rozdział 14
sny
obracają mnie w nić
obracają mnie w nic.
fragment pamiętnika Hazel Bietrace
wpis z dnia 9 czerwca 1984r.
Beatrycze leżała w łóżku, słuchając szepczących do siebie dziewcząt. Nie rozmawiały z nią — z Beatrycze nie było o czym rozmawiać — ale po pewnym czasie nauczyły się ją ignorować do tego stopnia, by nie ściszać głosu. To co wiedziała Beatrycze Leowine nie liczyło się wcale — bo nikt by jej nawet nie spytał czy coś wie. Czasem miała ochotę błagać je na kolanach, żeby ją polubiły. Czasem miała ochotę wziąć poduszę i wszystkie udusić, choć przecież żadna nie zrobiła jej nic złego.
― Nie znoszę McGonagall. Stara kura ― powiedziała Zoe. ― Sztywna jak kawałek deski. Jaka szkoda, że Potter nie może być opiekunem Gryffindoru. Dużo bardziej mu się należy.
Siedząca po prawej Abelena zachichotała.
― O tak. Wyobrażasz sobie te szlabany?
― Panie profesorze, byłam taka niegrzeczna. ― Zoe ściągnęła usta w dzióbek i zaczęła trzepotać rzęsami.
― Muszę zostać w pana gabinecie bardzo, bardzo długo.
― Potter jest gejem ― oznajmiła Beatrycze, zanim zdążyła się zastanowić.
W dormitorium zapadła cisza. Gryfonki spojrzały po sobie zaskoczone.
― A skąd to wiesz, Loewine?
― Wiem.
Zoe prychnęła. Gwałtownie odsunęła czerwone zasłony.
― Skąd to wiesz? ― powtórzyła pytanie. Beatrycze miała wrażenie, że spojrzała na nią po raz pierwszy. Poczuła w środku ciepło. Siłą zwalczyła uśmiech.
― Pisali w Magicznych Plotkach, jakoś w zeszłym roku. Było wiele artykułów.
― Mama pozwala ci to czytać?
Wzruszyła ramionami i nie odpowiedziała. Postanowiła wykorzystać kolejną informację.
― Kocha się w Snapie.
― Merlinie, to obrzydliwe. ― Skrzywiły się obie. ― A to skąd wiesz? ― Przysiadły na jej łóżku. Zoe skubała końcówki włosów zaaferowana.
Beatrycze też usiadła. Czuła na policzkach czerwone plamy.
― Widziałam jak na niego patrzy.
― Patrzy?
― Kiedy Snape wchodzi, przestaje widzieć cokolwiek innego. Patrzy na niego jakby, no wiecie, jakby chciał…
― Snape też jest pedałem ― wtrąciła Abelena. ― Mój brat tak mówił. „Ten obrzydliwy pedał znów się na mnie uwziął".
Zoe jęknęła przeciągle i położyła się na łóżku Beatrycze.
― A już miałam nadzieję. Nie ma nikogo, nikogo ciekawego w tej ruinie.
― Hogwart ma doskonałe opinie. ― Abe odważyła się bronić honoru szkoły, cytując swego ojca.
― Tak, tak. ― Wywróciła oczami Zoe i podniosła się z posłania. ― Śpij dobrze, Abe.
― Dobranoc, Zoe.
Beatrycze siedziała jeszcze dłuższą chwilę, wpatrując się w ciemność. W końcu skuliła się na łóżku, próbując przełknąć upokorzenie.
― Dobranoc ― szepnęła w końcu, ale nikt jej nie odpowiedział.
Ktoś wszedł do pokoju ze zwierciadłem Ain Eingarp, Dumbledore wiedział to od razu. Wiele lat temu nałożył na komnatę magiczne alarmy, niewyczuwalne dla intruza, ale jasne dla dyrektora szkoły. Być może Severus również je poczuł. Od czasu Voldemorta nikt nie zapuścił się tak głęboko w korytarze Hogwartu. Westchnął, ale niezwłocznie ruszył sprawdzić, co się stało.
Kiedy dotarł do celu, uchylił drzwi tak, by nie skrzypnęły. Odetchnął z ulgą, widząc tylko jedną z uczennic wpatrującą się w srebrną taflę. Podszedł bliżej, unikając swojego odbicia. Jako magiczny opiekun zwierciadła miał jeden przywilej – spoglądając w nie mógł zobaczyć to, co widzieli w nim inni.
― Lustro może być bardzo niebezpieczne. — Dziewczynka wzdrygnęła się i odwróciła głowę. Uśmiechnął się ciepło chcąc osłodzić brzmiące w głosie ostrzeżenie. ― Rzadko kiedy pokazuje nam rzeczy, które możemy zdobyć. ― Poczuł łaskotanie ciekawości, ale zdusił ją w sobie. Nie miał prawa zaglądać w zwierciadło. ― Jak masz na imię?
