Rozdział 13
Kiedyś, kiedy miała zaledwie kilka lat, ojciec powiedział jej, że zawsze będzie ją kochał jak swoją małą dziewczynkę, obojętnie kim się później stanie. Nie bardzo go wtedy zrozumiała. Teraz już wiedziała, że po prostu czuł. Zdawał sobie sprawę, że jest inna, że kiedyś przyjdzie ktoś, kto będzie taki jak ona i ją od niego zabierze. Że od tej pory nic nie będzie takie samo.
Może jej ojciec był tylko dentystą. Może nie wyróżniał się wśród innych ludzi, a już zwłaszcza wśród czarodziei. Ale dla niej był wyjątkowy. Był dla niej wzorem i dzięki niemu stała się tą kobietą, którą jest w tej chwili. Bez niego nigdy nie odnalazłaby w sobie odwagi, żeby włączyć się w pomoc w pokonaniu Voldemorta. Bez niego nie miałaby tyle śmiałości by pojechać do Somalii – by praktycznie ofiarować siebie innym. Możliwe, że nie potrafiłaby także całkowicie oddać się miłości.
Czasami zastanawiała się, kim byłaby bez niego. Wiedziała, jak wpłynął na całe jej życie, ale nie mogła wyobrazić sobie, jaka była by, gdyby on nie stał cały czas obok niej. Po prostu był. Zawsze, kiedy go potrzebowała, kiedy wydawał jej się niezbędny do dalszego życia.
Tylko dlaczego zabrakło go przy mnie wtedy?
Dlaczego nie ma go tutaj teraz?
xxx
Nienawidził europejskiej zimności i braku otwartości. Hani wychował się w normalnej somalijskiej rodzinie, o ile taka instytucja w ogóle istniała. Ale jedna z zasad, którą od małego matka próbowała wbić mu do głowy, brzmiała „Bądź szczery. Nie wstydź się swoich uczuć.". I właśnie to najbardziej go wkurzało – że nie mógł odczytać z twarzy Kate nic konkretnego. Zawsze trzymała na sobie tę maskę uprzejmości. Chyba myślała, że jeżeli pokaże swoje emocje, ludzie uznają, że jest słaba. A przecież wiedziała, że to nie Anglia. To nie miejsce, gdzie władzę sprawuje chłodna obojętność.
Hani nauczył się odczytywać się z jej twarzy kilka małych grymasów, które przynajmniej w przybliżeniu pomagały mu zrozumieć jej uczucia. Leciutko podniesiona prawa brew – irytacja. Delikatne ściśnięcie i rozciągnięcie ust – uśmiech, który stara się ukryć. Zmarszczone brwi – zaniepokojenie lub złość. Nieświadome drganie prawej dłoni – oznaka zdenerwowania. Zarumieniona twarz i wzmożona gestykulacja – wściekłość.
Ale to mu nic nie dawało, jeżeli szukał w jej mimice jednej konkretnej emocji, której nigdzie nie mógł się dopatrzeć.
xxx
Gordon Brown nie miał łatwego życia.
Naprawdę, to nie są tylko żale faceta przechodzącego kryzys wieku średniego. Tracił poparcie społeczeństwa. Musiał przebudować swój gabinet, dymisjonując dziewięciu, powtarzam, dziewięciu! ministrów, Naczelnego Sekretarza Skarbu, Pierwszego Sekretarza Stanu, Kanclerza Księstwa Lancaster oraz Lorda Przewodniczącego Rady. A opozycja nadal była niezadowolona i nie dawała mu spokoju. U Jimmy'ego, jego młodszego syna, chorego na mukowiscydozę, zauważono zaostrzenie choroby ze strony układu oddechowego. A jeszcze z państwa-widma, jak nazywano potocznie Somalię, przyszedł do niego list gończy za obywatelką Wielkiej Brytanii. I jak jeden człowiek miał sobie z tym wszystkim poradzić?
Z synem było chyba najprościej, chociaż właśnie to najbardziej nie dawało mu spokoju – wysłał chłopca do prywatnej kliniki, by zajęli się nim najlepsi lekarze w państwie. A na opozycję i tak nie powinien na razie zwracać uwagi – zajmie się nią przed samymi wyborami. Co do społeczeństwa… Co miał w tej chwili zrobić, by ich uszczęśliwić? Znieść podatki? – nie ma mowy. Pstryknięciem palców podwyższyć poziom edukacji czy znieść czesne za studia? – no bez przesady.
