Rozdział 14

BELLA

Czy ktoś w ogóle zdaje sobie sprawę co mogło się stać? Wystarczyłaby jedna, niewielka kropla krwi, a wiele niewinnych osób mogłoby stracić życie. Kto wpadł na pomysł sprawdzania grup krwi w szkole, do której chodzi szóstka wampirów, w tym jeden dość nietypowy?

To było niebezpieczne. I to bardzo. Naprawdę niewiele brakowało, a stałoby się nieszczęście. Co z tego, że jestem wegetarianką i nigdy nie piłam ludzkiej krwi. Ale to jednak krew. Czerwona, ciepła ciecz, która zaspokaja moje pragnienie. Powoduje, że staję się silniejsza, coraz bardziej potężna. Podziwiam samą siebie, że się powstrzymałam.

Tylko jest jedno „ale" i to dosyć poważne. Widział mnie Edward i to w stanie, w którym nie powinien mnie widzieć nigdy. Tego opętania, dążenia do zaspokojenia pragnienia.

Widziałam w jego oczach ten szok, gdy mnie zobaczył. Nawet nie chcę wiedzieć co sobie pomyślał, na ten jakże cudowny widok.

Ograniczałam z nim kontakty jak tylko się dało. Nie mogłam dopuścić do czegokolwiek. Krzywdziłam tym jego, ale również siebie. Szczerze? Tęskniłam. Za nim całym. Tak można by to najlepiej określić. Coraz częściej łapałam się na tym, że o nim myślę. Odtwarzam sobie jego obraz… wygląd w myślach.

A na dodatek te sny. Od tego pierwszego, jakże cudownie wyśnionego „pierwszego razu", zaczęły mi się śnić jakieś niestworzone rzeczy. A na dodatek trochę nierealne.

Raz na ślubnym kobiercu. Piękna uroczystość, podczas której przysięgamy sobie TAK na wieczność. Lub potajemnie wymykamy się do Vegas, by wreszcie „zalegalizować" nasz związek.

Innym razem, zostajemy obudzeni przez dwa śliczne cherubinki, dwa naturalne klony, które były naszymi córeczkami. Z miedzianymi loczkami i brązowymi oczkami. Tak bardzo podobne do Edwarda.

Boże! Dlaczego to jest niemożliwe? Dlaczego?

Czyżby słowa Phila miały się sprawdzić? Miałam cierpieć? W sumie to już cierpiałam. Czyżbym bała się podjąć tego ryzyka i zaangażować. Narazić jego na niebezpieczeństwo, które jest związane z byciem ze mną? A może jednak zaryzykować. Poddać się temu uczuciu, które coraz bardziej mnie ogarniało.

ҖҖҖ

Nadszedł kolejny dzień. Dobry, czy nie dobry, to się dopiero okaże. Ale tak szczerze, to nie zapowiadał się ciekawie. Wystarczyło spojrzeć za okno, a tam śnieg. Po prostu zajebiście!

W końcu nadeszła zima. Taaa… Gdyby dać mi deskę snowboardową i wysłać w Alpy, ale nie to zadupie Forks.

Trzeba było zachowywać pozory. Ubrałam moje ukochane emu, rurki i jak zwykle męską koszulkę i bluzę z kapturem oraz skórę. Nie ma to jak wygoda.

Zajechałam do szkoły i wysiadłam z samochodu. Ze słuchawkami w uszach zmierzałam przez pokryty lodem parking, gdy w pewnym momencie dostrzegłam zamieszanie. Rozejrzałam się i zobaczyłam jadącego wprost na mnie vana Tylera Crowleya, który właściwie ślizgał się po lodzie. Co robić? Co mam zrobić? Plątało się po mojej głowie. Niby ułamki sekund, a jednak wszystko wydawało się, jakby trwało wieczność. Aż poczułam uderzenie, lecz nie z tej strony, z której się spodziewałam. Po chwili leżał na mnie Edward, który próbował uchronić mnie przed samochodem.

Jedną ręką trzymał mnie w pasie, a drugą przytrzymywał auto. W końcu nasze oczy się spotkały. Widziałam w nich przerażenie i… troskę. Oddychał ciężko, tuż nade mną. Trzymał mnie w ramionach, jakby próbując uchronić przed całym złem tego świata. A ja czułam się bezpieczna.

