Dziękuję za nowe polubienia i tradycyjnie miło mi widzieć gości, czytających moją historię. Nie uwierzycie, ale to miał być one-shot :-)

FrejaAleeera1: Lucjusz może faktycznie zachował się gwałtownie. Ale weź pod uwagę, że on wiedział, że Ron i Hermiona byli sobie bliscy a wydaje mi się, że żaden facet nie zniesie dobrze spotkania swojej kobiety z eks.

Nie wiedziałam o takich pomysłach na ślub. Ja widziałam zawsze małżeństwa czarodziei jako coś w rodzaju ślubu cywilnego. Podpisujesz papierek, dokumenty lądują w Ministerstwie, ale nie ma konsekwencji typu utrata magii. Nie przekonuje mnie to. Lavender jest młoda, zakochana i w ciąży. Nie chce słuchać nikogo, nawet osób jej życzliwych jak Elaine. Podobnie jak wiele kobiet w realnym świecie pragnie wierzyć, że jej miłość zmieni mężczyznę itd.

Nie znosiłam Dolores. Dla mnie ona była karykaturą postaci, a ten jej róż to po prostu okropieństwo. I naprawdę nie mogłam pojąć dlaczego w książce trzech Ministrów Magii po kolei znosiło tę ograniczoną pokrakę w swoim otoczeniu.

Rufus, podobnie jak inni na jego miejscu, chętnie by się przyspawał do stołka. Stosuje nepotyzm, ale cóż wie, że potrzebuje ludzi lojalnych i kompetentnych. Jednocześnie zależy mu na Elaine i nie chce wystawiać jej na żer (za to pomóc w karierze).

Molly tak, była dumna z Percy'ego a Rona, cóż, Ron na pewno czuł, że matka wyraźnie woli inne dzieci. To musiało go strasznie boleć. Percy był tym ambitnym, bliźniacy zabawnymi, Charlie miał fajną pracę, Bill piękną żonę a Ron? Moim zdaniem tacy ludzie mogą łatwo wpaść w szpony nałogu lub sekt.

Masz rację w kwestii skrzatów. One nie chciały by ktoś wpadał i im robił dobrze, uszczęśliwianie na siłę to gwałt. Taki Stworek czy wspomniana przez Ciebie Mrużka nie chcieli być jak Zgredek, ale Hermiona nie patrzyła na to.

Toraach: Lavender pcha palce między drzwi. Nie ma bystrości i szczęścia Elaine, która nie tylko wyrwała sobie inteligentnego gościa to jeszcze troszczącego się o nią.

Hermiona to taka nadgorliwa neofitka. Nie rozumie, że nie można narzucać ludziom obcych wzorców kulturowych, niezgodnych z ich tradycją. Przypomina tym samym niektórych zachodnich polityków, chcących wciskać demokrację każdemu, nawet ludziom nie chcących takowej.

W tym rozdziale Elaine przyjmie rolę rycerza, ratującego damę w opresji, a także dowiemy się dlaczego Korneliusz Knot wstawił do swojego gabinetu wygodne kanapy.


Elaine z trudem nadążała za swoim towarzyszem. Potrafiła biec na szpilkach, kiedy zachodziła takowa potrzeba, ale nie rozumiała dlaczego miała tak czynić teraz. Oczywiście chciała uciec od okropnego potwora w różowym, ale żeby od razu biec? Zaraz sobie coś uszkodzi i tyle z tego będzie. A jeśli cokolwiek podobnego zobaczą dziennikarskie hieny, czeka ją kilka niemiłych tygodni.

- Nie musimy się aż tak śpieszyć – szepnęła – rezerwacja na pewno nie przepadnie.

- Nienawidzę byś spóźnionym – odparł sucho.

- Wiem, ale naprawdę rozumiem co znaczą ważne spotkania, wszyscy rozumieją.

- To nie było ważne spotkanie, ale wysłuchiwanie napuszonej mowy głupiej dziewczyny. Jak widać przebywanie z Weasleyem uszkadza głowę. Nie masz pojęcia co ta kretynka uważała za ważną sprawę.

- Nie mam pojęcia, ale sądząc po twojej reakcji to było głupie.

- Jesteś dyplomatką Elaine, ona przekonywała mnie do konieczności wyzwolenia skrzatów domowych. Skrzatów! Prawie mnie oskarżyła o wspieranie niewolnictwa i wspieranie idei supremacji czystej krwi. Dolores ją opanuje, tydzień z tą kobietą wybije z głowy głupoty tej dziewczynie!

- Ale Umbridge, czy ona ma dydaktyczne podejście?

- Nie i nie obchodzi mnie to – odparł ściskając ją jeszcze mocniej.

- Rozumiem, ale nie musisz mi miażdżyć ręki. To będzie źle wyglądało. No, zjemy lunch i porozmawiamy o czymś przyjemnym.

Puścił jej rękę intensywnie przepraszając. Oczywiście zapewniła, że nie ma pretensji i posłała ciepły uśmiech. Wyczuwała jego irytację, zaś ostre słowa wyraźnie sugerowały wściekłość. Wiedziała, że powinna zadbać o poprawę humoru swego wybranka. Dla dobra całego otoczenia. Potem nakrzyczy na Hermionę za głupotę, ale wpierw wyciągnie ze szponów różowej kocicy.

Kiedy szli przez atrium czuła na sobie setki spojrzeń. Wiedziała, że każdy gest, każdy drobny fragment jest oceniany i analizowany. Kiedy przeszli w ten sposób po raz pierwszy po owej pamiętnej rozmowie ludzie patrzyli na nią ze zdumieniem. A potem została głównym tematem plotek. Doris nieomal ją przyszpiliła i żądała wyjaśnień, kiedy co i jak.

