Betowała Jasmin Kain.
Rozdział 13
Bethany siedziała na łóżku w pokoju i wpatrywała się w dwie walizki, które stały przed nią. Dni, które dzieliły ją do wyjazdu szybko minęły i ten moment nadszedł.
Bawiła się pierścionkiem, kiedy drzwi otworzyły się i zobaczyła w nich Voldemorta. Wstała i ukłoniła się. Czarnoksiężnik uśmiechnął się z satysfakcją i podszedł do niej.
— Rozstajemy się — powiedział. — Ale nie dosłownie.
Bethany zacisnęła usta i wbiła wzrok w buty. Lubił przypominać jej to, co dla niej przygotował. Wiedziała, że będzie obserwowana przez Snape'a i dzieci śmierciożerców z Malfoyem na czele.
— Myślałaś, że odpoczniesz ode mnie w Hogwarcie — Pogładził ją po włosach. — To trochę samolubne, nie sądzisz? — Jego ręka powędrowała do jej podbródka. Chwycił go i uniósł tak, że ich oczy spotkały się.
— Poświęciłem wiele miesięcy, żeby cię wyszkolić — wycedził. — Teraz chcę zobaczyć efekty. Jeśli mnie zawiedziesz, wiesz, co cię czeka.
Skinęła głową; puścił jej podbródek i dodał: — Gdybyś zdecydowała się mnie zdradzić i przystać na warunki tego starego durnia, to wiedz, że cię dopadnę. Nikt mnie nie powstrzyma, nawet on. Twoja matka sądziła, że jest bezpieczna w Hogwarcie, ale pomyliła się. Wygodne pielesze Dumbledore'a szybko zamieniła na zimną celę w moim lochu.
Zaśmiał się zimno. Bethany objęła się ramionami, cała spięta. Spojrzał na nią lodowato i klasnął w dłonie. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Snape. Uklęknął i przytknął czoło do podłogi.
— Mój panie — wychrypiał.
— Wstań, Severusie — rozkazał mu Voldemort, więc to zrobił.
Bethany przyjrzała się Snape'owi. Ubrany w podróżną pelerynę, włosy miał w nieładzie, pewnie na skutek wiatru.
— Od tej pory jest pod twoją opieką — syknął Czarny Pan. — Jeśli spadnie jej choć włos z głowy, popamiętasz mnieee.
Ostatnie słowo wypowiedział z nieprzyjemnym sykiem. Bethany zerknęła na Severusa, który zachował kamienny wyraz twarzy. Nie spiął się, jego ciało pozostało naturalnie rozluźnione.
— Oczywiście, mój panie — Snape ukłonił się pod odpowiednim kątem. — Życie panienki jest moim własnym.
Voldemort przyglądał mu się jeszcze przez chwilę; potem przeniósł wzrok na Bethany.
— Życzę ci samych sukcesów we wszystkich twoich staraniach — powiedział chłodno. — Pamiętaj, kim jesteś i nie zawiedź mnie.
Położył nacisk na ostatnich trzech słowach. Skinęła głową i odparła:
— Nie zawiodę cię, dziadku.
— Mam taką nadzieję — Uśmiechnął się zimno i dotknął jej policzka. Potem cofnął dłoń i spojrzał znacząco na Severusa.
— Na nas już czas, panienko — powiedział Snape i wyciągnął do niej rękę. Bethany zerknęła raz jeszcze na dziadka, który zmarszczył surowo brwi. Chwyciła dłoń śmierciożercy i po chwili poczuła szarpnięcie w okolicach pępka. Zawirowało i jej pokój rozmazał się.
Kiedy wylądowali, udało się jej zapanować nad równowagą. Ucieszyła się, że tym razem nie wyszła na niezdarę. Był też inny sukces – zaczęła jakoś znosić aportację.
Znajdowali się na piaszczystej ścieżce; dookoła nie było żywej duszy. Zmierzchało – niebo przecinały trzy kolory – niebieski, pomarańczowy i żółty. Bethany zachwyciła się widokiem, kiedy poczuła szarpnięcie w okolicy ramienia.
— Chodź już — ponaglił ją Severus. — Im szybciej dotrzemy, tym lepiej.