– Nic ci nie jest? – zapytał z troską w głosie.

Czy nic mi nie jest? Oczywiście, że nie. Co prawda, przyrąbałam głową o beton, ale to asfalt ucierpiał w tym zderzeniu tylko i wyłącznie. Jak może się martwić o mnie? Przecież przed chwila zaprezentował przed połową szkoły swoje nadprzyrodzone zdolności. I to mnie się pyta, czy nic mi nie jest. Niech się lepiej martwi o to, czy nikt go nie widział i czy przypadkiem Volturi się o tym nie dowiedzą. Bo wtedy nie będzie tłumaczenia, że kogoś ratował, nawet jeśli to ja jestem w to zamieszana.

– Wszystko okej. Nic mi nie jest.

– Chyba uderzyłaś się w głowę.

– Nic mnie nie boli. – powiedziałam biorąc głęboki wdech i od razu tego pożałowałam. Krew. Za jakie grzechy mnie to wszystko spotyka?

– Na pewno?

– Tak.

Siedzieliśmy we dwójkę między samochodami, czekając, aż ktoś łaskawie nas stąd wyciągnie. Tak właściwie nie byłoby to trudne, ale lepiej się nie popisywać swoimi zdolnościami. Siedzieliśmy tak i siedzieliśmy, aż usłyszałam sygnał nadjeżdżającej karetki, bądź policji. Ale po jaką cholerę? Mam nadzieję, że nie wezmą mnie do szpitala. Nie mogą. Nie mogę iść do szpitala. Myśl Bella! Włącz myślenie!

Dupa. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że nic mi nie jest. Że nic mnie nie boli. Na dodatek to Edward prawie na siłę wepchnął mnie do karetki, tłumacząc, że muszą sprawdzić czy na pewno nic mi nie jest. Ta kurwa… Na pewno. Jedyne co mnie teraz może uratować to telefon do Phila.

ҖҖҖ

Siedziałam na korytarzu w szpitalu i czekałam z utęsknieniem na swoją kolejkę. Wyciągnęłam z kieszeni urządzenie zwane komórką i wykręciłam telefon do mojego „prawnego opiekuna".

– Cześć mała! Co jest?

– Hej Phil. Jest problem. Siedzę właśnie w szpitalu, bo był wypadek i van chciał we mnie wjechać.

– Co?

– To co słyszysz. Edward mnie uratował i wsadził do karetki. A teraz muszę stąd jakoś wyjść.

– No co ty nie powiesz. Próbowałaś coś sama załatwić?

– Oczywiście, ale nikt mnie nie chce słuchać! – powiedziałam jęcząc do słuchawki.

– Daj jakiegoś lekarza.

Powlokłam się do recepcji. A tam co? Jak zwykle nikt nic nie wie. Boże, co za służba zdrowia. Na szczęście tuż przed nosem przemknął mi blond włosy wampir – dr Cullen.

– Przepraszam panie doktorze. – pobiegłam za nim w ludzkim tempie. – Nazywam się Isabella Swan. Tak, ta w którą dzisiaj chciał przywalić samochód. Mój opiekun chce z panem rozmawiać. – wyrecytowałam, nie dając mu dojść do słowa i podałam telefon. Phil mnie zabije, że dałam mu Cullena, ale trudno.

– Dr Cullen, słucham?

Bla, bla, bla… Niech już stąd wyjdę. Błagam. Za dużo tutaj krwi! Czy ktoś to rozumie? Po jakiś strasznie długich pięciu minutach w końcu skończyli.

– Bello, będziesz mogła opuścić szpital, jak tylko dostanę faks z potwierdzeniem, że twój opiekun prawny bierze na siebie całkowita odpowiedzialność. Rozumiesz, procedury.

– Oczywiście. Nie ma problemu. Zaczekam. – powiedziałam uśmiechając się do niego. – A i mam jeszcze takie pytanie. Nie widział pan gdzieś może Edwarda, bo chciałam z nim porozmawiać.

– Gdzieś się tu kręci. Poszukaj go.

