Autorka wyraziła zgodę na tłumaczenie.
Link do oryginału znajduje się na moim profilu.
~ XIV ~
— Naprawdę nie wiem, czego dokładnie spodziewasz się ode mnie usłyszeć... — oznajmił wyraźnie zakłopotany, wiercąc się na swoim krześle.
— Prawdy — odparłam, położywszy łokcie na stole. — Obiecałeś, że wszystko mi wyjaśnisz, więc... — wykonałam ręką gest zachęcający go do mówienia — oto jestem.
Gdy kelnerka przyniosła nam zamówione napoje, odchrząknął.
— Amy...
— Co jest grane? — przerwałam mu niecierpliwie. — Luke, jesteś mi to winien! Ty wczoraj... — zniżyłam głos — kogoś zabiłeś!
— Wcale nie! — zaprzeczył szybko. — Spójrz... — Zamknąwszy na moment oczy, odetchnął ciężko. — Nie możesz po prostu... o tym zapomnieć?
— Zapomnieć? — oburzyłam się. — Czy ty słyszysz samego siebie? Jak w ogóle można o czymś takim zapomnieć?
— Tak będzie lepiej!
— Ja to osądzę — zadecydowałam stanowczo.
Westchnął. — Amy, ty nic nie rozumiesz...
— Więc spraw, żebym zrozumiała — zaproponowałam. — Luke, znam cię, a przynajmniej myślę, że cię znam, i wiem, że muchy byś nie skrzywdził, ale wczorajszego wieczoru... — Przerwałam na chwilę. — Mam pewne teorie, ale wszystkie wydają się kompletnie bezsensownie. Proszę, przynajmniej tyle dla mnie zrób.
Złapał się za grzbiet nosa, po czym znienacka wybuchnął:
— Najpierw ty mi powiedz, co sobie, do cholery, myślałaś, wałęsając się samotnie po zmroku?
Przełknęłam ślinę. — Musiałam pomyśleć.
— Właśnie tak chciałabyś umrzeć?
— Nie — zapewniłam, wziąwszy głęboki oddech. — Ale...
— Nigdy nie oglądałaś horrorów, Amy? — W jego głosie pobrzmiewało szczere wzburzenie. — Dam ci wskazówkę: jak skończyła ostatnia blondynka, która spacerowała nocą po lesie?
— Nie byłam w lesie! — przypomniałam mu, ignorując dobór koloru włosów. — Byłam... blisko lasu.
— Ale zapadła już noc. I poszłaś tam zupełnie sama.
— A ta blondynka to ja. Tak, Luke, załapałam aluzję.
Pokręcił delikatnie głową. — Znowu zachowujesz się jak dziecko, Amy.
— Nieprawda! — zawołałam ze złością. — A tak poza tym zbaczamy z tematu! Co miałeś na myśli, mówiąc, że oni nie byli nawet ludźmi? Dlaczego nosisz przy sobie kołki? Skąd wiedziałeś, że tam byłam? Dlaczego...?
— Zaczekasz chwilę czy może mam to sobie zapisywać?
Zacisnęłam zęby. — W porządku. Co miałeś na myśli, kiedy powiedziałeś, że oni nie byli ludźmi?
Luke wyglądał tak, jakby walczył sam ze sobą, zastanawiając się nad różnymi odpowiedziami, ale w końcu westchnął z rezygnacją. — Nikt nie może dowiedzieć się o tym, co za chwilę usłyszysz, Amy, rozumiesz? Nikt. Zdradzę ci to tylko po to, żebyś była ostrożna.
Skinęłam głową. Moje serce niemalże uderzało o żebra. — W porządku. Nikomu nie powiem.
— I nigdy więcej nie wyjdziesz sama z domu po zapadnięciu zmroku.
— Tego nie mogę obiecać.
— No cóż, w takim razie...
— Nie, t-ty nie rozumiesz... — wyjąkałam. — Czasami muszę pobyć sama, bo inaczej czuję się tak, jakby brakowało mi powietrza.
— To idź wtedy do swojego pokoju. Po co od razu wychodzić na zewnątrz?
