13. Who's broken?
„Don't you fragging see it? Are you blind? Look at me! I'm a drone, a fragging plaything and I will never get away from it, no matter how hard I will try. Not before I find who I am and I don't see it happening in a near future."
- Shanter
- Knujesz coś – stwierdziła Zarya, podchodząc do Ginger, kiedy znalazła się w hangarze po raz kolejny w grupie swoich podopiecznych, jak to nazwała – Widzę po twojej twarzy, że coś tam – popukała ją w głowę – się poruszyło.
Ginger prychnęła.
- Jestem aż tak przeźroczysta?
- Oh, nie, ale mam wprawę w czytaniu innych – posłała jej uśmieszek, zanim kiwnęła głową na Natashę, mrugającą dziwnie na jakąś kartę – Co jej?
Rodriguez przejechała po niej wzrokiem.
- Nie wiem, ale ona tak ma. Tutaj – zaśmiała się sucho – Tutaj każdy tak ma. Da się przyzwyczaić. – spojrzała na nią, mierząc ją wzrokiem – A twój rycerz w złocistej zbroi to gdzie?
- Sama bym chciała wiedzieć – stwierdziła kwaśno – Kiepsko znosi brak Sideswipe'a w bazie.
Brunetka wydała z siebie „oh", po czym przejechała po pomieszczeniu wzrokiem.
- Czyli plotki o zbiegłym więźniu to prawda? – Zarya skrzywiła się – Taa, słyszałam. Podobno ten Taktyk nieźle się wściekł, nie dziwię się. Myślisz, że ta twoja siostrzyczka przeszła na drugą stronę?
Nie zdziwiłabym się, pomyślała.
'Nie walczymy tylko dla nich. Walczymy dla obu fakcji.'
- Wątpię – mruknęła – Za mocno jest związana z Bot'ami.
Ginger wzruszyła ramionami, spoglądając na komórkę, po czym unosząc głowę, szukając kogoś i w końcu machnęła dłonią.
- Wiesz, ludzie się zmieniają – stwierdziła jeszcze, po czym zwróciła się do osoby, która do nich podeszła – Żółtodziób?
- Nazywam się Monique S…
- Cokolwiek, i tak nie zapamiętam – ucięła ją – Wracaj do samolotu, przekaż pilotowi to – podała jej kartkę – I zjeżdżaj.
- C-co? – zamrugała zaskoczona, patrząc to na kartkę, to na Ginger – Zaraz, nie…ale… Ma'am, nie…
- Sprzeciwiasz mi się? – spytała ją, unosząc brew – Co jest, nie podołasz? Tacy jak ty kończyli na palu…
- Okay! – przełknęła ślinę, mrugając jeszcze, po czym się wyprostowała, kiedy Zarya spojrzała na nią z politowaniem – Już lecę!
Rodriguez odwróciła się, ale tamta nadal stała. W końcu Hale wywróciła oczami, pstrykając jej przed twarzą. Tamta podskoczyła.
- Skrzydła ci ucięło? Miałaś lecieć, nie?
- Ah tak, jasne!
Zarya patrzyła na nią z grymasem, kiedy tamta zniknęła w sekundzie, po czym popatrzyła z powrotem na Ginger.
- Współczuję.
- Nie trzeba, to rekrutka, oni tacy są zawsze – wiem, bo sama nią byłam, pomyślała machając dłonią na komentarz.
- Chcesz powiedzieć, że tamte są lepsze?
- Jeśli lepsze w twojej definicji to „zabiję cię i nawet nie zauważysz, że nie masz serca", to tak. Bardzo – odparła, biorąc głęboki wdech, po czym spoglądając na nią nieco poważniej – Jesteś pewna, że twój plan wypali?
- Pft, oczywiście…
- Oh, co za ulga.
- …, że nie.
- Ssiesz, Zarya.
- Humor też ci się zjebał, wiesz?
Westchnięcie.
- Zalety pracowania z idiotami.