– Dobrze, dziękuję.

– I jeszcze jedno Bello. Jakbyś się źle czuła, to wróć jednak do szpital na badania.

– Oczywiście. – powiedziałam uprzejmie i odeszłam.

Teraz tylko trzeba było znaleźć Miedzianowłosego i wyjaśnić sobie parę spraw. Najprościej będzie znaleźć go po zapachu. Zaczęłam węszyć. Nie lubiłam tego, ale co miałam zrobić.

W końcu go odnalazłam. Rozmawiał ze wściekłą Rosalie. W sumie to się nie dziwię.

– Przepraszam, że przeszkadzam. Chyba powinniśmy porozmawiać. – powiedziałam niezbyt uprzejmie. Rose zmierzyła mnie wzrokiem, ale odeszła.

– Słucham? – powiedział trochę zdenerwowany wampir.

– Ja rozumiem, że chciałeś mi uratować życie, lecz… – zawiesiłam się na chwilę. Co ja robię? – nie powinieneś tego robić.

– Co?

– To co słyszałeś. Nie powinieneś tego robić. Pomyśl o swojej rodzinie. Tak ich narażać, przecież gdyby… Nie powinieneś tego robić. – powiedziałam stanowczo.

– Ale Bella, przecież mogłaś zginąć.

– Ale to nie zmienia faktu, że to ty możesz ponieść konsekwencje swego czynu.

– O czym ty mówisz? – spytał zdezorientowany.

– Nie ważne. Po prostu lepiej będzie, jeśli nasze kontakty ograniczymy do zera. – powiedziałam cicho nie patrząc mu w oczy. Nie potrafiłabym tak tego zrobić. Od razu zauważyłby, że wcale tego nie chcę.

– Bella, proszę cię, nie rób tego.

– Muszę. Tak będzie lepiej. – powiedziałam, a moje serce pękało na miliony kawałeczków.

– Nie możesz tego ode mnie wymagać. – powiedział z bólem w głosie, a ja odeszłam.

Zmierzałam do wyjścia, lecz nie potrafiłam wyjść stąd tak po prostu. Spojrzałam na niego jeszcze raz. Ostatni raz, a to co zobaczyłam, przeraziło mnie. Ten ból malujący się w jego oczach, cierpienie, które biło od niego na kilometr. To był kolejny nóż prosto w serce.

Boże, co ja zrobiłam?

W moich oczach zaczynały zbierać się łzy, ale nie pozwoliłam im wydostać się na zewnątrz. Zadałam ból i cierpienie, sobie i jemu. Ale po dzisiejszym wydarzeniu musiałam to zrobić. To stawało się coraz bardziej niebezpieczne.

EDWARD

[…] Lepiej będzie, jeśli nasze kontakty ograniczymy do zera. […] Tak będzie lepiej.

Czemu? Dlaczego to się dzieje naprawdę? Co takiego zrobiłem źle, że tak postanowiła? Uratowałem jej życie. Czy to był błąd?

Gdy zobaczyłem pędzącego vana wprost na nią, myślałem, że… Błagałem Boga tylko o to, by nic się jej nie stało. Wiem, postąpiłem źle, że wykorzystałem swoje wampirze strony do uratowania jej, ale co innego miałem zrobić? Patrzeć, jak jej ciało zostaje zmiażdżone przez samochód? Gdyby do tego doszło, to bym chyba umarł. Nie przeżyłbym tego.

A do tego wszystkiego dochodzi ta nasza dziwna rozmowa w szpitalu. O co jej chodziło z tym narażaniem mojej rodziny? Nie rozumiem. Gadała tak jak Rosalie. Rose, miała podstawy do tego, ale ona? Mówiła tak, jakby wiedziała o wszystkim i całym wampirzym świecie, ale to przecież niemożliwe.

Siedziałem w kuchni myśląc o tym wszystkim. Starałem poukładać sobie wszystko w głowie, ale mi to nie wychodziło. Brakowało mi kilka elementów tej dziwnej układanki. Próbowałem zrozumieć sens zachowania Belli, lecz moje starania legły w gruzach. Nie potrafiłem.

