Dla Milady.
Za korektę dziękuję Ewciavi.
Rozdział 14. Cokolwiek się stanie
Nikt nie mógł w to uwierzyć. Choć w meczu zagrał rezerwowy szukający i ścigający, Gryffindorowi mimo wszystko udało się pokonać Ravenclaw i uzyskać tak dużą przewagę, że zdobyli puchar. Hermiona spoglądała na drzwi, podczas gdy na przyjęciu w pokoju wspólnym robiło się coraz głośniej. Ciekawe, jak poszedł Harry'emu szlaban z profesorem Snape'em.
Gdy wreszcie wślizgnął się do środka, wszyscy odwrócili się, by na niego spojrzeć. Ron triumfująco wykrzyczał wynik, wymachując pucharem quidditcha. Harry stał wyprostowany, wpatrując się z otwartymi ustami w zbliżającą się do niego szczupłą rudowłosą postać. Moment później Ginny była już w jego ramionach i zaczęli się całować. I całować. I wciąż całować. W końcu! Czekanie, aż wreszcie zrozumieją swoje uczucia, było nieznośne. Gdy wymknęli się z pomieszczenia, Hermiona pomyślała z nadzieją, że może Ron się zainspiruje, by spróbować tej samej sztuczki z nią.
Uśmiechnięta przepchnęła się do niego przez tłum, ale jeśli radość zmniejszyła zahamowania Harry'ego, nie zadziałała taką samą magią na Rona. Może gdyby zaczekała, aż odstawi puchar i jego ręce będą wolne – ale on trzymał go przez całe popołudnie.
– Nie spodziewałam się tego, a ty? – zapytała. A w każdym razie nie dzisiaj.
Ukochana piegowata twarz Rona wykrzywiła się w grymasie.
– W sumie lepiej, że to Harry, a nie ktoś inny – westchnął.
Upłynęło sporo czasu, zanim Harry wrócił. Był tak szczęśliwy z powodu Ginny, że niemal bez krzywienia się opisywał swoje niekończące się, wypełnione kurzem popołudnie, gdy martwił się o mecz quidditcha. Pod nadzorem Snape'a sortował i przepisywał stare karty, na których Filch wyszczególniał kary. I, co było dla niego typowe, dał Harry'emu te dotyczące przewinień Huncwotów, wypominając przy tym kłopoty, jakie jego ojciec i chrzestny sprawiali w latach szkolnych. Zdaniem Hermiony był to najlepszy dowód na to, że Harry jest dla niego tylko kopią swego ojca
Gdyby tylko ośmieliła się powiedzieć Snape'owi, że jego zachowanie było dowodem na coś zupełnie odwrotnego. Nigdy nie dał takiego szlabanu bliźniakom Weasley – a z tego, co słyszała, w obecnych czasach to oni byli następcami Huncwotów – ponieważ nie uznaliby tego za karę, ale potraktowali jako zachętę do rywalizacji, wyzwanie by przerosnąć swoich poprzedników. Choć z pewnością to zeszłoroczne bagno musiało pobić każdy inny kawał z ostatniego tysiąclecia. Z pewnością to porównanie by ich nie zmartwiło.
Ale zmartwiło Harry'ego. Wiedziała to, ponieważ nie chciał nic powiedzieć, gdy Ron, ciekaw wyczynów ludzi, których jego bracia uważali za bohaterów, zapytał o szczegóły. Harry nigdy nie chciał mówić o rzeczach, które go martwiły. Przynajmniej miał Ginny. Za każdym razem, gdy marszczył brwi ze zmartwienia, zmarszczki znikały, gdy tylko zobaczył uśmiechającą się Ginny.
Po tym wydarzeniu ich czwórka spędzała ze sobą bardzo dużo czasu. Może, choć Hermiona wątpiła w to, dlatego Ron nigdy nie zrobił ku niej kolejnego kroku. Harry i Ginny wystarczali sami sobie. Nie byłoby dla Rona problemem znalezienie jej w odosobnieniu, gdyby tylko chciał – kilka razy próbowała to tak wykombinować – ale zdawał się mieć ochotę tylko na przyjaźń. Może to było wszystko, co mogło zajść między nimi. Powiedziała to Ginny pewnego gorącego popołudnia, gdy Harry harował w gabinecie Snape'a, a Ron grał w środku w karty z Deanem i Seamusem.
