrobić? - spytał, wiercąc się w fotelu, szukając odpowiedniej pozycji.

- Jeżeli skupisz się na śnie i przywołasz go w myślach, będzie to bardzo pomocne i nie będę musiał dokonywać selekcji twoich wspomnień. Jednak nie będzie problemu, jeśli ci się to nie uda. Postaram się nie ingerować za bardzo w twoją prywatność - zapewniłem go. Musiał poczuć się bezpiecznie, żeby nie bronić się przed najściem. To wiele by utrudniło. Wycelowałem w niego różdżką, na co drgnął niespokojnie. - Rozluźnij się.

- Sal? - odezwał się, a jakaś wrażliwa nuta pobrzmiewała w jego głosie. Wyglądał jakby wyszedł ze swojej bezpiecznej strefy, podatny na wszelkie zranienia. Chciałem zmyć ten strach z jego oblicza. Wygładzić zmarszczki niepokoju w kącikach oczu zbyt ufnych dla jego własnego dobra. - Czy to będzie bolało?

- Nie powinno - uznałem z lekkim wahaniem. Nie wiedziałem co znajdę w jego głowie. Równie dobrze mogłem natknąć się na jakąś blokadę czy inną, nienaturalną przeszkodę. - Zwykle odczuwa się wtedy drżenie, potliwość, a przede wszystkim zmęczenie nieporównywalne do fizycznego. To twój pierwszy raz, więc możesz jednak odczuwać zawroty głowy.

- Dobrze... po prostu przypomniałem sobie Morgana... nie chciałbym się posikać na twoich oczach - powiedział, po czym się zaczerwienił. Westchnąłem. Wydawało mi się to lepszym posunięciem niż drążenie tego tematu. Chłopak był już wystarczająco speszony. Nawet bez moich zapewnień, że nie musi się krępować. Wszystko rozumiałem.

- Zaufaj mi - niemal wyszeptałem. Byłem pewny, że usłyszał dopiero wtedy, kiedy skinął głową, uśmiechając się szeroko.

- Ufam jak nikomu dotąd - odpowiedział, zamykając oczy. Mój żołądek wywinął koziołka, a ja nie byłem w stanie powstrzymać zadowolonego uśmiechu wpływającego na twarz. Nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś cię skrzywdził, pomyślałem. Skupiłem się na swoim zadaniu, żeby przypadkiem nie popełnić jakiegoś błędu, choć i tak nie brałem pod uwagę takiej możliwości.

- Legilimens.

Znalazłem się wewnątrz umysłu Dominika. Nie mógł mnie zobaczyć, ponieważ to nie był MÓJ umysł. Nie posiadałem tutaj praktycznie żadnej władzy, nie mogłem nawet przybrać fizycznej postaci... to znaczy nie całkiem fizycznej; ciężko to wytłumaczyć, jeśli samemu się tego nie doświadczyło. Jeśli kiedykolwiek wcześniej wszedłbym do umysłu chłopaka - a nie tylko pobieżnie przeglądał jego myśli - bądź łączyłyby nas więzy krwi lub magii, miałbym możliwość wytworzenia swojego mentalnego obrazu. Niestety.

Rozejrzałem się wokół. Głowa Dominika była totalnie zabałaganiona. Przez moment sam czułem się zagubiony, zastanawiając się jak on może normalnie funkcjonować. Nic dziwnego, że nauka kompletnie mu umykała skoro jego umysł tak dosadnie przypominał śmietnik. Milion niepotrzebnych, pomieszanych myśli, nakładające się na siebie emocje, zagmatwane uczucia. Jakiś koszmar. Zwłaszcza, że naprawdę lubiłem porządek.

Dominik przypomniał sobie chyba o moich zleceniach, ponieważ jakimś cudem skupił się na swoim śnie. Mentalnie dotknąłem jego pleców, chcąc go ponaglić, a jednocześnie wesprzeć.

Oglądałem sen uważnie, skupiając się na szczegółach. Nawet nie zauważyłem, że z każdą chwilą, każdym kolejnym słowem, coraz bardziej zatapiałem się w jego umyśle. Niewidzialne sidła oplatały już moje nogi, sięgały powoli ud. Ocknąłem się, jakby ze snu. Zmieszany i otępiały. Odruchowo podjąłem się próby zerwania połączenia, ale bez skutku. Szamotałem się w magicznych więzach niczym zwierzę na uwięzi. Ktoś ewidentnie chciał mnie zatrzymać wewnątrz, wiedziałem za dużo. Ciekawe co to za zaklęcie. Chociaż w tym momencie bardziej interesowała mnie wolność niż nowatorskie, zaawansowane czary. Mogłem ingerować własną magią, miałem przecież zorganizowany, potężny umysł, ale niepotrzebnie mógłbym uszkodzić Dominika. Mimo wszystko wolałem tego uniknąć.

