Betowała Morgue i częściowo Zuza :)
Rozdział XII
Listopad powoli dobiegał końca, a zima nieśmiało wkradała się na tereny Hogwartu, pokrywając cienką pierzyną śniegu malownicze okolice. Szron ozdobił suche gałęzie drzew, mieniąc się w promieniach słońca niczym brokat. Ośnieżone szczyty wzgórz niknęły w mlecznych chmurach, a u ich podnóża lśniła zamarznięta tafla jeziora. Niebo było miejscami przejrzyste i niebieskie, a temperatura choć niska, tak bardzo nie dokuczała. Harry szczególnie lubił tutaj tę porę roku. Wszystko stawało się takie… magiczne i klimatyczne, na każdym kroku dało się wyczuć nadchodzące święta. Wszyscy byli jakby radośniejsi, z wyjątkiem Hermiony, która cały swój wolny czas poświęcała na wertowanie tej przerażającej księgi. Razem z Ronem zaproponował, że też mogą ją przejrzeć, ale stanowczo odmówiła. Właściwie zmiany jakie w niej zachodziły, trochę go niepokoiły. Każda minuta poświęcona Tajemnicom Najczarniejszej Magii zdawała się wręcz wysysać z przyjaciółki zarówno energię jak i szczęście. Jakby nosiła pod pachą miniaturkową wersję dementora. Blada i zmęczona pochylała się nad nią, a cienie pod jej oczami były coraz widoczniejsze, choć bardzo starała się je zatuszować.
Martwię się o ciebie powiedział jej któregoś wieczoru, a w odpowiedzi posłała mu pozbawiony grama radości uśmiech i dodała, że niedługo skończy ją czytać i wszystko wróci do normy. A skora mowa o normach… Praktycznie codziennością stało się spotykanie z Draconem. Rzeczy, które ich dzieliły zapewne nigdy nie znikną, ale gdy przymykał na nie oczy, dogadywali się całkiem nieźle. Naprawdę lubił spędzać z nim czas.
Spojrzał znad swojej pracy domowej na Ślizgona. Siedział po turecku na kanapie, na kolanach trzymając długi esej. W tej pozycji włosy opadały mu na oczy i co chwilę odgarniał je z twarzy, co nie przynosiło żadnych efektów. Nagle uniósł brodę i pochwycił jego spojrzenie.
— Już? Napatrzyłeś się? — zapytał, unosząc brwi.
— Ee, na co? — bąknął, przeklinając w myślach rumieniec, który wkradł mu się na twarz.
— Gapisz się — wyjaśnił, a Harry'emu zrobiło się jeszcze bardziej głupio. — Na mnie. Od jakiś pięciu minut. To mnie rozprasza.
— A ja powiedziałbym, że odrabianie przy mnie lekcji dobrze na ciebie wpływa — rzucił lekko.
— O czym znów bredzisz, Potter?
— Ostatnio Hermiona powiedziała, że narysowałeś mapę na Astronomię lepiej od niej. Gratuluję.
Co było do przewidzenia, Malfoy nawet nie raczył udawać onieśmielonego komplementem. Wyraźnie zadowolony z siebie nieco się wyprostował i trzymając brodę odrobinę za wysoko, skomentował zarozumiale:
— Mugole nie mają pojęcia o gwiazdach.
Harry policzył w myślach do pięciu i gdy miał już pewność, że jego głos nie nosi śladów gniewu, powiedział:
— Hermiona jest czarownicą.
—Pół-czarwonicą.
— Nie, czarownicą— upierał się, z całych sił usiłując panować nad rosnącą wściekłością. — Taką samą jak ja czy ty. — Usta Dracona wygiął nieco szyderczy uśmieszek i Harry zapragnął bronić Hermiony jeszcze bardziej. — Poza tym, gadasz straszne głupoty. Mugole dzięki technologii badają kosmos, a nawet bez niej całkiem nieźle sobie radzili. Tacy Majowie na przykład.
Uśmiech Dracona nieco się poszerzył.
— I ty wierzysz, że oni byli mugolami? — zapytał pogardliwie, a jego oczy błyszczały czymś zimnym i wyzywającym.
Prowokuje mnie.
— Nawet gdyby nie, to dzięki mugolskiej technologii wiemy to wszystko o kosmosie. A może chcesz mi powiedzieć, że umiesz teleportować się na księżyc? Bo jeśli tak, to ja się chętnie z tobą wybiorę.
Zadowolenie zniknęło z twarzy Malfoya i zmroził Pottera spojrzeniem.
— Dobrze, Potter, niech ci będzie. Trochę osiągnęli dzięki tej swojej technologii, ale to nie zmienia faktu, że tymi wszystkimi maszynami tylko starają się nam dorównać i przypisują sobie nasze zasługi.
— Niby jakie?
— Całe mnóstwo! — prychnął oburzony, z taką gwałtownością podrywając rękę, że esej spadł na podłogę. — Choćby: to czarodzieje zbudowali piramidy, ale mugole są święcie przekonani, że to ich dzieło. Musimy oddawać im swoje zasługi, co gorsze, ukrywać się przed nimi! Gdzie tu sprawiedliwość?
— Więc się nie ukrywajmy. Po co w ogóle to robimy?
Draco popatrzył na niego jak na skończonego idiotę.
— Może od razu stańmy na stosach? Jak głupi jesteś? Nie wiesz, co działo się parę wieków temu, a może uważasz to za historyczny wymysł? To fakty, Potter, i teraz robiliby to samo. Tylko z ich obecną technologią nie musieliby babrać się z nami pojedynczo, wykończyliby nas masowo jakąś bronią biologiczną.
Harry zmarszczył brwi; był właściwie zaskoczony, że niechęć Malfoya do mugolskiego społeczeństwa miała w ogóle jakieś racjonalne podłoże. Zawsze sądził, że jego uprzedzenie nie było podparte żadnymi sensownymi argumentami, tylko tępił ich, bo taki mieli rodzinny zwyczaj. Nigdy, przez całe swoje życie, nie pomyślał o tym w ten sposób. I teraz… mógł poniekąd może nie tyle zrozumieć poglądy chłopaka, ale je zaakceptować. W pewnym stopniu.
— W porządku, ale czemu od razu zakładasz, że wszyscy są tacy sami i chcą tego samego? — zapytał zaskakująco spokojnie.
