25 lipca, Southerdown
Robimy ze Star postępy. Wczorajsze późnowieczorne - i jak najbardziej legalne - pół godziny z gwiazdami zaowocowało rozpoznaniem Wolarza, Korony Północnej, Lutni, Łabędzia - a także stwierdzeniem, gdzie znajdują się Orzeł, Herkules i Pegaz. Podobno gdzieś pod Orłem był Delfin, na co Gwiazdka zareagowała entuzjastycznym piskiem, ale okazało się, że chyba zanadto wybladł od latarni, za którą należało go szukać. Ach! Jeszcze Kasjopeę przecież znamy. Nasz diagram szpitalny kochany.
Pod koniec seansu powtórzyliśmy sobie wszystkie gwiazdozbiory.
- A to jest Arktur, więc Wolarz ciągnie się odtąd dotąd...
- Który to Arktur? Bo mnie się już wszystko miesza.
- Star, Star, Star. Gwiazdy to kapryśni przyjaciele - rzuciłem. - Arktur to ten - wskazałem i w tym momencie zdałem sobie sprawę, że jest ich dwóch. Jakim cudem? - Albo tamten - dodałem niepewnie.
Starrie pokiwała głową, spojrzała jeszcze raz i zauważyła coś niezwykłego.
- Tamten się rusza!
Tym razem trafiliśmy na sputnika. Sputnik był o tyle wredny, że świecił tak samo jak Arktur i był akurat na tej samej wysokości.
Sputników na mojej mapie nie ma. Nie uznaję ich.
Dzisiaj pada, więc na gwiazdy nie ma szans. Na plażę nie byłoby także gdyby świeciło słońce - jakieś glony w morzu pływają, takie strasznie szkodliwe dla zdrowia...
No, podolce po prostu. Jak one mogły?
A poza tym - obchodzimy dzisiaj urodziny Kevina.
Przed obiadem pojechaliśmy do Naszej Ulubionej Miejscowości. Zwróć uwagę na to piękne słowo: pojechaliśmy. Autobusem.
Trinny niemal natychmiast rzuciła się do tanich książek, kupując absolutną perełkę: "A teraz z innej beczki", świetne wydanie, scenariusz, zdjęcia, wywiady, recenzje... Monty Python! Postanowiłem, że dorwę go przy pierwszej lepszej okazji, z tym że to samo postanowili wszyscy inni... Zdecydowałem zatem użyć Podstępu. Albo Siły. Albo czegoś podobnego.
Na razie jednak po prostu szliśmy głównym deptakiem. Star odłączyła się od nas - bez Pythona - i usiadła na ławce, a my chodziliśmy. Przystanęliśmy w końcu przy stoisku ze słodyczami i zaczęliśmy się w nie wpatrywać łakomym wzrokiem. Rezultat łatwo przewidzieć: James zdjął z wieszaka wielką, papierową torbę i zaczął do niej wrzucać kolejne smakołyki. I kolejne. I jeszcze trochę tych, i tamtych... Patrzyłem na to z pewnym przestrachem: miały być na spółkę, po równo... Całość kosztowała niemal trzy funty! Bez dwunastu pensów. James pieniądze miał, Trinny też. Ja, z lekka poirytowany, wyciągnąłem ostatniego funta.
- Oddawać ci te cztery pensy? - zapytał ten łakomy leniwiec, James.
- Tak, poproszę - odparłem chłodno. - Będę miał na najtańszego loda.
(Słodycze już pożarliśmy zresztą. Nawet niezłe, ale osobiście wolałbym kupić coś innego. Bardzo, bardzo konkretnego. No nic. W Londynie też są.)
Dołączyliśmy do Starrie i razem poszliśmy na plażę. Tak, tę samą, ze stromymi i niebezpiecznymi schodkami z wyrwą w którymś miejscu. Teraz na schodkach był znacznie większy tłum i schodzenie trwało z kwadrans.
- Nie ma tu gdzieś pasa dla wyprzedzających? - zapytałem, kiedy okazało się, że idziemy za strasznie powolną, otyłą kobietą, która zajmowała całą szerokość schodów.
- W zasadzie nie - odparła Trinny. - Ale pewnie znalazłbyś jakiś o tam - machnęła ręką w kierunku urwiska. - Musisz tylko mieć na wyposażeniu spadochron.
- I wylądować w morzu z glonami? Nie, dziękuję. Postoję.
Faktycznie. Jakbyśmy stali w miejscu. Brrr.
