A dzisiaj poznany jeszcze jedną rasę z Tamriel...
Rozdział XIV
Następne dwa tygodnie minęły niezwykle szybko, a Kurogane nie miał czasu nawet pomyśleć o czymkolwiek innym niż praca czy dom. Wstawał o świcie, budzony przez ten sam, chociaż odrobinę przytłumiony, dźwięk rogu i ruszał do siedziby straży miejskiej, by wykonywać nowe obowiązki. Po służbie natomiast robił wszystko, by doprowadzić dom do jak najlepszego stanu po dłuższym okresie nieużytkowania.
Faya nie było od kilku dni. Mag postanowił wybrać się do Zimowej Twierdzy, by w tamtejszej Akademii zaopatrzyć się w sprzęt, który pozwoliłby otworzyć na nowo sklep. Kurogane nie chciał za bardzo się z nim rozstawać, ale po pierwsze nie mógł na razie opuścić Samotni po raz kolejny, a zresztą mag wiedział co robi i niejeden raz podróżował sam po kraju. Bunt Gromowładnych praktycznie wygasł, odkąd stracono Ulfryka, któremu podczas egzekucji puściły nerwy i chyba jakoś obraził swoich popleczników – Kurogane wiedział o tym jedynie ze słyszenia, bo na szczęście robił wówczas coś innego, asysta przy wieszaniu nie należała do jego ulubionych obowiązków – a w kraju robiło się coraz spokojniej.
Ich planowana wyprawa, zmierzenie się z przeszłością i zagadką, odwlekała się coraz bardziej przez przyziemne sprawy, którymi musieli się zająć. Fay milczał na ten temat, a Kurogane podejrzewał, że czarodziej całkowicie stracił resztki nadziei i spodziewa się znaleźć jedynie ciało Ashury i po prostu boi się tej wyprawy.
Czując tępy ból w kręgosłupie, usiadł w fotelu i rozejrzał się dookoła. Mag, ostatnio nieobecny ciałem, a przez parę poprzednich dni i duchem, dał mu wolną rękę w urządzaniu domu, samemu próbując wrócić do zawodu. Kurogane miał nadzieję, że Fay po powrocie nie zechce przemeblować mieszkania, a w szczególności przenosić tego strasznie ciężkiego kredensu.
Mieszkanie było spore. Z ulicy wchodziło się tu do jednego pomieszczenia, które na razie pozostawało puste. Wiele domów w Samotni miało podobny rozkład i często w pierwszym pokoju organizowano sklep, a dopiero z niego wchodziło się do innych pomieszczeń. Z przyszłego sklepu droga prowadziła do małego korytarzyka na parterze, gdzie mieścił się mały pokoik – planowali tam zrobić składzik i laboratorium – a także zejście do piwnicy i salon połączony z kuchnią. Schodami wchodziło się na piętro, gdzie znajdowały się dwa większe pokoje.
– Wracaj szybko – mruknął Kurogane, patrząc na drugi fotel i nagle zdając sobie sprawę, że do całkiem niedawna samotność mu tak nie przeszkadzała.
Zimowa Twierdza nie zmieniła się ani o jotę. Fay stanął na obrzeżach zabudowań, kuląc ramiona z zimna. Przemierzył Skyrim z zachodu na wschód na wynajętych powozach i koniach, ale w Wichrowym Tronie okazało się, że jedyne dostępne zwierzę okulało i był zmuszony przebyć ostatni kawałek trasy pieszo.
Wybrał dłuższą trasę przez centralne Skyrim i Białą Grań po to by znów powrócić na północ. Ludzie raczej się temu nie dziwili, gdyż taka trasa była łagodniejsza ze względu na klimat, ale miał nieco inny powód by uniknąć bezpośredniej trasy wzdłuż wybrzeża Morza Upiorów.
Wtedy znalazłby się w okolicach Gwiazdy Zarannej, a tam nie chciał wracać. Właśnie dlatego teraz był zmęczony, ale zadowolony, że ominął tamto miejsce szerokim łukiem. Zdawał sobie sprawę, że to ucieczka. Najwidoczniej nie był gotowy stawić czoła temu miejscu.
Spojrzał na drewniane chaty miejsca, które kiedyś było stolicą, a dzisiaj pozostało po dawnej chwale tylko kilkanaście domów i Akademia, dumnie wznosząca się na klifie. Mieszkający tu Nordowie obwiniali magów za katastrofę, która rozegrała się tu prawie osiemdziesiąt lat temu, gdy znaczna część miasta została pochłonięta przez Morze Upiorów, a dziwnym trafem Akademia ocalała.
