Trybuny
Draco wszedł na trybuny, z Crabbem i Goylem dyszącymi za nim. Wyjątkowo nie spodziewał się przegranej Gryfonów, nie było sensu. Byłoby to niezwykle zabawne zobaczyć ich pobitych przez Puchonów, ale to było tak prawdopodobne, jak to, że Crabbe będzie najlepszy ze wszystkich przedmiotów. Draco przyszedł tu wyłącznie z dwóch powodów.
Po pierwsze, przyszedł popatrzeć. Potter zawsze odwalał jakieś głupie numery podczas meczów, a jeśli w tym roku miało dojść do rozgrywki o Puchar pomiędzy Slytherinem a Gryffindorem, to Draco chciał znać wszystkie strategie Pottera na pamięć. Teraz nie mógł się zbliżyć nawet na pół kilometra do boiska, gdy ćwiczyli Gryfoni. Ta tyranka Johnson zawsze go zauważyła i darła się na niego, żeby spadał z "jej boiska". Jedynym miejscem, gdzie mógł szpiegować były oficjalne mecze. Gryfońska drużyna była na tyle głupia, że za każdym razem szła na całość, żadnej strategii nie chowali na rozgrywkę o mistrzostwo. Potter pokaże wszystko w meczu z Puchonami, a Draco będzie wiedział, jak planować.
Po drugie, przyszedł, by go widziano. Przejechał dłonią po włosach i po porządnie zawiązanym szaliku. To był wyjątkowo zimny marzec, więc założył ciężki, podszyty jedwabiem płaszcz, który rodzice przysłali mu na gwiazdkę. Taki sam przysyłali mu każdego roku; gruby, doskonały, połyskujący zielenią wewnątrz i matowo-czarny na zewnątrz, ze srebrnym zapięciem w kształcie węża zamiast godła Hogwartu. Był uosobieniem swojego Domu, był szukającym swojej drużyny, musiał się pokazywać, gdy było to konieczne i miał zamiar robić to ze smakiem. Tak, jak został nauczony.
Nie przyszedł tu z żadnego innego powodu.
- Tutaj? – zapytał go Goyle ze zdumieniem, gdy Draco zatrzymał się przy ławce tuż za sektorem Gryfonów.
Draco poprowadził ich pomiędzy rzędami bez udzielania odpowiedzi. Słyszał, jak inni studenci narzekają, gdy Crabbe i Goyle potoczyli się za nim, ale nie zważał na to. Już z murawy widział swój cel połyskujący na trybunach i doskonale wiedział, gdzie chciał usiąść. Poszedł prosto w kierunku włosów Ginny Weasley i usiadł za nią z sercem obijającym się szaleńczo o żebra. Crabbe i Goyle zadokowali się obok niego z raczej zdziwionymi minami. Znacznie większa grupa Ślizgonów usiadła kilka rzędów wyżej. Draco zdawał sobie sprawę, że byłoby im znacznie lepiej tam, ale nie to było najważniejsze. Jedyną rzeczą, która mu nie odpowiadała, był fakt, że Granger siedziała obok Ginny. Zerknęła na niego ponad ramieniem, bez żadnego powodu parsknęła arogancko i przysunęła się bliżej Ginny.
Draco nie był pewien, czy Ginny nie zauważyła, że tu przeszedł, czy też była doskonałą aktorką. Nawet nie drgnęła, gdy usiadł, a jej głowa nie odwróciła się nawet o ułamek stopnia. Może była pochłonięta czymś innym. Pewnie czekała, aż pojawi się Potter. Draco skrzywił się pod adresem jej pleców. Żałował, że był taki głupi i w ogóle tu przyszedł. Crabbe i Goyle przyglądali mu się, czuł to. Wiedział, że oczekują, że podejmie jakąś potyczkę – z jakiego innego powodu usiadłby za Granger i Weasley? Nie mógł pozwolić, żeby siedzieli z oczami cały czas utkwionymi w nim – nie, jeśli miał zamiar niezauważenie dotknąć Ginny.