Ostrożnie szarpnąłem za więzy, dziwiąc się ich konstrukcji. To było jak poezja, niemal się zauroczyłem. Przepuściłem między palcami maleńkiego ognia, przypalając zakończenia nerwowe tego czegoś. Czymkolwiek to było. W jakiś dziwny, niepojęty sposób to żyło. Najwyraźniej na dobre zadomowiło się w jego umyśle, zyskując własną, pasożytniczą osobowość. Nadpaliłem przytrzymujące mnie nienawistne pnącza, a one zaczęły się cofać pod naciskiem destrukcyjnej magii, więc podążyłem za nimi, zostawiając Dominika sam na sam z jego snem. Musiałem dotrzeć do sedna zaklęcia, by wyrwać je z korzeniami i zniwelować ewentualne oddziaływanie. Szybko zauważyłem, że nie było ono głupie, a wręcz przeciwnie; umiejętnie lawirowało między rdzeniem chłopaka, czując się tu jak u siebie. W niektórych miejscach niemal perfekcyjnie naśladowało jego aurę, co zbijało mnie z tropu. Musiałem pozostać całkowicie skupiony, zmarszczyłem czoło, kiedy zaklęcie zniknęło z pola mojego widzenia. Zamknąłem oczy, wypuszczając magiczne macki własnej mocy, żeby namierzyły intruza. Pasożyt był silny, cwany, ale również niestabilny. Migotał niczym jaskrawozielone światełko we wzburzonym jeziorze pełnym mętnej, zgniłej wody. Podążałem w stronę centrum, w kierunku jego siedliska, gdzie potężna kula energii napędzała jego rozwój, zadanie i cel. Odnalazłem ją, stoczywszy po drodze kilka walk pełnych szarpaniny i nieczystych zagrań. To coś żywiło się Dominikiem, odkryłem ze zdumieniem. Owijało się wokół jego umysłu, pochłaniając wszystko co tylko miał do zaoferowania; nic dziwnego, że jego nauka była aż tak problematyczna. Z satysfakcją wbiłem rozżarzone dłonie w sam środek wylęgarni pasożyta, spalając go od wewnątrz. Wił się, wrzeszcząc nieludzkim głosem, skwiercząc i wyjąc. Włoski na moim ciele stanęłyby dęba, a pot zapewne spłynąłby po plecach, gdybym oczywiście miał właśnie materialną postać.

Byłem już tak blisko swojego celu, naciskałem, paląc to coś żywcem, kiedy - nim wybuchnęło w miliard prędko znikających iskier - posłało w moją stronę impuls energii, który powalił mnie na kolana. Zaśmiałem się nerwowo, oblizując wargi z mojej własnej krwi, uświadamiając sobie, że powróciłem do rzeczywistości. Tak! Udało się. Zniszczyłem zaklęcie i choć był to powód do radości, gdzieś w głębi duszy czułem małe ukłucie żalu, że nie zdołałem rozwiązać zagadki jego pochodzenia. Mógłbym się temu przyjrzeć, rozłożyć na czynniki pierwsze, zbadać do czego było zdolne. Cóż, przepadło i sam byłem sobie winien. Najważniejsze, że Dominik został uwolniony. Właśnie, Dominik! Zupełnie o nim zapomniałem. Podczołgałem się do niego, zbyt wyzuty z sił by wstać. Chłopak rzucał się i szarpał, leżąc na podłodze u podnóża fotela, na którym wcześniej leżał. Jego oczy, choć szeroko otwarte, zdawały się zupełnie ślepe na rzeczywisty świat, a usta miał rozwarte w niemym krzyku. Złapałem go za ramiona, potrząsając nim niczym bezwładną lalką, szepcząc gorączkowo inkantację zakańczającą zaklęcie. I wtedy wrzasnął nieludzko, jakby ktoś obdzierał go żywcem.

- Dominik! - zawołałem potrząsając nim, choć pragnąłem tylko uciec od dotyku tego nienaturalnie gorącego ciała. Czułem jak na moich dłoniach pojawiają się pęcherze, kiedy te nieopatrznie zetknęły się z rozpaloną skórą. Pot skroplił jego zaczerwienioną twarz i szyję, wargi miał suche i spierzchnięte, a mokre, lepkie włosy przywarły do czoła. - Dominik! DOMINIK!

I nagle zareagował... dziko, gwałtownie... poderwał się do siadu w jednej sekundzie, drżąc niekontrolowanie na całym ciele. Łzy spływały mu po twarzy, kiedy rozglądał się wokół przerażonym spojrzeniem, dopóki nasze oczy się nie spotkały.

Ulga spłynęła na mnie niczym chłodna, odświeżająca woda, zostawiając po sobie obolałe od ciągłego napięcia mięśnie. Byłem zaniepokojony, ale szczęśliwy, że przeżył. Miałem tylko nadzieję, że jego umysł nie został w żaden sposób uszkodzony. Musiałem to później sprawdzić.

Rowena mnie zabije, pomyślałem. Wszystko wymknęło się spod kontroli. Euforia wywołana korzystaniem z czarnej magii, opadła, zabierając ze sobą całą słodycz, pozostawiając w ustach cierpki, metaliczny posmak. Nigdy wcześniej nie zatraciłem się w mroku do tego stopnia. Dotąd to ja byłem panem, miałem absolutną władzę... Teraz zacząłem wątpić czy kiedykolwiek potrafiłem nad nią zapanować. Strach ścisnął mnie za gardło, kiedy pojąłem powagę sytuacji. Swoją nierozwagą mogłem zabić nas oboje i nawet tego nie zauważyć. Wziąłem głęboki, powolny wdech, a potem kolejny i jeszcze jeden, aż zacząłem się uspokajać. Poluźniłem uścisk na ramionach chłopaka i powoli podniosłem się do pozycji stojącej. Dominik rzucił się na mnie mocno, obejmując ściśle i wtulając twarz w moją pierś, a siła uderzenia odebrała mi na moment dech. Łkał głośno, wołając moje imię z wyjątkową desperacją w głosie. Trzymał się mnie kurczowo, jakby nic innego mu nie pozostało... jakby nic się nie liczyło, a świat wokół przestał istnieć.