Z tego powodu szybciej ruszył ulicą, wiedząc, że nikt tu nie spojrzy przychylnym okiem na przybysza w szatach, okutanego płaszczem. Dopiero gdy podszedł do schodów wiodących na pomost, uśmiech rozjaśnił jego twarz.
– Przepraszam, nie wolno… – od muru odbiła się czarodziejka, ale na widok maga jej twarz rozjaśnił uśmiech. – Fay Płynący-Rytuał! Dobrze cię widzieć.
– Ciebie też, Mirabelle – Fay również się do niej uśmiechnął. Wiek nie odznaczył na niej żadnego piętna, tak jak na większości czarodziei. Nadal pozostawała młodą, ładną, krótkowłosą Bretonką, jedną z jego ulubionych wykładowczyń.
– Co cię do nas sprowadza? – Zapytała, przepuszczając go przez przejście. Razem wspięli się na schody, a potem na wąski pomost oświetlany magicznymi światłami. Gdzieniegdzie brakowało kamieni, więc jedną z pierwszych rzeczy, której uczyli się studenci, to jak nie spaść w przepaść po pijaku – Fay uśmiechnął się do wspomnień. Pięli się coraz wyżej, aż rzeźbione metalowe wrota rozwarły się przed nimi. Fay zerknął na ciemną chorągwie z symbolem Akademii Magów – okiem otoczonym promieniami i osadzonym na różdżce magicznej – i poczuł tęsknotę za beztroskimi czasami nauki.
– Zakupy – mruknął, gdy wkroczyli na dziedziniec. Otoczony dookoła murami skutymi lodem, porośnięty krzewami śnieżynek i małymi sosnami, z magicznym zbiornikiem pośrodku, wzbijającym w niebo błękitny promień, który oświetlał pełną mocy rzeźbę czarodzieja z rozpostartymi dłońmi…
Z całym tym miejscem Fay miał setki wspomnień, ale zdał sobie sprawę ze smutkiem, że ten czas już przeminął. Może kiedyś tu wróci, pomyślał jeszcze. Gdy… gdy skończy się czas szczęścia, który niedawno się zaczął. Będzie jak ci starzy magowie, którzy powracali do swoich alma mater, gdy ich bliskich zabierała śmierć, by jeszcze wiele lat żyć pośród roześmianej magicznej młodzieży, nieznającej jeszcze gorzkiego losu maga.
Na myśl o tym, że Kurogane umrze wcześniej niż on, poczuł ból i opuścił głowę, mając nadzieję, że to umknęło uwadze Mirabelle.
– Potrzebuję trochę retort, kolb – odparł beztrosko. – I całej reszty sprzętu.
– Wydaje mi się, że twój powinien być jeszcze całkowicie sprawny – wyraziła zdumienie. Akademia dawała sporą gwarancję trwałości, jeśli chodzi o ich produkty.
– Moje… wyposażenie trochę ucierpiało w czasie Bitwy o Samotnię – mruknął Fay niechętnie. Spojrzenie Mirabelle złagodniało.
– Rozumiem. W takim razie chodźmy do Arcanaeum.
– No proszę – stary Ork, pełniący obowiązki bibliotekarza i wypełniający je bardzo sumiennie, łypnął na niego spode łba. – Mój ulubiony niszczyciel podłóg.
Fay miał nadzieję, że zostało mu to wybaczone, chociaż Urog gro-Shub był pamiętliwy, a jeśli chodziło o jakiekolwiek zagrożenie dla cennych, liczonych w tysiącach woluminów zbiorów, bywał straszny. To właśnie jego uwielbiał irytować Astav, zanim trafił do oddziałów Legionu, ale w przeciwieństwie do Ardiela Urog nie bywał pobłażliwy. Wysokie półki z książkami były jego całym światem i biada temu, kto ośmielał zaburzać się ciszę i porządek Arcanaeum…. Czyli większości studentów.
– Ciebie też miło widzieć – Fay posłał Orsimerowi najmilszy ze swoich uśmiechów, zbyt wyraźnie widząc swoją czaszkę roztrzaskaną toporem gdzieś w jakiejś orkowej twierdzy. Studenci często zakładali się, kiedy Urog zaprzestanie życia w Akademii i powróci do zwyczajów swojego ludu. Fay tamtego feralnego dnia był bliski doprowadzenia go do szewskiej pasji.