– Tu bardziej chodzi o mnie, niż o ciebie – powiedziała Ginny szurając palcem stopy po ziemi. – Ron musi kiedyś dorosnąć i sięgnąć po to, czego chce. I, zanim zrobisz się tym wszystkim zdołowana, tym czymś jesteś ty. Ale wszyscy wiemy, że Harry zamierza odejść, by walczyć z Voldemortem. I może pozwoli waszej dwójce iść ze sobą, ale nie mnie.
Wyrwała z ziemi kilka długich źdźbeł trawy i wściekle rozrywała je na kawałki.
– Wiesz, że to prawda – dodała, zanim Hermiona zdołała skłamać, by dodać jej otuchy. – Nie mówi mi o swoich planach, ale mówi tobie i Ronowi. I bardzo szybko, nawet prawdopodobnie przed końcem tego roku szkolnego, zdecyduje, że musi zerwać, by mnie chronić. Jakbym wciąż była tym głupim małym dzieckiem, które wyjawiało swoje tajemnice nawiedzonemu pamiętnikowi.
Hermiona nie mogła z tym polemizować. Z przymkniętymi oczami przygryzała wargę.
– Kocha cię – odparła.
– Tak, ale wciąż jestem dla niego małą siostrą Rona. Wiem, że to dlatego tak długo zajęło mu wyznanie mi czegokolwiek, po tym jak rzuciłam Deana. Zastanawiał się, czy to spodoba się Ronowi. I czasem jestem ciekawa, czy w ogóle by mnie pragnął, jeśli widziałby mnie jako silną i kompetentną czarownicę. Czy to tylko to jego całe „ratowanie innych".
– W tym jest coś więcej – powiedziała Hermiona.
Knykcie Ginny były białe.
– Och tak. Jestem Weasleyówną. On zawsze pragnął rodziny i ze mną ją dostaje.
Hermiona pokręciła głową.
– I tak jest częścią twojej rodziny.
– Dokładnie. To wszystko jest takie wygodne.
Hermiona wpatrywała się w pełną buntu twarz przyjaciółki.
– Jeśli to właśnie czujesz, to dlaczego go pragniesz? – zapytała.
– Jak mogę to powstrzymać? – Zakręciła nierozerwane źdźbło trawy w pierścionek wokół swojego palca i przyglądała się mu z przymkniętymi powiekami. Westchnęła i pozwoliła mu upaść na ziemię. – Dlaczego pragniesz Rona? Wiesz, że on jest totalnym dupkiem.
– Nie totalnym...
Ginny prychnęła.
– Jest. Wiesz o tym doskonale. – Skrzywiła się. – I dlatego to jest takie trudne. Właśnie gdy wreszcie zaczęliśmy ze sobą chodzić, Harry dostał te wszystkie szlabany z przeklętym Snape'em! Dlaczego nie mógł się zatrzymać na jednym, tak jak wtedy, gdy ukradli samochód taty? Czy opuszczenie meczu nie było wystarczającą karą?
Hermiona skamieniała. Wystarczająca kara? Za niemal udaną próbę zabicia kogoś? Gdyby Snape nie przyszedł w porę, Harry mógłby być teraz w Azkabanie.
– On prawie zabił Malfoya – powiedziała. Nie żeby Ginny się przejmowała. Jej rodzina zawsze nienawidziła Malfoyów, a po tej całej sprawie z pamiętnikiem mieli ku temu jeszcze więcej powodów.
– To by było chwalebne. Malfoy jest dokładnie taki sam, jak jego ojciec, a na co komu którykolwiek z nich?
– Ginny! On go omal nie zabił!
Jej przyjaciółka uniosła ramię w obronnym geście.
– Taa, więc? Musi zabić Voldemorta, prawda? Kogo obchodzi, ilu śmierciożerców zabije po drodze? To pewnie jest dobry trening.