Ku wielkiej uldze samej Elaine prasa nie znęcała się nad nią aż tak bardzo. Oczywiście hiena Skeeter już w pierwszych zdaniach poinformowała o różnicy wieku między nimi, dodając jakieś niestrawne zdania o miłości kwitnącej wieczorami. Społeczeństwo zwykle dość wyrozumiale podchodziło do związków dojrzałych czarodziejów z młodymi kobietami. Dziewczęta oceniano bardziej surowo, ale fakt, że oboje byli stanu wolnego nieco złagodziło sprawę. Tak samo jak pochodzenie Elaine z tzw. dobrego, czarodziejskiego domu.

Największy zgrzyt stanowił artykuł w „Żonglerze" gdzie została nazwana sukkubem oraz wampirzą narzeczoną. Podobne wnioski stanowiły podwójną obrazę. Nie dość, że sugerowały używanie jakiś niejasnych praktyk, to jeszcze dość swobodny sposób bycia delikatnie mówiąc. Z trudem opanowała chęć mordu, za podobne porównanie. Nigdy nie wybaczyła obrazy Ksenofiliusiowi Lovegoodowi ani jego córce, Lunie.

Zresztą miała zbyt ciężką przeprawę z rodziną, by mieć jeszcze siły na podobne sprawy. Babka oczywiście gratulowała, ale matka urządziła karczemną awanturę. Pewnie dlatego Elaine znajdowała tyle zrozumienia dla swej kuzynki. Lavender miała przeciw sobie wszystkich, bowiem nikt nie uważał Rona za dobrą partię. Starsza z dziewcząt musiała tylko znosić kąśliwości jednej osoby.

- Czyli te lekcje manier, kształcenie to wszystko po to, by wepchnąć młodą dziewczynę do łóżka faceta mogącego być jej ojcem – krzyczała wściekła Valerie Cattermole, wymachując jednym z numerów „Czarownicy".

- Mamo ja – zaczęła się bronić Elaine.

- Nawet nie kłam – starsza z kobiet ani myślała słuchać – te kolczyki i ten twój ciągły brak czasu. Podobno pracowałaś, ładna mi praca! Te gadki o ambicji i planach, wszystko by ukryć fakt, że zostałaś utrzymanką!

- Nie zostałam. Naprawdę pracuję i nie robię nic złego. Sama powtarzałaś bym znalazła sobie kogoś.

- Kogoś w twoim wieku a nie wieku twojego ojca.

- Wolę starszych, co w tym złego? Wiem jak to wygląda, ale mam to gdzieś. Po raz pierwszy w życiu wiem co to znaczy uwielbiać mężczyznę i pragnąć jego bliskości. Wiem, że on o tym wie, a gazety znajdą z czasem inny kąsek. Mam kogoś z kim mogę rozmawiać godzinami, kto mnie rozumie i potrafi myśleć o czymś innym niż sport, imprezy i picie z kumplami.

- Powinnaś spotykać się z młodymi i o twojej pozycji społecznej. A nie kimś kto cię zostawi dla młodszej lub lepszej w łóżku jak tylko mu zbrzydniesz.

Elaine poczuła jakby została uderzona w twarz. Matka zawsze znała jej słabe i mocne punkty, a dziewczyna nie mogła uwierzyć, że kobieta mogła mówić podobne rzeczy. W jaki sposób ma przekonująco odegrać zakochaną osobę, skoro nawet najbliżsi powtarzają równie okropne rzeczy? Zacisnęła pięści a z oczu pociekły jej łzy. Traciła właśnie nad sobą panowanie, a właśnie ze zdolności powściągania emocji była zawsze taka dumna. Nie szalała i nie pozwalała lekko wyczytać lęków ze swoich twarzy.

Matka wypowiedziała na głos największe obawy młodej kobiety. Nie wiedziała czy na pewno może zostać godną i właściwą parą dla kogoś na stanowisku. Miała swoje wykształcenie, dzięki babce Galatei właściwie maniery, ale nie należała do pewnych siebie osób. Nie była szpetna, ale obdarzona dość subtelną i delikatną urodą, nie w typie klasycznych piękności. Drobna o dość chłopięcej budowie ciała bywała przezywana deską lub nawet gorzej. Zazdrościła kobiecej piękności Doris, o której mawiano, że jest najzgrabniejszą czarownicą w Ministerstwie. Mafalda, druga koleżanka z pokoju, od lat trwała w szczęśliwym małżeństwie, w którym nie brakowało niczego.

Czy naprawdę mogła zostać porzucona? Elaine była młoda, ale na pewno nie dziecinnie naiwna. Wiedziała, że wokół najważniejszych urzędników łatwo spotkać piękne i eleganckie czarownice. Dużo ładniejsze od niej i bardziej wyzwolone. Bardziej kuszące, potrafiące dogodzić mężczyźnie w sposób w jaki ona by nie potrafiła. Słyszała oczywiście o wielu sposobach wykorzystania ust, ale sama myśl była dla niej obmierzła.

- A więc nie jestem dla niego dość dobra? On tak nie uważa. I ufam, że mnie nie zostawi. Kocha mnie, dlaczego ty, moja matka nie wierzysz, że ktoś mnie może pokochać? - zapytała ze łzami w oczach.

