Pobłogosławić cię i zatrzymać
Sherlock budzi się, nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. Jest tu ciemno, wilgotno i pusto. Jego nadgarstki są związane nad głową – zwisa na nich, jego stopy znajdują się kilka cali ponad ziemią. Słyszy jak woda kapie w pobliżu. Wydaje mu się, że jest sam. Odczuwa ból.
Nie wie dokładnie, jakich obrażeń doznał, nie może stwierdzić w tej pozycji, ale jego żebra bolą, tak samo ramiona, głowa i twarz. Niejasno przypomina sobie bójkę i to, jak go znokautowano po kilku ciosach. Nie czuje ciężaru swojego telefonu w kieszeni spodni, co oznacza, że ma go osoba, która go porwała. Albo że go wyrzucono. Nie ma pojęcia, jak długo był nieprzytomny, ale John musi już wiedzieć, że coś jest nie tak. Musi się martwić. Ma nadzieję, że zawiadomił już Lesrade'a i policję. Próba odnalezienia go w pojedynkę może nie być najlepszym pomysłem.
- Obudziłeś się.
Kobieta – Alexie Vernham, Amerykanka poszukiwana na arenie międzynarodowej z powodu licznych morderstw i współpracy z terrorystami, handlująca poufnymi, rządowymi informacjami – podchodzi, pojawiając się w jego polu widzenia, wprost z nieprzeniknionej ciemności do wąskiego kręgu światła, mającego swoje źródło gdzieś nad jego głową. Jest spokojna i zadowolona z siebie, uśmiechając się nieznacznie, kiedy patrzy jej w twarz. Wyciąga rękę i dotyka jego czoła kciukiem, zbierając z niego krew i brud.
- Czekanie zaczynało mnie nudzić – mówi.
- Czego chcesz? – pyta Sherlock, zbyt zdezorientowany i zmęczony, by silić się na błyskotliwość. Odkrywa, że gdy mówi, bolą go płuca.
- Ciebie. Sprzątniętego z ulicy. Nie stojącego mi więcej na drodze. – Przesuwa dłonie po jego policzkach aż do szczęki. – Boże, jesteś śliczny. Czuję się, jakbym złapała jakieś dzikie zwierzę z gatunku zagrożonego wymarciem. – Opuszcza ręce na jego klatkę piersiową.
Sherlock zerka na nią spod na wpół opuszczonych powiek, oddychając z wysiłkiem.
- Jaka szkoda, że muszę cię zabić – mówi. – Mógłbyś być nieocenioną pomocą. Ale wiem, że nie będziesz współpracował. Nigdy nie pracowałeś z ludźmi jak ja.
- Skąd to wiesz?
- Wiem wszystko, skarbie. Masz imponujący dorobek.
Opiera dłonie na biodrach i wpatruje się w niego. Sherlock wbija wzrok w ziemię. Palący ból w jego rękach i ramionach narasta z każdą chwilą. Czuje obrzęk na twarzy i karku. Wstrząs mózgu jest prawdopodobny, ale siniaki są pewne. Traci czucie w palcach; zbyt ciasne więzy nie pozwalają krwi krążyć.
- Cóż – mówi. – Na co czekasz?
- Chciałam pobyć z tobą trochę sama. Sądziłam, że będziesz bardziej interesującym partnerem do dyskusji niż do walki.
Sherlock mruga słabo, jego mózg próbuje opracować rozwiązanie, wyjście z sytuacji, ale jest zbyt wyczerpany i rozproszony przez ból, by pracować właściwie.
Kobieta krzyżuje ramiona na piersiach i zaczyna obchodzić go wokoło.
- Moje źródła donoszą, że masz bardzo niezwykłą relację z doktorem Watsonem. Żyjecie razem, najczęściej towarzyszy ci w śledztwach… Czy to w pracy, czy w domu, pozostajecie w bardzo zażyłych stosunkach. Śpicie w tym samym łóżku… Ale wszyscy uważają, że nie uprawiacie seksu. Nigdy się nawet nie całowaliście. Powiedz mi, panie Holmes, o co w tym chodzi?
Sherlock kaszle.
- To nie twój cholerny interes.
Kobieta zatrzymuje się i uśmiecha.
- Jesteś w nim zakochany? Bo sądzę, że jesteś. I sądzę, biorąc pod uwagę, jak wyruszył ci na ratunek, właśnie teraz, kiedy rozmawiamy, że jest to odwzajemnione uczucie.
Niemal wzdycha. Jego ciało słabnie. Opiera twarz na ramieniu i zamyka oczy.