— Bo robię to od dziecka! — zirytowałam się. — Luke, niekiedy wszystko po prostu... mnie przerasta. Na pewno znasz to uczucie, każdy na świecie je zna! A spacer pomaga mi je zwalczyć, więc...
Przez chwilę wydawał się rozważać moje słowa, a potem na mnie spojrzał. — W porządku, ale nie chodź sama, tylko... zadzwoń do mnie, żebym mógł ci towarzyszyć. W innym razie będę się o ciebie martwił.
— Okej — zgodziłam się z uśmiechem. — A teraz wyjaśnij mi, proszę, co się stało.
Odchrząknął i pociągnął łyk ze swojej szklanki. — Wierzysz w nadprzyrodzone opowieści?
Zmarszczyłam lekko brwi. — Nie do końca.
— To lepiej zacznij, bo tkwisz w środku jednej z nich — oznajmił bezceremonialnie.
Uniosłam głowę. — Nadprzyrodzone?
— Tak.
— Nonsens — stwierdziłam szybko. — Nadprzyrodzone opowieści, podobnie zresztą jak bajki, historie o duchach czy legendy, to... zwykła bujda. Ludzie wymyślili je dawno temu albo dla zabawy, albo w celu wyjaśnienia zjawisk, których nie potrafili pojąć. Teraz wszystko ma naukowe wytłumaczenie.
— Dzięki Bogu reszta świata myśli podobnie jak ty. Czy może raczej niestety...
Założyłam ramiona na piersi. — Co masz na myśli?
— Powiedz mi, co ta twoja nauka sądzi o nocnych potworach?
Zamilkłam na moment. — Na przykład jakich?
— Na przykład... — wzruszył ramionami — o wampirach, wilkołakach... Coś w ten deseń.
— Luke — westchnęłam — chyba miałeś mi powiedzieć, co...
— Po prostu odpowiedz na pytanie — przerwał mi. — No dalej. Mity o wampirach. Wyjaśnij je.
— Nic łatwiejszego — odparłam, czując się jak Scully rozmawiająca z Mulderem. — Te wszystkie opowieści o wampirach wywołała choroba — porfiria. Osoby nią dotkniętą były ekstremalnie wrażliwe na słońce. Dzienne światło mogło poparzyć ich skórę, więc wychodziły tylko w nocy. Poza tym obkurczały im się dziąsła, odsłaniając szyjki zębów, które sprawiały przez to wrażenie kłów. No i z racji powiązania tej przypadłości z układem krwionośnym, ich skóra była trupio blada. Brzmi znajomo?
— Zapominasz o najważniejszej sprawie — powiedział. — A co z piciem krwi?
— Luke, mówimy o wierzeniach ludzi ze średniowiecza! Może przypuszczali, że picie krwi to wyleczy? — zasugerowałam, bawiąc się słomką w mojej szklance. — Czy raczysz mi wyjaśnić, co to ma wspólnego z naszym tematem?
Tak właściwie to pewna myśl nie dawała mi spokoju, odkąd...
Nie. Nie ma mowy.
— W porządku. A co z kontrolowaniem umysłów innych? Nadludzką szybkością? To też potrafisz wyjaśnić?
— I znowu: mówimy o podaniach, Luke! Oczywiście, że ludzie dodawali do nich coś od siebie! — zniecierpliwiłam się. — Chwila, czy ty...? — Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. — Czy ty wierzysz, że wampiry istnieją?
Zaśmiał się. — No cóż, chyba też powinnaś w to uwierzyć, skoro wczorajszej nocy spotkałaś dwójkę z nich.
Zrozumienie sensu tego zdania zajęło mi parę sekund.
— Słucham?
— Powiedz mi, czy widziałaś twarz tej dziewczyny?
— No tak.
— I nie dostrzegłaś w niej czegoś... dziwnego?
Kiedy tylko otworzyłam usta, stosowny obraz mignął mi przed oczami.
— Gra światła księżyca — odpowiedziałam słabym głosem. — Byłam przerażona, dookoła panowały ciemności...
— No dalej, Amy — westchnął Luke. — Wiem, że jesteś domyślniejsza niż to teraz okazujesz. Po prostu ze wszystkich sił starasz się nie dopuścić do siebie prawdy.