- Wierzę, że może. Na pewno masz wielu kolegów do tego zdolnych, twoje koleżanki z pracy na pewno mają krewnych i znajomych. Ale ty masz głowę napakowaną bredniami swej babki i zamiast iść na zabawę wolisz gadać o polityce. Powinnaś się bawić, flirtować, pić i chadzać na mecze a nie być taka poważna i dumna. Zostaniesz sama ze swoją dumą. Dlaczego nie możesz wzorem Lavender znaleźć rówieśnika?

- A więc uważasz prostaka i grubianina za kogoś odpowiedniego?

- Nie, nie uważam. Ale z dwóch złych wyborów twój jest gorszy. Czy on, czy ten człowiek do czegoś cię zmuszał?

- Nie – warknęła oburzona – nigdy.

- Czyli weszłaś do jego łóżka z głupoty, nie rób takich oczu wiem co znaczą te kolczyki.

- Z miłości nie głupoty, czy to takie dziwne, że się pragnie bliskości drogiej osoby? Czy nie tego argumentu używasz broniąc Lavender?

- Tak, ona kocha tego rudzielca, nawet jeśli chłopak ma lekki problem ze sławą.

Słysząc porównanie Elaine wyszła trzaskając drzwiami tak mocno, że prawie wyleciały z futryny. Wpadła tym samym na wracającego z pracy ojca. Z pewnością nie miał ochoty na awanturę, zwłaszcza po ciężkim dniu. Wrzaski żony i córki słyszał ze znaczniej odległości. Potarł skronie czując, że wcale nie ma ochoty wracać. Wolał już siedzieć na dworze, niż wejść między dwie skaczące sobie do gardeł kobiety.

Kiedy córka prawie na niego wpadła, instynktownie odskoczył. Chwycił ją i próbował przytulić, ale wyrywała się. Biegła dość szybko, chociaż nigdy nie należała od osób zainteresowanych sportem. Próbował nawet ją dogonić, lecz ona nie słuchała i nie zwracała na nic uwagi. Rzuciła zaklęcie teleportacji i pozostało mu mieć nadzieję, że nie dojdzie do nieszczęścia. Zacisnął zęby i wściekły przekroczył próg domu.

- Zadowolona? – powitał żonę złością – doprowadziłaś Elaine do łez. Musiałaś jej dokładać?

- Powiedziałam prawdę, niech lepiej nawyknie skoro gustuje w sławach!

- I uważasz, że nieszczęście Lukrecji to dobry argument w dyskusji. Jej piękna córka jak ostatnia idiotka zaszła w ciążę i to jeszcze z przygłupem bez stałej pracy. Nasza córka spotyka się z eleganckim i dystyngowanym panem a ty masz problemy!

- Praca.. wyklęliście Lavender bo jej wybranek nie zarabia, ale jak twoja matka nauczyła Elaine jak wejść do łóżka kogoś starego i bogatego to jest wspaniale?

- Nasza córka ma szansę na dobry związek. Nie jesteśmy arystokracją, ale czarodziejami od kilku pokoleń i wielu z nas pracuje w zawodach uchodzących za szacowne. Młoda i dobrze wychowana czarownica może poślubić starszego, zamożnego i wyższego statusem mężczyznę o ile on uzna, że ma obycie w towarzystwie i dobrą opinię.

- Czyli chodzi o handel?

- Daj spokój Val, każdy ojciec woli by córka miała eleganckiego i zamożnego wielbiciela niż biednego przygłupa. Jeśli Elaine to odpowiada dlaczego chcesz ją na siłę spiknąć z kimś w jej wieku, skoro ona woli starszych. Daj jej wybrać.

xxxxxx

Hermiona miała naprawdę ciężki dzień. Umbridge traktowała ją jak chłopca na posyłki i dogryzała nieomal na każdym kroku. Nie kazała niczego pisać krwawym piórem, najwyraźniej zmieniając taktykę tortur na kpiny i wyszydzanie. A to bolało, kiedy nieustannie jej przypominano jak niewiele znaczy a jeszcze mniej wie.

Praca, w której miała pomagać, nie była ciężka ale żmudna. Chodziło o przejrzenie raportów z poszczególnych Departamentów, spisanie ich w porządku alfabetycznym i oznaczenie stopnia ważności. Jeśli jakieś dokumenty wymagały podpisania, należało położyć najbardziej pilne na wierzchu. Dolores potrafiła doskonale porządkować stosy papierów. Zapewne swym umiejętnością w tej dziedzinie, między innymi, zawdzięczała utrzymanie swego stanowiska. Innych powodów Hermiona nie znała, ale słyszała od Kingsleya, że jej obecność stanowiła prztyczek w nos wobec Zakonu Feniksa. Umiarkowana, delikatnie mówiąc, sympatia Scrimgeoura wobec tej organizacji stanowiła powszechną wiedzę. Minister wyraźnie trzymał z zamożnymi konserwatystami niechętnymi gwałtownym zmianom, a Zakon pragnął zmian praw uderzających w magiczne stworzenia czy czarodziei mugolskiego pochodzenia.

Ku swemu bezgranicznemu zdumieniu, Hermiona zobaczyła zdjęcie Korneliusza Knota na biurku ropuchy. Plotki o ich romansie dotarły do uszy dziewczyny, oraz złośliwe komentarze koleżanek. Sama pomysł by tę dwójkę cokolwiek łączyło zapewne rozśmieszał wielu. Były Minister został obecnie zdegradowany do roli doradcy, po wielkim skandalu i Bitwie w Departamencie Tajemnic. Został zmuszony do rezygnacji niemal z dnia na dzień, kiedy ludzie nieomal żądali jego głowy. Siedział obecnie w przestronnym gabinecie, usiłując nie rzucać się ludziom w oczy.