Hermiona złapała oddech. Wszyscy myśleli o tym aspekcie – jak mogliby nie myśleć? – ale żadne z nich właściwie nie powiedziało tego wcześniej na głos.
– Malfoy nie jest śmierciożercą. A przynajmniej nie wiemy tego na pewno. Nie wydaje mi się, by Harry chciał kiedykolwiek zabić kogoś bez konieczności. – W każdym razie miała taką nadzieję.
Ale skąd możesz wiedzieć, czy było to konieczne? We Wrzeszczącej Chacie Harry ocalił życie Glizdogona, a ten uciekł prosto do Voldemorta i wskrzesił go. Cedrik, Syriusz i wielu innych wciąż by żyło, gdyby nie litość Harry'ego. Czy to było złe?
– Nie jesteś odpowiedzialna za wybory innych ludzi – powiedział Snape. – Tylko za własne... Ludzie umierają i nie zawsze możemy ich ocalić.
Co by wybrał Dumbledore? Nie mogła uwierzyć, że chciałby, aby Harry stał się bezduszny. Nie po tym, jak wychwalał jego czyste serce i zdolność do kochania. Z pewnością „moc, jakiej Czarny Pan nie zna" nie będzie jedynie skuteczniejszą wersją zaklęcia zabijającego! Nie była pewna, czy to w ogóle będzie dotyczyło zabijania. Przepowiednia właściwie nie mówiła „zabije"; mówiła „pokona" i „jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego". Może po tym, jak Harry zniszczy wszystkie horkruksy, Voldemort po prostu rozsypie się w popiół, gdy ten go dotknie? To brzmiało głupio, ale w końcu coś bardzo podobnego stało się z Quirrellem.
Być może właśnie z powodu szlabanu Harry'ego, pod koniec kolejnej sesji treningowej konfrontacja we Wrzeszczącej Chacie wciąż chodziła jej po głowie. Nie mogła żałować ocalenia Syriusza, a nawet rzucenia na profesora Snape'a klątwy, ale nie oznaczało to, że tamtej nocy nie zdarzyły się inne rzeczy, których można by żałować. Pomogła pozbawić swojego nauczyciela czegoś, co nie przyniosło by nikomu żadnej szkody, a dało by mu jedyną, jaką kiedykolwiek otrzymał, szansę na uznanie. Teraz czuła się za to podwójnie odpowiedzialna, ponieważ wiedziała, że nigdy nie dostanie kolejnej.
– Przykro mi z powodu pana Orderu Merlina sprzed trzech lat, profesorze. To była nasza wina, że go pan nie dostał i to nie było uczciwe.
Nawet nie spojrzał znad wypracowania, ale widziała, jak szybko zamaskowany spazm irytacji przebiegł mu po twarzy.
– Życie nie jest uczciwe, panno Granger. Musiała się pani już o tym przekonać – powiedział spokojnie.
– Ale pan na niego zasłużył! To było odważne, że przyszedł pan nas uratować. – Bardziej niż odważne, rozważając, jak musiało mu to przypominać o kawale, który mógł go zabić ponad dwadzieścia lat wcześniej. To było heroiczne. Nie śmiała mu jednak powiedzieć, że tak myślała.
– Odwaga! – prychnął. – Odwaga jest jedynie głupotą o ładniejszej nazwie.
– To było odważne! A pan zasłużył na medal! Złapał pan Syriusza bez niczyjej pomocy i oddał pod ich nadzór. To nie była pana wina, że im uciekł.
Spojrzał się na nią pochmurnym wzrokiem.
– Musisz mnie teraz tym zanudzać? To było lata temu. Było i minęło.
Było i minęło, ale nie zostało zapomniane. I nigdy nie zostało wybaczone, tego była pewna. On nie był osobą, która łatwo wybacza. Może to dlatego nie mogła zostawić tego w spokoju.
– Ale pan wciąż na niego zasługuje! Cały czas ryzykuje pan dla nas życie i nigdy nie dostał pan za to nic, oprócz uderzenia w twarz – narzekała.