Zakręciło mi się w głowie. — Żartujesz...
— Nie — zaprzeczył z poważną miną. — Kołek, zmiana jej twarzy... Jego usta były na twojej szyi, kiedy się pojawiłem, prawda? — Spojrzał na mnie. — Niech zgadnę: próbowałaś uciec, ale złapali cię, zanim zdążyłaś mrugnąć?
Przełknęłam ciężko ślinę, usiłując znaleźć jakieś kontrargumenty.
— To... to nie może być prawda — szepnęłam. — To niemożliwe...
Musiałam coś przeoczyć. Musiałam nie zauważyć czegoś, co nadawało wszystkiemu sens.
— A jednak — oświadczył ponuro. — Witamy w realnym świecie, Amy.
Wzięłam drżący oddech.
„Pachniesz tak kusząco", powiedział tamten mężczyzna, a ja z jakiegoś powodu odniosłam wrażenie, że wcale nie miał na myśli moich perfum...
Wrzasnąć czy znowu zemdleć? — nie potrafiłam się zdecydować, którą z tych dwóch opcji wybrać. Bo niby co innego mogłam w tej chwili zrobić? Co powinnam sobie pomyśleć?
W powieściach i filmach wszystko było takie proste — ich bohaterowie bez większych problemów akceptowali wszelkie rewelacje, łącznie z tymi najbardziej niedorzecznymi, a potem... jak gdyby nigdy nic kontynuowali swoje dotychczasowe życie.
Zawsze sądziłam, że na ich miejscu postąpiłabym dokładnie tak samo. Jako książkowa postać z pewnością nie uznałabym tego, co właśnie mi uświadomiono za jakąś wielką, niesłychaną rzecz.
Ale teraz...
— Przestraszyłem cię — odezwał się Luke, wyrywając mnie z zadumy i ściągającym tym samym z powrotem do rzeczywistości. Znajomy pogwar tłumu przypomniał mi, że nadal siedziałam przy jednym ze stolików w „Mystic Grillu". Rozejrzawszy się dookoła, zobaczyłam normalnych licealistów, kelnerki, kobiety, mężczyzn...
Dlaczego ciągle wydawało mi się, że śnię?
— Ataki zwierząt? — Ledwie co byłam w stanie usłyszeć własny głos. — Ci wszyscy wykrwawieni ludzie...?
Skinął powoli głową. — Reszta miasta o niczym nie wie. Rada stara się utrzymać to w tajemnicy.
— Rada?
— Tak — potwierdził, upiwszy kolejny łyk swojego napoju. — Założyciele Mystic Falls wiedzieli o wampirach, więc postanowili się zebrać i wspólnie chronić mieszkańców. Potem zajmowali się tym ich synowie i córki, wnuki, prawnuki... I tak dalej, aż do dnia dzisiejszego. Moja rodzina też należy do rady.
Pokiwałam głową w osłupieniu, po czym znienacka rozległ się dzwonek mojego telefonu, powodując, że oboje podskoczyliśmy jak oparzeni.
Drżącymi rękoma wyciągnęłam go z torebki i przyłożyłam do ucha.
— Słucham? — Mój głos nadal był słabo słyszalny, więc odchrząknęłam.
— Cześć. Gdzie jesteś? — zapytał Dan. — Myślałem, że miałaś zamiar zostać dziś w domu.
Zerknęłam w stronę okna. Na dworze było już ciemno.
— Jestem z przyjacielem. — Jakim cudem brzmiałam na aż tak spokojną?
— To w porządku. Ale mogłabyś wrócić trochę wcześniej? Bo wiesz, ja mam niedługo tę randkę, Mike i Will też są zajęci, więc żaden z nas nie może po ciebie przyjechać. No i będę się martwił, czy dotarłaś bezpiecznie, i...
Nagle przyszło mi do głowy coś, przez co zamarłam w szoku.
— Amy? Halo?
— Jestem, jestem... — wymamrotałam skostniałymi wargami.
— Więc jak, wrócisz?
— Tak — mruknęłam. — Zaraz będę.