— Strasznie ci się spieszy — mruknęła. — Dyrektor chyba nie może się mnie doczekać. A tak w ogóle to możemy rozmawiać?
— Przecież to właśnie robimy — zauważył z drwiącym uśmieszkiem. — Chodzi ci o to, czy powinniśmy poruszać dobrze nam znane tematy?
Kiedy skinęła głową, odparł:
— Możemy rozmawiać. Użyłem czaru, dzięki któremu nikt nas nie podsłucha. O ile ktoś się pojawi, nie licząc robactwa, u którego jedynie szaleniec doszukiwałby się jakiegokolwiek ilorazu inteligencji.
Przez chwilę szli w milczeniu, kiedy powiedział:
— Wiem, że jesteś przygotowana, ale tak dla pewności powtórzymy parę rzeczy.
Bethany westchnęła i spytała:
— Czy to konieczne? Tyle razy to już wałkowałam.
— Konieczne — Severus nie zamierzał ustąpić. — Musisz uważać na to, co mówisz. Waż słowa. Hogwart tylko z pozoru jest miłym miejscem.
— Z pozoru? Czyli nawet tutaj choć przez chwilę nie mogę być sobą?
Zatrzymała się. Snape odwrócił się i zmarszczył czoło.
— Co ty wypra… — zaczął, kiedy wybuchła:
— Wszystko to pozory! Moje życie, pobyt w tej kretyńskiej szkole! Także miejsce, które na siłę nazywam domem! I dziadek z piekła rodem! Czy jeśli ucieszę się z czegoś, to zwrócisz mi uwagę, że okazałam emocje? Przecież tak to będzie teraz wyglądać!
Usiadła na ziemi i ukryła twarz w dłoniach. Snape podszedł do niej i przykucnął.
— Bethany — zaczął łagodnie. — Nie zamierzam cię strofować za przeżywanie czegokolwiek i…
— On tak robił — wyszeptała. — Jeśli coś mnie ucieszyło, jednym słowem niszczył mój entuzjazm. Był zimny, kontrolujący i…
Wzięła głęboki wdech i wtedy jej emocje wzięły górę. Rozpłakała się, na co Severus zacisnął zęby.
— Lepiej wstań — powiedział i chwycił ją za ramię. Kiedy się podniosła, cofnęła dłonie od twarzy. Jej oczy były wilgotne, policzki mokre od łez. Snape przyglądał się jej ze zmarszczonym czołem.
— Weź dwa głębokie wdechy — polecił. Kiedy to zrobiła, dodał: — Nie zamierzam stać za tobą i liczyć twoich kroków. Oczywiście będę cię miał na oku, to logiczne. Jestem za ciebie odpowiedzialny. Zachowuj się normalnie, ale pamiętaj o tym, czego się nauczono.
— Wiem — wyszeptała. — Jeśli się wkopię, zabije mnie.
Severus zacisnął zęby. Nie zamierzał zagłębiać się w ten temat. Był po to, żeby ją wesprzeć (co miało dać podwójny efekt – jeden dla Voldemorta, drugi dla Dumbledore'a).
— Posłuchaj — westchnął. — Nie możesz tak myśleć. Czarny Pan wierzy w ciebie, zależy mu na tobie. Nie zrobisz przecież czegoś, co mogłoby mu zaszkodzić, prawda?
— Nie — wyszeptała. — Tylko wiesz, znam siebie. W złości mogę coś palnąć albo…
— Musisz uważać na to, co mówisz — Jego głos zabrzmiał ostro. — Przed chwilą ci o tym wspomniałem. Jeśli nie umiesz kontrolować emocji, jakoś na to zaradzimy.
— Pozwolił ci? — Cofnęła się o krok.
— Na co miał mi pozwolić?
— Na uderzenie mnie — odparła cicho. — Jeśli zrobię nie tak, jak trzeba.
Snape potarł dłonią czoło i zamknął oczy. Kiedy je otworzył, powiedział:
— Czarny Pan nie wspominał o dyscyplinie. Jeśli chodzi o Hogwart, to kary owszem są, ale nie cielesne. Jeśli uczeń złamie regulamin lub zachowa się nieodpowiednio, odejmuje się punkty jego domowi albo daje mu szlaban. Jeśli zachodzi konieczność, informuje się również jego rodzica, ale ciebie to nie dotyczy.