- Fajnie tu wyglądałaś – stwierdził Sideswipe unosząc jedno ze zdjęć do góry, sprawiając, że Ziva spojrzała na nie przelotnie.
- To nie ja.
Sideswipe skrzywił się, odchrząkując i odkładając fotografię na swoje miejsce, po czym rzucił się na miejsce obok niej, zakładając dłonie na brzuchu i wzdychając teatralnie.
- Jesteś okropnie skomplikowaną osobą – stwierdził w końcu, zerkając na nią, ale ona tylko wzruszyła ramionami – Ale wiesz, tamta osoba była płaska jak deska, a ty nie, więc…
- Przekażę Sunshine.
Sideswipe zamarzł w bezruchu, wzrok padł na zdjęcie, po czym znowu na nią.
- Nie…
- Oh, tak – wyszczerzyła się.
- Rany, Ziva, serio? – zaśmiał się – Wiesz, w sumie teraz też to widać…
- Sides, nie przyjechaliśmy tu rozmawiać o rozmiarze piersi Sunshine – popatrzyła na niego z uniesioną brwią – W ogóle, od kiedy ty patrzysz na cycki, co?
- Hej, inna rasa czy nie, jestem facetem - wzruszył ramionami, biorąc głęboki wdech – Ale popatrz, uśmiechasz się. Mój cel został osiągnięty.
- Jesteś do bani, Sides, serio – tamten się zaśmiał, kiedy pokręciła głową – Wybacz, że jestem nie w humorze, zły dzień i tyle.
- Ta, domyśliłem się – zmarszczył czoło, kiedy na dole coś stuknęło o ziemię, po czym spojrzał na nią, znowu widząc ten grymas zamyślenia – Masz okropnie zły dzień w takim razie, bo jeszcze takiej cię nie widziałem.
- Dorastam – skwitowała sucho.
- Primus nie, wtedy będę jednym dzieckiem w bazie.
Nie mogąc się powstrzymać, Ziva parsknęła śmiechem.
- Widzisz? Lepiej ci jak cię śmiejesz – stwierdził, po czym usiadł wygodnie i popatrzył na nią poważnie, kiedy tamta zwróciła oczy ku sufitowi po raz kolejny – Więc?
- Więc, co?
- Zamierzasz mi powiedzieć ten wielki sekret dlaczego zachowujesz się nie jak ty? – zapytał, przekrzywiając głowę, kiedy odwróciła swoją – Nigdy nie mieliśmy przed sobą sekretów, Ziva. Nie zaczynaj ich mieć teraz.
- Nie zaczynam – zaprotestowała słabo.
- To, co to jest? Myślisz, że ten cały akt „mam zły dzień" działa na mnie, po milionach lat męczenia się z Sunny'm? – zapytał z prychnięciem, kręcąc głową – Nah, coś jest nie tak. Coś cię męczy.
- Sideswipe…
- Ty wiesz, że coś się męczy – ciągnął, ignorując jej formujące się już wymówki i w końcu zamknęła się na dobre – Cokolwiek to jest, jest tutaj. W twojej głowie. I ty zdajesz sobie sprawę z tego, że nie wygrasz z tym, dopóki z kimś o tym nie porozmawiasz.
- Nie chcę gadać...
- Musisz. Człowiek chcąc nie chcąc jest osobą społeczną, Ziva. Ty musisz zacząć o tym rozmawiać, uwierz kiedy mówię, że jak tego nie zrobisz, w końcu cię to zgniecie. Jak tanią puszkę coca-coli.
Ziva zamknęła mocno oczy.
- Nie…
- Duszenie tego ci nie pomoże – stwierdził, kiedy usiadła z sapnięciem, opierając się o ramę łóżka, kiedy otuliła swoje nogi ramionami - Wiem, że łatwo mi to mówić, ale mówię z doświadczenia.
- Nie wiesz…o co nawet chodzi.
To nie tak jakbyś mi powiedziała, pomyślał.