Dotknąć ją? Żołądek mu się przewrócił na samą myśl. Nie mógł jej tutaj dotknąć, przed całą szkołą. Chyba naprawdę mu się w głowie pomieszało.
Crabbe i Goyle byli ciągle zwróceni w jego kierunku, czekając na komendę.
- Oczy utkwione na boisku – bardzo cicho syknął Draco. – Przyglądajcie się każdej nowej strategii, jaką zauważycie.
Dwie pary oczu rozszerzyły się z przerażeniem i Draco wiedział, że zbił ich z tropu. Nigdy wcześniej nie dał im zadania, które wymagałoby użycia intelektu. Aż do końca meczu będą siedzieli przerażeni, starając się zauważyć coś, co by go zadowoliło. Byli skazani na porażkę, ale Draco nie dbał o to. Chciał tylko, żeby przestali mu się przyglądać. Obydwaj zgarbili się żałośnie i skupili na plamie żółci i czerni, która właśnie przeleciała nad boiskiem. Puchońska część widowni oszalała. Draco nie potrafił zrozumieć, jak mogli się cieszyć, skoro wiedzieli, że przegrają. Czuł się zażenowany ich zachowaniem.
Gryfoni wylecieli następni i Draco zauważył, że Ginny zesztywniała. Uniosła wzrok i podążyła za czterookim bliznowatym. Draco przyglądał się, jak jej głowa odwraca się wraz z ruchem Pottera i trucizna rozlała się po jego ciele. Czy nic się nie zmieniło? Czy nic między nimi nie zaszło? Czy ona nie zdawała sobie sprawy, że Draco ją obserwował?
Obrońcy zawrócili i podfrunęli każdy do swojej bramki.
Granger w podnieceniu złapała Ginny za rękę.
- Mam nadzieję, że nie będzie próbował zrobić rozgwiazdy! – bełkotała.
- Rozgwiazdy? – Ginny roześmiała się swobodnie, a Draco chłonął ten dźwięk. – Czemu miałby to robić?
- Tak mówił! I pokazał mi ilustrację...
- A, daj spokój – powiedziała Ginny, a Draco miał ochotę bić jej brawo. – Chciał cię tylko przestraszyć. Nikt nie robi rozgwiazdy, chyba że jest nienormalny.
- Ron jest nienormalny!
Wyjątkowo, Draco zgodził się z nią. Weasley wisiał na swojej miotle tuż za bramkami Gryfonów jak szalony stróż, a ta jej prymitywna para braci latała przed nim w tę i we w tę, powiewając płaszczami. Było tam więcej czerwieni niż Draco mógł znieść bez zwracania śniadania, więc wrócił do czerwieni, którą miał pod ręką.
Kłóciła się koszmarnie z szalikiem - to była pierwsza rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Te podrabiane gryfońskie kolory zagłuszały pasma prawdziwego złota i szkarłatu, które mieszały się, tworząc odcień, który wcale nie był czerwony, ale... pomarańczowy? Miedziany? Draco starał się rozstrzygnąć, ale jej włosy mu nie pozwalały. Każdy, nawet najmniejszy ruch jej głowy zmieniał kąt, pod jakim odbijały się promienie słońca i musiał decydować od nowa. Połowa jej włosów była przycięta tym koszmarnym szalikiem - ona się tak niedbale ubierała, koszmar! – miał ochotę sięgnąć i uwolnić zaplątane pasma. Wygładzić je. Wydobyć z nich cały potencjał. Albo przynajmniej zedrzeć z niej ten fatalny szalik i zastąpić swoim. Jej włosy wyglądałyby rewelacyjnie na zielonym tle.
- PUNKT DLA GRYFONÓW!
Draco poderwał wzrok. Cokolwiek się stało – przeoczył to! Szturchnął Goyle'a łokciem.
- Kto strzelił gola?
- G-gryfoni?
- Boże! – Draco posłał mu, jak miał nadzieję, głęboko obraźliwe spojrzenie. – Goyle, kto? Który zawodnik?
- Johnson - powiedział szybko Crabbe z drugiej strony i Draco błyskawicznie odwrócił się do niego.