– Albo potrójnego zaklęcia, które mnie ogłuszyło? – zasugerował gorzko. – Zostaw to. To bez znaczenia. Gdybym go dostał, zdarliby go ze mnie, gdy... – Mocno zacisnął usta i spojrzał na nią.
– Będę dla pana zeznawać – obiecała, a słowa w pośpiechu płynęły z jej ust. – Powiem im...
– Nie zrobisz niczego takiego. Nie, dopóki wojna się nie skończy. To dwuznaczność mojej sytuacji pozwala mi szpiegować. Utrzymuje mnie przy życiu, bym wykonywał swoją pracę... i pozwala mi, przynajmniej teoretycznie, pozostawać na wolności.
Ścisnęło ją w gardle. Z trudem przełknęła ślinę.
– Ale... Ale jeśli Ministerstwo pomyśli, że pan nas zdradził, będą mogli pana skazać na Pocałunek. – Wzięła głęboki oddech i kontynuowała w myślach. Łatwiej jej było powiedzieć takie rzeczy w głowie. Mogła udawać, że mówi do siebie, nawet jeśli wiedziała, że on słucha i odpowiada.
Czy dyrektor pana ocali? Nie ocalił Syriusza! Dwanaście lat w Azkabanie bez procesu, choć dyrektor był głową Wizengamotu! I nie mogła zapomnieć, jak profesor Dumbledore kosztem Snape'a ocalił tamtej nocy Remusa.. Gdyby dyrektor nie rzucił podejrzeń na zeznania Snape'a – doprowadzając tym do utraty jego nagrody – Ministerstwo aresztowałoby wilkołaka jako wspólnika.
Jeden kącik jego ust wykrzywił się w drwinie, ale nie odpowiedział. Spróbowała ponownie.
Co dobrego może pan zrobić, jeśli będzie pan martwy?
Jeśli zeznasz, również będę martwy. Myślisz, że Czarny Pan pozwoliłby mi żyć dłużej niż zajęłoby wyciągnięcie ze mnie na torturach wszystkich sekretów Zakonu? – Patrzył na nią zwężonymi oczami, dopóki nie opuściła wzroku. To była czcza gadanina, że nie może wpaść w łapy Voldemorta, skoro oboje wiedzieli, że Ministerstwo było wypełnione jego szpiegami. – Ocal moją reputację później, jeśli czujesz taką potrzebę. Wtedy nie wyrządzi to żadnej krzywdy.
Poczuła się bardzo mała i było jej zimno. Patrzyła, jak jego pióro szybko i bezlitośnie porusza się nad pracą jakiegoś niefortunnego ucznia. Nie mogła tego tak zostawić.
Jaki sens będzie miało ocalenie pana reputacji, jeśli zniszczą pańską duszę?
Pozwolę, żebyś sama to wymyśliła. Myślisz, że w takiej sytuacji wciąż będziesz chciała oczyszczać moje imię?
Oczywiście!
Uniósł brew.
Och. Jak on mógł to zawsze robić? Pokazywać jej różnicę między tym, co wydawało jej się, że myśli, a tym, co myślała w rzeczywistości. A jednak nie była gotowa na porzucenie tematu. Ale pana dusza!
To jedyna droga wyjścia z tego niekończącego się koła. A czego nie ma, nie może cierpieć.
Chciała nim potrząsnąć, ale się nie ośmieliła.
Jak może to pana nie obchodzić? To musi pana obchodzić!
Jego oczy były przymknięte. Dłoń zatrzymała się na papierze, a pod jego piórem utworzyła się plama atramentu podobna do śladu krwi.
Wszystko, co będzie konieczne. Słyszałaś Tiarę Przydziału: „Nie bacząc na środki pragną osiągnąć swe cele".
To była jej pierwsza klasa. Pomyślała, że zabrzmiało to paskudnie, więc błagała Tiarę o Gryffindor. Teraz to zabolało.
Maj przemienił się w czerwiec. Ron wciąż nic nie mówił o uczuciach, a Ginny uczyła się do swoich sumów. Gdy siedziała sama w bibliotece po tym, jak Harry odszedł obrażony za oskarżenie, że odciągał Ginny od jej powtórek, Hermiona dokonała wreszcie długo oczekiwanego odkrycia.