- Dlatego mogę tylko mówić o swoich teoriach, Ziva – chwycił jej dłoń z westchnięciem, patrząc na nią, twarz otwarta i przyjazna, przepełniona niepokojem gdzieniegdzie – Mogę nie być najlepszym materiałem na rozmówce o takich rzeczach, ale Ziva, nie będę patrzeć jak się z tym męczysz sama.
Wzdrygnęła się.
Jedna część jej wiedziała, że ma rację, druga się butowała. Jedna chciała to wyrzucić, ale jednocześnie nie wiedziała jak, druga chciała to zniszczyć, zabić w nadziei, że w jakiś sposób zniknie.
- Nie…potrafię…
- Okay, dobra – wstał, przerył kilka szuflad aż w końcu wyjął notes, wziął ołówek w dłoń i długopis, po czym wrócił na swoje miejsce, sprawiając, że zdezorientowana uniosła na niego głowę – Czuję się jakbym wrócił do przeszłości, serio – mruknął do siebie.
- Co? – to jedyne, co z niej wyszło.
- No, oczywiście, że ja się muszę użerać z takimi osobami – mruczał dalej, rozpisując coś sobie – Bo Primus ma skopane poczucie humoru. Dlaczego? Co ja zrobiłem? Byłem nawet grzeczną osobą – Ziva wywróciła oczami – Nigdy nikogo nie skrzywdziłem, nawet muchy. Robiłem, co mi kazano… Nawet Prowl by to potwierdził.
- Sideswipe.
- Okay, więc – wyprostował się, dając jej notes do ręki z ołówkiem – Wychodzi na to, że cokolwiek to jest, że cię tak katuje – wskazał na jej dłonie, prostując się – Jest w twojej głowie, ale doświadczenie z Sunny'm, mówi mi, że z mózgu to wszystko lezie ci w dół.
- W nogi? – spytała nie rozumiejąc i unosząc ołówek, żeby mu się przyjrzeć.
- Dłonie, geniuszu – poprawił, kręcąc głową – Przestałaś rysować.
Ziva otworzyła usta, ale widząc jego wzrok, skinęła tylko głową.
- Tak – mruknęła – Przestałam.
- Świetnie – to brzmiało o wiele za wesoło, żeby pomysł jej się spodobał – Masz ołówek w ręce, powiedz, co czujesz?
- Irytację – powiedziała sucho, z iluzją do niego na co wywrócił oczami.
- Do ołówka – sprecyzował.
- Nienawiść – odparła bez wahania, mówiąc pierwszą rzecz, która wpadła jej do głowy.
- Okay, narysuj to – na jej niedowierzający wzrok, dodał: - No, dalej.
- Co to ma wspólnego z tym, co mi ty leży na sercu? – zapytała, układając się w wygodniejszą pozycję na łóżku – To nie ma sensu.
- Uwierz mi, wiem, co robię – wskazał na notes – No?
Biorąc głęboki wdech, wywracając oczami, zabrała się za zdanie, mrucząc coś pod nosem, kiedy Sideswipe tylko na nią patrzył.
- Psst! Powiem ci sekret, chcesz? – Carly spojrzała na niego zirytowana – Właśnie dowiedziałem, że ze złej matki awansowałaś na okropnie złą matkę – pomachał jej urządzeniem przed nosem.
- Siedzimy tutaj pół godziny….
- Godzinę i dwanaście minut – poprawił z uśmieszkiem – Tak bardzo edukowałaś Insekta, że zapomniałaś o sobie, huh?
- Możesz przestać ją tak nazywać?
- Dlaczego? Z tego, co mi wiadomo, ty także traktujesz innych jak insekty, z nią włącznie – nachylił się do niej, kucając nieco – Chcesz czy nie, mamy coś wspólnego.
- Nadal nie rozumiem, co my tutaj robimy – stwierdziła sucho, kiedy tamten się odsunął i odetchnęła z ulgą na brak bliskości z jego okropnie żywo czerwonymi oczami.
Barricade spojrzał jeszcze raz na swój…telefon, naciskając zielony przycisk i przytykając słuchawkę do ucha na krótką chwilę, po czym popatrzył na blondynkę.