- Ciebie pytałem?
Crabbe'owi zrzedła mina.
- Nie.
- No to dalej oglądaj mecz.
Obydwaj skierowali swoją ograniczoną uwagę na mecz, a oczy Draco wróciły do włosów Ginny. Zauważył, że inaczej siedziała. Odwróciła się twarzą do Granger, prezentując mu swój profil.
Rzuciła okiem w jego kierunku.
Draco zamarł. Jej oczy go dotykały, słyszał swój własny oddech. Nie odrywał od niej wzroku. Miał nadzieje, że ona się odwróci, zanim ktokolwiek zauważy, jak się w siebie wpatrywali, bo nie sądził, żeby sam był w stanie. Chciał, żeby została tak na zawsze, odwrócona pod idealnym kątem. Policzek częściowo zasłaniały jej włosy, podbródek ledwo dotykał ramienia, patrzyła na niego spod rzęs. Draco zdał sobie sprawę, że przestał oddychać. Zacisnął pięści.
- WEASLEY FANTASTYCZNIE OBRONIŁ!
Granger zawyła jak hiena i wpadła w paroksyzm kudłatej radości, a Ginny błyskawicznie odwróciła głowę w stronę boiska. Obydwie zerwały się z ławki i wyrzuciły do góry ręce, wiwatując jak szalone. Ginny nawet nie widziała tej fantastycznej obrony, co wcale nie powstrzymało jej przed skakaniem i debilnym zachowaniem. Nie powstrzymało jej to przed włączeniem się do gryfońskiej fali – wszyscy Gryfoni byli na nogach, tupiąc i hałasując, jakby losy świata zależały od tego, czy Weasley złapie kafla czy nie – a Ginny brała w tym udział. Na razie nie było z nią kontaktu. Draco, rozeźlony, patrzył, jak Weasley i Potter robią zwycięską rundkę, poszturchując się, szczerząc zęby i ogólnie ogłaszając całemu światu swoją arogancję.
Draco nie potrafił powstrzymać głośnego mruknięcia wyrażającego całkowitą pogardę.
Ciągle stojąc, Ginny odwróciła się i znowu na niego spojrzała, tym razem zupełnie inaczej. To nie było przyjazne spojrzenie, ale Draco nie dbał o to. Wpatrywał się w nią nieskruszony, aż w końcu pociągnęła nosem, odrzuciła głowę i odwróciła się. Kiedy w końcu ona i Granger znowu usiadły, Ginny sięgnęła do karku, wsunęła dłoń pod włosy, wyciągnęła je spod szalika i odrzuciła z całą siłą do tyłu.
Draco podskoczył. Jej włosy nie były na tyle długie, żeby uderzyć go w twarz, ale niewątpliwie taki był zamiar. Nie wiedział, co gorsze: że próbowała go uderzyć, że nie udało się jej go dotknąć czy że kosmyk jej włosów wylądował na jego kolanie i ciągle tam był, szydząc z niego, pobłyskując czerwienią na tle jego czarnych spodni. Siedział oszołomiony, nie ruszając się, żeby się nie zsunął. Bardzo chciał wyciągnąć rękę i dotknąć go, ale Crabbe i Goyle patrzyli na niego. Widzieli jej bezczelne zachowanie i teraz czekali na jego odwet. Draco wiedział, że nie może odpuścić.
Ale może uda mu się upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Ujął kosmyk jej włosów pomiędzy dwa palce, jakby to było coś nieczystego i przytrzymał przez chwilę. Nie mógł zbyt wiele zrobić. Powoli przeciągnął opuszkami palców wzdłuż błyszczącego pasma przez jedną fantastyczną chwilę, a potem pociągnął i rzucił z powrotem w nią ze sporą siłą. Kosmyk uderzył ją w policzek. Zacisnęła ręce na ławce.
Granger odwróciła się i spojrzała na Draco z takim obrzydzeniem, że nie był pewien, czy nie wyciągnie różdżki. Potrząsnęła głową, odwróciła się z powrotem i uniosła brodę.