Jednak i tak najtrudniejszym orzechem do zgryzienia była sprawa tego listu gończego. Bo tą kobietę kazał już aresztować. Wiedział, że popełnił okropną wpadkę i nikt nie powinien się o niej dowiedzieć. Ale kiedy dostał nakaz, akurat miał ciężki dzień i nie pomyślał, że zanim się kogoś zgarnie trzeba mieć jakieś dowody. Jednak jak miał zareagować widząc zarzuty zbrodni przeciwko ludzkości i pokojowi? Myślał, że ma na Wyspach damską wersję bin Ladena. Na szczęście sprawa była objęta klauzulą tajności – dzięki temu jego niedociągnięcia pozostaną tajemnicą państwową i nie powinno dojść do przecieku do mediów. To byłaby totalna porażka. Tym bardziej, że ta kobieta nie była tak po prostu niebezpieczna – była inna. Tak jak mężczyzna w czymś podobnym do sukienki, który pojawiał się raz na jakiś czas w jego gabinecie i mówił coś o jakichś czarownicach, czarach-marach, czarnoksiężnikach i śmiercio-jadach… Trudno było wywnioskować z tego coś sensownego. Ale na kobietę należało uważać. I skontaktować się z tamtymi, a potem z Trybunałem w Hadze. To nie jego sprawa. Ma już wystarczająco dużo spraw na głowie.
xxx
"No matter what plans a man may make,
The outcome will be decided not by him
But by the constraining forces of the times."1
Dziwne, że ten wiersz przypomniał jej się właśnie teraz. Kiedy czuła powiew delikatnej bryzy na twarzy. Kiedy przypominał jej się dom. Ten dawny, w nadmorskim Worthing. W niedzielne wieczory chodziła z rodzicami na spacery po plaży. Ale tutaj, w Berberze, spacery po gorącym piasku wyglądały zupełnie inaczej – te małe beżowe drobinki były niesamowicie gorące i nie dało się po nich chodzić bez butów. Ale w tej chwili siedziała na mokrej części plaży, delikatnie zanurzona w wodzie, patrząc jak dzieci chlapią się wodą. Lubiła przyglądać się im podczas zabaw – wyglądały tak niewinnie.
Może wiersz był tylko podpowiedzią, że nie od niej wszystko zależy. Bo Kate miała przed sobą trudny wybór. Czuła, że jej pomoc nie jest już potrzebna w Somalilandzie. A przynajmniej nie w Hargejsie. Wolontariusze poradziliby sobie bez niej. Tylko, że jej teraz byłoby ciężko się z tym wszystkim rozstać. Tutaj udało jej się stworzyć coś na podobieństwo prawdziwego domu, prawdziwej rodziny. Ona i dzieci przywiązali się do tego miejsca. Ale, z drugiej strony, nie przyjechała tutaj, żeby wychowywać nieswoje dzieci. Chciała pomagać. A tutaj nie jest już niezbędna.
Podjęła decyzję. Która tak naprawdę nigdy nie zależała od niej. I nie miała nic wspólnego z tym, że Kathy czuła potrzebę ucieczki od tego, co ją przytłaczało. Ani z tym, że kolejny raz, znów bezskutecznie, próbowała oszukać swoje serce.
xxx
Severus wstał dopiero koło południa. Zaraz uznał, że musi się za siebie porządnie wziąć, bo to już przesada. W końcu jeszcze dziesięć lat temu ( to upłynęło już tyle czasu? ) dawał radę przy zaledwie kilku godzinach snu i jeszcze znosił podwójne życie. Gdzie to wszystko się podziało?
Kiedy szedł do łazienki, zauważył, że Albusa nie było w ramie portretu. Widząc to, jedynie prychnął i skierował się w stronę prysznica.
Gdy wyszedł, przystanął zaskoczony, widząc smutną i trochę jakby… sfrustrowaną minę przyjaciela. Przez chwilę zastanawiał się, co zrobić, bo dziwnym było, że Albus siedzi w swojej ramie bez słowa. Ale zazwyczaj to były dyrektor odzywał się jako pierwszy, więc Severus uznał, że jeżeli ktoś ma przerwać ciszę, to na pewno nie będzie on.
Przez chwilę bez słowa przygotowywał się do wyjścia do pracowni i kiedy już miał wychodzić, zatrzymał go niepewny głos Albusa.