Była noc. Wszyscy byli zamknięci ze swoją drugą połówką w sypialniach, tylko ja byłem sam. Dotąd mi to nie przeszkadzało, ale teraz stało się strasznie denerwujące. Zapragnąłem też mieć kogoś z kim będę dzielić każdą wolną chwilę. Chciałem dzielić je z moim Aniołem, lecz nie mogłem.

Gapiąc się w blat kuchennego stołu cały czas wracałem myślami do ostatnich wydarzeń, analizując je po raz milionowy, aż przeszkodził mi w tym Jasper.

– Co jest? – spytał siadając obok mnie.

– Lepiej nie pytaj.

– Edward, wiem co czujesz i może lepiej będzie jak to wszystko z siebie wyrzucisz, co?

– Nie chcę cię obarczać tym wszystkim.

– Edward, do cholery, jesteśmy rodziną. Tak? Możesz mi powiedzieć. Nie mogę już znieść tego, jak się zadręczasz. Twoje uczucia…

– Dobra, ale chodźmy stąd.

Pobiegliśmy przed siebie, gdzieś gdzie jest cisza i spokój. Księżyc próbował przebić się przez chmury i oświetlić ciemną noc, a wiatr wprawiał w ruch gałęzie drzew. Zbierałem wszystko to, co chciałem powiedzieć do kupy, a Jasper czekał. Nie poganiał mnie, ani nic. Czekał.

– Jazz, powiedz mi, co mam zrobić? Ja naprawdę nie wiem. Bella, zaczęła się od nas oddalać, a w końcu powiedziała wprost, by ograniczyć nasze kontakty do zera. Nie mam pojęcia jaka jest tego przyczyna. Nie potrafię czytać jej w myślach i mnie to wkurza. A na dodatek brakuje mi jej. Cholernie mi jej brakuje. Tak jakbym uzależnił się od niej. Jej wyglądu, zapachu, osobowości. Wszystkiego… Tak jakbym nie potrafił bez niej żyć. – wyrzuciłem z siebie i szczerze, było mi ciut lepiej.

– Zakochałeś się w niej. – powiedział cicho Jasper. Spojrzałem na niego z szokiem wymalowanym na twarzy, a ten tylko się do mnie szczerzył.

Nie, to nie może być prawda. Nie mogłem się w niej zakochać. Podoba mi się, ale nic więcej.

Przejrzyj wreszcie na oczy Cullen!

– No co, mówię tylko to co widzę, słyszę i czuję. Nie zmyślam. Kochasz ją.

– Ale ona jest człowiekiem!

– Miłość nie zna granic.

– To w takim razie, co mam zrobić. Ona mnie nie chce.

– Skąd możesz wiedzieć. To tylko słowa, a jej uczucia mogą być zupełnie inne. Nie znasz ich, ja też. Jeśli naprawdę ci na niej zależy, to nie pozwól jej odejść. Walcz o nią. Edward, zasługujesz na to, by być szczęśliwym. By dzielić to szczęście z kimś innym. Zasługujesz na to, by kochać i być kochanym. – powiedział i odszedł zostawiając mnie samego z moimi myślami.

Kocham ją? Kocham ją!

ҖҖҖ

Nadeszły kolejne dni, a co za tym idzie, chodzenie do szkoły. Odkąd Jasper mi uświadomił, że kocham Bellę to… z jednej strony skakałem z radości. Wiem. Dziecinne trochę, ale co tam. Jednak z drugiej, bałem się, że to uczucie jest nieodwzajemnione. Niestety. Ale jest coś jeszcze, co powiedział mi Jazz. Jej uczucia, są skryte i ich nie znam. Wiem tylko to co mi mówi. I to jest pocieszające.

Jednak po tym cholernym wypadku, nasze kontakty rzeczywiście zostały ograniczone do zera. Nie mówiliśmy sobie nawet głupiego „cześć". Choć czasami mi się zdawało, że ukradkiem na mnie patrzy, ale prawdopodobnie to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni.