— Och, może nie wszyscy, ale zdanie jednostek nie ma znaczenia. Nienawidzą magii. Boją się jej. Mają nas za dziwadła. A może powiesz mi, że twoje wujostwo radowało się na wieść, że jesteś czarodziejem? — Harry milczał, by nie musieć kłamać. Draco niemal zmiażdżył go triumfalnym spojrzeniem. — No właśnie. Tyle że to nie my jesteśmy dziwni, tylko to oni są kalekami. Magia była pierwsza, przed człowiekiem, wodą, powietrzem, przed wszystkim. A przez mieszanie się z nimi zanika.
Przyjrzał się Draconowi. Oddychał szybciej, a po jego obliczu przemykały setki ożywionych emocji. Naprawdę wierzył w to, co mówił i może nie tylko dlatego, że tak wmówił mu ojciec. Harry mógł pogodzić się z jego punktem widzenia, ale nadal nie podobało mu się, że nie podchodził do mugoli jak do zwykłych, czujących jak wszyscy, ludzi. Może i byli pod kątem magicznym kalekami, jednak czy kaleka jest w czymś gorsza od kogoś w pełni sił? Odpowiedź brzmiała: nie.
— W porządku, ale to nie zmienia tego, że Hermiona jest świetną czarownicą. A zresztą, ja też jestem pół-krwi i jakoś nie wypominasz mi tego na każdym kroku.
Draco zacisnął usta w cienką linię i podniósł swój esej z podłogi.
— Ty to co innego — mruknął niechętnie. Harry wciąż wbijał w niego wzrok i w końcu Ślizgon wywrócił oczami i kontynuował. — Masz w sobie magię porównywalną ilością do równowartości mocy przynajmniej trzech w pełni rozwiniętych magicznie czarodziei.
Harry zmarszczył czoło, trochę zaskoczony tym stwierdzeniem. Jasne, potrafił mówić w wężomowie, czy zdarzyły mu się te incydenty z ciotką Murriel, wężem w zoo i paroma innymi, ale… to chyba nic specjalnego, prawda?
— Czemu tak sądzisz?
— Gdy cię dotykam — skrzywił się przy ostatnim słowie — to ją czuję.
— Czujesz?— powtórzył zdumiony.
— Tak, Potter, czuję. Czy mówię niewyraźnie? — syknął, wyglądając teraz na bardzo zakłopotanego, co było widokiem raczej niecodziennym. Jego zwykle blada twarz nabrała rumieńców, a palce odrobinę za mocno zacisnęły się na pergaminie. — Ona promieniuje od ciebie, łączy się z moją magią, jest… prawie namacalna. — Przełknął ciężko ślinę i w końcu spojrzał na Harry'ego. — Ale oczywiście ty jesteś na tyle głupi, że wolisz ignorować swoje możliwości zamiast je rozwinąć.
— Więc co niby powinien zrobić?
— Świadomie ją kontrolować. Założę się, że gdybyś trochę poćwiczył i wystarczająco się skupił, to bez najmniejszego problemu posługiwałbyś się magią bezróżdżkową.
Postanowił to rozważyć, a może nawet w chwili wolnej poćwiczyć… Przez głowę przemknęła mu myśl, ile mógłby zyskać dzięki takiej umiejętności. Na polu walki każda sekunda miała znaczenie, w dodatku, przeciwnik przyjmował obronną postawę widząc różdżkę, a gdyby jej nie było, poczułby się złudnie bezpieczny… Te ułamki sekund przewagi z całą pewnością mogłyby przesądzić o pokonaniu nawet samego Voldemorta.
Przez następne pół godziny z powrotem skupili się na swoich esejach. Z wiru nauki wyrwał go znudzony głos Draco.
— Potter. — Harry nie zareagował. — Poootter… Pooooootter…
Harry poczuł, jak dostał czymś miękkim w głowę. Podniósł leżącego obok papierowego smoka.
— Rozpraszasz mnie, wiesz o tym?
— A ty mnie ignorujesz. — Wydął wargi, do złudzenia przypominając marudne dziecko.
— Jutro mija termin oddania tego cholerstwa, jeśli tego nie zrobię…
Draco machnął ręką.
— Och, dobrze, rób sobie, co tam chcesz, ja tu posiedzę i poumieram z nudów… Kto by się mną przejmował.
Harry westchnął, opuścił pióro i spojrzał na niego.
— Czemu nie robisz swojej pracy?
— Bo już skończyłem — stwierdził dumny z siebie i przybrał złośliwą minę. — Widzisz, Potter, zawsze byłem od ciebie mądrzejszy i sprytniejszy, a to tylko kolejny dowód na to.
— Super, więc pław się w swoim zwycięstwie, a mi pozwól dokończyć — mówiąc to, skreślił jedno nie mające najmniejszego sensu zdanie. Przez chwilę usiłował się skupić, ale wzrok Malfoya śledzący każdy jego ruch skutecznie mu to uniemożliwiał.
— Wiesz — zaczął Draco, tonem zbyt pogodnym, by to mógł być dobry znak — mógłbym ci pomóc.
Harry z wrażenia prawie wypuścił pióro.
— Przepraszam…Co? Pomóc? Tak właśnie powiedziałeś? — zapytał dla upewnienia, a Ślizgon skinął twierdząco. Potter przyjrzał mu się więcej niż podejrzliwie. — Co tym razem miałbym oddać? Swoją duszę?
Draco wybuchnął śmiechem, rozpierając się wygodniej na kanapie, a gdy już przestał, odparł:
— Za surowo mnie oceniasz. Zdarza mi się pomagać bezinteresownie… Raz na jakieś sto lat.
Harry zmarszczył brwi.
— Jak na razie masz siedemnaście.
— No właśnie.
Merlinie, Malfoy był nieznośny… Wywrócił oczami, właściwie będąc trochę rozbawionym i, co oczywiste, zaciekawionym. Co takiego mógł chcieć?
— Więc? Czego chcesz? — zapytał, a chłopak uśmiechnął się tak promienie, jak gdyby Boże Narodzenie przyszło wcześniej.
— Pomogę ci, a potem będziemy robić to, co ja chcę.
Harry wciąż przyszpilał go spojrzeniem.
— Tępić pierwszorocznych?
— Litości, doceń mnie choć trochę — jęknął, wznosząc oczy ku sklepieniu. — Robienie w kółko tego samego jest nudne.
Draco był niemożliwy, a Harry najwidoczniej szalony, skoro się zgodził.
Niecałe piętnaście minut później pluł sobie w brodę. Co mu odbiło, by ulegać nieznanym pomysłom Malfoya?