Dała sobie spokój z książkami i metodycznie przeglądała stare „Proroki". I tam właśnie była! Chuda, zgarbiona, ciemnowłosa, kapitan gargulkowej drużyny Hogwartu z 1947 roku, Eileen Prince! „Książę" w odpowiednim przedziale wiekowym, by korzystać z tej książki do eliksirów. I była dziewczyną. Ha, Harry, mówiłam ci!
Jej palce automatycznie podążyły do krawędzi papieru, by wyrwać kartkę, ale zatrzymała się. W zamian za swoją przepustkę do działu zakazanego obiecała Snape'owi, że nie zniszczy już żadnej książki. Zaraz! On powiedział książki. To nie była książka, to była gazeta. I nie mógł, chcąc osłabić jej zapał, narzekać na to, że naciągnęła zasady. W wielkich bólach próbował ją tego nauczyć i przypuszczalnie oczekiwał, że wykorzysta jego lekcje.
Ale gdy tego wieczoru pokazała Harry'emu fotografię, on tylko sobie zakpił.
– Myślisz, że to ona była Księciem Półkrwi? Och, daj spokój... Tak, to bardzo pomysłowe, Hermiono...
– Ty po prostu nie możesz się pogodzić z tym, że dziewczyna może być taka mądra – odparła. Pokaże mu! Udowodni, że ma rację. Sprawdziła listę starych nagród za eliksiry, aż znalazła swojego Księcia.
Gdy wróciła przed ciszą nocną, Harry'ego nie było. Najwyraźniej Jimmy Peakes przyniósł od Dumbledore'a kolejną notkę o spotkaniu prosząc go, by przyszedł najszybciej, jak może. Szeroko otwartymi oczami popatrzyła na Rona. Czy to horkruks?
Czekali razem w pokoju wspólnym. Powiedziała Ronowi o swoich rodzicach, o tym, jak napisała do nich, żeby ostrzec ich przed niebezpieczeństwem, a oni odpisali jej uspokajająco, nie zwracając na to większej uwagi.
– Posłuchaj, Hermiono – powiedział Ron. – Nie mogę ci powiedzieć, żebyś się nie martwiła, bo i tak będziesz. Ja też się martwię, wszyscy martwimy się o nasze rodziny. Ale jak chciałabyś, żeby zareagowali? Chcesz, żeby zabrali cię ze szkoły i wywieźli do Szwajcarii czy gdzieś indziej?
Nie chcieliby tego, pomyślała, a ona również by nie chciała. Masowała sobie kolana kolistymi ruchami.
– Nie. Chcę, żeby potraktowali mnie poważnie. Chcę też mieć pewność, że oni rozumieją.
– Więc chcesz, żeby zostali tutaj i martwili się o coś, co może nigdy się nie stanie, o coś, czemu i tak nie mogliby zapobiec?
Uśmiechnęła się niechętnie. Gdy przedstawiał to w taki sposób, brzmiało głupio. Mały węzeł niepokoju w jej brzuchu zaczął się rozwiązywać. Ron nie zawsze wiedział, co powiedzieć, ale od czasu do czasu zdarzało się, że udało mu się ująć coś idealnie – tak jak teraz.
Nagle Harry wpadł do środka i przebiegł koło nich, nie zadając sobie trudu by odpowiedzieć, gdy spytała go, czy dobrze się czuje. Chwilę później wrócił, w jednej ręce trzymając Mapę Huncwotów, a w drugiej parę zrolowanych skarpetek. Pośpiesznie opowiedział pogmatwaną historię o butelkach sherry Trelawney, krzykach Malfoya, podsłuchiwaniu Snape'a i horkruksie, który może jest schowany w jaskini. Właśnie teraz Dumbledore miał iść go odzyskać, a on razem z nim.
– Coo?
Nie zwracał uwagi na ich pytania i protesty.
– ...więc rozumiecie, co to znaczy? Dumbledore'a nie będzie i Malfoy na pewno skorzysta z okazji.