– Ta – Urog parsknął. – Widzieć ciebie żywego to prawdziwe zaskoczenie. Myślałem, że się zabijesz pierwszego dnia po wyborze specjalizacji, a tu proszę… Czego chcesz?
Gdy chwilę później pochylali się nad księgą z aktualną ofertą Akademii, Fay był myślami daleko. Rzeczywiście, pomyślał. Alchemia początkowo kompletnie mi nie szła.
W życiu każdego studenta Akademii w Zimowej Twierdzy nadchodził taki moment, kiedy decydował się na wybór specjalizacji. I chociaż ulubioną szkołą Faya było zniszczenie, nie widział się jako wykładowca, a tylko tak zdołałby się sam utrzymać. Jeśli chciał zarabiać na magii, jego wybór ograniczał się do zaklinania i alchemii. Zdecydował na chybił trafił i chyba wyszło mu to na dobre, zdał sobie sprawę, patrząc na listę przyborów możliwych do kupna.
Pierwsze jego mikstury były tragiczne i przez długi czas jego największym osiągnięciem w tej dziedzinie było nie otrucie siebie samego. Dopiero z czasem pojął i zrozumiał alchemię, a nawet pokochał sposób, w jaki magia wiąże składniki ze sobą, nauczył się skupienia, a warzenie zaczęło uspokajać go i sprawiać mu przyjemność.
Obecnie czuł głęboką niechęć, a nawet strach przed powrotem do profesji po tym, co się stało. Musiał jednak zacisnąć zęby. Nie umiał nic więcej, prawda? Mag zniszczenia nie znajdzie sobie pracy poza Akademią, armią czy dworem jarla, a Fay zdecydowanie się do tego nie nadawał.
Pomyślał o Vivien i skrzywił wargi w złośliwym, ledwo widocznym uśmieszku. Nie zrobił jej krzywdy. Po prostu rzucił zaklęcie, które sprawiało, że dziewczyna miała wrażenie, że marznie. Nie była to najgorsza z klątw i Vivien pewnie to wiedziała, ale bardzo skuteczna. Nie chciał krzywdzić jej bardziej. Nie na wybrzeżu przy latarni morskiej, by nie plugawić kolejnego ważnego dla niego miejsca.
Fay znał to uczucie z najgorszych lat swojego dzieciństwa i wiedział, że niewiele czasu potrzeba było, by Vivien się złamała. Przyznała się do podpalenia, a resztę uczynili mieszkańcy Samotni.
Znali go od lat. Wiedzieli, że wypruwał sobie flaki przygotowując mikstury dla Legionu i dla cywilów. Przez czyn Vivien zaczęło brakować leków i eliksirów, bo ona i jej ciotka nie były w stanie same sprostać ilości mikstur, jakich potrzebowano po bitwie.
Dla Samotni Vivien była stracona. Mieszkańcy mówili o jej zawiści i głupocie, stała się dla nich zdrajczynią, a podpalenie sabotażem. I stali po jego stronie. Fay nie zrobił nic nielegalnego, bo magowie od wieków istnieli poza prawem. Żaden prawodawca nie był w stanie okiełznać magii, więc zagrywki między czarodziejami nigdy nie były karane dopóki nie kończyły się śmiercią lub okaleczeniem.
– Bierzesz? – Warknął Urog, przywracając go do rzeczywistości.
– Biorę – Fay zerknął na listę jeszcze raz. Wyglądało na to, że nic nie brakowało. Przeliczył w myślach, ile go to będzie kosztować i westchnął. – Dacie radę dowieźć mi to do Samotni?
– Taa – Ork łypnął na niego ponuro. – Zaraz się znajdzie jakiś frajer… o, jest.
Do Arcanaeum wszedł właśnie młody chłopak, w którym Fay rozpoznał bez problemu studenta pierwszego roku, nieco onieśmielonego i z pewnością jeszcze niewinnego. Na oko szesnastoletni Dunmer o czarnych włosach splecionych w warkocz i z oczami barwy zachodzącego słońca nosił krótką, brązową, akademicką szatę, w ramionach miał stos książek, a całą swoją postawą przypominał zagubione dziecko we mgle.
– No chodź tu – warknął Urog. – Połóż książki tam… delikatnie, matole! No… Jak się ty w ogóle nazywasz?