Nie odpowiedziała. Zaszurała stopą i wyszeptała:
— To dobrze, że tak jest. Myślałam… — Urwała, jakby bała się dokończyć.
— Że bijemy uczniów? — Severus uniósł brew. — Kiedyś tak było, ale nie za dyrektury Dumbledore'a. On woli docierać do uczniów w inny sposób.
Objął Bethany ramieniem i poprowadził przed siebie.
— Lubi ich poznawać — wyjaśnił. — Dużo z nimi rozmawia, nie ocenia ich. Woli psychologiczne podejście niż to uzyskane za pomocą trzciny.
Wzdrygnęła się, kiedy usłyszała ostatnie słowo. W oczach Snape'a pojawił się przebłysk troski, ale szybko się opamiętał.
— Gdyby dzieci cię pytały — zmienił temat. — Dlaczego tu jesteś, to co im powiesz?
— Trafiłam do Hogwartu z powodu rodzinnej tragedii — odparła. — Moi rodzice zmarli na skutek smoczej ospy, więc zaopiekował się mną wuj.
— Który się nazywa…?
— Ian Oribson.
— Dobrze. Co im powiesz, kiedy zauważą twoje braki w zakresie zaklęć czy innej dziedziny wiedzy?
— Przeżyłam silny szok na skutek śmierci rodziców — Bethany westchnęła. — Który sprawił, że pewne rzeczy wymknęły się spod kontroli.
— Czyli co się stało?
— Znalazłam gdzieś eliksir, ale nie wiedziałam, co zawiera. Było mi wszystko jedno i go wypiłam. Okazało się, że to Eliksir Zapomnienia. Termin ważności minął dwa lata temu i właśnie to sprawiło, że nie straciłam całkowicie pamięci.
— Ale zapomniałaś pewne rzeczy, głównie z zakresu wiedzy i naszej społeczności. Żeby załapać się na szósty rok, dochodziłaś do siebie w zachodniej klinice. Gdyby ktoś pytał, co to miejsce, powiesz, że to Klinika Magicznych Chorób i Urazów Świętego Rudolfa.
— Dziadek nie mógł wymyślić nic lepszego? Lepiej jest zrobić ze mnie wariatkę?
— Tak masz odpowiadać — Severus zignorował jej zapytanie. — Jesteśmy na miejscu.
Zatrzymali się przed bramą, po bokach której stały dwie wysokie kolumny zwieńczone uskrzydlonymi dzikami. Bethany zauważyła, że była zamknięta na kłódkę.
— Zaraz się tym zajmę — mruknął Severus. Wyciągnął różdżkę i stuknął nią w kłódkę. Zniknęła, tak jak łańcuch, który oplatał wrota. Brama otworzyła się z nieprzyjemnym skrzypieniem i kiedy dziewczyna chciała pójść dalej, chwycił ją za ramię. Trochę za mocno, ponieważ syknęła.
— Muszę oznaczyć cię pewnym zaklęciem — wyjaśnił. — Oficjalnie nie jesteś uczennicą Hogwartu, więc jeśli weszłabyś ot tak na jego teren, to dalsze konsekwencje nie byłyby przyjemne.
— Niespodzianka dla intruzów? — spytała, kiedy w nią wycelował. Z różdżki wystrzeliło żółte światło, które wchłonęło się w klatkę piersiową Bethany.
— Gotowe — mruknął. — Tak, forma niespodzianki w niezdrowej dawce czarnego humoru. Chodźmy.
Wziął ją za łokieć i weszli na teren szkoły. Odwróciła się i spytała:
— Czy nie powinieneś zamknąć bramy?
— Sama to zrobi — odparł i tak się w istocie stało. Bethany wzięła głęboki wdech i zaczęła się rozglądać.
— Jestem w Hogwarcie — wyszeptała. — Nie do wiary.
— Nie przeżywaj tego tak bardzo — odparł Snape z sarkazmem. — Kiedy zaczną się zajęcia i przybędzie ci nauki i prac domowych, twój zachwyt szybko zniknie.
— Zawsze jesteś taki ironiczny? — Zmarszczyła czoło. — Czy to specjalna wstawka w ramach mojego pierwszego dnia?