- Pójdź do niej – powiedział, patrząc w bok.
- Już ci coś o tym mówiłem – odparł chłodno Mistrz Eliksirów.
- Pójdź do niej – powtórzył Albus. Wreszcie spojrzał wyczekująco na przyjaciela, ale ten niczego nie mógł wyczytać z jego twarzy. – Proszę.
- Mnie na słodkie oczka nie przekonasz – prychnął Severus, zbierając ze stolika do kawy swoje notatki. Pracował nad nowym eliksirem.
- Severusie – powiedział stanowczo dyrektor. – Masz do niej pójść. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ile was łączy.
- I myślisz, że takie banalne frazesy mnie przekonają? – zirytował się lekko młodszy mężczyzna.
- Nie wiem – odparł bezsilnie Albus. – Co cię przekona?
- Niby dlaczego myślisz, że jesteśmy do siebie podobni, czy mamy wspólne sprawy?
Severus włożył papiery do teczki i usiadł na kanapie naprzeciw portretu, intensywnie się w niego wpatrując.
- Bo oboje macie w sobie wystarczająco odwagi, by stanowczo wytknąć mi moje własne błędy.
xxx
Leilah nienawidziła się bać. Strach zdominował całe jej życie, a ona nadal nie mogła znieść tego wszechogarniającego uczucia. Jej matka była silną kobietą. Ona sama była silna. Ale jak postawić się zasadom, które tworzono od setek tysięcy lat? Jak przeciwstawić się tradycji i samej instytucji żony? Od wielu lat codziennie modliła się, by nigdy już nie zobaczyć swojego męża. Z mizernym skutkiem. Jego przeraźliwie się bała. Był nieprzewidywalny, a jeżeli akurat w dodatku nietrzeźwy… Nawet nie miała jak przed nim uciec, czy się ukryć.
Leilah nienawidziła też być bezsilna. Tak jak teraz, tak jak kiedyś i tak jak w przyszłości. Mimo wszystko nie wierzyła już, że kiedyś będzie wolna, że będzie mogła zrobić coś, na co sama będzie miała ochotę, co będzie sprawiać jej przyjemność. Nie to, co ktoś karze jej uczynić.
Marzyła, by chociaż raz w życiu poczuć, że nic jej nie ogranicza.
Wiedziała, że to może być tylko i wyłącznie jej najskrytszym marzeniem.
xxx
Hermiona miała już dość biernego zachowania. Jedynie czekania na to, co ma przyjść. Jak była mała interesowała się trochę prawem – zanim dowiedziała się, że jest czarownicą, myślała nad zostaniem światowej rangi specem w jakiejś dziedzinie związanej z systemem prawnym.
A teraz potrzebowała pomocy jakiegoś specjalisty, i dzięki Merlinowi, sama po części mogła się za niego uznawać.
Pierwsza sprawa do przypomnienia – warunki ekstradycji. Nad samym procesem może pomyśleć później – najpierw musi dopilnować, by nie wywieziono jej do Somalii. W przeciwnym razie nici z marzeń o uczciwym procesie. Nie wiedziała, jakie różnice są między sądzeniem zwykłych mugoli za sprawy niemagiczne, a sądzeniem tak czarodziei. Raczej nigdy nie miała okazji o tym poczytać. I chyba nigdy żaden mag nie został oskarżony o coś, czego nie dokonałby z różdżką w ręku.
Sprawy, które wiedziała lub podejrzewała, że będą miały miejsce:
Będzie sądzona przez mugoli.
W końcu list za nią wysłał mugolski prezydent Somalii, do mugolskiego premiera Wielkiej Brytanii.
Nie powinno dojść do wydalenia jej do kraju popełnienia przestępstwa.
I Anglia, i Somalia są państwami członkowskimi ONZ, a więc sprawę powinien rozstrzygnąć Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, czy coś takiego. Albo sama Wielka Brytania ze względu na to, że jest ich obywatelką. Przynajmniej miała taką nadzieję.
Powinna znaleźć adwokata.
Dziwne, że jeszcze nie zapytali jej, czy nie chce prawnika z urzędu. Może mają przez nią zbyt dużo papierkowej roboty i nie mieli jeszcze czasu na takie pogadanki. A może nie wiedzą, jak w jej przypadku powinna wyglądać cała procedura.
Nie pozwoli, by oskarżono ją o coś, czego nie popełniła.