Nigdy więcej, nigdy więcej nie zgodzę się na nic, póki nie będę wiedział, co to jest.
Czując narastający opór, bezradnie patrzył, jak Ślizgon majstrował przy zamku do drzwi. Po chwili się otworzyły i Harry wszedł niechętnie do środka, nie wierząc, że się na to godzi. Włamali się do pokoju nauczycielskiego. Włamali. Gdyby Hermiona to widziała, osobiście postarałby się o wlepienie mu miesięcznego szlabanu, a może nawet o ścięcie głowy. Rozglądnął się, dochodząc do wniosku, że pomieszczenie wyglądało na jedno z najskromniejszych w całym Hogwarcie. Znajdował się tutaj tylko okrągły stół otoczony fotelami, duże okno z widokiem na przykryte śniegiem błonia, a całą jedną ścianę zajmowały szafki z wypisanymi na poszczególnych szufladach nazwami przedmiotu i rocznikiem.
— Nie możemy wykraść czyjejś pracy i ją spisać — mruknął Harry. Nie żeby nigdy wcześniej nie łamał regulaminu, ale zawsze robił to w uczciwym celu. — Miałeś mi pomóc!
— I to właśnie robię, niewdzięczniku — prychnął, zaklęciem otwierając szufladę oznaczoną jako transmutacja, r VII. — Z, hm, niewielką pomocą innych — dodał, jednym machnięciem różdżki podrywając większość esejów do góry i zwinnie je łapiąc. Kiedy Harry zbliżył się do niego, od razu wręczył mu połowę. — Sprawdź te. Musimy wybrać kogoś dobrego, żeby nie spisać jakiegoś badziewia.
Do Harry'ego nagle coś dotarło.
— Draco?
— Hm? — wymruczał, nawet na chwilę nie przestając przeglądać nazwisk autorów prac. Promienie słońca podkreślały jego profil i mieniły się złotymi refleksami we włosach.
— Nie zrobiłeś swojego eseju, no nie?
Podniósł głowę przyglądając się mu z rozbawieniem.
— Oczywiście, że nie — potwierdził, nawet nie udając zawstydzenia swoim perfidnym kłamstwem. — Wystarczająco dużo czasu w tym roku zmarnowałem na naukę. Przestań jęczeć jak panienka i pośpiesz się. O! — Zatrzymał się przy jednym z wypracowań. — Mam esej Granger!
— Zapomnij! Nie spiszę pracy Hermiony! — Bez tego będę miał wystarczająco przerąbane, jak się o tym dowie, dokończył w myślach.
— Dobrze, już dobrze. Abbott, Finch-Fletchley, Greengaars— odczytywał pod nosem nazwiska, odrzucając je z niezadowoleniem. — Jest Goldstein! Chodź tu, spiszemy to raz raz.
— Malfoy, jesteś…
— Zamierzasz to zrobić czy będziesz tylko ględził? — przerwał mu, a Harry zacisnął zęby.
Na kolanie spisał wypracowanie, zmieniając niektóre słowa. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę to robi. Draco go demoralizował, skłaniał do niegodziwych rzeczy, i co gorsza, Harry czuł się z tym całkowicie wspaniale. Właściwie nie pamiętał, kiedy ostatni raz pozwolił sobie na taką całkowitą beztroskę i zrobienie czegoś… bardziej dla wygłupu niż czegokolwiek innego. Żadnego większego celu, zwyczajne życie obecną chwilą. To było… zaskakująco dobre. Kiedy wyszli na korytarz odezwał się rozbawiony:
— Nie wierzę, że włamaliśmy się do pokoju nauczycielskiego.
— Właściwie tylko ty się włamałeś — stwierdził lekko, a Harry nie potrafiąc ocenić czy jest bardziej oburzony, czy zaskoczony, aż stanął.
— Co?
Draco rzucił na niego okiem, a jego wargi delikatnie zadrżały.
— No wiesz, jestem prefektem, mogę tam wchodzić.
— CO?!
— Przestań krzyczeć, Potter — fuknął, krzywiąc się pod siłą jego głosu. — Przez ciebie ogłuchnę. I pośpiesz się. Coś mi obiecałeś, pamiętasz?
Harry nie przestawał się na niego gapić. To jak go wrobił, to było… On był po prostu niemożliwy. Nie-mo-żli-wy. Ale nie potrafił nawet gniewać się z tego powodu. Wiedział, że powinien bardziej zaniepokoić się świadomością tego, jak łatwo Malfoy wpływał na niego i co gorsza, potrafił nim zwinnie manipulować, jednak… intencje Dracona nie wydawały się złe. Zrobił to dla wygłupu, ułatwienia sprawy, nie było powodów do zmartwień. Właśnie zamierzał zapytać o to, co chciał robić, gdy usłyszał dziwne, powolne dudnienie.
— Słyszałeś? — zapytał cicho, a Draco spojrzał wymownie w sufit.
— O nie, tylko nie to twoje złowieszcze słyszałeś.
Jednak odgłos powtórzył się, brzmiąc teraz o wiele bardziej donośniej. Obaj spojrzeli w kierunku miejsca z którego dochodził. Pierwsze, co ukazało się im oczom to ogromna, bezkształtna stopa… Przesunęli wzrokiem w górę, zauważając całą, wysoką na co najmniej czternaście stóp sylwetkę ohydnego stwora. Wyglądał jak posąg ulepiony z gliny z tą różnicą, że żył. Ogromne kończyny poruszały się ze zbyt gwałtowną siłą, jednym ruchem glinianej pięści zrobił ogromną wyrwę w suficie. Śnieg zaczął padać do środka zamku wirując w powietrzu wraz z pyłem i gruzem. Stwór wydał z siebie przeraźliwy ryk i Harry skrzywił się. W pamięci odżył mu obraz trolla wpuszczonego przez Qurille'a na pierwszym roku. Małe oczka ledwie widoczne z pomiędzy fałd gliny spoczęły na nich. Musiał ich zauważyć, bo ruszył w tym samym kierunku.
— Co… Co to jest?! — zapytał zszokowany, ale nie uzyskał żadnej odpowiedzi. — Draco? — Zerknął w bok, ale Ślizgona tam nie było.