Jakoś w końcu zeszliśmy. Następną godzinę spędziliśmy na plaży, udając normalnych ludzi. Prawie nam się udało, tylko James zakopał Star po pas w piachu, no i odbyliśmy małą sesję w okularkach Trinny (tym razem wyglądałem jak Lennon. Fajnie. Zmieniam się). Dorwałem w końcu książkę (po niemałym trudzie) i czytałem w miarę spokojnie.
- Syriusz, musimy iść. Spóźnimy się na autobus.
- Moooment. Ja tu czytam, oni właśnie....
- Syriusz!
Spojrzałem na Star. Z rozpaczą.
- Dziesięć stron do końca!
Nie ulitowali się.
Wobec tego wbiegłem po schodach na górę, usiadłem na najwyższym stopniu i dokończyłem czytanie. Reszta dotarła, kiedy zostały mi trzy strony - i padła obok mnie. Jakby nieżywa. A stopni było, jak twierdził James, ledwie 168.
Nie, ja się wcale nie chwalę; ja po prostu mam talent do szybkiego poruszania się.
Po obiedzie odbyło się przyjęcie urodzinowe Kevina.
- Lody! - zawołał Kevin, wpadając do naszego pokoju i natychmiast z niego wyskakując. - Zapraszam na lody! Pyszne, wielkie, ogromne lody! Z owocami!
Poszliśmy na nie zatem, dziękując za zaproszenie. James trochę narzekał, bo senny był, a w dodatku mu chyba te słodycze zaszkodziły. W każdym razie na lody apetytu nie miał. Jego strata.
W barku - tym od lodów zwykłych, "konspiracyjnych" - było ciemnawo. Pani uśmiechała się uprzejmie i nakładała kolejne kulki Kevinowi. My kłębiliśmy się za nim, wpatrując z uwagą w pojemnik z lodami i w kartkę z wywieszonymi smakami. Zaryzykuję stwierdzenie, że wyglądaliśmy jak wygłodzone wilki.
- Jakie bierzesz? - dopytuje Dominik. Okazuje się, że gust ma podobny do mojego. Tylko jedna kulka się różni. I to chyba będzie na tyle w temacie lodów i Dominika. Strasznie uparte dziecko. Prawie jak ja. Prawie.
- I palemka! palemka! parasol też poproszę! - cieszy się Kevin. Takie lody to naprawdę duża atrakcja.
W końcu wszyscy - poza Jamesem - mamy swoje lody. Siadamy. James porywa moją palemkę i się nią bawi. Odbijam ją. I też się bawię.
- Pomyśleć, że on za pięć miesięcy kończy szesnaście lat - wzdycha Star.
- Pomyśleć, że on szesnaście lat skończył miesiąc temu - wtóruję jej, mając na myśli Jamesa.
Z sąsiedniego stolika dobiegają okrzyki chłopców. Bawią się.
- Syriusz, zobacz! - Dominik demonstruje swoją palemkę i parasolkę: palemka mówi do parasolki: "Tato, idę się wykąpać, czy mogę?" - Śmieszne, prawda? - dodaje chłopiec ze swoim zwykłym entuzjazmem.
- Prawda - potwierdzam z uśmiechem.
Trinny i Star omawiają - znowu - imiona. Jakbym jakieś ciocie słyszał. Obgadują też swojego braciszka, Dana. I jego dziewczynę. Też im się zebrało...
- O, pada! - zauważamy.
L e j e.
Do pokojów mamy wprawdzie od drzwi barku tylko kilka kroków, ale... Mokro jest po prostu.
Kiedy w pucharkach robi się o połowę mniej lodów niż było na początku, padać prawie przestaje.
Kiedy pojawia się dno - zaczyna lać. Znowu. I to jak!
Zlękliśmy się.
Tak, Zi. Deszczyku maleńkiego. Piszę w tej chwili w liczbie mnogiej, o czterech osobach...
Trinny, która tradycyjnie miała przy sobie klucze, powiedziała coś o przemknięciu się biegiem do drzwi, otworzeniu ich z szybkością światła... Po czym wypadła z barku i pognała do pokoju. James i Star puścili się za nią. Powoli do nich doszedłem: i tak zmoknę, więc po co się wysilać?
Trin akurat skończyła się z zamkiem szarpać, gdy dotarłem do drzwi.
Wszyscy byliśmy mokrzy.
- Wiecie... - powiedziała. - Miałam na myśli, że ja pobiegnę i otworzę drzwi, a wy wbiegniecie przez otwarte...
