Rozdział 14 – Ratunek. Ale od czego?
'cause i cannot stand still
i can't be this unsturdy
this cannot be happening
'cause i'm waiting for tonight
then waiting for tomorrow
and i'm somewhere in between
what is real and just a dream*
Somewhere In Between – Lifehouse
Zaalarmowany zamieszaniem jakie wywołał nagły sprint doktora Hodginsa do gabinetu swojej przełożonej, a następnie jego szybki bieg z powrotem, Max Keenan wyszedł z pracowni Angeli i stanął obok szklanych drzwi. Nie wiedział co się dzieje, ale musiało to być coś dobrego skoro twarz naukowca wyrażała coś w rodzaju zadowolenia, kiedy pochylał się nad mikroskopem. Nie czekając podszedł do entomologa, chwilę późnej pojawili się obok pozostali. I wtedy się zaczęło...
— Jack!
— Doktorze Hodgins?! — Wzrok Saroyan był więcej niż oczekujący i Keenan momentalnie poczuł, że ta kobieta musi mieć poważanie jako szefowa.
— Hogins... — Błagalny ton tego młodego chłopaka, który trzymał jego wnuczkę dobiegł do uszu ojca Brennan. Rozgardiasz był niemiłosierny. I on w takich warunkach miał się czegoś dowiedzieć?
— Stop! — krzyknął i podniósł ręce do góry. — Uciszcie się wszyscy, bo inaczej będziemy tkwić w tym marazmie. Dajcie mu spokojnie powiedzieć... — Skutek był natychmiastowy. Trójka ludzi za jego plecami ucichła, teraz słychać było tylko pikanie jakiegoś sprzętu laboratoryjnego nieopodal nich. — No, cieszę się że się zrozumieliśmy. A teraz słucham, znalazł pan coś, co powie nam gdzie jest moja córka i Booth?
Jack przełknął ślinę i popatrzył na zgromadzonych. To, co przed jeszcze przed chwilą wydało mu się taką oczywistością, teraz już nią nie było. Co prawda sam pomysł był trafiony, Sweets spisał się doskonale, ale czy to na pewno o to chodzi?
— Jack? — Angela ponownie wypowiedziała imię swojego męża, tym razem mniej natarczywie. — Powiesz nam co takiego podsunęło ci zdanie Lancea?
— OK. OK. Ale od razu uprzedzam, że to nie musi być od razu pewniakiem, mogłem się pomylić, przecież istnieje wiele możliwości i wiele zastosowań stali chromoniklowanej, to wcale nie musi być to, co mam namyśli, mogę się mylić, ale wiem... — przerwał ten nagły potok słów, kiedy poczuł dłoń Angeli na swoim ramieniu. Spojrzał w oczy swojej żony, w których zobaczył spokój i sam go poczuł. Tak po prostu. Uśmiechnął się lekko i przymknął powieki biorąc głęboki wdech. Kiedy je otworzył zaczął wreszcie mówić rzeczowym tonem, który dobrze znali jego przyjaciele. — Sweets podsunął mi pewnie pomysł z tą lodówką... Otóż stali chromoniklowej używa się także to budowy komór chłodniczych, czyli tak zwanych chłodni. Gdybyśmy poszli tym tropem, okazałoby się, że w ich budowie znajdziemy także pozostałe elementy, które zbadałem. Oczywiście poza kakao. — Naukowiec podszedł do najbliższego komputera i wystukał coś na klawiaturze, chwilę potem na monitorze pojawił się prowizoryczny schemat chłodni. — Tak to mniej więcej wygląda... Mówiąc dokładniej, stal chromoniklowaną w takich chłodniach znajdziemy najczęściej w drzwiach. Jest ona oczywiście nierdzewna i pokryta tworzywem sztucznym, zazwyczaj białym. Nie ukrywam, że takie drzwi a raczej wrota są dość masywne...
— Wiem! — powiedziała nagle Angela zwracając na siebie uwagę. — Mówiłeś, że te cząsteczki znalazłeś w śladach Daltona, tak? W śladach po butach?
— Taaaaak... Ange, jesteś cudowna. — Entomolog uśmiechnął się, gdyż już dobrze wiedział na co wpadła jego żona. Głowy pozostałej trójki odwracały się to od Hodginsa do Angeli.
— Czy ktoś mi wreszcie wyjaśni co takiego jest takie oczywiste? — Camille przerwała tą chwilę kontemplacji, powodując tym samym, że oczy małżonków skierowały się na nią.
— Już... — Artystka szybko zaczęła wyjaśniać. — Jeżeli te wrota są takie ciężkie, to Dalton najprawdopodobniej pomógł sobie nogą zamykając je. — Angie stanęła w takiej pozycji jakby usiłowała zamknąć drzwi, z jedną nogą wysunięta przed drugą i zgiętą w kostce. — Coś mniej więcej w taki sposób. Możliwe, że drobinki tych cząsteczek właśnie w ten sposób dostały się na podeszwę jego buta. — Demonstracja się zakończyła, a wszyscy pokiwali głowami ze zrozumieniem. To było takie proste, a jednocześnie jakie odkrywcze.