ҖҖҖ

Było już po lekcjach. Stałem przy swoim Volvo czekając na rodzeństwo i obserwowałem Bellę. Szła przez szkolny parking jak zwykle ze słuchawkami w uszach nie zwracając na nic uwagi. Zbliżała się do swojego samochodu, gdy podszedł do niej Black i… pocałował ją. Jak on śmiał? Mojego Anioła!

Bella stała w szoku na wprost niego i gapiła się na jego szczerząca się twarz. Jej oczy pociemniały i zwęziły się wściekle. Black zadowolony z siebie patrzył uradowany na nią. Ale nie trwało to za długo. Zaciśnięta mocno pięść Belli powędrowało prosto na jego mordę. Nie wiem, skąd ona wzięła tyle siły, w końcu to wilkołak, ale odrzuciło go trochę. Chwycił się za nos i próbował powstrzymać krwawienie.

– Złamałaś mi nos! – wydarł się

– Bo ci się należało. Co ty sobie wyobrażasz? Co?

– A co może wolisz szanownego pana pijawkę. – powiedział, a właściwie wycedził przez zęby.

Zabiję go! Po prostu go zabiję bez względu na pakt!

– Wiesz co John, Jack, czy bóg wie jak ci tam. Powiem ci, szczerze, że wolę szanownego pana pijawkę Edwarda Cullena, niż ciebie – durnego, zapchlonego kundla, który nie szanuje uczuć innych. Nie dorastasz mu do pięt. I jeszcze raz mnie dotkniesz, a pożałujesz tego. I to już nie będzie złamany nos. Uwierz mi. – mówiła wściekle, a jej słowom przysłuchiwała się większość szkoły. Ale co to miało znaczyć? – I wiesz co ci jeszcze powiem. Jeśli szukasz kogoś, by rozładować swoje napięcie seksualne, to poszukaj w gazecie w rubryce usługi matrymonialne, w Internecie, albo pod latarnią. Lub po prostu skorzystaj z usług niektórych dziewczyn ze szkoły. Na mnie nie licz. Brzydzę się tobą! – wycedziła i wściekła odjechała.

Stałem jak słup soli i nie wiedziałem co mam zrobić. Szok!

Zadowolony?" – usłyszałem myśli Blacka

Spojrzałem na niego wściekły. Niech dziękuje Emmettowi, że mnie trzyma, bo naprawdę nie ręczę za siebie.

Ale czy to znaczy, że jest jeszcze nadzieja?

XY

Od incydentu z Blakiem minęło parę dni, lecz teraz zaczęło się szaleństwo związane z balem wiosennym odbywającym się w szkole. Wszyscy uczniowie, no może z paroma wyjątkami, jedyne czym żyli, to bal. Z kim, w czym. A Bella… Dla niej nie to się teraz liczyło. Jej myśli cały czas zaprzątał pewien przystojny, miedzianowłosy wampir. Wahała się. Lecz w dalszym ciągu twierdziła, że jej decyzja jest słuszna. Z kolei Edward miał jeszcze nadzieję na to, że Bella jednak w pewnym sensie do niego wróci.

Nadszedł poniedziałek. Wampirzyca przyjechała do szkoły swoim ukochanym garbusem. Z różowo–szarą smerfetką na głowie szła na lekcję, a przyglądał jej się Edward. Wiedziała o tym doskonale, ale co mogła zrobić. Nic. Kroczyła do klasy, gdy dopadł ja Newton, Mike Newton.

– Hej Bella. – przywitał się grzecznie uśmiechając za razem.

– Cześć. Co jest? - powiedziała niechętnie.

– Bo widzisz… – jąkał się – za niedługo jest ten bal wiosenny… i tak sobie pomyślałem… czy może nie poszłabyś ze mną?

Bella stanęła na wprost niego i patrzyła nie dowierzając w to, co przed chwilą usłyszała.

– A kiedy jest ten bal?

– W sobotę za dwa tygodnie.

– Och, wybacz, ale mam już inne plany.

– A to może je przełożysz? – zasugerował w dalszym ciągu mając nadzieję na to, że się zgodzi.

– Niestety, nie dam radę. Zaproś kogoś innego. – powiedziała i odeszła.