- O tak, odwiedzam czasem Korneliusza i rozmawiamy prze herbatce – westchnęła Dolores – co oczywiście w żaden sposób nie stanie się twoim udziałem dziewczyno.

Hermiona parsknęła, ale na szczęście różowa ropucha, zajęta chwaleniem swego ulubieńca, niczego nie zauważyła. Romanse w pracy nie stanowiły jakiejś rzadkości w Ministerstwie, ale większość ludzi raczej nie trąbiła o tym na prawo i lewo. Zwłaszcza jeśli jedna ze stron pozostawała w związku małżeńskim. Hermiona poczęła myśleć z podziwem o Elaine. Nie tylko zdołała ukryć swój romans, nikt nie kupił historii że chadzali tylko na lunche, przed największymi plotkarami w okolicy, z którymi dzieliła pokój, ale jeszcze wybrała kogoś stanu wolnego co złagodziło odbiór całego zajścia. Nie gruchała raz po raz odmieniając imię swego kochanka, wybierając wstrzemięźliwość.

Doris zdążyła już kiedyś opowiedzieć historię o wygodnych kanapach w gabinecie Ministra i skąd tam się wzięły. Wesoła czarownica w niezwykle plastyczny sposób opisała specyficzne zachowanie Dolores Umbridge, małpując ją i zmuszając ubawioną Mafaldę do odegrania roli Knota. Wszyscy uczestnicy byli pijani, a w każdym razie dość wstawieni by spokojnie zareagować na widok czarownicy kładącej głowę w strategicznym miejscu drugiej.

Biedna Elaine zbladła i przed długi czas za nic nie chciała usiąść na wspomnianej kanapie. Opowieści Doris mogły oczywiście stanowić po prostu wytwór bujnej, erotycznej wyobraźni czarownicy. To co opisywała należało do jednej z tych rzeczy, sama myśl o których przyprawiała blondynkę o mdłości.

Sama Hermiona nie miała może aż takich obiekcji. Lucjusz obudził w niej namiętną kobietę i nieraz próbowali tego rodzaju pieszczot. Lubiła, może nawet nie samą czynność, co uczucie władzy jaką zyskała nad mężczyzną o platynowych włosach. Drżał i błagał o jej dotyk, a ona nigdy się nie śpieszyła. Ale wolała nie myśleć o Umbridge w podobnej sytuacji, sama myśl brzmiała nieprzyzwoicie.

Ciche pukanie do drzwi przerwało monolog Dolores. Ubrana w róż kobieta krzyknęła „wejść", po czym nieskrępowana kontynuowała swoją przemowę. Tornado ni trzęsienie ziemi zapewne także by nie zmusiły by przerwała.

- Pani starsza podsekretarz – Elaine odezwała się najbardziej grzecznym tonem – czy mogę na chwilę porwać pannę Granger? Oczywiście mam świadomość ile pani ma pracy – wtrąciła niewinnie – i jak wielkie znacznie ma dobrze przygotowana dokumentacja. Sama uczestniczę w przygotowaniu aktów oskarżenia wobec śmierciożerców, więc wiem jakie co ciężkie i nużące zajęcie. Pożyczyłam pannie Granger kilka książek i chcę je z powrotem, a skoro i tak jestem w okolicy. Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko przerwie? Jest już po drugiej?

- Ależ skąd – odparła Dolores swoim przesłodzonym głosem- jesteś taką uprzejmą i dobrze wychowaną, młodą damą – kontynuowała zrzucając jakieś niewidzialne paprochy z szaty Elaine – ale niczego innego nie oczekiwałabym od dziewczyny z dobrej rodzinny, zajmującej się ważnymi rzeczami.

- Dziękuję pani podsekretarz to bardzo miłe, ale ponieważ wszystkie ciężko pracujemy czy mogę na chwilę porwać pannę Granger?

Nawet ślepy by zauważył, że Elaine zesztywniała czując dotyk Umbridge. Hermiona znała blondynkę dość dobrze i wiedziała jak ta nie lubi bliskości przypadkowych osób. Nie znosiła też Dolores i rozmawiała z nią przesadnie uprzejmym tonem. Coś, co różowa ropucha uważała za przejaw skromności i dobrego wychowania, stanowiło wyrafinowaną kpinę. Podziwiała opanowanie swej przyjaciółki. Chciała ją też wycałować z wdzięczności, ale opanowała tę chęć. Elaine nie należała od wylewnych osób.

Ruszyły w kierunku gabinetu Hermiony. Ta druga oczywiście pamiętała, że oddała pożyczone książki jakiś czas temu. Nic jednak nie mówiła wdzięczna za ratunek z rąk okropnej kobiety.

- Musiałaś nieźle podpaść Ministrowi skoro dał cię tej jędzy na pożarcie, to gorsze niż szlaban ze Filchem!

- Elaine życie mi ocaliłaś, chyba dobrze się znacie, dlaczego mówisz o nim per „Minister"? – zapytała.

- Oficjalnie byliśmy parę razy na lunchu – odparła – nie patrz tak na mnie, nie jestem tą różową ropuchą i nie zacznę odmieniać jego imienia przez przypadki ot tak. Doris i bez tego mnie dręczy, a mam dość dobrych rad i historyjek.

- Jak te o kanapach w gabinecie Ministra?

- Hermiona, ja jestem po lunchu, właśnie zjadłam a ty opowiadasz mi takie obrzydliwe rzeczy? Od razu widzę Doris jak położyła głowę Mafaldzie, sama wiesz gdzie. Jak pomyślę o Umbridge mającej w ustach… niedobrze mi – jęknęła.

