Rozdział 14 — Róże i lilie
„Wciąż próbują nas rozdzielić, ale nigdy, przenigdy im się to nie uda." — Rose Tyler
Wpadłam do dormitorium jak burza, zarabiając tym pytające spojrzenia współlokatorek, jednak postanowiłam to zignorować.
— Zajmuję toaletę — warknęłam nieprzyjemnie, chwytając piżamę, jednocześnie posyłając nieprzyjemne spojrzenia każdej żywej istocie w pomieszczeniu.
Dorcas zaśmiała się bezczelnie i zagwizdała pod nosem.
— Patrzcie, co ta miłość robi z człowiekiem — zawołała tak, bym słyszała mimo głośnego trzaśnięcia drzwiami.
Dopiero kiedy przekręciłam zamek i spojrzałam w lustro, pozwoliłam sobie na chwilę spokojnego zastanowienia się nad sytuacją. Pocałował mnie. Do diabła, gamoń mnie pocałował. A ja dałam mu po twarzy. No cóż, tego drugiego z pewnością nie żałuję; zasłużył sobie na to i swoją bezczelnością, i naruszeniem mojej przestrzeni osobistej. Bardzo poważnym naruszeniem, pozwolę sobie dodać.
Patrzyłam jak dziewczyna w lustrze powoli dotyka swoich warg, a kąciki jej ust drgają leciutko. Odnosiłam wrażenie, jakbym całkiem utraciła kontrolę nad własnych ciałem. Na Merlina, co te hormony potrafią zrobić z człowiekiem. Kilkanaście minut temu przez krótki moment byłam gotowa zaciągnąć Jamesa Pottera do łóżka i... Pokręciłam stanowczo głową, odkręcając równocześnie kran z zimną wodą. Skropiłam nią twarz, wzięłam kilka głębokich oddechów.
— Dość — powiedziałam sama do siebie. — Dość z Jamesem Potterem.
Był czas, kiedy byłam gotowa umrzeć za jego pocałunek. Na całe szczęście przeszło mi bezrozumne zauroczenie, a została jedynie słabość i iskra pociągu do wyżej wspomnianego osobnika. Mimo to nie zamierzałam dalej latać za nim z wywieszonym językiem. Czas wziąć się w garść i przestać zachowywać się jak żałośnie zakochana nastolatka (darujmy sobie przypominanie fakt, że przecież nią byłam...). Jednak musiałam przyznać, że pocałunek był fenomenalny i obudził we mnie uczucia, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia.
Letni prysznic pomógł mi do końca oczyścić myśli i kiedy wróciłam do dormitorium, powitana niepewnymi spojrzeniami koleżanek, po prostu posłałam im zmęczony uśmiech. Dorcas pokręciła głową i przewróciła oczami, jakby doskonale wiedziała, o co... o kogo chodziło.
Mimo wczesnej pory władowałam się pod kołdrę i, nie zważając na nieodrobione prace domowe, pogrążyłam się we śnie.
Następnego dnia obudziłam się jako pierwsza i, ku swojemu pozytywnemu zaskoczeniu, odkryłam, że do śniadania mam jeszcze ponad godzinę. Dostatecznie dużo czasu, by odrobić lekcje i powtórzyć materiał przed testem z Obrony. Profesor Miller nie był złym nauczycielem, choć przy tym bardzo wymagającym. Niestety przez sytuację z Alicją ledwie byłam w stanie na niego patrzeć i przy każdej nadarzającej się okazji, ku zaskoczeniu swoim i klasy, rzucałam głośno bezczelne uwagi, czym nie zasłużyłam sobie na jego sympatię. No cóż, mężczyzna, jakby na to nie patrzeć, zachowywał się koszmarnie nieprofesjonalnie i przywodził mi na myśl pedofila, mimo iż Alicja była pełnoletnia i sama się na wszystko zgodziła. Czy to jednak tłumaczy dorosłego faceta z wdania się w romans ze swoją, roznoszoną przez szalejące hormony, uczennicą? Nawet biorąc pod uwagę fakt, że póki co ledwie byłam w stanie patrzeć na Alicję, dziewczyna wciąż była mi droga ze względu na długą przyjaźń i zwykły, ludzki sentyment. Żałowałam, że Frank nie mógł odwzajemnić jej uczuć – może wtedy w ogóle nie doszłoby do tej chorej sytuacji.