— Przyzwyczajam cię — wyjaśnił i uśmiechnął się chłodno. — Do tego, jaki jestem na co dzień.
— To, że jesteś trudny, zauważyłam — przyznała. — Miałam „przywilej" z tobą mieszkać. Nigdy tego nie zapomnę.
— Nie ty jedna — mruknął. Doszli do schodów zamku i ogromnych, dębowych drzwi. Bethany wyciągnęła rękę celem dotknięcia ich, ale zawahała się.
— Śmiało — zachęcił ją Snape. Spojrzała na niego i położyła dłoń na drzwiach. Kiedy ich dotknęła, otworzyły się, ukazując przestronną salę wejściową. Dziewczyna nie mogła się powstrzymać i uśmiechnęła się szeroko. Severus położył jej rękę na plecach i weszli do środka.
Bethany rozejrzała się dookoła. Znajdowali się w ogromnym pomieszczeniu; płonące pochodnie oświetlały kamienne ściany. Wisiały tam również portrety przedstawiające jegomości w strojach z poprzednich epok i damy z fantazyjnych sukniach. Po prawej stronie dostrzegła podwójne drzwi, a obok nich ogromne schody.
— Zdążysz to wszystko popodziwiać — powiedział Snape. — Teraz czeka nas ważne spotkanie.
— Z dyrektorem — Spojrzała na niego i zamyśliła się. — Ciekawe, jak mnie potraktuje.
— Zaproponuje herbatę i cytrynowego dropsa — mruknął i widząc jej zmarszczone czoło, dodał: — Nie wierzysz? Za chwilę się przekonasz.
Kiedy wspięli się po schodach i ruszyli korytarzem, Bethany spoważniała. Początkowy zachwyt szkołą minął, teraz jej myśli krążyły wokół spotkania z Dumbledore'em. Miała uwierzyć w jego neutralne traktowanie i to, że nie będzie widział w niej wnuczki swojego największego wroga? Czarnoksiężnika, który może właśnie teraz wydawał rozkaz zamordowania kogoś?
Szli w milczeniu, kiedy tę niezręczną ciszę przerwał jakiś dźwięk. Bethany wsłuchała się dokładniej i po chwili wiedziała, co to jest.
— Ktoś tu sprząta — powiedziała i spojrzała na Severusa.
— To woźny, Filch — mruknął. — Nie wejdziemy w żaden ślepy zaułek, więc go nie miniemy.
Zacisnął mocniej dłoń na jej ramieniu. W końcu go ujrzeli – chudego starca w brązowym płaszczu. Zamiatał podłogę, ale przerwał tę czynność, kiedy ich zobaczył. Jego przekrwione oczy spoczęły na Snapie.
— Dzień dobry, Argusie — przywitał go Severus i uśmiechnął się kwaśno. — Wakacje jak to wakacje, dobiegają końca. Za kilka dni ta leniwa wywijka miotłą nabierze większego tempa, prawda?
— Owszem — odburknął Filch. — Kiedy wpadnie tu zgraja małych diabłów, będę miał trzy razy więcej roboty.
Zamilkł na moment i przeniósł wzrok na Bethany. Jego palce zacisnęły się mocniej na kiju, aż zbielały. Rozszerzył oczy, jakby nie wierzył, że widzi ją przed sobą.
— Dzień dobry — przywitała się grzecznie.
— Skoro mowa o uczniach — powiedział Snape. — Pragnę ci kogoś przedstawić. To Bethany Terrell, nasza nowa szóstoroczna.
Filch cofnął się o krok. Wziął głęboki wdech i wychrypiał:
— Mam trochę pracy. Dyrektor czeka na ciebie.
— Och, nie na mnie — Severus uśmiechnął się szeroko. — Tylko na nią.
Poprowadził dziewczynę, która obejrzała się przez ramię. Filch wyglądał na przerażonego.
— On wie — wyszeptała. — Kim jestem.
— Nie dało się nie zauważyć — mruknął Severus. — Jego reakcja odnosi się bardziej do twojego dziadka. W sumie to się nie dziwię – Czarny Pan oprócz mugoli i mieszańców nienawidzi magicznych niedobitków.