Nie dopuści do tego, by stała się kozłem ofiarnym. Somalijscy mężczyźni nie mają prawa po raz kolejny rozsypać jej życia w drobny mak.
Wypyta o wszystko strażnika.
Pierwsze działanie, które podejmują wszyscy detektywi i tym podobni, to rozeznanie w sytuacji. Ona też musi spróbować czegoś takiego. Ma teraz nowego strażnika, poprzedni pewnie skończył zmianę, więc ona zamierza zrobić na tym jak najlepsze wrażenie.
Cała sprawa jeszcze nie jest przegrana.
xxx
Wczoraj, po tym, jak Kate zatrzasnęła mu drzwi przed samym nosem, jeszcze przez chwilę stał bez ruchu. Naprawdę nic z tego nie zrozumiał. W swoim dość krótkim życiu poznał naprawdę wielu ludzi, ich psychikę, zachowania, zwyczaje, ale postawy tej konkretnej osoby nie mógł pojąć. No bo… o co tu chodzi?
Nie wiedział, co zrobił, czy powiedział nie tak. Czym mógłby ją urazić, zdenerwować. Przecież nie chciał, by stało się coś złego. Zależało mu na niej. I myślał, że możliwe, że z wzajemnością. Potem okazało się, że ona wie, kim Harry jest naprawdę i się go nie boi, nie próbuje się od niego odizolować. Ale zaraz chciała go odesłać z powrotem do Anglii, gdzie mu się nie bardzo śpieszyło. Przynajmniej samemu. I jakoś od tamtej pory zaczęło się między nimi chyba psuć, tak przynajmniej przypuszczał po jej dzisiejszym zachowaniu. Albo… Sam nie wiedział, co myśleć, miał mętlik w głowie, a przeraźliwy upał wcale nie pomagał się mu ogarnąć.
Harry Potter podróżował, bo nie wiedział, kim tak naprawdę jest.
Jeździł po świecie, by odnaleźć cząstkę siebie, którą byłaby ta jedyna.
Już kiedyś myślał, że wreszcie jest cały. Kochał pewną dziewczynę nade wszystko, planował spędzić z nią resztę życia. Ale wtedy, jakkolwiek dziwnie może to zabrzmieć, zrozumiał, że… nie jest w stanie z nią być na zawsze. Doszedł do wniosku, że kocha ja bardziej jak siostrę, niż kochankę. Kiedy jej to wyznał, złamał jej serce i musiał wyjeżdżać z Peru z obawy przed zemstą mężczyzn z jej plemienia.
Ale kiedyś i jemu złamano serce. I to właściwie nawet nie raz. Ale najbardziej bolało go, gdy pewna Filipinka porzuciła go pod ołtarzem. Chociaż to i tak nie było gorsze od tego, co dzieje się teraz. Wtedy mniej więcej zrozumiał, dlaczego to zrobiła – bała się go. Jego magii. Więc usunął się, bo zależało mu na niej i pragnął jej szczęścia za wszelką cenę.
Jednak Kate… Coś po prostu było tu nie tak. Ta historia nie mogła się tak zakończyć.
xxx
Kyra Sullivan właśnie świętowała swoje dwudzieste piąte zwycięstwo ( wszystkie dokładnie notowała), kiedy dowiedziała się, że jej narzeczony ma inną. Radośnie popijała sobie szampana w towarzystwie przyjaciółek i klientki, kiedy za oknem klubu zauważyła Ricka, idącego za rękę z jakąś lalunią. A już myślała, że nic nie popsuje jej dzisiaj humoru. Przeprosiła swoje towarzyszki i wyszła na dwór.
- Ricky! – zawołała głośno i powtórzyła, kiedy się nie odwrócił. Gdy usłyszał wreszcie swoje imię i zatrzymał, podbiegła do niego, uprzejmie się uśmiechając. – Miło cię widzieć – powiedziała najsłodziej jak mogła. – Czy mógłbyś nas sobie przedstawić? Bo wydaje mi się, że się jeszcze nie znamy.
Narzeczony patrzył na nią z obojętną miną, ale chyba nie miał odwagi się odezwać. Za to blondyneczka, puszczając jego dłoń, skierowała ją ku adwokatce. – Jestem Jess, dziewczyna Ricka. A ty?
Kyra pojrzała na nią z wyższością, uśmiechając się wrednie.