— To świetnie — ucieszył się. — Dzięki. Naprawdę.
— Jasne — odparłam i się rozłączyłam.
— Wszystko w porządku?
— Nie — odpowiedziałam zgodnie z prawdą i popatrzyłam mu w oczy. — Luke, zrobisz coś dla mnie?
— Oczywiście — zapewnił. — Co tylko zechcesz.
Westchnęłam. — Możesz poszukać dla mnie pewnych informacji?
— Na jaki temat?
— Czy któryś z moich przodków mieszkał kiedyś w Mystic Falls — wyjaśniłam. — Sprawdzisz to?
— Jasne — obiecał, a ja wstałam z krzesełka. — Idziesz już?
— Tak. — Wzięłam torebkę. — Um... Czy mógłbyś mnie odprowadzić?
Również się podniósł. — Jasne. Chodźmy,
Droga do mojego domu upłynęła nam w kompletnej ciszy. Kiedy stanęliśmy przy drzwiach, podniosłam głowę i powiedziałam cicho:
— Dziękuję. Za... za zdradzenie mi prawdy.
— Nie ma za co. — Puścił mi oczko. — Przestraszenie cię było dla mnie prawdziwą przyjemnością.
Nie odzywałam się przez chwilę. — Luke... Oni nie mogą wejść do domu bez zaproszenia, racja? To... to prawda, tak?
Skinął głową. — Tak. Ale jeśli nadal czujesz się... — szukał przez moment odpowiednich słów — trochę niekomfortowo, to mogę z tobą zostać.
Spróbowałam się uśmiechnąć. — Nie, nie musisz. Dzięki. Nic mi nie będzie.
Popatrzył na mnie z niedowierzaniem. — Jasne...
— Nie, naprawdę...
Urwałam, kiedy Dan otworzył drzwi.
— Och, świetnie, już jesteś. — Spojrzał na Luke'a. — I ty też tu jesteś.
— Tylko ją odprowadziłem, panie Walsh — wyjaśnił Luke tonem pełnym szacunku.
Dan uniósł brew. — W porządku.
— Do zobaczenia, Luke — pożegnałam się z uśmiechem i weszłam do środka.
— Wrócę późno... — mruknął Dan, odwracając głowę, żeby spojrzeć w moją stronę. — Nic ci nie jest? Bo wyglądasz tak, jakbyś właśnie zobaczyła ducha albo coś takiego.
Usiadłam na kanapie. — Nie, wszystko w porządku.
— Znowu boli cię brzuch?
— Wszystko w porządku — powtórzyłam. — Idź już na tę swoją randkę. Powodzenia.
Pocałował mnie w czubek głowy i wyszedł na zewnątrz.
Przez następne pół godziny siedziałam nieruchomo na sofie, wciąż nie potrafiąc otrząsnąć się z szoku. Czy to mogła być prawda? Czy wampiry...?
Nie do wiary, że w ogóle rozważałam taką ewentualność. Przecież legendy to tylko... legendy. Pewnie Luke mnie po prostu nabrał...
Ale wtedy nic nie miałoby sensu. Bo jak racjonalnie wytłumaczyć zmianę twarzy tamtej dziewczyny? I dlaczego moje uderzenie nawet jej nie drasnęło?
Zawsze byłam realistką — obok prawdy istniało kłamstwo, rzeczy znane obok nieznanych, a rzeczywistość oddzielała od fikcji wyraźna, łatwo wyczuwalna granica. Zero nadprzyrodzonych zjawisk...
Czy to możliwe, by mityczne stwory żyły w prawdziwym świecie?
Pokręciwszy z niedowierzaniem głową, podniosłam się z kanapy i zaczęłam chodzić w tę i z powrotem. Fala chaotycznych myśli wreszcie pomogła mi dostrzec coś, co znajdowało się tuż przed moim nosem już od samego początku. Wszystko stało się jasne — dlaczego tak często się przeprowadzaliśmy, dlaczego zmieniali temat, kiedy ich o to pytałam, dlaczego co noc wychodzili z domu...