- Nie zwracaj na niego uwagi, Ginny – powiedziała sucho.
Och, ale ona już to zrobiła. Draco żałował, że nie mógł tego rzucić Granger prosto w twarz, żałował, że nie mógł powiedzieć jej dokładnie, jak to się stało i że stanie się jeszcze raz. Miał ochotę zobaczyć przerażenie w jej paciorkowatych oczkach, zobaczyć ich wszystkich zdumionych i wściekłych – jej braci, Pottera, w ogóle wszystkich Gryfonów. Niestety, cena była za wysoka. Zadowolił się przedrzeźnianiem.
- Tak, nie zwracaj na niego uwagi, Ginny – powiedział z lekką drwiną i wbił kolano w plecy Ginny.
Zastygła, a Draco wstrzymał oddech. Dotykali się i to w taki sposób, że to nikomu nie mogło wydać się podejrzane. Właśnie użył jej imienia i nikt nawet nie mrugnął okiem. Czekał, aż Ginny się odsunie i przerwie kontakt.
Niespodziewanie przycisnęła plecy do jego nogi i znowu się odwróciła, pokazując mu swój profil.
- Wcale mi to nie przeszkadza, wiesz? – powiedziała buntowniczo.
Granger obdarzyła ją aprobującym spojrzeniem.
Ginny uśmiechnęła się odrobinę.
Draco zrozumiał. Zachwycony jej zmyślnością wpatrywał się w jej oczy dopóki nie odwróciła się z powrotem, żeby oglądać mecz. Draco wysunął kolano jeszcze bardziej do przodu. Otarła się o nie lekko. Wcale jej to nie przeszkadzało. Powiedziała to wprost, a wszyscy zrozumieli to, jak chcieli, tylko on naprawdę wiedział, co miała na myśli. Mieli swój własny język, szyfr niemożliwych prawd. Wcześniej doświadczył przypływu kryminalnego podniecenia, gdy szczerze odpowiedział jej braciom, a oni byli zbyt tępi, żeby to zrozumieć. Jak widać nią powodowała taka sama motywacja. Oparła się o niego trochę bardziej, niż było bezpieczne. Draco poczuł, jak jej kręgosłup wbija mu się w goleń – ostry, niewygodny kontakt, ale mimo wszystko kontakt. Uderzyło go, jakie to wszystko było niesprawiedliwe – gdyby byli jakąkolwiek inną parą w Hogwarcie, mogłaby się oprzeć wygodnie o niego, a on mogłyby bawić się jej włosami.
Nie żeby byli parą.
Draco zdał sobie sprawę, zdumiony, że potraktował to jako naturalną prawdę, jako coś nieuniknionego. Jeden mały pocałunek, kilka ledwie grzecznych rozmów, ten nie mieszczący się w granicach tego, co normalne dotyk, a on już myślał o niej jako o-
- PUNKT DLA GRYFFINDORU!
Ogłuszające wiwaty rozległy się dookoła nich, ale, ku uldze Draco, Ginny została na swoim miejscu. Nie udawał już dłużej, że oglądał mecz. To nie miało znaczenia, kto wrzucił kafla do bramki. Ginny zadrżała, sięgnęła do kieszeni i nałożyła mitenki. Draco przyglądał się, jak jej palce znikały w rękawiczkach i musiał na siłę przytrzymać swoje własne ręce na kolanach, gdy przypomniało mu się, jakie to było uczucie, gdy jej palce były splecione z jego.
- PUNKT DLA GRYFFINDORU!
Ginny krzyknęła uradowana, ale objęła się ramionami i pozostała na miejscu. Granger wyskoczyła bez niej, a kiedy z powrotem usiadła, posłała Ginny zmartwione spojrzenie.
- Wszystko w porządku?
- Po prostu zmarzłam.