- Nigdy nie miałeś seksualnych relacji. Ani razu w życiu. Aż nagle pojawił się John Watson, ale nawet dla niego nie zrobiłeś wyjątku… Ani on dla ciebie, biorąc pod uwagę jego bogatą historię z kobietami. – Alexis podchodzi do Sherlocka, patrzy na niego, dotyka odsłoniętej strony twarzy. – Więc co wy, do diabła, robicie razem?
Nie zwraca na nią uwagi, nie otwiera oczu. Po raz pierwszy w ciągu tych lat czuje, że to właśnie koniec – tutaj umrze. Sam. John może nigdy nie odnaleźć jego ciała, nie będzie wiedział, co się stało, nie dostanie ich wspólnej emerytury na wsi, której tak chciał. Obwinia się o to.
Łza spływa mu z oka, wzdłuż nosa i aż do ust. Nie czuje tego, ale Alexie ją widzi. Przesuwa kciukiem po mokrym śladzie.
- Nie jesteś nawet w połowie tak bezduszny, jak chcesz, aby ludzie sądzili – mówi. – Dziwadło, pewnie. Ale nie nieludzki.
John był pierwszą osobą, która sprawiła, że Sherlock poczuł się jak coś innego niż dziwadło. Zanim się spotkali, uwierzył, że ci, którzy nazywają go w ten sposób, widząc różnicę pomiędzy nim a sobą, mają rację opartą na empirycznych faktach. Uważał, że jest jedynym aseksualnym człowiekiem w Anglii, a może nawet na świecie. Tak się w każdym razie czuł. Z pewnością był jedynym Sherlockiem Holmes – unikatowym w swoim geniuszu i swojej pracy. Wmówił sobie, że jest socjopatą, co uważał za zadowalającą potworność, stworzoną na użytek ludzi poniżej jego inteligencji i zdolności rozumowania. Samotność narastała w nim, umykając jego uwadze, jak chroniczny ból. Nieistotna. Nieistotna, póki nie poznał Johna.
Dłoń Alexie przesuwa się do paska jego spodni, dotykając go delikatnie, ale sugestywnie.
Sherlock nie porusza się, ani nie patrzy na nią.
- Sherlock Holmes nie powinien umierać jako dziewica – mówi, odpinając jego pasek.
Rozpina jego spodnie, wsuwa dłon po koszulę i dotyka jego biodra. Wzdryga się, ale nie z pożądania. Nie zamierza walczyć. Nie miałoby to sensu. Nie może uwierzyć, że musi znosić także to, zanim go zabije. Czuje, jak jego twarz staje się gorąca z poczucia upokorzenia.
Alexie pochyla się i całuje jego kark. Odsuwa się ile może, wiedząc, że ona i tak zrobi, co zechce, nieważne, jak będzie się opierał. Przesuwa rękę na jego plecy, wsuwając ją pod ubranie. Druga dłoń wędruje w jego spodnie, gładząc jego prawe udo.
Kilka łez więcej spływa mu po twarzy. Nie może ich powstrzymać. Czuje jedynie jej zbyt silne perfumy, zbyt długie paznokcie drapiące plecy. Przesuwa usta na jego obojczyk i skubie go zębami. Sherlock wciąż chowa twarz w ramieniu. Czuje jej gorący oddech na szyi. Opiera się na nim całym ciężarem ciała.
Rozlega się strzał i kobieta draga, i powoli opada na ziemię, z dala od niego.
Przez moment Sherlock jeszcze tam wisi, wpatrując się w ciało leżące na ziemi i ledwie oddychając.
John wychodzi z cienia, podbiega do niego i Sherlock w tym momencie upadłby, gdyby stał o własnych siłach. Jego całe ciało się rozluźnia, napięcie znika, nawet otwiera usta, wypuszczając z siebie powietrze.
John dotyka do obiema rękami, pulsuje energią i mówi gorączkowo.
- Och, o mój boże, dobrze się czujesz? Sherlock? Powiedz mi, że wszystko w porządku.
Przyciąga skądś krzesło, jego nóżki skrzypią przeraźliwie. John staje na nim i odcina linę krępującą mężczyznę.
- Cholera, Sherlock, powiedz coś. Cokolwiek. Proszę.
Srata się utrzymać go w pionie, kiedy lina puszcza i Sherlock opada na kolana. John manewruje nimi oboma, schodzi z krzesła, odsuwa je, opada na podłogę obok Holmesa, odciągając go od zwłok Alexis jak daleko tylko zdoła. Uwolnienie ramion tylko spotęgowało ból, jaki detektyw odczuwał w całym ciele. Wciąż płacze, wbrew swojej woli, ale John jest obok, ciepły i solidny, pachnąc sobą. Sherlock niemal łka głośno z ulgi, a John obejmuje go i sadza sobie na kolanach.