— Dobra, mamy chłodnie. Wiemy, możemy założyć, że Dalton przebywał w miejscu gdzie występują takie komory chłodnicze. Ale co z kakałem? Czy to tylko przypadkowy element, który nie ma z tym żadnego związku? — Doktor Saroyan popatrzyła po twarzach zgromadzonych, jakby oczekiwała od nich odpowiedzi. Najlepiej takiej, która wyjaśniałby wszystkie wątpliwości, bez konieczności ponownej analizy.
— Chwileczkę — odezwał się po chwili ciszy Sweets, przekładając małą Cecile z jednego ramienia na drugi. — Booth wspominał mi, że Wichester, Thomas Wichester senior, on był lobbystą, ale też dość znaczącym producentem wyrobów mlecznych, no wiecie... czekolady, praliny, zajączki z marcepanu... Tam chyba potrzebne jest kakao...
Kiedy Słodki skończył, Hodgins wyglądał tak jakby chciał ucałować młodego doktora. Teraz to stało się takie oczywiste. Takie proste i aż głupie w swojej mało skomplikowanej formie. Nie czekając ani chwili, entomolog ponownie nachylił się nad klawiaturą. Parę sekund później przed zgromadzonymi wokół komputera pojawiła się lista zakładów należących do Winchestera z całego kraju.
— Zawężam krąg do tych znajdujących się w Waszyngtonie i w jego obrębie... — Kolejne kody na klawiaturze. — Ale i tak jest ich dużo...
— Zobacz te, które nie są teraz używane — zaproponował rozsądnie Max, a reszta mu przytaknęła. Chwilę później przed ich oczami widniał już tylko jeden adres.
.::.
Czas dłużył się niemiłosiernie. Każda sekunda była niczym minuta, a każda minuta niczym godzina. Siedzieli w zamknięciu już ładnych parę godzin i nie zapowiadało się na to, by szybko opuścili to miejsce. Dalton jak dotąd nie pojawił się ani razu i według Bootha ich porywacz najprawdopodobniej mijał teraz granicę kolejnego stanu. Zamknął ich tylko dlatego, by nie zaalarmowali policji federalnej i nie wszczęli pościgu. Bo inaczej po co miałby ich tu trzymać? Dla zabawy? Po to by ich zabić? Wątpliwe, chociaż śledztwo pokazało, że Dalton jest zdolny do wszystkiego. Taak... Seeley myślał o wszystkim, byle tylko jego myśli nie zaczęły krążyć dookoła historii Bones i ich rozmowy. Chciał zająć się czymś innym, czym pożytecznym. Ale co takiego można robić siedząc w małym pomieszczeniu, które kiedyś było wielką lodówką? Nic. Tylko zadręczać się wspomnieniami i myślami.
Agent oparł głowę o ścianę i zamknął oczy. Parę głębokich wdechów powinno go uspokoić. Od chwili kiedy skończyli tamtą rozmowę, nie odezwali się do siebie. Siedzieli w milczeniu, rozpamiętując to, co się ostatnio wydarzyło i zastanawiając się co wydarzy się potem. Jeżeli oczywiście ktoś ich wreszcie znajdzie. Ale ta cisza jaka panowała między nimi była przytłaczająca zarówno dla Bootha, jak i dla Brennan. Nie byli przyzwyczajeni do nieodzywania się do siebie kiedy byli razem, to było takie nienaturalne i dziwne.
Temperance wolałaby już, żeby jej partner na nią krzyczał, żeby wyraził swój smutek i żal do niej w jakiś werbalny sposób. Cokolwiek. Byle tylko nie milczał. Sama jednak nie miała odwagi się odezwać jako pierwsza. Ona – najlepsza antropolog i chyba najbardziej butna i odważna kobieta jaką znał świat, bała się powiedzieć choćby słowo.
Po kolejnych dwóch godzinach milczenia Bones wstała i teraz to ona zaczęła krążyć po pomieszczeniu. Poczuła lekkie ukłucie bólu kiedy wyciągnęła ręce ku górze, by rozciągnąć kręgosłup – za długo przebywała w pozycji siedzącej. I od razu pomyślała o Boocie, skoro ją zabolały plecy to co on będzie czuł? W końcu uskarżał się na bóle w kręgosłupie. Nie musiała zastanawiać się długo. Chwilę potem Seeley podniósł się i ledwo słyszalny syk bólu wydobył się z jego ust.
— Wszystko w porządku? To plecy? — Tempe automatycznie podeszła do swojego partnera i dotknęła jego ramienia. Szybko się jednak opamiętała i zabrała dłoń z bicepsa Bootha. — Może mogłabym pomóc?