Z męczeńskim westchnięciem wygrzebałam się z ciepłego łóżka, by rozpocząć nowy dzień. Czułam się zaskakująco wypoczęta. Podejrzewałam, że ma to coś wspólnego z wczorajszym dniem i wnioskami, do jakich doszłam. To znaczy – skończyć raz na zawsze z Jamesem Potterem. I właśnie taki miałam zamiar; nie zbliżać się do niego, nie pozwolić mu zbliżać się do mnie, traktować go jak powietrze, naprawdę. Tyle tylko, że na zamiarze się skończyła i to dość szybko, bo otwierając drzwi do dormitorium (siła z jaką to zrobiłam chyba miała coś wspólnego z moim dobrym humorem, którego kres również nastąpił zaskakująco szybko...) uderzyłam nimi w nikogo innego, jak James Pottera, który ze zbolałą miną cofnął się do tyłu.
— James, uważaj! — krzyknęłam, kiedy dostrzegłam na co się zanosi, niestety zrobiłam to zbyt późno, bo dokładnie w tym momencie chłopak spadł ze schodów na sam dół.
Rzuciłam torbę na ziemię i zbiegłam na dół, pół świadomie zastanawiając się, czy moje serce postawiło sobie za punkt honoru pobicie rekordu liczby uderzeń na minutę. Upadłam na kolana przy chłopaku, który, co spostrzegłam z ogromną ulgą, miał otwarte oczy.
— Przepraszam — pisnęłam i automatycznie złapałam jego dłoń, prawie nie zdając sobie z tego sprawy.
— To ja przepraszam — odparł słabo. — Widzisz, przyniosłem różę. — Podniósł drugą rękę, w której faktycznie znajdował się czerwony kwiat, i wręczył mi go. — Zachowałem się jak idiota, strasznie mi głupio, nie miałem prawa...
— Och, zamknij się! — powiedziałam, lecz ton mojego głosu psuł cały przekaz. — Możesz wstać? Coś się boli?
— Wiesz, chyba jeszcze tu poleżę — rzekł i jęknął, kiedy próbował minimalnie zmienić pozycję.
— Kurczę, co boli? — zapytałam, odkładając różę na bok i skupiając na nim całą swoją uwagę.
— Na pewno nie bolą mnie oczy i to tylko dlatego, że ty tu jesteś.
Prychnęłam.
— Widać nie boli cię na tyle, żebyś mógł przestać się wydurniać — stwierdziłam sucho, ale i tak przyglądałam mu się z niepokojem. — Zostań tu, idę po pielęgniarkę.
— Nie, nie trzeba — zawołał, ściskając moją dłoń.
Spojrzałam na nasze złączone ręce z zaskoczeniem, lecz, mimo bardzo wyraźnych krzyków zdrowego rozsądku, nie poruszyłam się ani o cal.
— Więc co proponujesz? — Oblizałam powoli usta, uzmysławiając się, jak bardzo suche nagle się stały.
— Po prostu... pomóż mi wstać, okej? Jeśli pójdziesz po Adams, to znów nie wyjdę z tego piekielnego skrzydła szpitalnego przez dobry tydzień. A ty będziesz skazana na przynoszenie mi lekcji.
Znów prychnęłam, lecz tym razem z rozbawieniem.
— Wiesz jak przekonać człowieka, co?
— Naturalny talent. — Mrugnął do mnie łobuzersko, jednak zaraz się skrzywił, gdy pociągnęłam go na nogi.
Doczłapaliśmy się do kanapy, na której usiadł z westchnięciem ulgi. Zajęłam miejsce obok niego, wcześniej podnosząc z ziemi różę, którą zaczęłam się bezmyślnie bawić.
— Więc jak? — spytał po chwili milczenia.
— Hę?
— Z tymi przeprosinami. Przyjęte?
— Och, tak. — Posłałam mu zdziwione spojrzenie. — Nie sądziłam, że przeprosisz.
— Posunąłem się za daleko. Masz prawo sama wybierać sobie przyjaciół, choć dalej uważam, że powinnaś uważać na Regulusa...
— Nie zaczynaj! — warknęłam.