― Beatrycze.
Dziewczynka idealnie przeźroczysta. Taka, którą trudno zapamiętać. Raczej brzydka, trochę nieforemna.
― Beatrycze ― powtórzył za nią.
― Chce pan wiedzieć, co zobaczyłam?
Spróbował sobie wyobrazić, jednak nic prócz standardowych marzeń nastolatki nie przyszło mu na myśl.
― A chcesz mi powiedzieć?
― Nie wiem jak mam to rozumieć. Niech pan spojrzy ― poprosiła niespokojnie.
Podszedł bliżej zwierciadła. Chwilę zabrało, by zrozumiał to, co widzi. Postać, która odbijała się w tafli, nie przypominała Beatrycze nawet w jednym szczególe. Nie była ani piękniejszą, ani lepszą jej wersją , w objęciach jakiegoś miłego chłopca. Nie było ani podium, gdzie odbierałaby nagrodę, ani pałacu nad brzegiem morza. Nie było kochających rodziców ani gromadki dzieci. Nie było nawet potężnej czarownicy gotowej wstrząsnąć posadami świata. W lustrze odbijała się zupełnie inna osoba. Poczuł, że jego serce szarpnęło gwałtownie. Przymknął oczy.
― Co to znaczy? ― powtórzyła pytanie.
― Nic złego ― skłamał. ― Chodź, Beatrycze. Zrobię ci herbaty. Kiedy dziewczynka wstała, obrócił się raz jeszcze, by ujrzeć w lustrze fragment białego ramienia i jasnych włosów Hazel Bietrace.
Harry poznał ją od razu. Siedziała na samym środku wielkiej pajęczyny, olbrzymia i cała biała. Winogrona oczu oblepiały obły tułów, osiem nóg trzymała blisko ciała. Prawie ginęła wśród niezliczonej ilości nici równie jasnych jak ona, rozpiętych nad niewielką polaną. Jednocześnie odrażająca i fascynująca skupiała na sobie całą uwagę, nie pozwalała oderwać od siebie wzroku. Harry uniósł nieco obie ręce, by złapać równowagę, balansując na pajęczej siatce.
― Harry.
Głos nie wydobywał się z jej gardła, ale z tysiąca drżących nici, które trącała długimi odnóżami. Przypominał jednocześnie Voldemorta i jego matkę, i Syriusza, i Hermionę, i Lunę — był głosem wszystkich znanych mu ludzi. Spomiędzy nici wyrastała fioletowa lawenda i macierzanka, których zapach unosił się, wyciszając zmysły.
― Abi, wypuść mnie ― poprosił, ale zabrzmiało to słabo i nieprzekonywająco.
W powietrzu zadźwięczał śmiech.
― Ja cię tu nie trzymam, Harry.
― Trzymasz! ― Brzmiał jak dziecko, ale nic nie mógł na to poradzić.
― Nie, Harry. ― Pajęczyca przysunęła się do niego bliżej i wyciągnęła białe odnóże. Było miękkie i ciepłe w dotyku. Zadrżał i przymknął oczy. ― To jest twoja pajęczyna, sam ją utkałeś.
― Zniszczę ją ― zagroził.
― To ty chciałeś łapać sny.
― Nieprawda.
― Chciałeś patrzeć na innych.
― Nie.
― Chciałeś uciec.
Spuścił głowę.
― To twoja pajęczyna. Zniszcz ją, jeśli chcesz.
Harry już nie potrafił sobie przypomnieć dlaczego właściwie chciał się uwolnić. Pajęczyna drżała i cicho dzwoniła, a on coraz bardziej chciał położyć się i przyłożyć ucho do jednej z nici.
― Potter… ― W głosie brzmiała irytacja i zniecierpliwienie, ale twarz Snape'a zmarszczyła się tak, jakby cierpiał. Harry poderwał głowę. Ciemna postać Severusa odznaczała się wyraźnie od mgły. Była twarda i kanciasta, i niewygodna. Piękna. Zdążył zrobić kilka kroków w jego stronę, nim kolejna nić rozdźwięczała się słodko. Odwrócił głowę. W miejscu, gdzie siedziała Abi, stał teraz drugi Severus, który uśmiechał się do niego łagodnie.
― Harry ― wyszeptał ciepło i uśmiechnął tak, jak uśmiechał się tylko do jego matki we wspomnieniach. Potter wciągnął gwałtownie powietrze, siłą powstrzymując szloch. Jego ciało samo zawróciło z drogi i skierowało się do centrum pajęczyny.
― Potter… ― warknął drugi Snape ― chyba zwariowałeś. Nie będę tu odstawiał melodramatów.