– Lleaso – wymamrotał Mroczny Elf, wyraźnie przestraszony nagłym zainteresowaniem swoją osobą. Fay z miejsca poczuł do niego sympatię.
– Umiesz powozić? – Urog wychylił się znad blatu i popatrzył na studenta groźnie. Fay poczuł wdzięczność, że lata studiów ma już za sobą.
Elf wymamrotał potwierdzenie.
– No, to weźmiesz trochę sprzętu i pojedziesz do Samotni. W zamian załatwię ci zwolnienie z egzaminu teoretycznego u Tolfdira.
Nagła radość w szkarłatnych oczach Dunmera dała do zrozumienia Fayowi, że Akademia chyba nigdy się nie zmieni.
– Koniec roboty na dzisiaj! – Zawołał śpiewnie Fay, zamykając drzwi za ostatnim klientem. Uśmiechnął się do siebie, spoglądając na sklep. Dookoła unosił się specyficzna mieszanina woni, ale był tak do niej przyzwyczajony, że nawet jej nie czuł. Lampka na ladzie powoli się dopalała, w kącie leżała pusta skrzynka z fiolkami z odzysku – Kurogane miał genialny pomysł z kaucją – a przez uchylone drzwi do mieszkania zajrzała kudłata głowa Furra, burczeniem domagającego się uwagi.
– No już, już – Fay potarmosił białą sierść. – Poczekaj chwilę, muszę przeliczyć forsę… Pamiętaj, że mam zamówić więcej alkoholu do bazy i … – Fay krzątał się do sklepie, gadając do psa i czekając na Kurogane.
Fay zerknął pod ladę, na skrzyneczkę z dzisiejszym utargiem. Szybko przeliczył septimy i zadowolony stwierdził, że dzisiaj był dobry dzień.
Dobre dni zdarzały się bardzo często od dobrych trzech miesięcy. Sklep alchemiczny Pod Dużym Pieskiem – Fay uwielbiał tę nazwę, jego ukochany nieszczególnie – był obecnie jedynym liczącym się takim miejscem w północno-zachodnim Skyrim, odkąd sklep Angeliny splajtował. Zamówień i klientów mieli mnóstwo, a doskonałą reklamę robił im Furr, biegając po Samotni i łasząc się do ludzi. Fay zaczynał nawet nieśmiało myśleć o zatrudnieniu kogoś jeszcze, a może nawet otworzeniu filii w Smoczymoście…
Przesypał utarg do woreczka, zabrał fiolki na zaplecze, sprawdził, czy z leżakującymi miksturami w pracowni wszystko w porządku, a potem spoczął w fotelu w salonie z kielichem wina w ręce i kudłatością Furra pod stopami.
I tylko jedna rzecz sprawiała, że nie czuł się szczęśliwy.
– Myślę, że już czas – powiedział, gdy Kurogane przekroczył próg, strzepując z ramion śnieg. Widząc pytające spojrzenie strażnika, dodał – Nie ma już nic, co mogłoby to odwlec.
– Gdy byłem w Akademii prawie kwartał temu, poprosiłem arcymaga o udostępnienie mi swoich map i narzędzi. Spędziłem nad nimi dwie noce, ale w końcu się udało – powiedział cicho Fay. – Znalazłem wejśie.
Stali na niewielkim wzniesieniu pokrytym cienką warstwą śniegu. Na wschodzie, pośród wzgórz widać było chaty Ivarstead, a gdy zerkali na wschód, między śniegiem i lodem widzieli ruiny fortu w Helgen, którego dotąd nie odbudowano. Kurogane odwrócił wzrok, świadom, że ledwie kilkaset metrów dalej wszystko się zaczęło.
Pierwszy atak smoka miał miejsce w Helgen po tym, jak jego były oddział opuścił miasto, a potem bestia zaatakowała ponownie przy wieży strażniczej. Wtedy właśnie jego los został zmieniony.
Ta historia kończyła się natomiast tutaj, przy niewielkiej kolistej budowli z kamienia, wrośniętej w ziemię tak głęboko, że należałoby się schylić albo i położyć, by wejść przez ozdobiony soplami otwór. Całość przysypana była śniegiem i obrośnięta bluszczem i łatwo było przejść obok obojętnie.