- Okropna wizja, ale wiesz – wtrąciła brunetka konspiracyjnie – to całkiem przyjemna pieszczota, kiedy dotykasz i całujesz..

Przerwały jej odgłosy torsji. Elaine zbladła i trzymała dłoń przy ustach ewidentnie walcząc z mdłościami. Hermiona natychmiast zaczęła przepraszać przyjaciółkę i poczęła przygotować herbatę. Myśl o podobnym zachowaniu z pewnością nie była jej miła sądząc po reakcji. Oczywiście z rozmów wiedziała jak bardzo blondynka jest wstydliwa i pełna zahamowań. Zdecydowanie nie wyglądała na kogoś, kto zacznie namiętny romans z kimkolwiek.

- Skończ, właśnie zjadłam lunch i chyba wszystko zwrócę. To o czym mówisz jest ohydne i upokarzające, jak można żądać czegoś takiego od kobiety?! Jak nisko ją cenić? – zapytała – czym podpadłaś?

Hermiona miała własne zdanie na ten temat, ale milczała. Widziała bladość przyjaciółki, której najwyraźniej zrobiło się niedobrze. Nie chciała by ktoś, kto podał jej pomocną dłoń źle się czuł. Zaczęła więc opowiadać o skrzatach domowych i swoim projekcie W.E.S.Z. Większość ludzi reagowała śmiechem lub pogardą ilekroć opowiadała o dzierganiu ubrań dla skrzatów. Chciała odciągnąć myśli Elaine od niewątpliwie okropnych dla niej obrazów.

Blondynka zdołała się opanować. Słysząc o skrzatach zapomniała o mdłościach i obdarzyła Hermionę pełnym sceptycyzmu spojrzeniem. Nie było w nim złości czy gniewu, raczej zaskoczenie. Bezgłośnie mówiła „chyba upadłaś na głowę" najwyraźniej w najmniejszym stopniu nie przekonana o konieczności zmian.

- To było szalone – powiedziała po chwili – i nierozważne. Kilka takich wyskoków i pogrzebiesz swoją karierę w Ministerstwie – ostrzegała- Nie wiem kto ci dał tę bransoletkę, ale chyba nie poprze tego projektu.

- Ja.. chyba nie, ale

- Nie będzie zadowolony jak się dowie. Dlaczego, mając pracę z perspektywami, tracisz czas na bzdury? Musiałam ciężko pracować by zostać oskarżycielem posiłkowym, naprawdę mam na myśli pracę nie coś innego. Wiem co powiesz, że znajomość z Ministrem itd., ale to tak nie działa. Owszem wiadomo, istnieje wspieranie swoich ale tylko kompetentnych – zakończyła – dlatego pomyśl czy naprawdę chcesz tracić czas na te nieważne sprawy?

- Nie masz racji, zniewolenie skrzatów domowych – broniła się Hermiona.

- Nikogo nie obchodzi, albo prawie nikogo. Takie są zwyczaje, nie możesz oczekiwać od ludzi, że naraz porzucą zwyczaje, właściwie w imię czego? Jesteś młoda, nie w pełni rozumiesz pewne rzeczy – zaczęła delikatnie.

- O tak, słyszałam, że jako Mugolak, lub czarodziej w pierwszym pokoleniu, mam nie wypowiadać się zwyczajach i prawach. Pewnie co tam szlama wie..

- Skończ – przerwała Elaine – nikt cię tutaj nie nazwał szlamą i nie nazwie, a jeśli to zrobiła Umbridge zgłoś to! Czarodziej w pierwszym pokoleniu, tak pochodzisz z zewnątrz Hermiono i jesteś nowa w naszym świecie. To nic złego, to jak przyjazd kogoś z obcego. Magiczna i mugolska Anglia to dwa całkowicie odmienne kraje, z oddzielną historią, zwyczajami i systemem rządów. Ludzie z rodzin Mugoli są jak cudzoziemcy, a w każdym kraju na świecie obcy są różnie witani. Powiedz mi jakby zareagowali ludzie w mugolskiej Anglii jakby imigranci nie wiem z Francji postanowili wywrócić system prawny?

- Ten jest zły i wymaga zmian, istoty magiczne są traktowane okropnie.

- Jak uważasz – wzruszyła ramionami Elaine – wracam do swojego biura, mam co robić. Po prostu przemyśl moje słowa, dobrze?

Hermiona wyczuła irytację w jej głosie. Nie miała kiedy podziękować za ratunek i musiała wracać do znienawidzonej ropuchy. Nie rozumiała wściekłości z jaką czarodzieje reagowali na wszystko co proponowała. Słowa blondynki o imigrantach brzmiały sensownie, ale panna Granger nie miała zwyczaju łatwo rezygnować.

Nie powiedziała Lucjuszowi o swoim małym spięciu w pracy. Nie chciała do denerwować, a nie sądziła by okazał zrozumienie. Patrzył spode łba ilekroć wspomniała temat skrzatów domowych, najwyraźniej traktując wszystko co planowała i w co wierzyła jako dowcip w kiepskim guście.

xxxxxx

Niestety spokój nie trwał wiecznie. Nie doceniła stopnia wściekłości Scrimgeoura, który zdążył powiedzieć już wszystkim ważnym osobom w Ministerstwie jakimi to sprawami zajmuje się wojenna bohaterka, powiązana z Zakonem Feniksa. Wszyscy wiedzieli, że Hermiona od lat przyjaźniła się z Harrym Potterem, Weasleyami czy Kingsleyem, toteż powiązanie jej z grupą przychodziło naturalnie. Dolores Umbridge, u której odbywała coś w rodzaju tygodniowego szlabanu, kpiła bezlitośnie, a nawet Percy nie szczędził nieprzychylnych komentarzy.