- Wszystko w porządku? – pyta John, patrząc na niego, szukając czegoś w jego oczach. Sherlock chowa twarz w jego ramieniu, na drugim zaciskając kurczowo rękę. John obejmuje go mocniej. – Jasna cholera, Sherlock. Przepraszam. Przepraszam, że nie dotarłem tu szybciej.
Jego głos jest szortski i załamuje się, i Sherlock chce mu powiedzieć, że nie ma się czym martwić, ale nie może się zmusić do mówienia. John zaczyna kołysać się z nim w ramionach, prawdopodobnie nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
- Wszystko z tobą dobrze. Już wszystko dobrze – mówi. – Mam cię. Nie pozwolę nikomu się do ciebie zbliżyć.
Trzyma go blisko, blisko i mocno, a Sherlock myśli, że tak właśnie musi wyglądać szok… Pusty i pozbawiony czucia w miejscu, w którym powinno być coś, cokolwiek, ból albo przyjemność. Wszystko, co może zrobić to lgnięcie do Johna i oddychanie, pozwalając, by John robił wszystko, co zechce.
- Sherlocku, wszystko w porządku? – szepcze John, gładząc jego twarz. – Nie powiesz mi? Proszę.
Wypuszcza z siebie drżący oddech, opiera ich czoła o siebie, przesuwa dłonią po posiniaczonym i zakrwawionym policzku detektywa. Jego oczy są zamknięte, a twarz mokra od łez.
- Dziękuję – mówi Sherlock, nie wiedząc, jak wydobył z siebie głos. John niemal chichocze, ale to nie jest szczęśliwy dźwięk. Kciukiem pociera jego policzek.
- Co ci zrobiła? – szepcze.
Sherlock słyszy strach w jego głosie, niewyobrażalne, niewysłowione przerażenie. Musi wiedzieć, ale nie chce tego słyszeć.
- Nic – odpowiada. – Nic.
- Naprawdę?
- Tak.
Zaciska palce na jego głowie, chwyta mocno loki i zaciska powieki.
- Zabierz mnie do domu – prosi Sherlock.
John przytakuje. Po kilku chwilach rusza się, podnosząc Sherlocka, by wstał, zarzucając jego ramię wokół siebie, aby podtrzymać jego ciężar, a własną ręką otacza jego plecy. Im bardziej suną przez mrok kolejnych pomieszczeń, tym wyraźniej słyszą policyjne syreny w oddali.
John nie zabiera go prosto do domu. Siedzą razem z tyłu karetki, kiedy policja przeszukuje budynek i teren dookoła. Ciała Alexis Vernham i jej najemników wywożone są w plastikowych workach i Sherlock uświadamia sobie, że John musiał zabić ich wszystkich. Watson wciąż obejmuje jego plecy i detektyw dopiero teraz zauważa siniaki na jego rękach i twarzy, rozcięcie na policzku. Chce powiedzieć Johnowi, że jest idiotą. Każdy z tych mężczyzn mógł go zabić. Ale wie, że to kiepski argument.
Kiedy Lestrade wreszcie do nich podchodzi, Sherlock znowu mógłby się rozpłakać. Naprawdę chce już wrócić do domu.
- Vernham i pięciu jej kolegów. Niemałe zwycięstwo – mówi inspektor, patrząc na Johna. – Nie ma potrzeby, by zbyt dokładnie spisywać raport, jak sądzę. Biorąc pod uwagę ich status jako terrorystów, to już sprawa rządu.
Innymi słowy, Mycroft się wszystkim zajmie.
- Nic wam nie jest?
- Będzie potrzebował wizyty w szpitalu, żeby sprawdzili obrażenia – mówi John. – Ale sądzę, że wszystko będzie w porządku.
Lestrade przytakuje. Sherlock nie kłopocze się protestowaniem. Jeśli tam trafi, przynajmniej dostanie leki przeciwbólowe.
- Porozmawiamy o tym, kiedy będziesz w lepszej formie – mówi Lestrade. – Zadzwoń do mnie jutro, John, i daj znać, jak on się czuje.
Watson potakuje i inspektor ich zostawia.
Kiedy sanitariusze wracają, żeby zabrać ich do szpitala, Sherlock kładzie się na noszach z tyłu karetki, jego głowa kiwa się na boki, ale John siedzi obok, głaszcząc go po twarzy.
- Nie jestem dziwadłem, John – mówi Sherlock z zamkniętymi oczyma.
John uśmiecha się do niego.
- Nie, nie jesteś – odpowiada miękko.
- Ty możesz być. Skoro znosisz to wszystko.
John pochyla się i całuje jego czoło.
- Nic nie szkodzi.