Kłamczucha. Potarł kolanem o jej plecy. Odwróciła się w stronę Granger i szepnęła coś, jej ramię musnęło jego łydkę i zatrzymało się prawie pomiędzy jego kolanami, powodując nagłą falę gorąca. Nigdy lepiej nie bawił się siedząc na trybunach. To była najlepsza gra i kropka. A ona grała razem z nim. Była bardziej do niego podobna niż kiedykolwiek odważył się mieć nadzieję. Rozumiała, co to subtelność i wyzwanie.
Jej palce delikatnie dotknęły jego kostki.
Draco drgnął i zamknął oczy.
- GOL DLA PUCHO- NIE! NIECH MNIE!
Granger wydarła się, jakby ją ze skóry obdzierali i Draco gwałtownie otworzył oczy. Granger zakryła twarz rękami.
- WEASLEYOWI UDAJE SIĘ UTRZYMAĆ W POWIETRZU! PRAWIE, PRAWIE ROZGWIAZDA – TO WARIAT!
Reszta Gryfonów wstała i zaczęła wyć ze szczęścia, ale Granger dalej siedziała z zakrytymi oczami. Ginny zabrała rękę i objęła szlamę.
- Zabiję go – głupio powtarzała Granger – zabiję go, zabiję go.
Szkoda, że nie mówiła serio.
- ALE- CHWILA- POTTER COŚ WYPATRZYŁ- NURKUJE! TAK, TO ZNICZ! DALEJ, HARRY, DALEJ!
Draco poczuł gwałtowny skurcz w żołądku. Wiedział, co się zaraz stanie.
Rzeczywiście, reakcja Ginny była natychmiastowa. Odsunęła się od niego i razem z Granger zerwała na równe nogi, drąc się jak opętana.
- Dalej, Harry!
Ginny - zagrzewająca Pottera do walki. Taka jak zawsze, tylko że przecież przed chwilą go dotykała. Prowadziła grę, razem z nim. Draco otwarcie warknął w kierunku jej pleców. A więc nie potrafiła się zdecydować, co? Chciała mieć jedno i drugie? Zerwała kontakt bez sekundy wahania, bardziej niż chętna, żeby poświęcić go dla Pottera. Draco był na drugim miejscu – najwyraźniej na drugim – a to bolało bardziej, niż był gotowy przyznać, nawet przed sobą samym. To było inne uczucie, niż gdy Potter pobił go na boisku lub gdziekolwiek indziej. Inne, niż to, gdy Granger miała lepsze oceny z każdego przedmiotu. To po prostu bolało i nie potrafił od tego uciec. Nie powinien był tutaj siadać, nie powinien był być takim głupcem. Nie zrobi tego błędu po raz drugi.
Nie było żadnym zaskoczeniem, gdy dłoń Pottera zamknęła się na zniczu. Nie było żadnym zaskoczeniem, gdy Weasley podleciał do niego, żeby go poklepać po plecach, obydwaj promieniejący, jakby zrobili coś spektakularnego, podczas gdy tak naprawdę po prostu pobili najgorszy zespół w historii Hogwartu.
Nie był zaskoczony, gdy Ginny objęła Granger. Skakały obydwie, wydając zwycięskie okrzyki, jak gdyby Draco nie było tutaj nawet przez chwilę.
Wstał i rzucił okiem na profil Ginny – zamknięte oczy, twarz jaśniejąca, włosy fruwające dookoła – i wiedział, kogo by dopingowała na mistrzostwach.
Nic się nie zmieniło.
Przynajmniej nie dla niej.
Przepchnął się obok całkowicie zaskoczonych Crabbe'a i Goyle'a i zszedł z trybun. Sam. Częściowo poszedł, częściowo pobiegł w kierunku zamku, ale nie chciał wchodzić do środka. Ciepło byłoby nie na miejscu. Obszedł zamek dookoła i poszedł w kierunku lasu, który rósł za szkołą. Mniejszego i niezabronionego. Tam nie było niebezpiecznie, tylko ciemno i zimno.
Idealnie.
Oparł się plecami o pień drzewa i powoli opuścił na ziemię, oparł łokcie na kolanach, a czoło na dłoniach.
Kiedy w końcu wstał, żeby wejść do środka, był kompletnie przemarznięty, a księżyc świecił w najlepsze.