- Okay, więc… - wyszczerzył się tym swoim niebezpiecznym uśmiechem – Mam niemały problem z przekonaniem cię, że jesteś okropnym rodzicem, więc – podszedł do niej, łapiąc ją za ramię i ciągnąc ją przez rozbite szkło, które wcześniej zostało zrzucone – Poprosiłem przyjaciela o…małą…pomoc.
Carly pobladła na widok F-15 na jej posiadłości.
- TC, w końcu – Cade pociągnął kobietę mocniej, kiedy kadłub się otworzył – Wiesz, co masz robić?
- Ta, ta, wbić takie jedno do głowy człowieczka – odezwał się, na co Carly podskoczyła jeszcze bardziej przerażona – Spokojnie, Cade. Zwrócę ją w jednym kawałku – dało się usłyszeć głęboką pogardę – Może.
- No, więc, Carly – spojrzał na nią – Mogę do ciebie mówić Carly, nie? Świetnie kochana, więc teraz słuchaj. TC weźmie cię na małą przejażdżkę, a po niej zobaczymy ci się coś w tym pustym łbie objaśni. Jakieś pytania?
Za bardzo sparaliżowana na cokolwiek, Carly nic nie odpowiedziała.
- Wspaniale – TC odparł – Więc wsadź ją i jedziemy z tym koksem. Mam inne zmartwienia niż ci twoi nędzni ludzie i ich małe problemiki.
Barricade popatrzył na niego pobłażliwie i klepnął Hale po ramieniu.
- Jak dobrze, że się wychowałaś w wojskowej rodzinie, nie? Ah, te czasy.
Carly mocno się z tym sprzeczała, kiedy w końcu była w środku, czując jakby zaraz jej miał żołądek wypaść z ciała.
- To część w której mówię, że to okropny plan – stwierdził Shane, patrząc na Seth'a, który wywrócił oczami – Właściwie, czy ty na serio myślisz, że cokolwiek się stało, miało miejsce w innym kraju?
- Tak, Shane, ponieważ twoja matka kochała podróżować – podał mu zdjęcie – Dlatego wiem, że nie osiadła się w jednym miejscu.
Nieznający za bardzo swojej matki, która zniknęła kiedy miał czternaście lat, Shane tylko wywrócił oczami na widok fotografii, odpychając ją.
- Nie możemy jej zostawić na śmierć? – zapytał, przechylając głowę, kiedy tamten odwrócił się do niego, mrugając – To nie tak, żeby komukolwiek z nas na niej zależało.
- Shane… - zaczął ostrzegawczo.
- Wiesz jaka była. Zostawiła mnie, po co mam latać i jej szukać Bóg wie, gdzie?
- Wychowała cię…
- Ty mnie wychowałeś – uciął ostro, mrużąc oczy i krzyżując ramiona – A ona tam stała i patrzyła jak mnie katowałeś. Nie znam twojej definicji wychowania, ale przynamniej tam byłeś. Ona – zacisnął palce na swoim ramieniu – nie.
Seth otworzył usta, po czym wziął zirytowany wdech i wydech.
- Znajdziemy ją – stwierdził sucho, kiedy Shane prychnął – Chcesz czy nie, jest twoją matką.
- Biologiczny przypadek nie czyni nikogo rodzicem – warknął – Dobrze o tym wiesz.
To skierowane specjalnie do niego, sprawiło, że Seth przyszpilił go do ściany i przysunął się do niego tak, że teraz sparaliżowany obrotem spraw Shane wzdrygnął się, szeroko otwierając oczy.
- Masz jakiś problem? – spytał – Dostawałeś jeść? Miałeś gdzie spać? Poszedłeś do szkoły? Czego więcej chciałeś?
Rodziny, cisnęło mu się na usta. Prawdopodobnie to zauważając, Seth ostro nim szarpnął i się odsunął z grymasem pogardy.