Zdumiona Hermiona wzięła od niego Mapę Huncwotów i wysłuchała jego instrukcji. Obserwować Malfoya, obserwować Snape'a, spróbować wezwać posiłki z GD, by strzec szkoły. Wcisnął skarpetki, teraz odsłaniające maleńką buteleczkę Felixa Felicisa, w dłonie Rona, z instrukcjami, by podzielili go między siebie i Ginny.
– Pożegnajcie ją ode mnie. Muszę już iść... Nic mi nie będzie, idę z Dumbledorem. Chcę mieć pewność, że wam też nic się nie stanie.
I zniknął.
Popatrzyli na zamykające się za nim drzwi, a później na siebie.
– Pójdę po Ginny – powiedziała. – Sprawdź, czy możesz znaleźć galeona Harry'ego by przekazać GD, żeby spotkać się przed naszym pokojem wspólnym. Jeśli nie, będę musiała sprawdzić, czy mogę zaczarować mojego, aby to zrobić.
Na szczęście nie było takiej potrzeby, ale gdy wyszła razem z Ginny, zjawili się tylko Neville i Luna. Czekali przez dodatkowych pięć minut na wypadek, gdyby inni mieli się spóźnić z powodu trwającej ciszy nocnej, ale sprawa była raczej z góry przegrana. W tym roku nie nosili ze sobą swoich galeonów, więc dlaczego ktokolwiek inny miałby?
Złotego eliksiru wystarczyło, by każde z nich dostało trochę więcej niż pół łyżeczki do herbaty. Hermiona martwiła się, czy to wystarczy, ale gdy tylko go wypiła, wypełniła ją pewność siebie. Sprawdzili Mapę Huncwotów i znaleźli Snape'a w jego gabinecie, ale Malfoya nie było.
– Musi znowu być w Pokoju Życzeń – powiedział z obrzydzeniem Ron. – Hermiono, ty i Luna pójdziecie czekać pod gabinetem Snape'a, a my złapiemy Malfoya, gdy będzie wychodził.
Luna! Cóż, dopóki nie zacznie łapać grzędaków reliktowych, czy jak tam się nazywały, będzie lepsza niż nic. Całkiem nieźle poradziła sobie w zeszłym roku w Ministerstwie i wiedziała, co powiedzieć – a czego nie – po tej strasznej lekcji transfiguracji w grudniu ubiegłego roku, gdy Ron zrobił z Hermiony pośmiewisko przed całą klasą.
– Dobra, w takim razie pójdziemy już – odparła. – Powodzenia.
– Możesz być tego pewna – powiedział Ron. – To zrozumiałe, co nie?
Roześmiali się bez przekonania.
Niektórzy profesorowie patrolowali korytarze, zobaczyły również Remusa i Tonks, ale miały szczęście – oczywiście – więc ich nie zauważono. Dorośli – naturalnie z wyjątkiem Dumbledore'a – nigdy nie uważali cię za wystarczająco dojrzałego, by pozwolić ci pomóc, nawet, jeśli walczyłeś z Voldemortem od pierwszej klasy.
Ale wtedy to przecież dyrektor ich do tego zachęcił.
Więc to było dziś w nocy, musiało być... ta noc, gdy Snape zrobi swoją „straszną rzecz" i stanie się wyrzutkiem. Już nigdy ponownie nie usiądzie w jego klasie, nie usłyszy tego jedwabistego, szydzącego głosu zabierającego punkty jej przyjaciołom i przydzielającego szlabany. Nawet nie pomyślała, że może będzie jej tego brakować.
I wciąż nie miała pojęcia, co zamierzał zrobić. Wysadzić wieżę, w której odbywały się lekcje wróżbiarstwa? Namówić wszystkich Ślizgonów z siódmej klasy do przyłączenia się do Voldemorta? Zatruć sok dyniowy? Jednym uchem słuchała, jak Luna mówi o dulidkach zwyczajnych, chrapakach krętorogich i planach Scrimgeoura by zamienić Esy i Floresy w stołówkę dla wampirów.
– Jesteś pewna, że nie masz gnębiwtrysku, który mąci ci w mózgu? – zapytała Luna. – Nie zaprzeczyłaś mi ani raz.