Spojrzał za siebie, od razu dostrzegając oddalającą się w błyskawicznym tempie sylwetkę Malfoya. Biegł tak szybko, że to wręcz cud, że się za nim nie kurzyło. Co… Czy on uciekł? Potrząsnął z niedowierzaniem głową. Przynajmniej tym razem nie wrzeszczał. Naprawdę, jak można być aż tak wielkim tchórzem? Wziął głęboki oddech i wyjmując z kieszeni różdżkę ponownie zwrócił twarz w stronę stwora. W takim razie będzie musiał radzić sobie sam.
Draco nawet przez sekundę nie rozważał ucieczki. Po prostu uciekł. Biegł przed siebie ile sił i ile tchu zdeterminowany, żeby znaleźć się jak najdalej od tego czegoś i, zawsze ściągającego na niego całe zło tego świata, Pottera. A właśnie skoro o nim mowa…O matko. Potter. Stanął, rozglądając się wokół siebie, ale wiedział, że nie ważne jak długo by czekał, Harry się nie zjawi. Czy ten idiota naprawdę tam został? Co za…! Ktoś powinien nauczyć tego obrzydliwie gryfońskiego imbecyla, że czasem lepiej wziąć nogi za pas, a nie bawić się po raz setny w superbohatera. Trzymając różdżkę w pogotowiu i usiłując nie panikować na myśl o tym, co go czeka, wrócił do miejsca, gdzie kretyna zostawił. Oczywiście Potter wciąż tam był.
Co za zaskoczenie.
W jakże inteligentny sposób Gryfon ciskał w potwora zaklęciami, tym samym jeszcze bardziej go rozwścieczając. Stwór w furii chwycił stojącą w pobliżu zbroję i cisnął nią z całej siły. Gdyby Potter w porę nie uskoczył, dostałby prosto w ten swój głupi łeb.
— Ty debilu! — krzyknął, doskakując do chłopaka. — Ty szalony, gryfoński do przesady, debilu! — Potter spojrzał na niego z zaskoczeniem, a Draco w tym samym momencie rzucił zaklęcie tarczy. Lecące w ich kierunku zbroje, obrazy i wszystko, co tylko stwór znalazł w zasięgu ręki, odbijały się od niewidzialnej ściany, jednak Draco nie potrafił ocenić, jak długo bariera ochronna wytrzyma. Zaciskając palce na nadgarstku Harry'ego pociągnął go w najbliższy, prostopadły korytarz. Przylgnęli plecami do chłodnej ściany, stojąc ramię w ramię, a ciężkością oddechów mogąc ze sobą konkurować. Draco nie wiedząc czy był bardziej wściekły, czy przerażony, wyrzucił z siebie:
— Czy kiedyś dotrze do ciebie, że niebezpieczeństwo nie zawsze oznacza ryzykowanie własnym życiem, ale ratowanie siebie?!
— Musimy go powstrzymać — zawyrokował Potter, a Ślizgon musiał przekręcić głowę, by rzucić mu niedowierzające spojrzenie. — Tam często przesiadują pierwszoroczni! Jeśli tam są, nie poradzą sobie!
Jak na podkreślenie jego słów usłyszeli dziki ryk, który Draco niemal poczuł w swoich trzewiach. Zamknął oczy i modląc się o odrobinę szczęścia, wyskoczył za Potterem na korytarz. Jak on go nienawidził… Czemu wraz z zawarciem z nim znajomości, nie dostarczano informacji Ściąga śmiertelne niebezpieczeństwo?
Nim wypowiedział pierwszą inkantację, pospiesznie nacisnął na swoją odznakę prefekta, mając nadzieję, że szybko przyjdzie pomoc. Kolorowe smugi zaklęć błyskały w powietrzu, by po chwili niknąć w nierównej warstwie gliny. Stworzenie ledwo reagowało.
To na nic. Ten cholerny stwór prawie nie czuje!
Bardziej zobaczył niż naprawdę poczuł, jak część zbroi leci w jego kierunku, by po chwili uderzyć go w twarz. Niczym przez mgłę usłyszał chrzęst łamanej kości, a coś ciepłego i gęstego zalało mu usta.
Krew, uświadomił sobie półprzytomnie, nawet nie odczuwając w pełni bólu. Jego nos nieprzyjemnie pulsował, a w głowie nieco wirowało, ale nic ponad to. Nagle wezbrała w nim złość. Żaden pieprzony stwór nie będzie go atakował! Musiał być jakiś sposób, wszystko posiada swój słaby punkt… Spojrzał na Pottera, który jak w amoku wymachiwał ręką i nie zanosiło się na to, aby przestał, a potem przeniósł spojrzenie wyżej, wprost na ogromnego stwora. Kiedyś o tym czytał, niemal widział oczami wyobraźni ruchomą ilustrację z książki o magicznych stworzeniach…
Golem*, przypomniał sobie nazwę stwora, istota utworzona z gliny, pozbawiona duszy. Reagująca jedynie na dotkliwie drażniące bodźce…
— Rictusempra!— zawołał, a na efekt nie trzeba było długo czekać.
Golem wydał z siebie odrażający dźwięk, podobny do zmutowanego chichotu, po czym trzęsąc się, runął na podłogę. Równocześnie w odmętach gruzu uskoczyli do tyłu, cudem unikając zgniecenia. Cóż, może nie do końca go pokonał, ale przynajmniej tymczasowo unieszkodliwił. Potter stojący tuż obok z niedowierzaniem wpatrywał się w wijące się stworzenie.
— Czy ty rzuciłeś zaklęcie łaskoczące? — zapytał zdumiony.
— Widzisz, Potter, czasami spryt jest lepszy od siły — odparł, ale jego głos nie zabrzmiał tak jak powinien, co ściągnęło uwagę chłopaka. Spojrzał na Dracona, a jego oczy rozwarły się w wyrazie niepokoju.
— Twój nos — powiedział i jak na zawołanie w Malfoya uderzyła fala promieniującego bólu. Chciał dotknąć uszkodzonego miejsca, ale gdy tylko spróbował, z ust wyrwał mu się niekontrolowany jęk. Choć nikt o to nie prosił, Potter doskoczył do niego, łapiąc go pod brodę. — Pozwól mi… Episkey!— Ponownie chrupnęło, a jego kość przeskoczyła w odpowiednie miejsce, łącząc się z drugą połową. — Lepiej? — zapytał, wciąż nie zabierając ręki. Draco nieco oszołomiony kiwnął głową.
Dlaczego jeszcze mnie nie puścił?