— On myśli, że mam podobne poglądy — Bethany wzięła głęboki wdech. — Przecież nie zrobiłabym mu krzywdy.
— Odmieni ci się — Snape zniżył głos do szeptu. — Tego człowieka nienawidzą wszyscy uczniowie.
— Nie mów, że masz konkurencję — mruknęła, co zignorował. Byli na drugim piętrze, kiedy poczuła, że chwyta ją za rękaw i prowadzi w jakiś korytarz. Kiedy w niego weszli, dostrzegła w oddali jakiś posąg.
— Co to jest? — spytała. — Wygląda jak chimera.
— Blisko — powiedział. — Ale to nie chimera, tylko gargulec.
Kiedy do niego doszli, Snape zatrzymał się. Bethany również stanęła i spojrzała na niego.
— To tutaj? — spytała zaskoczona.
— Gargulec nie jest przyjemny — odparł. — Nie martw się, w porównaniu z nim dyrektor jest bardzo czarujący.
Bethany zacisnęła usta i czekała na dalszy etap. Postanowiła ignorować ironizowanie Snape'a. Przypominał jej przez to Voldemorta, ale jeśli miała być szczera – jego sarkazm była w stanie znieść. Nie czuła psychicznego dyskomfortu, który miała, kiedy dziadek drwił z niej.
— Cytrynowa landrynka — powiedział Snape i wtedy gargulec odsunął się na bok, ukazując przejście.
— Chodź — Wziął ją za rękę i wszedł do środka. Wspięli się po schodach, które pięły się ku górze. Bethany poczuła zimny pot na karku. Za chwilę miała stanąć oko w oko z czarodziejem, którego tak bardzo pragnął zabić Voldemort.
Zatrzymali się przed solidnymi dębowymi drzwiami. Snape zerknął na dziewczynę i zapukał dwa razy. Nikt nie odpowiedział, ale mimo to nacisnął klamkę. Drzwi uchyliły się z cichym skrzypieniem.
— Wejdź do środka — rozkazał i przepuścił ją. Kiedy znaleźli się w gabinecie, pierwsze, co rzuciło się jej w oczy, to masywne biurko z nogami w kształcie szponów. Siedział przy nim szczupły czarodziej o długiej srebrnej brodzie. Na widok gości wstał i utkwił w nich wzrok. Na nosie miał okulary – połówki.
— Witam serdecznie — przywitał się i uśmiechnął ciepło. — Mieliście męczącą podróż?
— Meczącą? — Głos Snape'a ociekał ironią. — Zabójczą, dyrektorze. Przy lądowaniu o mało co nie złamałem nosa.
Bethany zerknęła na wspomnianą część twarzy Severusa. Jeśli miała być szczera, gdyby się zranił, nie straciłby nic na wyglądzie. Jego nos nie należał do najzgrabniejszych.
— A ty, Bethany? — Spięła się, kiedy dyrektor zwrócił się do niej po imieniu. — Czy jesteś zmęczona?
— Nie, proszę pana — odpowiedziała i spojrzała na starca. Przyglądał się jej z zainteresowaniem.
— Jestem Albus Dumbledore — przedstawił się i mrugnął do niej. — Pewnie o mnie słyszałaś. Witam cię w mojej szkole.
Przed biurkiem pojawiły się dwa wygodne fotele. Dyrektor gestem wskazał, żeby usiedli. Severus zerknął na Bethany i po chwili zajął miejsce w jednym. Dziewczyna zrobiła to samo w drugim.
— Czy napijecie się czegoś? — zapytał Dumbledore. — Herbaty, soku?
— Ja dziękuję — odparł Snape. — A ty się czegoś napijesz? — Zwrócił się do dziewczyny.
— Poproszę herbatę — wyszeptała Bethany. Dyrektor skinął głową i po chwili na biurku pojawiła się biała filiżanka z parującym napojem. Dziewczyna podziękowała i wbiła wzrok w dłonie, które trzymała na kolanach.
— Widzę, że czujesz się tu trochę niepewnie — zaczął Dumbledore, na co szybko podniosła głowę. — Początki nigdy nie są łatwe. Nie martw się, minie kilka dni i przyzwyczaisz się.