Po raz kolejny opadłam na sofę i z jękiem przetarłam twarz dłonią, po czym zdjęłam buty, położyłam się na plecach i przycisnąwszy do brzucha poduszkę, przez około minutę wsłuchiwałam się w szalony rytm bicia swojego serca. Ciekawe, jak by to było leżeć tu niczym głaz i nie móc już usłyszeć tego dźwięku...
Wkrótce, nie do końca z własnej woli, ponownie skoncentrowałam się na temacie. Może i nie bezpodstawnie określano mnie jako upartą, ale do głupich też się nie zaliczałam, więc od chwili, kiedy znalazłam te kołki pod łóżkiem Dana, podświadomie wiedziałam, że coś tu nie gra...
Kołki. Oczywiście.
Oni o wszystkim wiedzieli.
Bez wątpienia musiałam podjąć teraz pewną ważną decyzję: czy dalej żyć w kłamstwie i jak najszybciej zapomnieć o tym, co powiedział mi Luke, czy...
Nie, to absolutnie nie wchodziło w grę. Takich wieści nie wolno zignorować. Nie mogłam udawać, że nadal prowadzę swoje beztroskie życie i nie mam pojęcia, co się wokół mnie dzieje.
Pozostawało mi jedynie dokładniejsze zgłębienie tematu. Idąc za przykładem bohaterów książek i filmów fantasy, powinnam rozpocząć własne śledztwo, poszperać w różnych źródłach... Dobrym pomysłem wydała mi się też kolejna rozmowa z Lucasem, aby wyciągnąć z niego jeszcze więcej informacji, a potem...
No właśnie. Co potem?
To było bardzo dobre pytanie.
Jedna część mnie — ta nastoletnia — proponowała nawrzeszczeć na moich braci za to, że wszystko ukrywali, że celowo zataili przede mną tę przerażającą, gorzką prawdę. Po chwili jednak postawiłam się w ich sytuacji i stwierdziłam, że postąpiłabym dokładnie tak samo...
Niewiarygodne. Dziecinna porywczość pokonana przez dojrzałość.
Czy mogłam zrobić coś innego poza zaakceptowaniem sytuacji?
Powinniśmy dostawać jakieś ostrzeżenia, pomyślałam ze złością. Na przykład: „Nie wkładaj dzisiaj tej sukienki, bo oblejesz się kawą" albo „Nie jedz tej bagietki, bo nabawisz się przez nią zatrucia pokarmowego".
Albo: „Po tej rozmowie zmieni się całe twoje życie".
Przynajmniej bym się na to przygotowała.
Ciekawe, co jeszcze chodziło sobie po świecie, o czym nie wiedziałam. Bo skoro wampiry okazały się prawdziwe — choć nawet w myślach brzmiało to absurdalnie — to... wilkołaki też istniały naprawdę? Wiedźmy? Czarodzieje?
Westchnąwszy, przewróciłam się na bok i podciągnęłam kolana pod brodę, zamykając oczy. Nie trudziłam się ani włączeniem telewizora, ani pójściem na górę — byłam w stanie tylko tutaj leżeć, wsłuchując się w ciche bicie swojego serca.
Aż w końcu zasnęłam.
~o~
Wiedziałam, że śnię.
Bo z jakiego innego powodu znowu znalazłbym się w tym domu?
Teraz jednak nigdzie nie widniały ślady krwi, meble stały tak jak powinny, a szyby w oknach nie były powybijane. Wszystko wydawało się normalne, nie tak jak poprzednim razem. Gdyby nie wcześniejszy koszmar, pewnie uznałabym ten sen za całkiem przyjemny sen.
Niestety srodze bym się pomyliła.
Powoli podeszłam do drzwi i otworzyłam je, przez co oślepiły mnie jaskrawe promienie słońca. Zasłoniwszy oczy jedną dłonią, ostrożnie wyszłam na zewnątrz.
Po chwili zobaczyłam jakąś rodzinę, która prawdopodobnie urządziła sobie piknik. Mężczyzna i kobieta siedzieli na kocu i coś jedli, obserwując zabawę swoich dzieci: dwóch chłopców grało w piłkę, a trzeci gonił małą dziewczynkę.
