Życie bywa zabawne
Była prawie północ, gdy Hermiona powróciła do zamku i nawet zamknięcie sekretnego przejścia było prawie zbyt trudnym zadaniem dla jej ulatniających się sił.
Mogła poczuć jak drżała w niej magia, pulsowała nieregularnie i prawie znikła.
Pięć minut zajęło jej zamknięcie drzwi i ostukanie kamieni różdżką w celu reaktywacji zaklęcia ukrywającego. Jej dłonie były zakrwawione. Jej różdżka również była zakrwawiona. Musiała odpocząć, opierając się o ścianę, z poszarpanymi resztkami płaszcza umieszczonego ostrożnie pomiędzy jej krwawiącymi plecami a zimnym kamieniem, zanim znalazła dość sił by uprzątnąć czerwone smugi z sekretnych drzwi.
Jej ciało zdradzało ją, w tak dosłowny sposób, że prawie uważała to za zabawne.
Wtedy obróciła się i spojrzała na długi korytarz lochów, za którym były tysiące stopni prowadzących do wieży Gryffindoru.
Nie da rady.
Jej oczy mignęły w kierunku zakrętu, który prowadził do klasy Snape'a, ale potrząsnęła głową, prawie niezauważalnie.
Z pewnością nie było to opcją. Powiedział jasno, że jej los nic dla niego nie znaczył, więc ona nie zwróci się do niego po pomoc.
Nigdy.
Ale jak dostać się do swojego pokoju, do bezpieczeństwa własnego łóżka i czystości wody i mydła?
Schody nie wchodziły w rachubę. Nauczyła się kilku zaklęć podnoszących, by zapobiec utknięciu w lochach ze złamaną nogą, ale jej chwilowy stan nie pozwalał na użycie silniejszych zaklęć niż te najprostsze.
Użyj prostego zaklęcia, powiedziała sobie surowo, nic wymyślnego. Ale którego…
Nagle przed oczami stanęło jej wspomnienie, Harry siedzący w bibliotece i dumający nad ciężką księgą z desperacją w oczach.
- Proste zaklęcie- powtarzał raz po raz, przeczesując włosy doprowadzając je do jeszcze większego nieładu. - Jakieś proste. Ale które miałeś na myśli, Syriuszu?
Czwarty rok. Turniej Trójmagiczny. Pierwsze zadanie. Nie udało im się znaleźć zaklęcia przeciw smokowi, ale Harry w końcu znalazł inne rozwiązanie.
Teraz Hermiona podniosła trzęsącą się dłoń. - Accio Błyskawica - wychrypiała, czując jak krew w jej ustach zwilża język.
Nie była do końca pewna, czy miotła Harry'ego do niej dotrze i czekała w napięciu. Wtedy poczuła polerowane drewno rączki w dłoni, nawet wcześniej niż jej oczy ujrzały smukły kształt Błyskawicy, i westchnęła z ulgą.
Niezdarnie wdrapała się na miotłę, kurczowo chwytając rączkę sprawną dłonią, podczas gdy jej ramię i noga zwisały bezużytecznie z boku. Zawsze nienawidziła jazdy na miotle, ale teraz dziękowała Harry'emu za każdą lekcję, jaką na niej wymusił. Przejażdżka była niezdarna i bolesna, i tylko czyste szczęście powstrzymało ją kilkukrotnie przed upadkiem. Kiedy w końcu dotarła do drzwi do swoich komnat, nie minęło więcej jak piętnaście minut.
Wzdychając z ulgą, zsiadła z miotły i musiała powstrzymać krzyk, gdy nogi ugięły się pod nią i upadła na ziemię. Posprzątaj, nakazała sobie pospiesznie i zmusiła krzyczące z bólu mięśnie do ruchu, i pozbądź się miotły.
Machnięciem różdżki odesłała ją z powrotem do wieży Gryffindoru. Miała nadzieję, że siedmioroczniacy już spali, gdy Błyskawica Harry'ego się zawieruszyła, i że nikt tego nie zauważy.
Podłoga była czerwona od jej krwi, nie dała rady zaaplikować poprawnie zaklęcia czyszczącego. Musiała go użyć trzy razy, jej koncentracja się pogarszała. Czarne plamki tańczyły przed jej oczami gdy zmusiła się do wstania.
Tylko kilka kroków i będzie uratowana. Przeklęła własną niemoc. Może to zrobić, do cholery! Tylko kilka kroków...
Gdzieś, w ciemności, usłyszała dźwięk.
Hermiona zamarła, jej stopa zawisła w powietrzu. Nie odważyła się oddychać. Znów to słyszała! Skrzypienie starych zardzewiałych drzwi, poruszających się powoli zawiasów. Drzwi – lub portret, odsuwające się na bok by umożliwić wyjście!