- Kyra, jego narzeczona. Miło cię poznać – wycedziła, tym razem kierując wzrok na swojego byłego.
Jess przez chwilę stała ogłupiała, potem patrzyła na zmianę na Kyrę i Ricky'ego.
- To… to… To prawda? – spytała go z wyrzutem.
Nie patrząc na parę, Kyra zsunęła z palca pierścionek zaręczynowy i szybkim ruchem włożyła go do kieszeni spodenek Ricka.
- Miło było cię poznać – syknęła, odwracając się. Nie miała już ochoty na świętowanie. Na szczęście wzięła ze sobą torebkę. Skierowała się w stronę postoju taksówek. Kiedy szła obok pustego zaułka, zauważyła wychodzącego z niego mężczyznę. Był bardzo wysoki i ubrany całkiem na czarno, mimo lipcowego upału. Dziwne, że jeszcze się tak nie ugotował. Bo Kyra zdecydowanie gotowała się ze złości. Adrenalina już opadła i powoli traciła pewność siebie. Zdała sobie sprawę z najbardziej oczywistego faktu, którego na początku nie odkryła – miała złamane serce. Znów.
xxx
Adam był zgorszony samym sobą. Czuł się nieczysty i to nie pod względem fizycznym. Miał ogromne wrażenie, że naprawdę jest z nim coś nie tak. To było niemożliwe, by przy żadnej z kilkunastu córek przyjaciół ojca, ani przypadkowych, kobiet, które znalazły się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie, nie znalazła się żadna przy której cokolwiek by poczuł. To już naprawdę zakrawało na jakiś defekt mózgu. Mohammed nie mógł przestać jeździć za nimi wzrokiem pełnym pożądania, a u niego – totalnie nic. To było po prostu niemożliwe.
Wszyscy wiedzieli, że jeszcze nie chciał się żenić – wbrew rodzinie twierdził, że nie jest mu to na razie potrzebne. Matka potrafiła to zrozumieć, a nawet nieoficjalnie popierać – sama była zmuszona do zamążpójścia w zbyt młodym wieku – odbiło się to później na jej psychice. Tylko, że właśnie w rodzinie tkwił największy problem. Oni nie przeczuwali niczego, wydawał im się po prostu nieśmiały. Właśnie dlatego Adam czuł się podle – jeżeli sami w końcu wybiorą mu żonę, która będzie później tak nieszczęśliwa, jak jego matka?
Po co unieszczęśliwiać kogokolwiek, jeżeli nie przyniesie to szczęścia nam?
xxx
Sam nie wiedział, dlaczego właśnie szybkim krokiem przemierzał ulice Londynu. Naprawdę. Cały czas był pewien, że Granger nie jest godna jego uwagi, ani czasu. A tu co? Nagle leci na płot, na szyję, żeby z nią porozmawiać. To chore. Ale i tak chyba najgorsza jest niewiedza, dlaczego to robi. Słowa Albusa tak na niego zadziałały? Zawładnęła nim wrodzona ciekawość? Naprawdę nie wiedział.
W pośpiechu zaszedł do kiosku, żeby kupić mapę – nie miał pojęcia, gdzie konkretnie jest to Holloway. Więzienie, w którym tymczasowo umieścili Granger. Nie mogli zamknąć jej w areszcie, bo byłoby zbyt wiele spraw do uregulowania. A tak, była pilnowana przez wysłanników samego Ministra.
Z mapą w dłoni od razu wytyczył sobie drogę. Wystarczyło iść cały czas wzdłuż Western Avenue, a za Regnet's Park skręcić w Holloway Road i już jest się na miejscu. Wprawdzie nie umawiał się z władzami więzienia na wizytę, ale nie sądził by mieli robić problemy. Znał bardzo dobre sposoby perswazji. Potrafił szantażować z wybornym skutkiem. Da sobie z nimi radę.
Po ponad trzydziestu minutach marszu znalazł się przed więziennym szlabanem. Przez chwilę zastanawiał się nad użyciem zaklęcia Kameleona, ale doszedł do wniosku, że potem mogłyby wyniknąć z tego jakieś problemy. Grzecznie podszedł do budki strażnika.
- Chciałbym widzieć się z Hermioną Granger – powiedział, przyglądając się wyposażeniu pomieszczenia.
- Zezwolenie jest? – spytał mundurowy znudzonym głosem.