— I znowu mnie sparaliżować? — odparł z ironią.
— To zdarzyło się tylko raz...
— Na całe szczęście — wpadł jej w słowo Seeley i powoli się wyprostował.
— Ale potem wszystko naprawiłam i już nie czułeś bólu.
— Tym razem pomoc nie będzie potrzebna, to był tylko chwilowy zastój kości.
— Nie ma czegoś takiego. — Bones już szykował się do przeprowadzenia wykładu na ten temat, ale agent szybko jej przerwał.
— Stop. To nie jest czas na te antropologiczne gadki. Naprawdę.
— OK. — odparła kobieta i odsunęła się od swojego partnera. Skoro już zaczęli rozmawiać to może by pociągnąć to dalej? Mówić o wszystkim, byle nie było ciszy? Ale o czym ma mówić? Bones nie należała do osób, które paplały o wszystkim co im ślina na język przyniesie. Po krótkiej chwili zastanowienia doszła do wniosku, że najbezpieczniej będzie pomówić o Daltonie. — Myślisz, że Dalton tu jest? Pilnuje nas?
Pytanie Brennan wyrwało Bootha z zamyślenia i był jej wdzięczny, że je zadała. Wreszcie mógł podzielić się z nią swoją teorią. Co prawda mógł to zrobić wcześniej, ale jakoś nie mógł się przełamać, by zacząć rozmowę. Obawiał się, że w końcu powrócą do tematu, którego on wolał uniknąć.
— Wątpię. Podejrzewam, że jest już daleko stąd. Gdyby było inaczej na pewno dałby nam dowód swojej obecności — odparł Seeley.
— Tak sądzisz?
— Tak. Chociaż z drugiej strony, kto wie co się czai w tym jego łbie. Był zdolny do zabicia przyrodniego brata, najprawdopodobniej też ojca...
— Myślisz, że zabił starego Wichestera po tym jak nas ogłuszył? — przerwała mu Tempe, zadając pytanie, które tak naprawdę chodziło po jej głowie już od dłuższego czasu.
— Myślę, że tak. Chciałbym znać tylko motyw jego postępowania, ale tego dowiemy się kiedy już wyjdziemy z tego koszmarnego, ciasnego pomieszczenia — odparł Booth i na powrót usiadł pod ścianą. Nie odsunął się, kiedy Bones usiadła obok niego. Aż takim dzieckiem nie był.
— Chciałabym już stąd wyjść i zobaczyć Cecile — powiedziała Temperance, spuszczając głowę. — Mam nadzieję, że mój ojciec dobrze się nią opiekuje.
— Jak znam naszych przyjaciół, to pewnie już siedzą razem z nim i zajmują się nasz... — Zawahał się przed użyciem zbitki słów, która wyzwalała w nim różne emocje. Ale czuł, że akurat w tym momencie tak powinien zrobić i nie bał się wypowiedzieć ich. — Naszą córką – dokończył. — Nic jej nie będzie, a kiedy już opuścimy to miejsce to wtedy będę mógł wreszcie ją zobaczyć.
— Ma twoje oczy — wyszeptała Bones, a Booth poczuł jak coś przewraca mu się w żołądku. Wiedział, że ma córkę, ale tak naprawdę jeszcze tego nie czuł. Nigdy nie trzymał jej w ramionach, nigdy nie widział jej z bliska. Jak na razie pozostawała ona tylko w sferze jego wyobraźni. Dla niego, jeszcze nie była realna. Nie zdążył jednak odpowiedzieć na to proste stwierdzenie, kiedy coś usłyszał. Coś dobiegającego z zewnątrz. Wytężył słuch i ponownie to usłyszał.
— Słyszysz? — zapytał Bones. Kobieta wstrzymała oddech, jakby chcąc sprawić by było jeszcze ciszej. A potem również to usłyszała. Jakieś odgłosy, jakby z oddali. Nie czekając, szybko podbiegli do drzwi i zaczęli w nie łomotać pięściami, mając nadzieję, że jeżeli tamte odgłosy wydawali ludzie, to ich usłyszą i wypuszczą ze stalowej klatki. Nie przestawali uderzać w drzwi, kiedy coś zachrobotało i chwilę później wielkie wrota otworzyły się z wyraźnym skrzypnięciem. Światło latarek natychmiast oślepiło partnerów, którzy zasłonili oczy rękami próbując uchronić się przed rażącą jasnością. Chwilę później usłyszeli znajomy głos.
— Nie łatwo było was znaleźć — powiedział Hodgins i uśmiechnął sie do nich promiennie.
* Nie mogę stać prosto
Nie mogę być tak miękki
To nie może się dziać
Bo czekam do wieczora
Potem czekam do jutra
I jestem gdzieś pomiędzy
Co jest jawą a co snem