Ignorując cały ból i wzrastającą panikę, Hermiona rzuciła się do własnego portretu, położyła dłoń na starym płótnie i wymamrotała swoje hasło.
Echo kroków dotarło do jej uszu, gdy portret odsunął się na bok i pozwolił jej wejść. Już prawie przeszła, gdy ugięły się pod nią nogi. Z jej zaciśniętych warg wyrwało się westchnienie bólu.. Nikt nie może jej zauważyć!
Ostatnimi desperackim wysiłkiem, odciągnęła się od otworu wejściowego i zamknęła obraz.
Leżała w ciemności, dysząc i zajmując się swoją nogą, nie ważąc się nawet pisnąć, nasłuchiwała kroków powoli zbliżających się do jej drzwi.
Czy dość dokładnie wyczyściła podłogę? Czy na portrecie zostały ślady krwi? Nie pomyślała o oczyszczeniu rąk zanim go dotknęła! Co jeśli...
Uspokój się Hermiono! To prawdopodobnie jakiś uczeń, wymykający się po godzinie policyjnej. Nawet nie spojrzy na twój obraz. Jesteś bezpieczna...
Ale wtedy głos przeciął jej uspokajającą mantrę, i myślała, że stanie jej serce.
- Hermiono?
To był Ron, z pewnością, nie miała wątpliwości co do właściciela tego głosu.
Owładnęła nią panika. Nie widział jej, prawda? Czy wiedział, że jest tutaj, i w jakim stanie się znajduje?
- Hermiono! Wiem, że tam jesteś, otwórz drzwi!
Ale nie mogła! Cholera, nie mogła się nawet poruszyć! Ani nie wyglądała jakoś specjalnie przyzwoicie.
- Widziałem jak Błyskawica zniknęła i wróciła, i widziałem jak zamykały się twoje drzwi, gdy byłem za rogiem. Przestań udawać, że cię tam nie ma!
Czekała w ciszy aż odejdzie. Może pomyśli, że się pomylił.
- W porządku, nie wpuszczaj mnie, jeżeli uważasz to za zabawne - powiedział po chwili. W jego głosie słyszała gniew i ból, niewiarę w to, że mogła go tak potraktować. Nie chciała teraz niczego więcej, jak mocno go przytulić. Niestety, nie mogła używać swojej lewej ręki.
- Wiesz, miałem nadzieję z tobą porozmawiać - mówił dalej, - O tym co się stało wczorajszej nocy. Harry jest bardzo nieszczęśliwy. Nie chciał o tobie rozmawiać przez cały dzień, ale jestem pewien że bardzo mu ulży, gdy przyjdziesz do niego i z nim pogadasz. Hermiono?
Cisza. Długie westchnienie na korytarzu.
- Wiem, Hermiono, że nie podoba ci się sposób w jaki się zachowujemy. Myślisz, że jest to nieodpowiedzialne. Myślisz, że powinniśmy dorosnąć. Ale on tak się boi. I gdy jest sam, na przykład w dormitorium, cały czas myśli i rozpamiętuje. Wydaje mi się, że o tym, że zginie. I to bardzo niedługo. Wszystko czego chce to chwili z życia, które mógł mieć. Czy to zbyt wiele? Czy to tak źle, jeżeli trochę go od tego odciągnę i pomogę mu się trochę zabawić? Porozmawiaj ze mną, Hermiono!
Hermiona szeroko otwartymi oczyma wpatrywała się w ciemność. Kiedy to się stało? Kiedy przestała rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, przestała ich słuchać, brać ich na serio? Nawet nie zauważyła, że Harry ma zmiany nastrojów, ani decyzji Rona by mu z tym pomóc. Źle ich oceniała, bardzo źle.
- Więc siedzisz tam sobie i czujesz się od nas dużo lepsza, czyż nie? - zapytał ostro Ron z drugiej strony drzwi, z rozczarowaniem i gniewem. - Myślałem, że będę mógł z tobą porozmawiać. Miałem nadzieję, że mi pomożesz. Ale teraz już nigdy nie masz dla nas czasu, wszystko kręci się wokół twojego wspaniałego stażu. Oh, jesteś od nas o tyle lepsza, Panno Praktykantko Granger - zakpił z niej ze złością, choć dalej słyszała ból w jego głosie. - I oczywiście, że nie chcesz mieć nic do czynienia z parą takich nieudaczników jak my. Więc jestem tu, ja mały głupi Ron, który myślał, że może na ciebie liczyć. Zabawne, jak bardzo można się pomylić. Życzę ci dobrej nocy Hermiono! Mam nadzieję, że grzmisz w swej sprawiedliwości!