- To sprawa wagi państwowej. Mam pozwolenie od samego Ministra. – Może na razie lepiej nie mówić, że od Ministra Magii. Ani, że osoba, która go tu wysłała nigdy nie dzierżawiła takiej funkcji.
- Bez zezwolenia od naczelnika więzienia pan nie wejdzie.
- Chcę rozmawiać z pańskim przełożonym – odpowiedział wyniośle Severus, a kiedy strażnik odwrócił się, żeby nawiązać kontakt z centralą, czarodziej wysłał do Albusa patronusa z wiadomością.
xxx
- Sharifie, po raz kolejny ci powtarzam, że to jeszcze nie koniec – powiedział spokojnie Ahmed. Tym razem był sam, nie chciał dalej odstawiać szopki z całą rodziną. Liczył na poważną, męską rozmowę ze swoim starym przyjacielem.
- Ty tego nie rozumiesz. Żeby mieć międzynarodowe poparcie i pomoc, muszę przestrzegać ich zasad. Jaki mam podać powód do ekstradycji? Już same zarzuty są stanowczo ponaciągane!
- Już ci to tłumaczyłem. Ona naprawdę brała udział w walkach przeciwko armii somalijskiej w 2007 i 2008 roku. To nie jest zmyślanie mojego starego ojca. Ona ma na rękach krew Somalijczyków.
Sharif zaczął rozmasowywać swoje skronie.
- A ty nie masz? – zapytał, ale widocznie nie czekał na odpowiedź. – Co to ma do zbrodni przeciwko ludzkości?
- Zabijała kobiety i dzieci z zimną krwią, nie patrząc, czy to wróg, czy przyjaciel. Ja widziałem ją w akcji. Wyglądała, jakby była opętana. Ja rozumiem, była wojna, ale strzelać do cywilów? Do niewinnych? To już chyba jest zbrodnią.
Sharif tylko złapał się za głowę. Przez chwilę milczał
- Dostaniesz wezwanie do zeznawania w sądzie w Dżibuti2. – odezwał się wreszcie.
Ahmed kiwnięciem głowy zaakceptował jego słowa. Z ukrytym zadowoleniem wyszedł z sali. Będzie bronił prawdy za wszelką cenę.
xxx
Albus musiał wykonać swoją misję najlepiej jak umiał. Miał wrażenie, że od tego zależą losy całego świata.
Załatw mi wejście do więzienia.
Polecenie było proste i konkretne. Co było trudnego w zrealizowaniu go?
Pierwszy cel: wizyta u Ministra Magii.
Kilka lat temu na nowego Ministra mianowano Fineasza Oglivy, po tym jak Kingsley zrezygnował ze stanowiska. Zdaniem Albusa Fineasz był zbyt podobny do Knota, by dobrze sprawować swój urząd, ale na szczęście łatwo można było się z nim dogadać. A właśnie jego dobra wola była w tej chwili potrzebna.
W gabinecie Ministra wisiała rama, w której nagle pojawił się Albus. Fineasz był zajęty wypełnianiem jakichś papierów i nawet nie zauważył gościa, więc Albus wesoło się przywitał.
- Dzień dobry, Fineaszu. – W odpowiedzi usłyszał tylko jakieś mamrotanie. – Mam do ciebie sprawę naprawdę niecierpiącą zwłoki. Musisz znów skontaktować się z mugolskim premierem, a potem z więźniem, gdzie przetrzymywana jest Hermiona Granger.
- Znowu? – zapytał zirytowany, podnosząc głowę znad papierów.
- Tym razem to nie ja chcę się z nią widzieć.
Minister westchnął.
- Osoby postronne nie mogą nic wiedzieć na ten temat. To sprawa poufna.
Albus otaksował go spojrzeniem.
- Jakoś twoi podwładni nie przestrzegali tej zasady, kiedy aresztowali ją na oczach Severusa Snape'a.
Widocznie Oglivy o tym nie wiedział, bo wyglądał na bardzo zdziwionego. I przestraszonego. Nie znał Severusa osobiście i nadal uważał, że jest on naprawdę takim potworem, jakim wszyscy go opisywali.
- To on chce się z nią widzieć? – zapytał Minister.
- Tak. Jest właśnie pod więzieniem. – Albus uznał, że skoro i tak wszyscy, których szanował i z którymi był bliżej ( oprócz Minerwy ), uważali go za skończonego manipulatora, to powinien to wykorzystać. – I im dłużej będzie tam czekał, tym bardziej się zdenerwuje.