- Byłem okropnym ojcem – przyznał z prychnięciem – Ale chyba niewystarczająco niedobrym skoro masz do mnie żal o coś takiego jak brak pełnej rodziny.
Nie miałem matki, nie miałem ojca, tylko was potwory, pomyślał, czując gulę w gardle na takie słowa.
- Żyłem w piekle.
- Piekło miała Temple i Rodriguez, ty miałeś lekko w porównaniu z nimi – stwierdził sucho, patrząc jak Shane odwraca głowę, zaciskając zęby – Co jest? Wzięło cię na sentymenty? Wiadomość z ostatniej chwili, Shane, nikt z nas – popchnął go na ścianę raz kolejny – nie może zmienić przeszłości.
- To jakaś twoja olejna wymówka?
- O co ci do cholery….
- Myślisz, że nie wiem dlaczego wszyscy odchodzą? Myślisz, że nie wiem dlaczego mama odeszła? – głos mu się pod koniec załamał więc, wziął głęboki wdech, odsuwając się – Pieprzysz, że chcesz ją odnaleźć, a tak naprawdę to pewnie szukasz wymówki żeby ją znowu zbić.
Zaskoczony wybuchem, zamykając goniące w środku się emocje, Seth pokręcił głową.
- Nie jestem…
- Daruj sobie – syknął ostro, przerywając mu.
Nienawidził go.
Życie poszło dalej, został na Diego Garcia, ale Seth go zostawił. Tym bardziej tworząc jeszcze jedną dziurę w jego i tak rozdartym sercu. Może i dostał coś innego, lepszego, ale świadomość, że nie liczył się w jego oczach jako człowiek, tylko zabawka oddana do naprawy, w pewnym sensie bolała.
Skreślić to.
Zawsze bolała. Może teraz, kiedy wyszła sprawa z jego matką, coś mu o tym wszystkim przypomniało.
Seth patrzył na niego długo, aż w końcu zobaczył to, czego u Shane'a nigdy nie widział.
W swoim życiu odgrywał rolę nauczyciela, tyrana i dowódcy. Shane miał racje, nigdy nie traktował go na syna, nigdy nie interesował się tym, co robi. Jedyny czas kiedy go widział, był związany z treningiem albo kiedy ktoś na niego naskarżył.
W ciągu tych lat, nigdy nie widział, żeby jego syn uronił jakąkolwiek łzę.
- Shane…
- Daruj sobie – powtórzył szorstko, chowając twarz w dłoni.
- Shane, prze…
Ale tamten się odwrócił. Nie spojrzał za siebie. Nie dokończyli tamtej konwersacji o jego matce i Donnelly był wdzięczny, że wytrzymał w tej konwersacji aż tyle. W pewnym sensie czuł się dumny.
Z drugiej strony jednak chciał tylko się skulić i zapomnieć, że istniał. W obu znaczeniach tego słowa.
- Czy tylko mi wydaje się, że jest tu o wiele za cicho? – zapytała sama siebie Zarya, przechodząc przez korytarze NEST z kubkiem kawy w dłoni – Brak Zivy na serio wpływa źle na morale – wymamrotała.
Zarya chodziła w kółko po bazie, w głowie nadal układając ostatnie szczegóły planu jaki miała wcielić i właśnie zmierzała w stronę gabinetu Prowl'a, kiedy zauważyła, że wokoło wszyscy albo byli zajęci, albo porozchodzili się do swoich kwater. Jednym słowem bardzo leniwy dzień na Diego Garcia.
- Jesteś za cicha – stwierdził głos obok niej, na co uniosła spokojnie głowę, przekrzywiając ją lekko.
- Jazz dawał mi lekcje – przyznała, popijając kawą – Gdzie się podziewałeś?
Sunstreaker ogarnął korytarz nienawistnym spojrzeniem.
- Te małe insekty są wszędzie – stwierdził, niemal wzdrygając się na mentalny obrazek w głowie – Lennox potrzebował pomocy z rozładunkiem. Powiedział, że odda mi parę beczek farby.