I poszedł sobie. W ciemności swoich komnat Hermiona leżała na podłodze, jak połamana kupa kości, z jedną ręką wyciągniętą w stronę drzwi w bezcelowym błagalnym geście, łzy spływały po jej twarzy, a ból nie do wytrzymania przeszywał jej ciało.
Jeżeli tak wyglądało życie, to naprawdę mogłaby się bez niego obejść.
W przeciwieństwie do Hermiony Granger, Severus Snape grzmiał w sprawiedliwym gniewie przez następne tygodnie.
Kiedy opuściła pokój tamtej pamiętnej nocy, gapił się za nią w całkowitej konsternacji. Dziesięć minut zajęło mu zrozumienie jak to zrobiła, i zostawiła go przeklinającego własną nieostrożność i jej cholerny geniusz.
Rozważał podążenie za nią, ale wiedział, że teraz już była w swoich komnatach. Nie chciał wywoływać zamieszania obok wieży Gryffindoru waląc w drzwi Prefekt Naczelnej, krzycząc do niej by go wpuściła. Wciąż miał na to zbyt dużo godności.
Zamiast tego, znów porozmawiał z Albusem. I znowu. Ale po tym jak nawet Albus stracił swój dobry humor z powodu nawracających wizyt posępnego Mistrza Eliksirów, musiał w końcu przyznać, że nie mógł nic zrobić, żeby zmienić tą sytuację.
Wtedy odezwał się gniew. Był na nią wściekły, że pozwoliła to sobie zrobić, że wróciła tam, chociaż pokazał jej drogę wyjścia, że ignorowała jego pomoc i wsparcie. Oceniając po tym co ujawniły jej koszmary, halucynacje i zabroniona wycieczka w jej umysł, nie przeżyje do Bożego Narodzenia. Nie na własną rękę, a ledwie mogła liczyć na pomoc raczej bezradnego Albusa i powściągliwej Minerwy. Jeżeli szybko nie dopuści do głosu rozsądku, Hermiona Granger będzie tak samo dobra, jak martwa.
Pewnie chciała to załatwić w ten sposób, głupia dziewczyna.
Hermiona cholerna Granger. Była czerwonym pulsującym punktem w jego umyśle. Za każdym razem, gdy o niej pomyślał, furia, wstyd, odnerwienie i troska splatały się w kulę zawiłego mentalnego chaosu, niszczącego całą koncentrację i zadowolenie.
Zachowywała się, jakby to ona wynalazła szpiegostwo, niech ją szlag! Jakby nie znał tej roboty na wylot. Jakby nie wiedział lepiej niż ona co ją czekało. Znów kolejna z tych zaślepionych „dobrych osób" w Zakonie, która zdecydowała się ignorować rady Snape'a drania, na rzecz własnej cukierkowej wersji rzeczywistości. Z pewnością jej ignorancja ją zabije, ale nawet Snape nie mógł uważać tego wyniku za satysfakcjonujący.
Ale, oczywiście, nikt go nie słuchał, a jedyna droga by przekonać Albusa – opowiedzieć mu o tym co widział – na pewno doprowadzi do jej ucieczki. Przynajmniej miała tutaj łóżko, dach nad głową i opiekę medyczną. To pewnie więcej niż zapewniłby jej Knot, gdyby zwróciła się do niego.
Daremne myśli, wszystkie z nich. Severus nie mógł z nią nic zrobić, nie mógł zmienić sytuacji i nie mógł o niej myśleć nie przyprawiając się o ból głowy.
Więc przestał o niej myśleć.
Lub chociaż się starał. Wydawało się, że wszyscy włączyli się w wielki złowieszczy fortel - Doprowadzenia Severusa Snape do szaleństwa rozmowami o Hermionie Granger.
Albus był najgorszy. Po kilku wybuchach Severusa, przestał sugerować by Severus powinien jej „pomóc".
Wydawał się wierzyć, że podczas walki z uzależnieniem wytworzyła się miedzy nimi jakaś „więź". Sentymentalny, stary głupiec. A co niby Severus miał robić, trzymać ją za rękę, gdy wykrwawiała się na śmierć? Nosić za nią koszyk piknikowy, gdy udawała się na bitwę?
- Z pewnością nie, drogi chłopcze - Albus próbował uspokoić młodszego mężczyznę. - Tylko że ty jeden masz więcej doświadczenia w tym zakresie niż jakakolwiek inna osoba w Hogwarcie. Mógłbyś pomóc jej planować, rozwijać nowe sposoby dostania się bliżej do Toma Riddle'a i tak dalej. Mógłbyś...