Cóż. Trinny myśli.
Wilgotno jest. Komary latają. Jeden usiadł na Jamesie.
- Jam, komar!
Odskoczył z wrzaskiem i zaczął machać rękami na wszystkie strony. Trafił go w końcu.
- Na pewno umarł? - upewniła się Trinny. - Nie chcesz aby karabinu? maszynowego?
- Nie ma groźniejszego stworzenia niż ranny komar! - zawołaliśmy chórem.
- Bo komar to cwana bestyjka... - dorzuciła Star.
- Aha - mruknąłem. - A chinina jest the best...
Książka krąży po pokoju. Fragmenty odczytywane są na głos.
Trinny się dokształca... Czy Ty wiesz, że ona w życiu ani jednego odcinka MP nie widziała?!
Z jakiegoś powodu zaraz po wejściu do pokoju zacząłem próby uduszenia Gwiazdki.
- Star, za co ja cię chciałem udusić?
- A ja wiem? Za niewinność chyba.
Przyczyna na pewno jakaś była, ale się w naszej pamięci nie zapisała. Za to duszenie było niezwykle efektowne, gdyż Star walczyła bohatersko. Poszamotaliśmy się kilkanaście minut na łóżku. W końcu kuzynka zerwała się i pobiegła do łazienki, szukając w niej schronienia. Nie znalazła go - otworzyłem drzwi i zamknąłem się razem z nią.
Sytuacja dojrzała do poważnej rozmowy. O życiu i śmierci.
- Star, mogę cię udusić?
- NIE! - wrzasnęła Starrie z dzikim przerażeniem.
- Staaar - powiedziałem łagodnie. - To będzie delikatne duszenie.
- No dobrze - zgodziła się. - Ale zabierz te ręce z mojej szyi!
- Star. Mówiłaś, że mogę.
Nie mogła zaprzeczyć.
Delikatnie ująłem jej szyję w obie dłonie i puściłem.
- I już. I o co tyle hałasu było?
Jednocześnie przypomnieliśmy sobie, jak gwałtownie się broniła, kopiąc, drapiąc, gryząc i tak dalej - i jednocześnie wybuchliśmy śmiechem.
Później padłem. Obudziła mnie Trinny. Miała z tym zresztą spore problemy, gdyż wcale nie zamierzałem jeszcze wstawać. W końcu jednak zdołała mnie podnieść. W samą porę - kolacja właśnie się zaczynała.
Półprzytomny, usłyszałem, że James usiłuje nakłonić Star do oderwania się od książki. Nie bardzo mu to szlo.
- Gwiazdko, kolacja! - zawołał w końcu. - O, jak się ją nazwie Gwiazdką, to pomaga.
- Może mnie też tak trzeba? - zasugerowałem.
- Gwiazdku, wychodź z pokoju, bo się spóźnimy - podchwyciła Trinny.
- Dobrze. Ale jak na kolację nie będzie nic dobrego, to...
Na kolację były naleśniki. Wypatrzyliśmy je na czyimś stole, zanim jeszcze podano je nam.
- Syriuszku, naleśniki cię satysfakcjonują?
- Zależy, jakie - odparłem ponuro.
- Pewnie takie, jak poprzednio, z jabłkiem...
- Y... - tamtych nie jadłem. Były przede wszystkim tłuste.
- On marudzi! - zakrzyknęła Star. - Wybrzydza.
I się zaczęło.
- Są dzieci, które nigdy nie widziały naleśnika i takie, które wiele by dały, żeby zjeść chociaż jednego - popisywał się James.
- Dzieci, które wiele by oddały za naleśnika, zapewne nie mają nic - wtrąciłem rzeczowo.
- O, ty mi tu nie bądź taki szczegółowy i bezczelny, ty Syriuszu bez uczuć! - zaatakował James.
Podano nam półmisek z naleśnikami.
- Jeśli nie będziesz jadł, to ja mogę... - zaczęła Star.
- Nie! Ja chcę jego naleśniki! - rzucił się James.
- Biedne dziecko - powiedziałem współczująco. - Nigdy nie widziało naleśników.
James zrobił żałobną minę. A ja nałożyłem sobie - no, zgadnij co...
- Konsekwencja to wielki skarb, nieprawda? - zapytała Trinny.
- Nie zauważyłem...
Naleśniki zjadłem dwa z dwóch na mnie przypadających. Na szczęście dla tych głodomorów, moja Mama nie zjadła żadnego.
115. Jakoś dziwnie. Nie ma o co się starać...