- Ah – wymruczała, kiwając głową – Ostatnio nie malowałeś za dużo.
- Mam mnóstwo wolnego czasu – stwierdził od razu, zerkając na nią, kiedy upiła kolejny łyk napoju – I mało pomysłów. Dałem sobie przerwę – zmierzył ją od góry do dołu – Za to ciebie nie widziałem rysującej od incydentu z Sentinel'em – imię wypowiedział z pogardą, na co prychnęła cicho.
- Mało czasu – skłamała krótko, wzruszając ramionami – Miałam ważniejsze sprawy do załatwienia – popatrzyła na zbliżające się znajome drzwi od biura taktyka – Nadal mam.
- Właściwie – Sunstreaker okrążył ją i stanął przed nią i tym razem Zarya zdała sobie sprawę z tego, jak wysoki chłopak w rzeczywistości był – Nie miałabyś później wolnej chwili?
Mocno zaskoczona bezpośrednią sugestią z jego strony, Zarya zastanowiła się przez chwilę.
- Powinnam mieć wolny wieczór – powiedziała powoli – Jutro zamierzamy wyjechać do Australii…
Sunstreaker wyszczerzył się pod nosem.
- Świetnie – popchnął ją lekko do drzwi, okrążając ją po raz kolejny, tym razem kierując się w stronę skąd przyszli – Zgaduje, że będziesz tutaj?
Zarya popatrzyła na zegarek na komórce, dopijając kawę, po czym kiwnęła głową.
Tamten bez słowa wtedy się oddalił, sprawiając, że unosząc brwi do góry Zarya westchnęła, pukając do drzwi.
Przynajmniej każda rozmowa z Prowl'em miała sens, pomyślała.
- Okay, więc jaki sens miało to wszystko? – zapytała Ziva, unosząc brew, kiedy Sideswipe usiadł z powrotem koło niej, uśmiechając się nieco na jej zdezorientowaną twarz – Sides, mówię serio.
- Widzisz to? – wskazał na pierwszy rysunek – To ta nienawiść.
- Wow – odparła sarkastycznie – Co ty nie powiesz? Nie wiedziałam.
Ignorując jej komentarze, Sideswipe usiadł prościej, biorąc od niej notes i siadając bliżej niej.
- To – przejechał palcem po krzywej linii łączącej słowo napisane kursywą – jest powód dla którego rzuciłaś sztukę – wskazał na kolejny rysunek, koślawą kotwicę – To jest to, co trzyma cię w dole – na jakiś obco wyglądający znak – To po cybertrońsku oznaczało „niepewność".
Nic czego nie wiem, pomyślała.
- Powiedz mi coś, czego nie wiedziałam – powiedziała na głos, niedowierzenie wmalowane w jej głos, kiedy tamten uśmiechnął się nieco smutno pod nosem.
- To – wskazał na dół –jest hiacynt, a to – wskazał na kolejne bazgroły – z kolei jest tym, co cię tam męczy.
- Sideswipe, nie chcę rozwalić ci szczęścia, ale to nie ma kompletnego sensu – stwierdziła Ziva, odpychając notes na bok – To stek jakiś bzdur.
Sides wstał, patrząc na nią.
- Może przyjrzyj im się…
- Tu nic nie ma! – warknęła wstając raptownie.
Jej strażnik zamarzł w bezruchu na jej wybuch, ramiona opadły zawiedzone.
- Będę na dole – powiedział ciszej.
Ziva zamrugała, cofając się jakby dostała w twarz.
- Nie, czekaj ja… - ucięła siebie, kiedy dotarł do drzwi i je otworzył – Ja nie…
Sideswipe zniknął z jej pola widzenia.
Zeszyt został rzucony mocno o ścianę, kiedy po raz kolejny na niego spojrzała i osunęła się na ziemię, zamykając mocno oczy.
'Hiacynt.'
Głos jej dziadka rozbrzmiewał w jej głowie.
'Hiacynt oznacza przykrość z powodu bliskiej osoby.'