Zamiast się odsunąć, delikatnie wzmocnił ucisk na jego brodzie, nieco ją unosząc, a kciukiem starł krew. Draco nie poruszył się, zapomniał nawet, jak się oddycha, ogłuszony niespodziewanym dotykiem, bliskością, jak i falą emocji, która w niego uderzyła. Mógł tylko stać i modlić się, by Potter nie usłyszał łomotania jego serca. Zsunął kciuk niżej, ścierając krew z jego górnej wargi, a Draco odruchowo przełknął ślinę, przez co jego usta nieco się rozchyliły. Palec Harry'ego zahaczył o jego przednie zęby i dotknął czubek języka. Draco ledwo zdołał się powstrzymać przed pochwyceniem go zębami, wessaniem do środka, by następnie przeciągnąć językiem od paznokcia aż po miejsce, gdzie palec łączył się z resztą dłoni. Skóra Pottera była gorąca, a może to on sam płonął?
Powinien się odsunąć, uderzyć go, odezwać się, zrobić coś, cokolwiek, ale z całą pewnością nie całować go.
Och, Merlinie… Nie mogę pocałować Pottera, nie mogę, nie…
Nie wiedział jakim cudem, ale w końcu zdołał coś z siebie wykrztusić.
— Powinienem… — głos go zawiódł. — Powinienem iść do skrzydła.
Do Pottera chyba w końcu dotarło, że praktycznie wciska mu palec w usta, bo gwałtownie zabrał rękę i spojrzał mu w oczy, jakby nie do końca wiedział, co się właśnie stało.
— Ee, tak. Powinieneś… Tak…
Właśnie ten moment wybrali sobie prefekci większości domów na zjawienie się w korytarzu. Draco jeszcze nigdy w życiu nie cieszył się na widok Weasleya i Granger, aż do teraz. Szlama od razu zaczęła wypytywać, co się stało, ale od odpowiedzi został wybawiony przez Pansy.
— Nie widzisz, że jest ranny? — syknęła do Granger, momentalnie doskakując do Malfoya. Cóż, to nie była już do końca prawda, ale każda wymówka była dobra, by stąd zwiać. — Och, Draco, bardzo cię boli?
— Trochę — mruknął, będąc wciąż w zbyt wielkim szoku, by konstruować całe zdania.
— Potter, jesteś pieprzonym barbarzyńcą! — krzyknęła w stronę chłopaka, który też chyba ledwo kontaktował.
— Ja nie…
— Harry mu nic nie zrobił! — obronił go Weasley.
— Wystarczy, że ciągle pakuje go w kłopoty! Nie wszyscy są nieśmiertelni, a Draco jest delikatny…
— Nie jestem delikatny — zaprzeczył, krzywiąc się na widok drwiącego uśmiechu na tej obleśnej mordzie Wieprzleja.
— Oczywiście, kochanie — zbyła go. — A teraz chodź, idziemy do skrzydła.
Przez całą drogę narzekała na głupotę Gryfonów, ale Draco ledwo ją słuchał, pogrążony we własnych myślach. To co się stało… cóż, nic się nie stało, ale to już drugi raz, o ile nie trzeci, gdy Potter dotknął go w ten sposób i Draco czuł się nieco… zdezorientowany. Dobra, to delikatne określenie, był kurewsko przerażony, zdumiony i, o zgrozo, podniecony jednocześnie, a co gorsza mało brakowało, by pocałował tego niczego nieświadomego kretyna i… naprawdę nie wiedział czy następnym razem zdoła się powstrzymać.
— Chłopcze, nie mam teraz czasu na takie drobne zadrapania! — wykrzyknęła na ich widok Madame Pomfrey.
— A co ma pani lepszego do roboty? — najeżyła się Pansy, a kobieta posłała jej chłodne spojrzenie.
— Ta dziewczyna — wskazała na Orle Quirke, Krukonkę z piątego roku, płaczącą na łóżku — straciła przed chwilą całą swoją magię.
— Jak to…
— Nie mam czasu! Przyjdźcie później! — Praktycznie wypchnęła ich za drzwi, zatrzaskując je za nimi z hukiem.
Draco nie miał siły nawet o tym myśleć. Najpierw golem szalejący po korytarzu, potem Potter macający go po twarzy, a teraz jeszcze to…
Została ledwie godzina do jego nocnej straży z Pansy, ale jakoś zdołał ją zbyć, zmył krew z twarzy i rzucił się na łóżko. Uniósł dłoń, opuszkami palców muskając swoje wargi. Żywe wspomnienie zatańczyło w jego umyśle; niemal mógł poczuć ciepło cudzego dotyku, wyobrazić sobie, że to nie palce wsuwał w jego usta… Przygryzł wargę, usiłując zwalczyć podniecenie. Nie może leżeć i podniecać się Potterem, ostatnio zdarzało mu się to stanowczo za często. Jasne, miał pieprzone siedemnaście lat, był napalony przez większość czasu, ale dotychczas fantazjował o wielu różnych facetach, a ostatnio niemal non stop tylko o nim. Jeszcze trochę i nabawi się jakiegoś skrzywienia seksualnego - potteroseksualizmu. Parsknął histerycznie, wciskając rozgrzaną twarz w poduszkę.
Nie jest nawet przystojny, powtarzał sobie to wielokrotnie, niestety jego ciało z lubością ignorowało ten fakt.
O co chodziło Potterowi? Była Chang i Weasley, więc na pewno nie zaliczał się do grona homo, ba, nawet szanse na jego biseksualizm były marne, więc… czemu to robił? Czemu go dotykał? Och, a może Draco padł ofiarą jakiejś wstrętnej intrygi? Może całe to pogodzenie się i mizianie przy każdej, sprzyjającej temu okazji, miało na celu doprowadzenie go do takiej frustracji, aż sam rzuci się na niego, a potem Potter będzie mógł opowiedzieć swoim durnym przyjaciołom i wszystkim innym, że Draco Malfoy jest cholernym pedałem?
Odetchnął, przewracając się na plecy. Nie, to nie pasowało do Harry'ego; był zbyt prostolinijny. Jeśli chciałby go skrzywdzić, złamałby mu nos, a nie marnował miesiące na tego typu podchody. No i takie zachowanie zdecydowanie nie leżało w gryfońskiej naturze.