— Nie złapiesz mnie, Will! — zaśmiała się, odrzucając do tyłu swoje długie, jasne włosy. Chłopiec skrzywił się lekko, przyspieszając kroku.
— Zaraz zobaczysz!
Zachichotała i zaczęła biec jeszcze szybciej.
— Amy, zwolnij, przewrócisz się! — zawołała kobieta, w wyniku czego zarówno ja, jak i mała dziewczynka obróciłyśmy głowy, żeby na nią spojrzeć.
Chwileczkę...
Oddech uwiązł mi w gardle, gdy ruszyłam w jej stronę.
Blond włosy. Brązowe oczy...
I taki sam naszyjnik jak mój.
— O mój... — wymamrotałam, kiedy ona otworzyła usta, żeby odpowiedzieć matce, ale chłopiec podbiegł do niej od tyłu.
— Mam cię!
— To się nie liczy! — zaprotestowała. — Mama mnie zawołała! To się nie liczy!
— Oczywiście, że się liczy!
— Mamo! — poskarżyła się, odpychając brata i patrząc w stronę swojej... mojej mamy, która siedziała odwrócona do mnie plecami.
Zrobiłam krok do przodu, niemal trzęsąc się ze zniecierpliwienia, bo tak bardzo chciałam ją zobaczyć...
Kiedy w końcu obróciła głowę, ukazała mi się drobna twarz w kształcie serca, którą okalały włosy o odcień ciemniejsze od moich — wreszcie dowiedziałam się, po kim Will odziedziczył kolor swojej czupryny. Ze wzruszeniem zauważyłam także, że miała takie same oczy jak ja.
A potem nagle krzyknęła: — Amy!
Szybko spojrzałam na dziewczynkę — jej długa, biała sukienka była teraz pokryta czymś lepkim i szkarłatnym, podobnie jak i kołek, który trzymała w swojej malutkiej dłoni...
Gdy uniosła go wyżej, wrzasnęłam co sił w płucach, choć nie wiedziałam nawet, co zamierzała zrobić:
— Nie!
Gwałtownie otworzyłam oczy i poderwałam się do pozycji siedzącej, ciężko dysząc. Przez co najmniej minutę nie potrafiłam zapanować nad przyspieszonym oddechem, a krew głośno pulsowała mi w uszach.
To tylko sen, powtarzałam sobie. To tylko sen...
Odetchnąwszy głęboko, podniosłam się z kanapy i poszłam do mojego pokoju. Kiedy tylko się w nim znalazłam, od razu rzuciłam się na łóżko, nadal lekko drżąc. Byłam pewna, że nikt nie wrócił jeszcze do domu.
Otarłam pot z czoła i wstałam, po czym przebrałam się i ponownie wślizgnęłam pod kołdrę. Spanie, rzecz jasna, nie wchodziło dłużej w grę. Nie miałam też siły, żeby rozmyślać o tym śnie, nie wspominając już o wampirach i tajemnicach mojej rodziny, więc postanowiłam poszukać ratunku w czymś, co zawsze pomagało mi odciąć się od rzeczywistości — w książkach.
Sięgnęłam po jakąś i otworzyłam ją na pierwszej lepszej stronie, a następnie ułożyłam się wygodnie na poduszkach i zaczęłam cicho czytać...
~o~
(punkt widzenia Damona)
Z piekielnej czerni, która trwa wkoło mnie,
Stałem teraz w ich ogrodzie. W oknie jej pokoju dostrzegłem zapalone światło. Słyszałem również jej cichy głos, niemal szept, wypowiadający poszczególne słowa wiersza.
Dziękuję bogom, obcym mi z imienia,
Zrób to, podpowiadało mi coś w mojej głowie. Zajmie ci to tylko jedną sekundę. Zrób to.
Za duszę moją hardą,
Zabawne. Parę godzin temu pozbawiłem życia faceta, który chciał uczynić to samo z nią, a teraz stałem tu, starając się odnaleźć w sobie wystarczająco dużo odwagi, żeby zabić ją własnymi rękami.
Wyciosaną z niepodatnego toporom kamienia.
Poważnie. Cóż za ironia losu.