Odwrócił głowę. Na twarzy mistrza eliksirów pozostała już tylko irytacja, a obok niego pojawiła się druga postać, równie wysoka.
― Zostań tam, Potter. Tu nie ma nic dla ciebie. ― Harry jeszcze nigdy nie słyszał w głosie Rona takiej pogardy. ― Nie potrafiłeś nigdzie tak naprawdę się zadomowić. I tak łatwo przyszło ci odrzucić to wszystko, co nas łączyło. Nie jesteś wart Hogwartu. Nie jesteś wart tego, żeby mieć dom.
Adekwatność jego słów była porażająca. Czy nie po to właśnie była pajęczyna?
(― Nigdy nie miałeś rodziców, Harry, nie rozumiesz co to znaczy mieć rodzinę.
Nie przebaczył mu tych słów.)
― Potter, Weasley by tego nie powiedział ― warknął zaniepokojony Snape.
― Ron ma rację, Harry. ― Spokojny ton Dumbledore'a dobiegł ich z drugiej strony łąki. Odziany w białą szatę uśmiechał się łagodnie. ― Tu dla ciebie nic nie ma. Wiesz, w głębi serca liczyłem, że jednak umrzesz. To załatwiłoby wiele spraw. A tak wszyscy poczuliśmy się… niezręcznie. Raz wystarczy, naprawdę. Miałeś zbawić świat, a nie żyć. Najlepsi bohaterowie to martwi bohaterowie, każdy historyk ci to powie.
Snape wyglądał jakby furia skręciła mu wnętrzności.
― Albus cię kocha, głupcze. Jak nikogo na świecie.
― Synku, pamiętasz zwierciadło Ain Eingarp? Pamiętasz, co wtedy zobaczyłeś? ― Objęci Lily i James wyszli spoza pleców Dumbledore'a. ― Tutaj to może się spełnić. Możemy być razem. Twoje najgłębsze pragnienia mogą się spełnić. ― Lily wyplątała się z ramion męża i podeszła bliżej. ― Uratuję cię, synku. Tak jak obiecałam. ― Pogłaskała jego policzek. Harry przylgnął do dłoni, próbując zaczerpnąć z niej trochę ukojenia.
― Mamo, nie mam już jedenastu lat ― wyszeptał, przymknąwszy oczy.
― Takie rzeczy ― druga dłoń Lily dotknęła jego klatki piersiowej ― się nie zmieniają.
― Lily ― głos Snape'a brzmiał jakby ktoś wyciągał mu z gardła potłuczone szkło ― umarła, żebyś mógł żyć.
Harry zacisnął powieki.
― Nigdy się o to nie prosiłem. ― Odwrócił się do niego gwałtownie. ― Wiesz co to znaczy żyć dzięki śmierci swojej matki? ― wypluł przez zaciśnięte we wściekłości usta.
Snape odetchnął z ulgą. Przestąpił z nogi na nogę i zaplótł przed sobą ręce.
― Nie było opcji żyć z tym albo bez tego. Był tylko wybór między żyć z takim bagażem albo nie żyć wcale.
― To powinna być moja decyzja!
― No i właśnie jest. ― Wąskie usta rozciągnęły się w szyderczym uśmieszku.
Harry poczuł, jak czyjeś ramiona obejmują go od tyłu. Duży nos delikatnie potarł skórę na jego szyi.
― Harry. Do kogo chcesz wracać? On tak naprawdę nigdy cię nie pokocha. Nie tak jak ja.
Szyderczy uśmiech znikł z twarzy Snape'a zastąpiony czymś bardzo złowrogim.
― Nie rób tego ― syknął i zabrzmiało to jak najprawdziwsza groźba.
― Czego? ― spytał, choć czuł, że zna odpowiedź.
― Nie zmuszaj mnie do deklaracji posługując się jakimś idiotycznym manekinem ulepionym z twoich wyobrażeń.
― Jeśli stąd wrócę, to tylko dla ciebie.
― To nie wracaj. ― Twarz Snape'a ściągnęła się z wściekłości, oddech lekko przyspieszył. Odwrócił się na pięcie i zrobił kilka kroków, ale nagle jakby zmienił zdanie. W ciągu sekundy znów był przy nim i dźgał długim palcem w pierś. ― A czym niby to różni się od funkcjonowania z tym wielkim poświęceniem twojej matki, co? Pomyślałeś o tym?
Harry zmarszczył brwi.
― Ja tylko…
Postać przypominająca Snape'a, która nadal go obejmowała, zaczęła powoli zmieniać się na powrót w białego pająka. Włochate odnóża zaciskały się na szczupłym, wysokim ciele, a szyi nie drażnił już nos fałszywego mistrza eliksirów, ale wielkie jadowe kły.