Pozostało kwestią czasu aż Lucjusz usłyszy o sprawie. Nie pracował dla Ministerstwa, ale miał kontakty z wieloma ważnymi urzędnikami. Mógł być wcześniej oskarżany o wiele spraw, ale zmiana stron w czasie Wojny otworzyła mu niejedne drzwi. Poza tym jak najbogatszy czarodziej w magicznej Brytanii zawsze znalazł tę czy inną drogę. Popierał, nie tylko słownie, stronnictwo konserwatywne z Ministrem na czele, co oczywiście pomagało obu stronom. Lucjusz często odwiedzał któregoś z Szefów Departamentów, a na nieszczęście Hermiony jedną z tych osób był Bertie Higgs. Właśnie z nim załatwiał sprawy Malfoy, kiedy Scrimgeour albo miał jakieś pilne zajęcia, lub chciał uciszyć plotki o zbyt częstych spotkaniach z jasnowłosym arystokratą.

Lucjusz prawie zawsze przychodził nieco wcześniej. Lubił, niby bez powodu spacerować korytarzami i obserwować. Przypadkowe spotkania bywały pouczające a nawet dostarczały materiałów do szantażu, a już na pewno ciekawych informacji.

Zobaczył jak nieznajoma blondynka wychodzi z gabinetu Higgsa. Trzymała w dłoni teczkę z aktami, ale coś w jej postawie sugerowało, że nie rozmawiali o ministerialnych przepisach. Sprawiała wrażenie bardzo zrelaksowanej i spokojnej, kogoś kto właśnie wyszedł z miłej, przyjacielskiej rozmowy nie zaś spotkania służbowego.

Nie spotkał jej osobiście, ale wiedział kim jest. Widział zdjęcia w „Proroku" i oczywiście mógł zgadnąć dlaczego chadza na herbatki do Higgsa. Okiem znawcy ocenił postawę, strój i biżuterię kobiety. Pokiwał głową z uznaniem widząc klasyczne, eleganckie szaty oraz biżuterię w podobnym guście. Zawsze podziwiał ambitnych ludzi, potrafiących wykorzystać wszelkie atuty, łącznie z urokiem osobistym czy młodością.

Przynajmniej Scrimgeour ma lepszy gust od Knota i nie sypia z różową pokraką" - mruknął pod nosem. Oczywiście Lucjusz w mig odgadł co łączyło Dolores Umbridge z ukochanym, dosłownie, szefem. Sposób w jaki gruchała „Korneliuszu" nie pozostawiał wielkiego pola dla wyobraźni. On rzecz jasna nie potępiła ludzi szukających rozrywki po godzinach, nawet rozumiał bowiem żona Knota była gruba i oziębła, ale żeby od razu o tym trajkotać każdemu w zasięgu? Postanowił podejść do młodej dziewczyny.

- Panna Cattermole? - powiedział aksamitnie – proszę zaczekać – poprosił szybko pokonując dzielącą ich odległość.

- Panie Malfoy – odparła blondynka uprzejmie – cóż za niezwykłe spotkanie. A jeszcze bardziej niezwykłe, że Pan najwyraźniej mnie zna. Nie zostaliśmy sobie przedstawieni.

- Lucjusz Malfoy - powiedział podając jej dłoń. Elaine szybko ją uścisnęła i posłała uprzejmy uśmiech.

- Elaine Cattermole. Czemu zawdzięczam przyjemność spotkania?

- Zawsze witam piękne kobiety – odparł całując jej dłoń – nawet jak przychodzę w interesach do Ministerstwa.

- Nie spodziewam się niczego innego bo równie zacnym człowieku i dżentelmenie – wyjaśniła z uśmiechem – czy mogę jakoś pomóc?

- Poza umileniem mi czekania na Bertiego? To samo w sobie starczy aż zanadto panno Cattermole.

- Jestem pewna, że asystent pana Higgsa może zaparzyć herbaty – odparła – Szef Departamentu dba o swoich gości i interesantów – zapewniła – proszę za mną.

- Czyżby pani próbowała mnie zbyć?

- Ależ skąd panie Malfoy, nie sądzę jednak bym była właściwym towarzystwem dla gościa pana Higgsa.

- Jednakże nalegam panno Cattermole.

- Wedle życzenia.

Patrzył na nią uważnie. Wytrawny elegant od razu ocenił krój szat. Tradycyjny ubiór czarodziejki wyglądał nieco dziwnie na młodej dziewczynie, ale Lucjusz uważał to za zaletę. Nie tolerował mugolskich wynalazków jak dżinsy i zabraniał Hermionie nosić podobnych w domu. Najchętniej widziała by swoją ukochaną w podobnych strojach co ową blondynkę. Z zadowoleniem ocenił, że zupełnie nie przypomina Umbridge.

Nie tylko umie wybrać stosowny strój, ale jeszcze nie szczebiocze wszem i wobec o swoim romansie. A że takowy miała, arystokrata nie miał wątpliwości. Kosztowne suknie i biżuteria nie pozostawiały pola dla wyobraźni. Jej pełne rezerwy i spokojne zachowanie znacznie bardziej pasowało młodej damie. Po pokonaniu pierwszej sztywności rozmawiała z nim uprzejmie, wyraźnie wyrażając swoją sympatię dla konserwatystów. Po równie eleganckiej kobiecie w szatach czarodziejki nie oczekiwał niczego innego.