Ta sama sytuacja powtórzyła się jeszcze parokrotnie z wieloma chłopakami i za każdym razem padała ta sama odpowiedź. Świetna aktorka Isabella Swan wciskała kit każdemu chłopakowi. Nie miała ochoty tam iść, a jeśli by już uległa, to tylko jednemu.

ҖҖҖ

Lekcje dobiegły końca i czarnowłosa piękność zmierzała w kierunku samochodu, gdy dopadł ją Tyler Crowley, ten sam, który prawie ją przejechał.

– Siemka Bella. – powiedział uśmiechając się do niej. Nękał ją od jakiegoś czasu i miała już tego serdecznie dość.

– Cześć Tyler. – wypowiedziała próbując się uśmiechnąć. – Chciałeś coś?

– No, bo jest ten bal za dwa tygodnie w sobotę i tak sobie pomyślałam, że moglibyśmy iść razem. Co ty na to?

Wampirzyca ścisnęła mocno pięści ze złości, lecz to było jedyne, po czym można było poznać, że nie chce usłyszeć już dzisiaj ani jednego zaproszenia więcej.

– Tyler, wyjeżdżam wtedy i nie idę na żaden bal. – odpowiedziała w miarę uprzejmie

– Och, to szkoda. A gdzie jedziesz?

– Do L.A. i sam rozumiesz. Podróż samochodem trochę trwa. Nie będzie mnie cały weekend. – powiedziała i dało się słyszeć ciche prychnięcie.

Bella spojrzała w tamtym kierunku i zobaczyła Edwarda idącego tuż obok.

– Edward! – powiedziała podnosząc trochę głos, a wampir zatrzymał się w miejscu. To był pierwszy raz od bardzo dawna, kiedy się do niego odezwała.

– Tak? – spytał spoglądając w jej stronę. Ona podeszła do niego zatrzymując się parę centymetrów od jego ciała.

– Masz coś do mnie? – zapytała, ale ani wściekle, czy złośliwie.

– Nie, nic. Zastanawiam się tylko ile zajmie ci podróż z Forks do L.A. twoim samochodem, o ile w ogóle tam dojedziesz.

– Myślisz, że garbus to jedyny samochód jaki posiadam? Mylisz się. Mam w garażu coś o wiele lepszego. – powiedziała przygryzając wargę i patrząc mu wyzywająco prosto w oczy.

– Tak, a niby co takiego?

– Chcesz się dowiedzieć? To przyjedź jutro swoim najlepszym samochodem, a ja przyjadę swoim. Wtedy przekonamy się, kto ma coś naprawdę dobrego w stajni.

– Okej. – odpowiedział bez wahania.

Patrzyli sobie jeszcze chwilę w oczy, lecz w końcu się rozeszli i każde pojechało w swoim kierunku.

ҖҖҖ

Bella leżała na swoim łóżku. Oddychała głęboko z przymkniętymi oczami. Zastanawiała się, czy dobrze robi. Wahała się między młotem, a kowadłem. W tym przypadku młotem było bycie z pięknym miedzianowłosym Edwardem, z kolei kowadłem bycie samemu, z pękniętym sercem i życie w cierpieniu i tęsknocie.

Na plus było:

Bycie szczęśliwym

Posiadanie kogoś kogo się kocha

Bycie kochanym

Koniec z samotnością

Poczucie bezpieczeństwa, etc.

Z kolei na minus:

Narażenie istnienia Edwarda

Narażenie istnienia jego rodziny

Bella, sama w sobie

Volturi na karku

No i wiele, wiele innych, lecz to są te najważniejsze, które wampirzyca wypisałaby sobie na kartce. Ale było coś jeszcze. Kłamstwo, chociaż nie. Raczej prawda, która nie mogła wyjść na jaw. I to było chyba w tym wszystkim najgorsze.

Leżała myśląc i próbując zebrać sobie wszystko w jedną całość, gdy gwałtownie zerwała się z łóżka. Wzięła swój telefon i stanęła przed oknem podziwiając piękny widok. Wahała się jeszcze chwilę, ale w końcu wystukała tak dobrze znany jej numer. Czekała chwilę na połączenia, aż w końcu usłyszała to na co czekała.

Cześć mała!

– Zmieniłam zdanie.

W stosunku do?

– Edwarda.