- Nie prosisz mnie bym podał butelkę whisky alkoholikowi, ani mugolską dziewczynę Śmierciożercy - Snape odmówił żarliwie. - Dlaczego więc miałbym pomagać pannie Granger w jej zawziętych próbach zabicia się? Nie popieram tego typu samobójstwa Albusie!
Poza tym, dodał po cichu, Nie pozwoli mi się tknąć po tym co jej zrobiłem. Ta myśl znów obudziła wstyd, i to jeszcze bardziej pogorszyło jego nastrój.
Ona uważała siebie za martwą, czyż nie? Poddała się i nie oczekiwała, że wyjdzie żywa z tej wojny. Dlaczego więc, do jasnej cholery, miałby się tym przejmować!
Jeżeli była zdecydowana się zabić, on był zdecydowany się tym nie martwić. Była przecież tylko dziewczyną, na miłość bogów! Jakkolwiek niezwykle zdolną i utalentowaną...
Draco również wydawał się myśleć, że Severus był nowym autorytetem w kwestii spraw dotyczących panny Granger.
- Już ze mną nie rozmawia - powiedział Snape'owi jednego popołudnia zdesperowanym głosem. - Znowu mnie odpycha, nawet bardziej niż przed swoim odwykiem. Chyba myśli, że nasza znajomość może mi zagrozić.
W jego oczach były łzy. Snape musiał powstrzymać zdegustowane prychnięcie. Gryfoński sentymentalizm z ust Ślizgona. Dobrzy bogowie.
Chciał powiedzieć Draconowi, że panna Granger miała w tym cholerną rację. Jedno skuteczne przełamanie jej barier ochronnych, i Czarny Pan będzie wiedział wszystko o niej i Draco. Jeżeli była zdecydowana to kontynuować, dobrze robiła dystansując się od wszystkich. On też tak zrobił.
Ale fakt, że panna Granger przygotowywała się na ewentualność swojej śmierci, nie uspokoiłby Draco Malfoya, Snape był co do tego całkiem pewny.
Więc zamiast prawdy, powiedział mu, że panna Granger jest dorosła i całkiem kompetentna. Wystarczająco kompetentna by decydować co było dla niej najlepsze i że on, Snape, ma teraz naprawdę ważną pracę do zrobienia, więc przepraszam cię Draco, ale idź już sobie!
I Draco odszedł, z tymi niemożliwymi łzami błyszczącymi w oczach. Zostawił Snape'a z bardzo nieprzyjemnym poczuciem winy i suchymi ustami, które mogły być tylko nawilżone kilkoma szklankami whisky.
Tylko Minerwa nie rozmawiała z nim o niej. I to naprawdę go niepokoiło. Patrzyła tylko na niego swoimi stalowymi inteligentnymi oczami, jakby badała każdy cal kwadratowy jego twarz, aż spostrzegł, że usprawiedliwia się, dlaczego nie chciał mieć nic wspólnego z tym „szaleństwem".
- Zabawne - powiedziała Minerwa po słuchaniu przez kilka minut jego bezładnej gadaniny, i upiła trochę herbaty. Siedzieli w jej dużym pokoju, przed tańczącymi płomieniami ognia, który przepędzał wieczorny chłód. Powiedziała, że chce po prostu „dobrej rozmowy", a on się na to nabrał, cholerny idiota.
Jak to się działo, że za każdym razem Minerwa sprowadzała go do poziomu paplającego dziesięciolatka? Mógł się spoliczkować za przyjęcie jej zaproszenia!
- Co do cholery może być śmiesznego w tej sytuacji? - zapytał ponuro.
- Obserwowanie, jak się o kogoś troszczysz - odpowiedziała prosto.
I znów zaczynamy, wymruczał cicho. Znów zaczyna z tym psychologicznym podejściem!
- Nie troszczę się o nią - prawie warknął. - Jestem tylko zdegustowany takim marnotrawstwem inteligencji. I jako nauczyciel wierzę, że...
- Wiem, wiem Severusie. Oszczędź mi tego - przerwała mu, uśmiechając się do niego czule, - Ale nawet jeżeli wcale się o nią nie troszczysz - w jej głosie wyraźnie było słychać, że ani trochę mu nie wierzy, ale jest zbyt zmęczona by się z nim o to kłócić. - Czuję się dziwnie, gdyż pamiętam dyskusję bardzo podobną do tej, bardzo dawno temu.
- Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o czymś nawet trochę podobnym do tego - zaprzeczył szorstko.