– Jestem pewny, że to tu – dodał Fay zduszonym głosem. Ścisnął dłoń Kurogane. – To tu musi być wejście pod ziemię…
– Gotowy? – Zapytał cicho Kurogane, patrząc na wejście. Miejsce wyglądało na opuszczone od setek lat, kamienie na skruszałe…
– Tak – Fay zacisnął zęby i ruszył do przodu, schodząc ze wzniesienia. Mokre od wilgoci w powietrzu włosy opadały mu na oczy. Kurogane ledwo widział jego twarz przez futrzany kaptur.
Wojownik ruszył za magiem. Podczas gdy Fay zaklęciem pozbywał się sopli i zalegającego u wejścia śniegu, Kurogane rozglądał się bacznie dookoła. Było południe, niebo było oślepiająco błękitne, słońce grzało słabo, a wokół nie było żadnej żywej duszy, pomijając parskającego konia ciągnącego ich wynajęty wóz, teraz spętanego.
– Jest za cicho – mruknął. Fay posłał mu spojrzenie przez ramię.
– Dużo tu starej magii – szepnął. – Kamienie są nią przesiąknięte, dlatego jeszcze stoją. Zwierzęta to wyczuwają i trzymają się z dala.
– Jest niebezpieczna? – Kurogane pierwszy wsunął się do środka. Pod kamiennym sklepieniem nie był w stanie się wyprostować. Było tu dokładnie tyle miejsca, by dwie osoby mogły stanąć zgarbione obok siebie i nie spaść po kamiennych, oblodzonych stopniach spiralnie prowadzących gdzieś w głąb ziemi. Pod ścianami leżał piach i kości jakiegoś małego zwierzęcia.
– Nie – powiedział cicho Fay, wchodząc za nim. – Ona tylko podtrzymuje kamienie… Ten szczur chyba się uodpornił – dodał z niewesołym uśmiechem, wskazując na kościec. – Dlatego tu dokonał żywota.
Kurogane pochylił się nad szkieletem. Nie było to trudne, bo i tak stał zgięty w pól.
– Ma ślady pogryzień – mruknął mimochodem. – Coś go zaatakowało, więc się tu schronił, by wyzdrowieć… albo zdechnąć w spokoju.
Uśmiech Faya zbladł. Kurogane natychmiast pożałował ostatnich słów.
– Chodźmy – powiedział nienaturalnie spokojnie czarodziej, stawiając pierwszy ostrożny krok na schodku. Pstryknięciem palców zapalił magiczne światełko, które zajaśniało zimnym światłem tuż przy jego głowie i przesuwało się wraz z nimi.
Schodzili kilka minut. Ściany dookoła były mokre i obślizgłe, powietrze stawało się coraz cięższe i zimniejsze, a krok Faya coraz mniej pewny. Widząc jak czarodziej wysuwa do tyłu dłoń, Kurogane natychmiast ją chwycił. Raz ocalił w ten sposób Faya od skręcenia karku, gdy czarodziej się poślizgnął.
W końcu stanęli w wykutej w skale salce, w której nie pozostało już nic. Objęli wzrokiem resztki zawieszonych niegdyś na ścianie gobelinów, a potem spojrzeli na pękniętą na pół kamienną płytę, która kiedyś zasłaniała przejście na długi korytarz, a teraz leżała u ich stóp. Fay przykucnął, a magiczne światełko obniżyło się w ślad za nim.
Na płycie niegdyś coś wyryto, jednak teraz nie dało się już nic z niej odczytać. Kurogane zerknął na czarodzieja i pierwszy przeszedł nad płytą. Korytarz, mniej oblodzony niż schody, ale za to duszny i klaustrofobiczny, wiódł nich kilkaset metrów w głąb ziemi, od czasu do czasu skręcając. Gdzieniegdzie znajdowali sale podobne do tej, przez którą przeszli, wszystkie puste, jeśli nie licząc odłamanych kawałków ścian czy resztek gnijących mebli, leżących pośród strzępków proporców.
– Sądzę, że to miejsce zostało ograbione dawno temu – powiedział Kurogane, krzywiąc się, bo jego głos rozniósł się echem. – Myślisz, że… ciii.
Zamarli. Fay przywołał do siebie światełko i zacisnął dłoń na pulsującej magii, sprawiając, że przygasła. Czekali w ciszy. Kurogane bez słowa lekko wysunął się naprzód i położył dłoń na rękojeści miecza.