— Racja, przepraszam. Poza tym wcale się nie dziwię, że dałaś mi po twarzy. Ten pocałunek... znów zachowałem się jak napuszony dupek, prawda?
Uśmiechnął się niepewnie i jakby przepraszająco. Odwzajemniłam ten gest.
— Odrobinę. Ale nie powinnam była cię uderzyć. Po prostu bardzo mnie zaskoczyłeś i... Nie wiem, byłam zła, ale to mnie nie tłumaczy. Głupio się zachowałam, przepraszam.
Jego uśmiech się poszerzył i znów złapał moją dłoń, a ja znów jej nie zabrałam.
Głupia, głupia, głupia! — krzyczał mój rozum.
— Więc między nami w porządku, tak? — upewnił się.
— Tak sądzę.
Nagle z całą mocą zdałam sobie sprawę, jak blisko siebie siedzimy. Oczywiście moje ciało zareagowało szybciej niż rozum, choć tym razem byłam mu za to wdzięczna. Wstałam szybko z kanapy pod zaskoczonym spojrzeniem chłopaka.
— Mam lekcje do odrobienia — powiedziałam, odruchowo wskazując na schody do dormitorium, gdzie leżała moja torba. — Czekaj chwilę! — wypaliłam nagle. — Co ty robisz poza skrzydłem szpitalnym? I dlaczego, do jasnej ciasnej, wlazłeś na schody do mojego dormitorium i wylądowałeś na tyłku? Przecież czar prywatności...
— Można go obejść i to dość łatwo. — Wzruszył ramionami, kiedy ja zmrużyłam podejrzliwie oczy.
— A dlaczego jesteś tu, a nie w skrzydle szpitalnym?
— Dostałem przepustkę? — zaproponował niepewnie.
— Oszust. — Prychnęłam. — Chodź, wracasz tam, skąd przyszedłeś.
— A odprowadzisz mnie?
— Pewnie, ktoś musi się upewnić, że pani Adams przykuje cię do łóżka. Nie możesz sobie tak po prostu uciekać ze skrzydła szpitalnego, głupku! Mogło ci się coś stać.
— Martwisz się?
Poruszył się niespokojnie pod wpływem mojego spojrzenia, lecz jego uśmiech wciąż miał się dobrze.
— Nic mi nie jest, okej? Poza tym już mówiłem, że chciałem cię przeprosić.
— I to była świetna wymówka, by uciec pani Adams?
— Czepiasz się szczegółów, Evans.
Westchnęłam i pokręciłam głową, kiedy wychodziliśmy przez dziurę w portrecie.
— Nie mogę uwierzyć w twoją lekkomyślność. Mogłeś mnie przeprosić później, Potter, oszczędziłbyś tym nam obojgu kłopotów.
— Chciałem to załatwić w miarę szybko, miałem wyrzuty sumienia.
— Poczekaj, bo uwierzę.
— No dobra, chciałem zwiać pani Adams, a tylko za taką wymówkę Remus nie urwałby mi głowy. Ale naprawdę jest mi przykro.
Uniosłam brew, przyglądając mu się z politowaniem.
— No i popatrz, idealny przykład, że głupota jednak boli. Ruszy tyłek, to może pielęgniarka nie zauważy twojego tajemniczego zniknięcia.
— Gdyby nie to, że oddajesz mnie Adams, pomyślałbym, że się o mnie troszczysz. — Puścił mi oko.
— No to widać, że myślenie nie jest twoją mocną stroną.
Ku mojemu zaskoczeniu chłopak wybuchnął serdecznym i głośnym śmiechem. Spojrzałam na niego niepewnie, lecz on nie odpowiedział mi spojrzeniem, dzięki czemu mogłam swobodnie przypatrzeć się wyrazowi, jaki przybierała jego twarz w momentach rozbawienia.
— Dobra jesteś, Evans.
— Och, wszyscy mi to mówią — zażartowałam, wdrapując się po schodach.
Spojrzał na mnie, wciąż szczerząc się jak wariat.
— Mają rację, jesteś jedyną osobą, która potrafi obrócić przeciwko komuś każde jego słowo.
— Powiem ci, że to całkiem przydatna umiejętność.
— Nie wątpię.