Kiedy nie odpowiedziała, kontynuował:
— Wiem, że weszłaś w nas świat całkiem niedawno i przeszłaś przyspieszone szkolenie. Pewnie myślisz, że nauka tutaj sprawi ci trudności – jeśli tak będzie, to wiedz, że możesz liczyć na pomoc nauczycieli. Jeśli poproszenie ich krępuje cię, zwróć się do Severusa. Zajmie się wszystkim.
Skinęła głową; wtedy dodał:
— Pozostaje jeszcze jedna kwestia, równie ważna.
Bethany zacisnęła zęby – domyśliła się, co powie.
— Grono pedagogiczne i personel Hogwartu wiedzą o twoim pochodzeniu — powiedział łagodnie. — Nikt nie zamierza cię przez to oceniać. Będziesz traktowana tak jak każdy inny uczeń – z szacunkiem i troską. Jeśli się wykażesz, zostaniesz nagrodzona. Jeśli złamiesz zasady, wtedy czeka cię kara.
— Szlabany ze mną nigdy nie są przyjemne — wtrącił Snape. — Dlatego radzę ci się zachowywać. Im mniej takich sytuacji, tym lepiej dla ciebie.
— Przestań, Severusie — Dumbledore spojrzał na niego ostro. Potem zwrócił się do Bethany:
— Twoja tożsamość pozostanie tajemnicą. Mam nadzieję, że poczujesz się tutaj jak w domu.
Wstał i podszedł do jednej z półek, która uginała się od książek. Wziął stamtąd coś ciemnego. Kiedy wrócił, położył na blacie wyświechtany kapelusz. Bethany spojrzała zdezorientowana na rzecz.
— To Tiara Przydziału — wyjaśnił. — Przydzieli cię do któregoś z domów.
Kiedy kapelusz poruszył się, dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
— To żyje — wyszeptała i zacisnęła dłonie na oparciach krzesła.
— Jest zaczarowana — Snape uniósł kąciki ust. — Jeszcze nie przywykłaś do dziwnych rzeczy?
Dumbledore wziął Tiarę i założył Bethany na głowę. Spięła się cała; zetknięcie z tym starym łachem wywołało w niej dyskomfort. Wtedy kapelusz się odezwał:
— Spokojnie, dziecino, nie gryzę, choć powinnam. Młodzież potrafi działać na nerwy.
Tiara zamilkła na chwilę. Bethany zerknęła na dyrektora, który przypatrywał się uważnie dziewczynie.
— Ty się gryziesz — mruknął kapelusz. — Między tym, co uważasz za słuszne, a tym, czego się od ciebie wymaga. Masz coś, czego nie ma żaden z tutejszych uczniów. A skoro tak jest, to… Slytherin!
Bethany odetchnęła z ulgą. Dumbledore ściągnął Tiarę z jej głowy i powiedział:
— Najważniejsze za tobą. Severusie, masz nową podopieczną.
— Kolejny wężyk w moich rękach — Snape uśmiechnął się złośliwie. Położył dłoń na jej ramieniu i odparł:
— Dopóki nie zacznie się rok szkolny, pomieszkasz w moich kwaterach. Będziesz mieć własny pokój, łazienkę i pewną swobodę.
Zaczerwieniła się, słysząc to ostatnie. Snape wstał i spojrzał na nią znacząco.
— Czas na nas — powiedział. Kiedy poniosła się z fotela, Dumbledore rzekł:
— Chciałbym widzieć was jutro na śniadaniu.
Bethany przygryzła wargę; Snape zmarszczył czoło i zapytał:
— Nie uważasz, że to trochę za szybko? Daj jej dwa dni na zaklimatyzowanie się, potem może z nami jadać.
— Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł — Dumbledore przyjrzał się uważnie dziewczynie. — Im szybciej się otworzysz, tym lepiej. Za kilka dni będziesz jedną z tysiąca uczniów. Jeśli masz czuć się dobrze w tłumie, to musisz zacząć od razu. Poznasz nauczycieli i pracowników Hogwartu.
— Jednego już poznała — mruknął Mistrz Eliskirów. — Argusa Filcha.
— Nasz woźny — Dumbledore uśmiechnął się. — Nie zatrzymuję was. Życzę dobrej nocy.