Od razu zauważył, że Fineasz się spiął.
- Oczywiście. Załatwię mu pozwolenie wejścia. Przekaż mu, że nie powinno to potrwać długo.
Albus wrócił do swoich ulubionych ram – tych w mieszkaniu Severusa, z poczuciem wykonanej misji. Wiedział, że dołożył swoją cegiełkę do mostu, który z powrotem budowali między sobą Severus i Hermiona.
xxx
Czuła, że powoli zbliża się wieczór. Poziom melatoniny w jej krwi powoli wzrastał, ale ona nie chciała jeszcze iść spać. Wolała czuwać i obserwować. Zaczynały fascynować ją zachowania kobiet z sąsiednich celi. Każda miała jakieś swoje zwyczaje, ulubione zajęcia i swoje własne życie za kratami. Hermiona żałowała, że nie może z nimi porozmawiać, dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Na przykład, kobieta z celi naprzeciwko była ogólnie spokojna i dość ułożona, ale jeżeli ktoś chciał obrazić kogoś z jej rodziny od razu stawała się agresywna i nieokiełznana. Siedziała za zabójstwo mężczyzny, który zgwałcił jej córkę. A więźniarka po lewej siedziała za kradzież, ale przyznała się, by chronić przed wyrokiem „miłość swojego życia".
Hermiona, jak była mała, marzyła, by poznać wszystkich ludzi na świecie. Jak z większością jej dawnych pragnień, teraz już wiedziała, że to jedno również nie jest w stanie się spełnić. Ale zawsze można próbować.
Z zadumy wyrwał ją głos jej strażnika.
- Masz gościa – oznajmił suchym głosem.
Hermiona podniosła głowę i uważnie mu się przyjrzała. Nie miała ochoty rozmawiać, ale lepiej było odpowiedzieć.
- Nie mam ochoty się z nim więcej widzieć – oznajmiła i odwróciła wzrok.
- Więcej? – zapytał strażnik. – A go jeszcze tutaj nie widziałem.
- Rozmawiałam z nim jeszcze podczas zmiany twojego kolegi – odpowiedziała Hermiona beznamiętnie.
- Leo mówił, że rozmawiałaś w Dumbledore'm, a to na pewno nie jest on. – Udało mu się zwrócić na siebie uwagę Hermiony.
- To kto to jest? – zapytała zaciekawiona. Może Ron? Albo Remus? Byle nie… Jak bym się im wytłumaczyła?
- Nie jestem pewien, ale ma pozwolenie od samego Ministra.
Przez chwilę siedziała w milczeniu, zastanawiając się, co zrobić. W końcu wstała.
- Prowadź – powiedziała do strażnika.
xxx
Strażnicy wprowadzili go do salki widzeń. Wiedział, że zawdzięczał to tylko i wyłącznie Albusowi. Coś za coś. Severus zdecydował się przyjść, przyjaciel pozwolił mu dostać się dalej. Stosunkowo sprawiedliwy układ.
Ale teraz czekał, aż w drzwiach pojawi się zakuta w kajdanki Granger… Nie mógł wymyślić niczego, co mógłby jej powiedzieć. Cześć, miło cię widzieć, brzmiało okropnie i fałszywie, bo Severus nigdy by tak nie powiedział. Nie mógł też przyznać, że ktoś zmusił go do przyjścia, bo to byłoby głupie. Nie wiedział, czy od razu ma zacząć zadawanie pytań, czy najpierw zapytać, czy dobrze się czuje ( co notabene, brzmiało równie tragicznie i nieprawdziwie ).
Kiedy on rozmyślał nad powitaniem, strażnik otworzył drzwi przez które weszła Hermiona. Przystanęła w miejscu wpatrując się ze zdziwieniem w Severusa.
- Co się tak gapisz? – wypalił i wydało mu się, że to było odpowiednie, oczywiście jak na niego, powitanie.
- Po prostu... – zaczęła– nie spodziewałam się, że cię tu zobaczę.
Severus spojrzał na nią przenikliwie, ale nie odwróciła wzroku.
- Ja też się tego nie spodziewałem.
Hermiona zaśmiała się gorzko.
- Ty też już nie panujesz nad tym, co się z tobą dzieje? – powiedziała i Severus zrozumiał, że jego wypowiedź dziwnie mogła zabrzmieć w tym kontekście. Kobieta odetchnęła. – Ale tak naprawdę… Co cię tu sprowadza?