Kontynuowaliśmy naszą wycieczkę w ciszy, choć atmosfera rozbawienia wciąż była wyraźnie wyczuwalna między nami. W końcu dotarliśmy na miejsce, a ja, ku swojej irytacji, odkryłam, że nie mam najmniejszej ochoty żegnać się z chłopakiem. Pamiętając jednak o swoim postanowieniu, powiedziałam:
— No to jesteśmy. I lepiej, żebyś więcej stąd nie uciekał, bo naskarżę...
— McGonagall? Już ci mówiłem, że...
— Remusowi — przerwałam mu. — Naskarżę Remusowi. McGonagall może nie mieć na ciebie wpływu, ale Lupina, z nieznanych mi powodów, słuchasz i boisz się jak ognia.
— Jesteś kobietą, Evans, nie zrozumiesz, że każdy szanujący się mężczyzna musi mieć kumpla do picia i kumpla, którego się boi.
— Masz rację, nie zrozumiem. — Pokiwałam poważnie głową. — A teraz właź! Dzięki tobie i tak już nie zdążę odrobić prac domowych na dziś.
Chłopak był w połowie drogi do drzwi, gdy nagle się zatrzymał.
— Evans?
— Hmm?
— Ja... Och, nieważne.
Wzruszyłam ramionami.
— Skoro tak mówisz. Do zobaczenia, Potter.
— Tak, do zobaczenia.
— No bo wiesz — mówił Peter do Dorcas, której mina świadczyła, że wolałaby być wszędzie, tylko nie tutaj — ja mógłbym mieć dobre oceny, tak naprawdę to same wybitne. Tylko ja... no, nie chcę się wyróżniać.
Dziewczyna wymusiła uśmiech i skinęła głową, po czym na powrót skupiła uwagę na talerzu z jajecznicą. Niestety Pettigrew był tak zajęty swoją historią, że kompletnie nie zauważył postawy Meadowes. Zdusiłam śmiech i wymieniłam rozbawione spojrzenia z siedzącym naprzeciwko mnie Frankiem.
— Wspominałem ci już, że my w mojej rodzinie mamy takie jakby... prorocze sny?
Do diabła. Musiał z tym wyjechać, kiedy piłam, no po prostu musiał! Zakrztusiłam się sokiem dyniowym, mając nadzieję, że chłopak nie domyśli się, iż stało się to z powodu jego słów. Remus westchnął i ze zrezygnowaną miną podał mi chusteczkę, którą przyjęłam z wdzięcznością. Posłałam Peterowi szybkie spojrzenie, lecz on, jak gdyby nigdy nic, wciąż opowiadał Dorcas o swoich... a zresztą, wiecie o czym.
— To bardzo miłe, Peter — stwierdziła w pewnym momencie Meadowes, jednocześnie patrząc na zegarek — ale przed lekcjami muszę jeszcze skoczyć do biblioteki, więc...
— Och, to ja pójdę z tobą!
— Świetnie. — Ale jej mina mówiła, że jest wręcz przeciwnie.
— Zapomniałbym! — pisnął nagle chłopak, otwierając swoją szkolną torbę i szukając w niej czegoś.
Chwilę to trwało, aż w końcu wygrzebał z niej...
— Och, Peter — rzekła niepewnie dziewczyna, lecz wciąż uparcie się uśmiechała — czy to są...?
— Lilie. Wiem, że nie wyglądają najlepiej, ale wciąż mam małe problemy z transmutacją.
Faktycznie nie wyglądały najlepiej, ale moim zdaniem większy wpływ miała na to torba Petera, która pełna była książek i pergaminów.
— Rany, to miłe z twojej strony. Dziękuję. — Przyjęła kwiaty, po czym, schylając głowę najniżej jak mogła, ruszyła do wyjścia z Wielkiej Sali, a za nią ruszył chłopak, uśmiechając się triumfalnie.
— Patrzcie, co ta miłość robi z człowiekiem. — Black zarechotał bezczelnie, podczas gdy bardziej kulturalne osoby próbowały zdusić chichot. — Nasz Glizdogon się zakochał. — Westchnął niczym dumna matka, po czym znów wybuchnął śmiechem.
Rzuciłam spojrzenie w stronę Remusa, lecz nie mogłam zobaczyć jego miny, bo chłopak z rezygnacją ukrył twarz w dłoniach. Myślę, że gdybym miała takich przyjaciół jak on, spędziłabym w takiej pozycji resztę życia.