- Wiem. To była moja rozmowa z Albusem, dwadzieścia lat temu, kiedy poinformował mnie, że będziesz szpiegował dla nas wśród Śmierciożerców. Miałam wtedy bardzo podobne zdanie do twojego, i byłam całkowicie zdecydowana, by trzymać się od ciebie z daleka, jeżeli nie mogłam cię chronić. Nie chciałam wspierać takiego szaleństwa, i jeżeli byłeś tak chętny by dać się zabić, wciąż nie miałbyś mojego błogosławieństwa. Zabawne, jednak nie mogłam długo wytrwać w swojej decyzji. To z pewnością gryfońska sentymentalność sprawiła, że tak głupio ci pomogłam. Czy myślisz, że byłoby lepiej, gdybym dotrzymała mojego postanowienia?
Uśmiechnęła się do niego i przez moment jej ręka dotknęła jego policzka, miękka i ciepła, jak letnia bryza.
- Ja, na przykład, jestem wdzięczna za każdą minutę, którą mogłam spędzić z tobą, Severusie. W ten sposób zyskałam cennego przyjaciela, bez którego bym sobie nie poradziła.
Wyszedł kilka chwil później, bo po jej słowach nie mógł już nic powiedzieć ani się spierać. Nie ma się szans przeciwko gryfońskim kobietom, pomyślał znów. Lepiej trzymać się od nich z daleka.
Myśl o powrocie do swoich komnat, o siedzeniu w bibliotece gdzie zbrukał jej umysł, przyprawiła go o dreszcze.
I tak północ po raz kolejny zastała go włóczącego się po korytarzach Hogwartu i nawet uderzenia wielkiego zegara nie mogły go wyrwać z zamyślenia.
Ale uczucie mocnego zderzenia z mniejszym ciałem mogło. Przeszył go gniew gdy podnosił się z podłogi, niedostrzegalnie rozmasowując swój tył, który boleśnie zderzył się z zimną kamienną posadzką.
Przed nim stała mała postać, okryta szatą i kapturem. Z pewnością uczeń. Co ich do cholery opętało by błąkać się w nocy po szkole? Czyżby mieli za mało pracy? No, z pewnością upewni się, by jego uczniowie byli zbyt zmęczeni by nawet rozważać podobne bzdury przez następnych kilka tygodni.
- Co ty sobie wyobrażasz, włócząc się po korytarzach w środku nocy? – warknął. - W tej chwili opuść kaptur.
Smukła postać zdjęła kaptur, odsłaniając twarz Hermiony Granger, błyszczącą w świetle księżyca, który był prawie w pełni.
Oczywiście, musiała to być ona, jęknął w myślach. Świetnie. Założę się, że jakiś Bóg, czy coś innego ma teraz niezły ubaw.
- Jestem zbyt zmęczona na pańskie małe gierki, profesorze - odpowiedziała, nie starając się ukryć zmęczenia w głosie. - Proszę odjąć kilka punktów i pozwolić mi odejść.
- Nie wiedziałem, że to pani, panno Granger. Ja... - głos Severusa zamarł, gdy przyjrzał jej się dokładniej. Jedno oko było podbite i opuchnięte, górna warga rozcięta, a zaschnięta krew była rozmazana na dolnej połowie twarzy. Jej sztywna postawa powiedziała mu, że długi płaszcz skrywa przynajmniej jeszcze jeden poważniejszy uraz.
- Nie powinna się pani teraz widzieć z dyrektorem? - zapytał, podczas gdy niepokój krążył w jego żyłach. Znów uczęszczała na spotkania i zdawało się, że nic się nie zmieniło. Wciąż była bita, torturowana i gwałcona i wciąż wślizgiwała się z powrotem do zamku, po cichu ukrywając swoje rany.
Musiał o tym porozmawiać z Albusem. Co też ten starzec myślał, że robi, do cholery?
- Będę, profesorze, bardzo niedługo – odpowiedziała. - Ale dopóki nie jestem śmiertelnie ranna, nic mnie nie powstrzyma przed wzięciem wcześniej długiego, gorącego prysznica. Czuję się... - zdanie kończyło się szeptem, którego nie usłyszał, ale nie musiał, by wiedzieć jak się czuła. Pamiętał to aż za dobrze.
- Brudna - dokończył jej zdanie ochryple, na chwilę zapominając o swojej urazie względem niej. - I wyczerpana.
Skinęła głową.
- Zabawne, czyż nie? - zapytała gorzko. - Jedyna osoba, która na prawdę mnie rozumie, nie chce ze mną rozmawiać. To pewnie moje specjalne szczęście. Dobrej nocy profesorze .
Po czym rozpłynęła się w ciemnościach.