Moje zachowanie powoli zaczynało wyprowadzać mnie z równowagi. Czemu w ogóle trudziłem się zamordowaniem gościa, który ją napadł?
Że w zdarzeń złych potrzasku
W tym momencie miałem czyste pole. W pobliżu nie znajdował się nikt, kto mógłby ją ocalić, usłyszeć jej krzyki albo moje kroki. Nie licząc jej samej.
Ni razu nie zapłakałem,
Nie mogłem zrozumieć, co tak właściwie zmuszało mnie do zrobienia tego. Chyba tylko świadomość, że zwlekam aż tak długo. Czułem się przez to cholernie... sfrustrowany.
Wciąż miałem siłę. Wciąż byłem dzikim zwierzęciem, które mogło skręcić kark wszystkiemu, co się rusza.
Czemu zatem nie potrafiłem dowieść tego teraz?
Że głowa moja, choć obficie krwawi,
Ostrożnie otworzyłem frontowe drzwi i wślizgnąłem się do środka tak cicho jak mój cień.
Przed niczym się nigdy kornie nie pochyli.
Wyczuwszy słodką woń krwi, zacząłem posuwać się naprzód. Na kanapie dostrzegłem jej kurtkę, wciąż ciepłą...
Stojąc nad tymi pagórami złości,
Tylko jedna sekunda. A potem Amy Walsh przestanie istnieć.
Wydawało się to tak łatwe, że aż śmieszne.
I padołem, jak mówią, łez,
Żyła jedynie dzięki małemu, głupiemu organowi zwanemu sercem, które pompowało krew do jej żył. Czystą, nieskalaną, dziewiczą krew.
Nie lękam się zmór nieodgadnionych dni
Poczułem, że moja twarz się zmienia. Nie zdołałem jednak wykonać kolejnego kroku, wsłuchując się w jej głos.
Jeden ruch.
Jedna sekunda.
A potem... nastąpi koniec.
Ani sądnych, mrocznych lat.
Przez dłuższy moment stałem bez ruchu na środku jej kuchni.
Może później, pomyślałem nagle. Później. Nie teraz. Kiedy indziej...
Taka decyzja wydała mi się całkiem rozsądna. Przecież próbując sobie coś udowodnić, nie chciałem jednocześnie wydać na siebie wyroku śmierci, który z miłą chęcią wykonaliby zapewne jej bracia... i inni. Prawda?
Wypadłem na zewnątrz jak burza, podczas gdy ona, niczego nie usłyszawszy, nie przerywała czytania.
Nieważne, jak wąską furtką przeciskać się mam,
Jakaś nastolatka przebiegła tuż obok mnie, z słuchawkami od iPoda w uszach. Po chwili zatrzymała się i popatrzyła w moją stronę.
Co spotka mnie z litanii kar,
Uśmiechnąłem się szeroko. Dziewczyna przygryzła wargę i podeszła bliżej.
— Hej — przywitała się wyczerpanym głosem.
Nadal słyszałem Amy. Czułem nawet jej zapach. Była tylko kilkanaście metrów dalej.
Bezbronna ofiara.
— Masz dzisiaj pecha — stwierdziłem, patrząc na nastolatkę. Zanim zdążyła zareagować, zakryłem jej usta dłonią i zatopiłem zęby w szyi.
Sternikiem swoich losów jestem sam,
Żaden człowiek nie słyszał jej przytłumionych wrzasków, kiedy wbijałem się w nią coraz głębiej...
Po chwili dosięgnąłem żył i zacząłem pić krew, przez co jeszcze nie tak dawno szybki rytm serca dziewczyny stopniowo zwalniał, aż ustał zupełnie.
Odchyliłem się, żeby spojrzeć na jej pozbawioną wyrazu twarz.
To było takie łatwe. Właśnie kogoś zabiłem i trzymałem w ramionach nieruchome ciało.
Pozbawione życia. Bez bijącego serca. Ot tak, po prostu.
Własnej duszy kapitanem*.
~o~o~
* Wiersz pt. "Invictus" autorstwa Williama Ernesta Henleya (w tłumaczeniu Czesława Sowy Pawłowskiego).