Coś bladego poruszyło się w ciemnościach, poza nikłym kręgiem światła. Przypadło do ziemi, jak zwierzę szykujące się do ataku. Gestem Kurogane kazał Fayowi się cofnąć i powoli wysunął miecz z pochwy, nie spuszczając oczu z nieznanego. Jednocześnie przeanalizował sytuację. Korytarz był wąski i miał niewielkie pole manewru.
– Nie wahaj się – szepnął Fay, wypuszczając światełko z rąk tak, by padało zza pleców Kurogane, oświetlając mu przeciwnika.
Istota rzuciła się do przodu, ale Kurogane zdołał uskoczyć się i ciąć mieczem bez namysłu, jednocześnie szorując plecami po ścianie. Napastnik zwinął się, bryzgnął lepką krwią i pokuśtykał niemrawo na bok, wydając jakieś nieartykułowane odgłosy. Kurogane zatrzymał się gotów do ataku, próbując rozpoznać, z czym ma do czynienia. Magiczna lampka zabłysła pełnią światła.
Nigdy nie widział czegoś takiego. Przypominało bladego i wychudzonego człowieka, o ile człowiek może mieć tak szkaradną twarz, szponiaste dłonie i plecy, które wydawały się wiecznie przygarbione. Na głowie mieściła się burza brudnobiałych, połamanych włosów, a na twarzy…
Istota nie miała oczu. Nasłuchiwała dookoła, kuląc się i przyciskając brudne łapy do rannego boku. Cięcie zdobiło wychudłe ciało, a krew w przerażający sposób nadawała koloru tej istocie, która wydawała się prawie przezroczysta.
– On już nie rozumie nic poza chęcią mordu – Fay postąpił krok do przodu, a koniuszkach jego palców zatańczył zimny wiatr. Był gotów do walki.
Kurogane spojrzał w zniekształconą twarz odmieńca, zauważając elfie uszy. Uniósł miecz w momencie, gdy istota rzuciła się nieporadnie do przodu. Klinga zatopiła się w karku, a gdy Kurogane wyszarpnął miecz, długi sopel wbił się prosto w pierś. Odmieniec zatoczył się i padł na ziemię.
– Co to było? – Zapytał Kurogane, patrząc na drgające ciało. Szponiaste palce ryły ziemię, a wykrzywiona twarz była jeszcze paskudniejsza niż za życia. W ciągu kilku sekund ciało znieruchomiało.
– To Falmer – powiedział smutno Fay. – Fatalny potomek dumnych, inteligentnych Śnieżnych Elfów. Dowód na to, jak można zniszczyć całą rasę.
– O czym mówisz? – Kurogane cofnął się i spojrzał na ukochanego.
– Śnieżne Elfy mieszkały na tych ziemiach przed przybyciem Nordów – zaczął cicho Fay, patrząc na ciało z żalem. – Gdy Nordowie przypłynęli z Atmory, zaczęły się walki. W końcu Śnieżne Elfy ustąpiły, oddały powierzchnię ziemi Nordom i poprosiły o schronienie swoich elfich kuzynów… Dwemerowie, nazywani Krasnoludami, stworzyli wiele podziemnych miast, swój własny świat pod ziemią Skyrim. Ale… Śnieżne Elfy zapłaciły straszliwą cenę za swój nowy dom. Dwemerowie zapragnęli stworzyć sobie niewolników. Karmili Falmerów grzybami, które wywołują ślepotę i mchami, które wypaczają umysł. Niewolnicze życie w całkowitych ciemnościach, w dusznych podziemiach… Z pokolenia na pokolenie Falmerzy stawali się coraz mniej inteligentni, coraz mniej rozumni… i coraz bardziej rosła w nich chęć mordu. W końcu doszło do wojny… wojna trwała przez dziesięciolecia, a Nordowie nawet nie wiedzieli, że toczy się pod nich stopami. A potem…Dwemerowie zniknęli. Falmerzy zaś zostali w ich miastach i w jaskiniach, do dzisiaj żyjąc, atakując zwierzęta i zabłąkanych podróżnych. Nie sądziłem, że ujrzę kiedyś jednego z nich…
Kurogane bez słowa otarł miecz o płaszcz, zostawiając na nim krwawy ślad. Wiedział już, jaki los najprawdopodobniej spotkał Ashurę, ale nie chciał jeszcze o tym mówić. Ruszyli dalej, tym razem ostrożniej. Przeszli może jeszcze milę cichym i pustym korytarzem, a w końcu otwarła się przed nimi jaskinia.