Ściskała teczkę z jakimiś dokumentami. Wiedział, że została oficjalnie oskarżycielem posiłkowym u Higgsa i mógł zgadnąć komu zawdzięcza awans. Nie, Lucjusz nijak nie potępiał podobnych sposób na uproszczenie sobie kariery, byle osoba nie próbowała robić czegoś o czym nie ma pojęcia i zachowywała elementarną dyskrecję. Pochwalał zachowanie Elaine, nawet jeśli dostrzegał w nim luki wywołane przez młody wiek oraz brak doświadczenia.

- Lucjuszu, mam nadzieję, że nie czekałeś za długo? - donośny głos Higgsa rozbrzmiewał na korytarzu.

- Ależ skąd Bertie, dziękuję za miłe słowa. Ta urocza dama dotrzymała mi towarzystwa, więc nawet nie zauważyłem upływu czasu!

- Doskonale, zatem zapraszam do mojego gabinetu – wskazał gestem drzwi.

Elaine powiedziała bardzo uprzejme „do widzenia" i po życzeniu udanego spotkania pośpiesznie ruszyła w kierunku swojego biura. Lucjusz patrzył przez chwilę za odchodzącą, pewien, że to jedno z wielu spotkań. Po chwili jednak podchwycił zagadkowe spojrzenie Higgsa, najwyraźniej chcącego coś przekazać. Wszyscy wiedzieli, że należał do najbliższych przyjaciół Scrimgeoura dodawał całej sprawie smaczku. Lucjusza oczywiście pragnął wiedzieć co ten sztywny prawnik powiedział na kochankę swego kumpla w roli swej pomocniczki. Szybko przywołał obraz uśmiechniętej kobiety wychodzącej z gabinetu Szefa Departamentu. Najwyraźniej zdołała go do siebie przekonać, co oczywiście bardzo dobrze świadczyło o jej umiejętnościach.

Usiadł na wygodnym fotelu i skrzyżował idealne, białe dłonie. Bertie Higgs mógł sprawiać wrażenie jowialnego jegomościa, ale pod posturą miłego wujka skrywał ostry jak brzytwa umysł oraz twarde postawy. Lustrował swej jasnowłosego gościa oceniając i szukając słabości. Czegoś w co można uderzyć i wykorzystać.

- W przyszłym tygodniu odbędzie się głosowanie w Wizengamocie nad jednym z projektów Zakonu – zaczął lakonicznie – chcą uderzyć w przepisy dotyczące roli statusu krwi przy przyjmowaniu na wysokie stanowiska.

- Marzą by szla.. Mugolaki mogły kandydować na najwyższe stanowiska?

- Nie mówią tego wprost, ale taki jest sens. Zamierzamy uderzyć pierwsi. Po ostatniej Wojnie kwestie statusu krwi są dość delikatnie, a wspieranie idei supremacji czystej krwi to poważne oskarżenie. Nie możemy wywrócić całkiem naszego systemu prawnego, ale coś trzeba dać ludziom!

- Co dokładnie? - zapytał Lucjusz.

- Jesteśmy gotowi przegłosować nowe sposoby determinowania statusu czystości krwi. Każdy kto ma czworo dziadków czarodziei będzie uważany za czarodzieja czystej krwi a im dłuższa linia magiczna tym większa czystość z Uświęconą Dwudziestką Ósemką na szczycie – wyjaśnił Bertie – pokażę diagram*.

Lucjusz Malfoy przejrzał uważnie wyliczenia. Pokiwał głową z uznaniem, zwłaszcza kiedy dziecko dwojga Mugolaków byłoby uważane za Mugolaka. Nie gardził już tak ludźmi, mieszkał i sypiał z czarownicą z mugolskiej rodziny, dostrzegał jednak, że nie rozumiała i nie wyczuwała podobnych niuansów. Nie uważał jej z tego powodu za gorszą, po prostu to widział.

Voldemort, największe zagrożenie dla spokoju społecznego ostatnich lat był czarodziejem półkrwi, potomkiem Mugola i praktycznie charłaczki ze znamienitego dawniej rodu. Wzbudziło to dyskusje na temat korzyści włączenia zdolnych „czarodziei w pierwszym pokoleniu" jak o nich mawiano, w stare rodziny w celu wzmocnienia krwi. Tonks, Auror z szalenie rzadką zdolnością metamorfomagii także miała mieszane pochodzenie. Lucjusz widział co się dzieje, wiedział jak walczyła Hermiona i mógł tylko sobie wyobrazić jak zdolne będą ich dzieci.

Morderstwo żony zmieniło jego poglądy na supremację czystej krwi, chociaż oczywiście nie zapomniał nauk swej rodziny. Podkreślanie wychowania w magicznej kulturze miało sporo sensu. Dawało ludziom coś, czego potrzebowali by poczuć się bliższymi elicie a jednak zachowano układ. Nie tylko czystość krwi, ale jej długość miała znaczenie. Kiwał głową czując się mile zaskoczony. Czytał o uderzeniach wyprzedzających i popierał takową strategię, cokolwiek mogła ona oznaczać.

- Bardzo ciekawe zestawienie – zauważył Lucjusz – to faktycznie pozwoli nam wyjść naprzeciw oczekiwaniom ludzi.

- Mamy coś jeszcze, dowód na to jak członkowie Zakonu marnują swój czas w pracy – zaczął Higgs z uśmiechem rekina.

-Shacklebolt puszcza papierowe samolociki?