Severus podrapał się lewą ręką po szyi.
- Można powiedzieć, że Albus zmusił mnie, żebym tu przyszedł – wyznał.
Hermiona prychnęła. – Na niego chyba nie działają żadne słowa, prawda?
Severus spojrzał na nią zdziwiony.
- O co wam poszło? Wrócił od ciebie jakiś taki dziwny…
- Przepraszam, ale to sprawa między mną, a nim. – Odwróciła głowę w stronę drzwi, ale po chwili zmieniła swój pierwotny zamiar. – A ty może być wreszcie powiedział, po co tu przyszedłeś?
Przez chwilę milczeli i kiedy już miała go ponaglić do odpowiedzi, odezwał się cicho.
- Zrobiłaś to, o co cię oskarżają?
Gdy Hermiona zastanawiała się nad odpowiedzią, Severus już w myślach układał następne pytanie.
- Zawsze robiłam to, co powinnam – odpowiedziała spokojnie.
- To co się naprawdę wydarzyło w tej Somalii? Zbrodnie przeciwko ludzkości? Dziwię się. Takie zarzuty, robią wrażenie – powiedział mężczyzna.
- A co mam powiedzieć o tobie? – syknęła dziennikarka, patrząc prosto w jego obsydianowe oczy.
Zachmurzył się.
- Ja jestem czysty. A z tego, co wiem, ty będziesz niedługo sądzona za zbrodnie, których dopuszcza się niewielu ludzi. Niewinnych się o takie rzeczy nie oskarża. A ty chciałaś pomóc mi wyglądać ładnie wśród społeczeństwa? – spytał rozjuszony Mistrz Eliksirów.
- Zawsze robiłam tylko to, co powinnam. A z tego, co ja wiem, ty mordowałeś niewinnych tylko dla czystej przyjemności – warknęła.
- A skąd znasz moje motywy? Może podczas każdej rozmowy z tobą kłamałem?
- Może i teraz kłamiesz? – spytała Hermiona, rezygnując z licytacji.
- Właściwie to sam nie wiem, co robię. Ani co chcę osiągnąć – sapnął.
- Chcesz wiedzieć, czy warto jest znów wierzyć. Czy znów nie stracisz wszystkiego. Ale boisz się przyznać do tych obaw – powiedziała spokojnie.
- Dlaczego jeszcze nie zostałaś jeszcze drugi Freudem? – zapytał ironicznie Severus.
- Mógłbyś się wreszcie zamknąć? Przez siedzenie w zamknięciu mam coraz gorszy humor, więc proszę, zachowuj się normalnie, bez rzucania ciągłych oskarżeń i twoich słynnych życiowych mądrości!
Przez chwilę siedział cicho.
- Życiowe mądrości?
Kobieta zaśmiała się cicho.
- Zawsze mówisz wszystkim, jak mają postępować. Zachowujesz się, jakbyś żył już miliony lat. Jakbyś posiadł całą mądrość wszystkich cywilizacji.
- Taka moja natura – odpowiedział jej były nauczyciel, po raz pierwszy bez grama złośliwości w głosie. – A więc… nie wnikając w pozostałe szczegóły… Co zamierzasz dalej zrobić?
Zamyśliła się na chwilę.
- Właściwie to dokładnie nie wiem. Niedługo powinni zacząć jakieś postępowania sądowe i tak dalej, może wtedy pomyślę co dalej.
Severus przyjął tą wiadomość bez słowa. Wiedział, że to ona musi zadecydować, co dalej ze sobą robić.
- Co z twoim artykułem? – spytał.
Hermiona westchnęła zmęczona.
- Nie wiem. Chyba władzę gazety jeszcze o wszystkim nie wiedzą. Wolałabym, żeby tak na razie zostało – powiedziała, uważnie dobierając słowa.
- Zamierzasz skończyć go na czas?
- Nie masz nic przeciwko? – zapytała go z delikatnym uśmiechem.
1 „A Terrible Journey" – Maxamed Cabdille Xasan, zaczerpnięte z "An Anthology of Somali poetry", tłumaczenie B.W. Andrzejewski i Sheila Andrzejewski, Indiana University Press, 1993.
2 Siedziba Tymczasowego Federalnego Rządu Somalii znajduje się w Dżibuti i przypuszczam, że i tam znajdują się władze sądownicze.