Nagle przestało chodzić tylko o Pottera i jego poczytalność. Snape zaklął pod nosem, wściekły, że dał się chłopakowi do tego stopnia omotać. Nagle trzeba było walczyć nie tylko o Harry'ego, ale jakoś… o nich. Jakkolwiek absurdalnie to brzmiało — o nich i o niego, o jego zmysły, które straci, jeśli Potterowi coś się stanie. Pajęczyca owijała dokoła szyi białą nić, jej ruchy były wolne, prawie pieszczotliwe.
― Co robisz? ― syknął i zbliżył się do młodzieńca, próbując chwycić go w ramiona, ale pajęczyca natychmiast wycofała się, ciągnąc swoją ofiarę za sobą. ― Potter! ― krzyknął głośniej.
― Nie zabieraj go ― powiedział do bestii.
― Człowieku, to tak jakbyś mówił do fali: nie płyń.
― Znasz tę kobietę, Beatrycze? ― spytał, nalewając herbaty do dwóch filiżanek stojących na małym stoliku do kawy. Ogień w kominku buzował wesoło. Dziewczynka siedziała spięta i sztywna; splecione na kolanach dłonie kurczyły się i rozluźniały przypominając skurcze serca. Zazwyczaj nie zapraszał uczniów na herbatkę do swoich komnat. ― Tę z lustra.
― Nie ― odpowiedziała szybko. ― To znaczy tak. Widziałam ją kilka razy w snach, ale nie znam jej.
― Rozmawiałyście?
Beatrycze spuściła wzrok i zmarszczyła nieco brwi.
― Trochę. Pokazywała mi różne rzeczy.
― Jakie rzeczy?
Wzruszyła ramionami i spojrzała w bok.
― Rzeczy. Powiedziała, że mogłabym być tak ładna jak ona.
― A chciałabyś?
― Tak ― przyznała cicho.
― Po co?
― Żeby być. ― Znów wzruszyła ramionami.
― Znałem ją, wiesz? ― Ciemna głowa poderwała się, a szarozielone oczy zrobiły nagle bardzo duże. Uśmiechnął się i pokiwał głową. ― Miała na imię Hazel.
― Jak umarła?
― A skąd wiesz, że umarła?
― Wiem. ― Beatrycze znów spuściła wzrok i bezwiednie włożyła palec do ust, skubiąc skórki. ― Wiem. Myślę, że chce czegoś ode mnie.
Całe ciało dyrektora spięło się. Utkwił wzrok w ciemnej czuprynie uczennicy.
― Jak myślisz, czego mogłaby chcieć? ― spytał łagodnie, starając się ukryć, jak bardzo jest zaniepokojony.
― Tego czego zawsze chcą umarli. Życia.
Harry otworzył drzwi do domu przy Privet Drive numer cztery. Wuj Vernon siedział na kanapie z pilotem w ręku, a dziewięcioletni Dudley zbiegał po schodach wrzeszcząc coś do ojca. Przez okno w kuchni było widać pracującą w ogrodzie ciotkę Petunię.
Przy kuchence stał mały chłopczyk przygotowujący na wielkiej patelni jajecznicę. Szturchnięty przez kuzyna syknął z bólu, ale nie poskarżył się. Miarowo mieszał zawartość, uważając, by się nie przypaliła.
Kiedy podszedł bliżej, malec podniósł na niego zielone oczy. Harry poczuł, że gardło zaciska mu się boleśnie. Przecież nie mógł płakać za tego chłopca.
Maluch zestawił jajecznicę z gazu i wspiął się na stołek. żeby wyjąć talerze. Nagle, całkiem niespodziewanie, zwrócił się do niego zbyt niskim jak na dziecko głosem:
― Widzisz tu gdzieś Dumbledore'a, Harry? A Rona?
Nie widział.
― Myślisz, że wstaję rano, bo cały czas mam nadzieję, że moi rodzice żyją? Że kiedyś będę z nimi mieszkał?
To byłoby głupie.
― Severus nie wpadnie przez drzwi, żeby się w moim imieniu zemścić, zapewniam cię.
Harry miał wrażenie, że po każdym z tych pytań jego skóra pęka i zaczyna piec. To nie mogło być takie proste.
Z odpływu w zlewie zaczęły wychodzić białe, włochate macki. Wystawione na oknie pelargonie nagle urosły i zaczęły pełznąć po marmurowym blacie, do złudzenia przypominając kończyny. Chłopiec wziął do ręki kolejny talerz. Ustawionym dookoła lady stołkom wyrosły wielkie, białe odwłoki.
― Na co czekasz, Harry? ― Ciśnięty z furią na ziemię talerz rozbił się w drobny mak. Niemożliwe, żeby dziecko miało w sobie tyle siły. ― Spłać dług. Uratuj mnie.