- Aż tak głupi nie jest i ma doświadczenie. Nie da się jednak tego powiedzieć o Hermionie Granger, jak Rufus mi powiedział, z czym do niego przyszła, nazywając te bzdury rzekomo ważną sprawą, nie wierzyłem.

Lucjusz zacisnął palce, ale milczał. Nie mógł okazać zainteresowania ni troski. Pozorna obojętność stanowi najlepszą taktykę na wydobycie informacji. A oczywiście jasnowłosego mężczyznę interesowało wszystko, co związane z młodszą czarownicą. Zadawanie pytań wprost mogło jednak doprowadzić do katastrofy.

Higgs nie odmówił sobie przyjemności wygłoszenia licznych, złośliwych komentarzy. W dosadnych słowach wyraził co myśli no sądzi na temat pomysłów zmiany regulacji dotyczący skrzatów domowych. „A więc tym zajmuje się Zakon, nieważnymi bzdurami, kiedy inni pracują! Nie wiem co też ta dziewczyna sobie myślała".

- Być może jest po prostu bardzo młoda – wtrącił neutralnie Lucjusz.

- Skończyła Hogwart i byłoby to półtora roku temu, gdyby nie Wojna. Ja miałem w jej wieku więcej rozumu – zauważył sucho – a czemu jej bronisz?

- Byliśmy sojusznikami w czasie Wojny – wtrącił niewinnie – pomogła mnie i Draco w trudnych momentach.

- Mam wrażenie, że chodzi o coś więcej, ale na te chwilę uwierzę w twoją historyjkę. Czego oczekujesz Lucjuszu?

- Nazwisko panny Granger nie będzie używane do okładania Zakonu, ten plan – wskazał na diagramy z dziedziczeniem krwi – jest świetny i naprawdę powinien starczyć. Nie chcemy przecież wyjść na brutali?

Zdołał ostatecznie jakoś ugłaskać Higgsa. Worek monet zawsze działał jako argument w rozmowie z urzędnikami Ministerstwa. Poza tym człowiek, który przed nim siedział nie był durniem. Scrimgeour także nie był kretynem jak swój poprzednik i nie wykazywał odporności na argumenty. Czepianie się młodej, być może naiwnej, dziewczyny nie wyglądałoby zbyt dobrze. Co innego zaatakowanie takiego Shacklebolta, czy starego Weasleya.

Czy dziwne, że Hermionę czekał ciężki wieczór? Lucjusz przyszedł podwójnie wściekły. Po pierwsze miał do niej pretensje ukrywanie swoich zainteresowań skrzatami. Dlaczego skrzatami, co wywoływało politowanie u słuchających. Po drugie był zły o pójście z głupotami do Ministra, a po trzecie nie powiedzenie jemu, Lucjuszowi o planach, oraz swoich karnych posiedzeniach z Umbridge. Nie wiedziała o co żywił największą złość, ale naprawdę czuła się źle.

Nie chciała mu kłamać, ani nie chciała sprowadzać na niego kłopotów. Nie chciała mu przynieść wstydu. Sądziła, że Scrimgeour osiągnął szczyt swej złośliwości, kiedy kazał jej pomagać w porządkowaniu dokumentów wrednej ropuchy. Raz po raz słyszała od niej złośliwie komentarze i miała szczerą ochotę czymś uderzyć. Elaine wpadała jakiś czas ratując ją pod różnymi pretekstami, ale niewiele mogła poradzić. Czy dziwne, że znienawidziła listopad i wyczekiwała z radością na nadejście zimy?


Od Autorki: Lucjusz nie będzie zadowolony z pomysłów Hermiony. Dla niego akcje jak W.E.S.Z to infantylna głupota, coś czego nie zaakceptuje u dorosłej osoby. Widziałam parę ficków z pairingiem Knot/Umbridge, nawet jeśli ciężko mi sobie wyobrazić by jakiś facet dobrowolnie tknął tę różową ropuchę. Nie wiem czemu, ale te jej gruchanie "Korneliuszu" miało w sobie coś nienormalnego.

* Dla mnie to jak określano status krwi było zawsze dość niejasne. Na przykład aby być czystej krwi należało nie mieć w rodzinie Mugoli, ale biorąc pod uwagę, że czarodzieje to promil populacji, nie wydaje się to możliwe. Dlatego, razem z Toraachem, przedyskutowaliśmy nasz pomysł, gdzie status krwi byłby wypadkową ilości czarodziei w rodzinie i wychowania. Poniżej diagram o którym wspominają postacie:

czysta krew + czysta krew = czysta

czysta + półkrwi =czysta/półkrwi **

półkrwi + półkrwi = czysta/półkrwi **

półkrwi + Mugol(ak) = półkrwi

czysta + Mugol(ak) - półkrwi

Mugol(ak) + Mugol(ak) = Mugol(ak)***

** czysta w przypadku posiadania czterech dziadków czarodziei. Zresztą, jeśli taki Ernie MacMillian wspominał, że jego rodzina to czarodzieje od paru pokoleń, wedle zasady nikt kto ma Mugola w rodzinie nie jest czystej krwi, byłby półkrwi. O ile Harry jest półkrwi bo Lily pochodziła z rodziny Mugoli, to dzieci Harrego i Ginny powinny być czystej krwi, bo mają praktycznie wyłącznie czarodziei w rodzinie (Harry nie ma kontaktu z Dursleyami i na pewno nie chce o nich gadać).

*** Mugolak bo ma 4 dziadków Mugoli

Co sądzicie o rozpisce na kwestie krwi?

Edit:18 września 2015,wieczór (EST), Freeja, Toraach dzięki za wychwycenie błędów!