Hermiona uśmiechnęła się krzywo. Ględzenie Luny nie mogło być głupsze niż jej własne myśli. Niż dzikie pragnienie, aby w jakiś sposób pozbyć się jej, by pobiec do jego gabinetu i go ostrzec – ale on musi wiedzieć, prawda? Bo przecież nie siedziałby tam czekając, podczas gdy inni profesorowie patrolowali korytarze?
– Niemożliwe – odparła. – To nie byłoby szczęśliwe, prawda, a ja czuję, że nasze szczęście jeszcze się nie wyczerpało. – A intuicja podpowiadała jej, że znajdowały się dokładnie tam, gdzie powinny.
Niemal do północy nic się nie działo. Wtedy zaczęły się krzyki, bieganina. Nagle profesor Flitwick przemknął obok nich biegnąc do gabinetu Snape'a, zanim zdążyły się schować. Nawet na nie nie spojrzał.
– Czy on powiedział „śmierciożercy w zamku"? – wydyszała Hermiona. Och, nie! Tam byli Ron, Ginny i Neville! Mała nadzieję, że Felix Felicis wytrzyma tak długo, jak będzie to konieczne.
Profesor Snape przez cały wieczór nie wyszedł ze swoich pokoi, więc to musiał być Malfoy. Więc jaka była rola Snape'a? Coś gorszego? Cóż mogłoby być gorsze?
– Śmierciożercy? – Luna wyciągnęła swoją różdżkę zza ucha. Jej wyłupiaste srebrne oczy zdawały się pociemnieć, ale ciągnęła pogodnie. – Och, to by miało więcej sensu. Zastanawiałam się, dlaczego ci terroryści mieliby wysadzać coś w nocy, skoro wszyscy wiedzą, że są bardziej aktywni za dnia.
Zza drzwi słyszały skrzeczenie Flitwicka – Musisz natychmiast przyjść, Severusie! W zamku roi się od śmierciożerców!
I wtedy usłyszały głośny łomot. Chwilę później Snape wyszedł z uniesioną różdżką. Omiótł wzrokiem korytarz, Lunę i zatrzymał się na Hermionie.
– Po dwadzieścia punktów od Gryffindoru i Ravenclawu za przebywanie na korytarzu po ciszy nocnej. Profesor Flitwick zemdlał. Wejdźcie do środka i zajmijcie się nim przez chwilę, gdy ja wszystko sprawdzę. Moja pomoc jest potrzebna gdzie indziej.
Ciągnął w myślach.
Powinienem był wiedzieć, że jak zwykle będziesz w to zamieszana. Lekkomyślna, głupia... Nie daj się zabić i nie zmarnuj ciężkiej pracy, którą oboje wykonaliśmy.
Hermiona przygryzła wargę.
Wszyscy wypiliśmy Felicisa, proszę pana. Niech PAN nie da się zabić.
Pamiętaj, masz mnie nie bronić, cokolwiek usłyszysz. I nic nikomu nie mów. Skontaktuję się z tobą.
Przełknęła ślinę.
Obiecuję.
Nie mówiłem ci, żebyś nigdy się nie zgadzała na prośbę, jeśli nie wiesz, czego dokładnie dotyczy?
Myśli były szybsze niż mowa, więc ich rozmowa skończyła się tak szybko, że Luna nawet nie zauważyła, że się odbyła. Odwrócił się.
– No? Na co czekacie? Po pięć punktów na marnowanie mojego czasu – rzucił przez ramię, zaczynając już biec.
– Tak, proszę pana – powiedziały razem, ale Hermiona zatrzymała się na progu, żeby na niego popatrzeć. Czy zobaczy go jeszcze kiedykolwiek?
CDN.
Fragmenty rozmowy pochodzą z Harry Potter i Książę Półkrwi (rozdział 25. Podsłuchana przepowiednia).
Chrapaki krętorogie, stołówka dla wampirów i głębiwtryski pochodzą z kanonu.
Nazwy „dulidek zwyczajny" i „grzędak reliktowy" zostały wymyślone przez magdę2em.