Powinien się z kimś przespać. I to nie z Pansy, tylko z jakimś facetem, może wtedy przestałby tak świrować na punkcie Pottera i jedno muśnięcie twarzy nie sprawiałoby, że stawał się twardy jak skała. Żałosne. Przyszedł mu do głowy Nott. Nie miał zbyt dużego doświadczenia w uwodzeniu, ale pewne sygnały były dość oczywiste… Jego nagłe zainteresowanie, sposób w jaki się na niego patrzył i przyciskał swoje kolano do jego, gdy pracowali nad projektem… Naprawdę mógłby to zrobić? Od lat powstrzymywał się, by nie dotknąć żadnego chłopaka, ale… sytuacja się zmieniła. Ojciec siedział w więzieniu, matka w szpitalu, istniało spore prawdopodobieństwo, że gdyby to odpowiednio rozegrał, nikt by się nie dowiedział… Och, musi, musi coś zrobić, bo inaczej oszaleje albo naprawdę rzuci się na Pottera, a wtedy jedyne, co mu pozostanie, to strzelenie sobie w głowę Avadą.
Usłyszał pukanie do drzwi i dotarło do niego, że musiała minąć już godzina. Pansy weszła do środka, a na żałosny widok, który sobą przedstawiał, uniosła wymownie brwi.
— Pamiętasz, że zaraz zaczyna nam się warta? Dziś przez tego stwora, pewnie będziemy mieć dwa razy więcej roboty…
— Nigdzie nie idę — odparł głosem stłumionym przez poduszkę, którą przycisnął sobie do twarzy.
— Źle się czujesz? — zapytała z autentyczną troską. Och, kurwa, czy źle się czuł? Tak źle, jak tylko mógł sobie wyobrazić. — Przynieść ci jakiś eliksir od Pomfrey?
— Jedynym lekarstwem będzie zabicie mnie — mruknął.
Łóżko skrzypnęło, kiedy na nim usiadła.
— Och, kochanie, na pewno nie jest tak źle — stwierdziła, delikatnie zabierając poduszkę z jego twarzy. Przyjrzała mu się nieco pobłażliwie. Pragnął zostać tu do końca świata i nigdy nie musieć pokazać się komukolwiek na oczy, a już szczególnie Harry'emu.
— Jest gorzej niż źle.
— To ty wpuściłeś tego golema? — zapytała lekko zaniepokojona.
Że co? A po jaką cholerę miałby to zrobić?
— Coś gorszego.
— Coś gorszego? Och, czekaj, daj mi minutę, niech się tylko zastanowię…
Nie może jej powiedzieć. Nie może. Obiecał sobie, że zachowa to do grobu, a Pansy była największą plotkarą w całej szkole; powierzenie jej takiej informacji, równało się z samobójstwem. Ale gdyby kogoś miał nazwać swoim przyjacielem, to właśnie ją. Znali się od dziecka, wiedzieli o sobie większość rzeczy, nie musieli przed sobą grać, w dodatku sprawy związane z seksem Pansy traktowała wyjątkowo lekko. Nawet za lekko. I ich przyszłe małżeństwo… To właśnie dlatego z nią chciał się związać. Właśnie dlatego, by nie musieć kłamać. Tylko naprawdę, kiedyś wolałby umrzeć, niż żeby ktoś się o tym dowiedział, ale teraz tak wiele rzeczy się zmieniło. Miał wrażenie, że błądzi w ciemnościach po omacku i nie ma nikogo, nikogo, kto mógłby wskazać mu drogę. Czuł, że jeszcze chwila i eksploduje.
— Mało brakowało, a pocałowałbym Pottera — wyrzucił z siebie, zaciskając oczy, jakby czekał na cios.
Och, Boże, naprawdę to powiedział? Twarz go paliła i miał wrażenie, że umrze. Naprawdę nie przywykł do zwierzania się komukolwiek.
Pansy przez chwilę milczała, a potem wybuchnęła śmiechem i poklepała go po ramieniu.
— Dobre, a tak serio? — Draco otworzył oczy i rzucił jej ponure spojrzenie. Na widok jego miny zamarła z otwartymi ustami. — Na Merlina… Mówisz poważnie? Łał! Startować do Wybrańca? No, ambitny jesteś!
Zastanowił się czy ogłuchła, czy dobrze bawiła się jego kosztem.
— Pansy… czy ty słyszałaś, co powiedziałem? Prawie pocałowałem faceta. Pottera.
— No wiem.
Uniósł się na łokciach, patrząc na nią wyczekująco.
— I?
— No i co? Bo chyba nie łapię.
Wypuścił z frustracją oddech.
— Nie zamierzasz mi powiedzieć, że jestem chorym odmieńcem i takich jak ja jeszcze nie tak dawno leczono?
Popatrzyła na niego, jakby w życiu nie słyszała czegoś równie głupiego.
— Chyba nie wierzysz w te bzdury wygadywane przez naszych rodziców? — zapytała rozbawiona, a Draco zacisnął zęby. Sam już nie wiedział, w co wierzył. W ciągu roku jego życie skręciło w ulicę Bardzo Popieprzoną. Bał się, że im dalej pójdzie, tym gorzej będzie. — Och, mój drogi, żyjemy w dwudziestym wieku. Jakie znaczenie ma czy sypiasz z kobietą, czy facetem? Życie jest takie krótkie, czasy niebezpieczne… trzeba eksperymentować! — Widząc jego pobladłą twarz, poklepała go po dłoni. — Jeśli to cię pocieszy, spałam z jedną dziewczyną, a może dwiema? Nie jestem pewna… Cóż, w każdym razie, zdarzyło się. No i co? Świat stanął w miejscu? Stało się coś strasznego? Naprawdę, Draco, musisz trochę wyluzować.
— Mój ojciec… — zaczął, ale Pansy prychnęła.
— Twój ojciec to fanatyczny drań, wystarczająco utrudniał ci życie, teraz masz od niego spokój, więc korzystaj z tego. — Nienawidził, gdy mówiła w ten sposób, ale nie miał sił się spierać. — Jak dla mnie możesz pieprzyć się z kim chcesz. Z Potterem, Nottem, McGanagall, a nawet z Wielką Kałamarnicą, naprawdę, to nie ma dla mnie znaczenia, chyba że się zakochasz i nici z naszych planów.
— Nie bądź śmieszna — prychnął, bawiąc się fałdą materiału na poduszce. Na samą myśl o tym, jego podbrzusze przeszył nieprzyjemny skurcz. Uczucia były dla głupców i tych, którzy chcieli stracić wszystko. Już dawno temu zrozumiał, że o wiele bezpieczniej jest nie czuć absolutnie niczego.