Snape położył dłoń na ramieniu Bethany, która pożegnała się grzecznie:
— Dobranoc, panie dyrektorze.
Dumbledore uśmiechnął się do niej, ale jego spojrzenie pozostało czujne. Kiedy wyszli, zerknął na Tiarę Przydziału. Poruszyła się i powiedziała:
— Wnuczka Sam – Wiesz – Kogo. Czy uważasz, że zapisze się w historii Hogwartu?
— Może — Westchnął. — Jeśli tak, to wolałbym polegać na moim założeniu.
— Że opowie się po twojej stronie? Też bym tego chciała. Ale… — Tu zrobiła pauzę.
— Ale co? — Dumbledore zmarszczył czoło. Po chwili kapelusz odparł:
— Trudno ją odgadnąć. Waha się. Sama nie wie do końca, czego chce.
— Dziewczyna nie ma lekko. — Głos dyrektora zaostrzył się. — Lepiej nic już nie mów. Śpij.
Tiara znieruchomiała. Popatrzył na nią; potem skierował wzrok na swoją poczerniałą rękę.
Zamierzał poczekać kilka dni, nim spróbuje spenetrować umysł Bethany. To, że natrafi na blokadę, było więcej niż ło być też coś innego. Oprócz uniemożliwienia wejścia do głowy dziewczyny, Voldemort mógł zostawić dla niego jakąś wiadomość. Na którą trafi, kiedy styknie się z blokadą.
Riddle urósł w siłę i miał przewagę nad jasną stroną, o czym doskonale wiedział. Dlatego Dumbledore liczył, że Voldemort zostawił coś w rodzaju wizji, za pomocą której chciałby mu przypomnieć o nachodzącym zwycięstwie.
Pycha i arogancja zawsze brały w Riddle'u górę, a co za tym szło – mogły sprawić, że w czymś się zapomni i nieświadomie dostarczy wskazówkę.
Dumbledore nie byłby zaskoczony, gdyby Voldemort przesłał mu wizję, w której on (dyrektor Hogwartu) leży martwy ze sztyletem wbitym w gardło. O ile taka wiadomość byłaby satysfakcjonująca dla Riddle'a, o tyle istotna dla Albusa.
Sztylet, który tkwiłby w jego szyi, mógłby dostarczyć informacji – na przykład do kogo należał. Jeśli do śmierciożercy, on i Severus mieliby punkt zaczepienia, który by zbadali.
Liczył, że Voldemort, zaślepiony wygraną, dopuści się błędu. A jeśli nie, to była ona – jego wnuczka.
On, Dumbledore, miał na nią oko.
**
Bethany siedziała na łóżku w pokoju, który tymczasowo dostała. Opatuliła się kocem; nie sądziła, że zamieszka w takiej zimnicy. Lochy Severusa nie były przyjemnym miejscem.
Oprócz łóżka miała jeszcze szafę, komodę i kominek, w którym płonął ogień. Pomimo to było jej zimno. Zerknęła na swój pierścień.
Upewniwszy się, że Snape nie zamierza na razie tu zajrzeć, ugryzła się w wargę. Zabolało – stłumiła jęknięcie, jak uczył ją Voldemort i przyłożyła pierścień do ust. Krew uaktywniła go.
Dziadku, jestem w Slytherinie. Mam nadzieję, że jesteś z tego powodu zadowolony.
Pierścień zaświecił się; czekała na głos Voldemorta w swojej głowie. Nic odpowiedział jej jednak. Zaczekała kwadrans; kiedy minął, odpuściła.
Położyła się na łóżku i wpatrzyła w ogień. Wiedziała, że to początek czegoś nowego w jej życiu. Nie chciała jeszcze zasnąć – wciąż liczyła na kontakt ze strony Voldemorta.
Czas mijał i nic się nie działo. Poczuwszy rozczarowanie, zapadła w sen.
Nie wiedziała, że setki kilometrów stąd Voldemort również wpatrywał się w ogień. Siedział w gabinecie, uśmiechając się zimno.
Przeznaczenie się dopełniło, moje ziarno zostało zasiane. Miej się na baczności, Dumbledore. Nic nie jest niewinne, jak się z pozoru wydaje.