Przełknął ślinę, czując się nagle nienaturalnie odsłonięty. Nie przywykł do szczerości, a już na pewno nie aż takiej. W dodatku, nieco martwiło go, że Pansy nie była zszokowana, z drugiej strony, jej w kwestiach seksualnych chyba nic nie mogło zdziwić. Ale czy na pewno? Może… może to było po nim widać lub - och, na Merlina - jego orientacja należała do powszechnych informacji, o których wiedzieli wszyscy? Nie, to nie możliwe. Ślizgoni w tym roku nie darowaliby mu czegoś takiego.
— Ty… nie wyglądasz na specjalnie zaskoczoną.
— No bo nie jestem. Nie żebym wcześniej o tym wiedziała, ale gdybym się nad tym dłużej zastanowiła, to pewnie doszłabym do podobnych wniosków. Nigdy nie interesowały cię żadne dziewczyny, seks ze mną… Nie wyglądałeś na specjalnie usatysfakcjonowanego. Myślałam, że może się znudziłeś, ale zawsze tak było, prawda? No i ta obsesja na punkcie Pottera trwająca od sześciu lat…
— Nie mam żadnej obsesji!
— …właściwie to całkiem jasne. Ale nie musisz się obawiać, nie powiem nikomu — stwierdziła, a Draco miał nadzieję, że ten jeden raz, gdy postanowił komuś zaufać, nie zawiedzie się. Pansy przyglądała mu się dłuższą chwilę i zanim ponownie otworzyła usta, już wiedział, o co zapyta. Wywrócił oczami. — Więc? — Wyszczerzyła zęby. — Powiesz mi w końcu, jak do tego doszło?
Głosem najbardziej beznamiętnym na jaki było go stać opowiedział w skrócie całe dzisiejsze zdarzenie. Gdy skończył, Pansy patrzyła na niego, jakby sądząc, że zataił przed nią jakieś erotyczne smaczki.
— To wszystko?
— Tak, to wszystko, ty niewyżyta nimfomanko — syknął, a ona uśmiechnęła się, niewzruszona obelgą.
— Hmm, więc Potter na ciebie leci…
Draco spiorunował ją spojrzeniem.
— Zawsze zbyt łatwo dawałaś się ponieść fantazji. Nie leci na mnie, to Harry Potter, nadzieja ludu, Wybraniec, ach, zapomniałem jeszcze o jednym, małym szczególe – jest hetero.
— Tego nie możesz być pewien.
— Była Chang i Weasleyówna, to chyba dostateczny dowód?
— To że lubię mleczną czekoladę, oznacza od razu, że nie lubię białej? — zapytała wesoło, a Draco zaczął powoli żałować, że jej powiedział. Znając ją, zaraz podeśle mu całą listę kandydatów, z których pewnie sporą część sama przetestowała. Nie pomylił się. — A zanim się przekonasz czy jest bi, zawsze możesz popróbować z kimś innym. Choćby z Nottem. Jemu na pewno się podobasz. To przynajmniej tłumaczy czemu mi odmówił…
— Pansy, doprawdy, golem uszkodził mi nos, a nie mózg — fuknął, akurat w tej sprawie nie potrzebując żadnej rady. — Umiem rozpoznać, kiedy ktoś się mną interesuje. A to z kim będę się pieprzył, to już nie twoja sprawa.
— To dobrze, bo już się martwiłam, że przez tę obsesję na punkcie Pottera, zmarnujesz taką okazję… A w końcu fiut to fiut, prawda? Nie ma znaczenia czyj.
Popatrzył na nią z niedowierzaniem graniczącym z rozbawieniem.
— Na Merlina, czy mogłabyś być jeszcze większą dziwką?
Roześmiała się, odchylając głowę.
— Chyba nie. A teraz wstawaj, warta na nas czeka.
Trzy dni później, kiedy siedział nad projektem, dotarło do niego, że odebranie zachowania Notta jako zainteresowania, nie było tak szalone, jak chwilami myślał. O tej porze dnia w bibliotece panował względny spokój; jedynym dźwiękiem zagłuszającym ciszę było skrobanie piór i śnieżyca wyjąca za oknami. Po dwóch godzinach pracy nad projektem dotarli do punktu, w którym mózg Dracona powoli przestawał pracować, więc kiedy usłyszał pytanie, w pierwszej chwili pomyślał, że chyba słuch go zawiódł.
— Słyszałeś o mikołajkowym wyjściu do Hogsmeade? — Draco skinął twierdząco głową, ale nie uniósł wzroku. — Może pójdziemy razem?
— Czemu nie? Tylko zapytam Pansy i Blaise'a czy im pasuje.
— Właściwie… — Teodor zawahał się, a Draco poczuł, och boże, jak trącił go stopą, przesuwając nią po łydce nieco wyżej, w bardzo jednoznacznym geście. — Miałem na myśli tylko ciebie i mnie.
Och. Jego podbrzusze zacisnęło się na te słowa, a serce gwałtownie przyśpieszyło. Więc jednak nie widział tylko tego, co chciał, Nott naprawdę zamierzał dobrać mu się do spodni. Powinien mu na to pozwolić? Ostatnio, gdy nad tym myślał, był nieco bardziej zdecydowany, ale teraz… nie wiedział czy to rzeczywiście taki świetny pomysł.
Pieprzyć to, postanowił, przełykając gulę w gardle, Pansy miałaby ubaw, gdyby dowiedziała się, że się waham.
To tylko seks, nic zobowiązującego. Trochę zabawy, no i wcale nie musieli iść od razu na całość… Właściwie wolałby ominąć całe to Hogsmeade i od razu się pieprzyć, ale gdyby jednak zmienił zdanie, to to dawało większe pole manewru. W końcu uniósł wzrok i spojrzał na chłopaka. Nie był szczytem jego erotycznych fantazji, ale go pociągał. Pansy miała rację – fiut to fiut. Nie zamierzał się z nim wiązać, tylko zabawić. Naprawdę nie było niczego, co stałoby temu na przeszkodzie.
Teodor musiał odebrać jego milczenie jako odmowę, bo wyglądając na zażenowanego, wyrzucił z siebie szybko:
— Sorry, jeśli nie chcesz…
— Nie, nie — zaprzeczył, podejmując decyzję. — Chodźmy.
Nott uśmiechnął się, a jego oczy błysnęły w bardzo sugestywny sposób.
— Super — stwierdził, po czym rzucił pióro na biurko i przeciągnął się. — Mam dość na dziś, a ty?
— Ja jeszcze dokończę jeden esej.
— Okej. — Podniósł się, zgarnął swoje rzeczy do torby i popatrzył na niego równie intensywnie jak przed chwilą. Wnętrzności Dracona przewróciły się na ten widok. — Co do Hogsmeade… — urwał, lekko muskając dłonią jego ramię. Draco spiął się w reakcji na ten dotyk, choć miał nadzieję, że nie było tego widać. — To jeszcze się dokładniej zgadamy.
— Jasne.
Nott obdarzył go ostatnim uśmiechem i wyszedł z biblioteki. Gdy tylko zniknął, ciało Malfoya gwałtownie się rozluźniło. Z jękiem udręczenia oparł czoło o stos notatek. Cztery dni. Cztery pieprzone dni zostały do mikołajek, a wtedy… Cóż, wtedy spędzi parę namiętnych chwil z Nottem i może przestanie tak świrować. Stanowczo za długo nie uprawiał seksu. Od ostatniego razu z Pansy minął chyba miesiąc.
— Ciężki esej? — głos Pottera wyrwał go z zamyślenia i prawie podskoczył na jego dźwięk.
Podniósł głowę i spojrzał na Gryfona. Siedział naprzeciwko, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Jak on to robił? Skąd zawsze wiedział, gdzie go szukać? Draco miał wrażenie, że gdyby uciekł na kraniec świata, to Potter pojawiłby się tam pięć minut później.
— Trochę — odparł, a sekundę później obdarzył go cwanym uśmieszkiem. — Wiesz, coś obiło mi się o uszy, jak to lubisz pomagać innym…
— Zapomnij. To Puchoni słyną z uczynności, a nie Gryfoni.
Draco wydął wargi, udając obrażonego.
— Te wszystkie plotki o tym, jaki to jesteś dobry i uwielbiasz ratować ludzi z opresji, są stanowczo przereklamowane — zamarudził, a Potter uśmiechnął się, ale po chwili przygryzł wargę, jakby się nad czymś zastanawiał.
— Robisz coś w mikołajki? — zapytał, a Draco poczuł, jak uchodzi z niego całe powietrze. Fantastycznie. Najpierw Teodor, a teraz Potter… Przez cały zeszły rok umierał z samotności, a teraz nagle miał do dyspozycji całe grono kandydatów. Z tą różnicą, że Nott przynajmniej miał na niego ochotę, a Potter… cholera wie, czego chciał. Jedno było pewne jak w banku - na pewno nie tego czego pragnął Draco. Harry kontynuował, wykręcając sobie nerwowo palce. — Wiesz, Ron z Hermioną pewnie woleliby być sami, więc pomyślałem, że, um, moglibyśmy iść razem, no bo i tak spędzamy ze sobą czas, więc co za różnica czy…
— Jestem już z kimś umówiony — przerwał ten gorączkowy słowotok.
Potter wydał z siebie coś, co zabrzmiało jak zawiedzone Och.
— Z Parkinson?
— Nie, z Nottem — oznajmił, śledząc zmianę emocji zachodzącą na twarzy Harry'ego, kiedy zmarszczył brwi.
— Nie wiedziałem, że się przyjaźnicie.
— Bo nie przyjaźnimy — sprecyzował, naprawdę nie mając ochoty się z tego tłumaczyć. — Robimy razem projekt.
— I to projekt będziecie tam robić? — zapytał nieco gniewnie.
Okeeej… Zarówno ton, jak i cała ta rozmowa zmierzała w zdecydowanie powalonym kierunku. Potter nie miał prawa mieć o nic pretensji, to Draco miał do nich prawo, bo ten idiota był źródłem wszystkich jego problemów. W dodatku zachowywał się w ten dezorientujący sposób, a przecież na pewno był całkowicie hetero. Musiał być. Więc lepiej niech się odpieprzy i przestanie robić to, co robi, zanim Draco… nie wytrzyma i zrobi coś, czego żałowałby do końca życia.
— To nie twoja sprawa, Potter, co będziemy robić — wycedził, pokrywając swoje zdenerwowanie oschłością.
— On mi się nie podoba — burknął Gryfon, a Draco wypalił:
— To nie tobie ma się podobać.
O cholera. Dlaczego nie ugryzł się w język? Teraz Potter patrzył na niego szeroko rozwartymi oczami, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Wyglądał na zaskoczonego, niepewnego i… Draco zastanowił się czy można spalić się ze wstydu. Jego twarz płonęła, jakby lada chwila miała stanąć w ogniu. Praktycznie przyznał się mu do bycia gejem. To po prostu… Kurwa! Kurwa, kurwa i jeszcze raz kurwa!
Harry wciąż nie wstał. Nie wyglądał na zniesmaczonego ani jakby cokolwiek naprawdę zrozumiał, może… może był zbyt tępy, by pojąć tak oczywisty przekaz, a może Draco musiałby go ugryźć w tyłek, by naprawdę pojął to, co trzeba. Tak naprawdę chłopak sprawiał wrażenie wkurzonego.
— Dobra, nie ważne, zapomnij, że chciałem… — umilkł i podniósł się, od razu kierując się do wyjścia.
W głowie Dracona toczyła się walka pomiędzy tym, czego chciał a tym, co powinien. Wiedział, że nie miał powodów do robienia sobie nadziei, ale czy to możliwe, by Potter zachowywał się w ten sposób, jeżeli nie był nim ani trochę zainteresowany? Nie wiedział już, co o tym myśleć. Wolał iść z Harrym, ale pójście z nim nie mogło przynieść niczego satysfakcjonującego poza jeszcze większa dozą dezorientacji, a wyjście z Nottem miało jasno sprecyzowany cel.
— Potter — zatrzymał go. Harry odwrócił się, patrząc na niego bez zrozumienia. Nie, nie może z nim pójść. Nie może sobie tego zrobić. To zakrawało o masochizm, a on miał już wystarczająco wiele ran. — Nie ważne.
Obdarzył go jeszcze jednym, długim spojrzeniem i wyglądając na jeszcze bardziej rozgniewanego, zamknął za sobą drzwi.
Draco - bardzo starając się, żeby emocje nie wzięły nad nim góry - wpatrywał się tępo w stos pergaminów przed sobą.
W co on się najlepszego wpakował?
* golem – istota nie jest wymyślona przez autorkę. W tradycji żydowskiej golem został utworzony z gliny na kształt człowieka, ale nie miał duszy rozumiejącej neszama, a zatem również zdolności mowy.
