Mimo przejmującego zimna, Myra otworzyła swój stragan nawet trochę wcześniej, niż zwykle. Chłop zirytował ją już z samego rana, więc po prostu wyszła z domu, żeby temu leniowi śmierdzącemu łba gołymi rękami nie ukręcić. Czy naprawdę tak trudno zwlec dupę z barłogu i przynieść drewno? Jeszcze będzie się na nią wydzierać. Co on sobie do cholery ciężkiej wyobraża!?

Poprzestawiała gliniane naczynia, tak by na widoku były te najładniejsze, na których miała nadzieję zarobić najwięcej. Ludzie zwykle kupowali najprostsze i najtańsze, ale nie rzadko trafiał się ktoś, kto chciał coś wyglądającego na... jak to się mówi, z odrobinę wyższej półki. Figurki zwierząt, które jej syn szczególnie lubił robić, też się nieźle sprzedawały, choć początkowo Myra uważała, że wystawianie ich w ogóle nie ma sensu.

Usiadła na nieco rozklekotanym, drewnianym stołku, stopy stawiając na owiniętym w owczą skórę kamieniu, nagrzewanym w ogniu przez całą noc. Nie spodziewała się dziś dużego ruchu, lecz pierwszy klient pojawił się niemal natychmiast. Jak na złość, był to rzeźnik Bill, człowiek, którego wyjątkowo nie znosiła.

- Witaj Myro. Potrzebuję trzech, dużych misek, tylko nie takich krzywych, jak ostatnio.

- Nie były krzywe - warknęła, obrzucając mężczyznę gniewnym spojrzeniem.

- Były. I to wszystkie, co do jednej. - Uśmiechnął się, w swoim mniemaniu zalotnie. Odkąd pamiętała, usiłował z nią flirtować. Uważał się za przystojnego i obdarzonego poczuciem humoru. Według Myry był natrętny i obleśny; zaschnięta krew na jego paznokciach sprawiała, że robiło jej się niedobrze. Nie chciała, by dotykał towaru.

- Morris to nie byle partacz. Nie robi krzywych naczyń - oświadczyła. - Jeśli nie przyjmiesz tego w końcu do wiadomości, zacznę rozpowiadać, że sprzedajesz mięso z chorych zwierząt.

- Oj, to nie było miłe.

- Nie miało być.

- A liczyłem na sympatyczną pogawędkę z rana. - Zrobił urażoną minę.

- Źle trafiłeś.

- No tak. Bo ty przecież wolisz z ludźmi z zamku rozmawiać. Dla Gajusza na przykład to taka milutka jesteś, że aż zęby bolą. Tylko ciekawe czy wiesz, kogo pod swoim dachem wychował. Ja na jego miejscu to bym poszedł i bym się na gałęzi powiesił. Ze wstydu. Ten chłopak ponoć z królem...

- Ponoć - prychnęła Myra, dyskretnie usuwając z zasięgu wzroku Billa wyjątkowo ładną miskę.

- Och, Myro, Myro - westchnął teatralnie rzeźnik. - Jak się chodzi do karczmy, to się takie rzeczy wie. Czasem się któryś z rycerzy uchla i trochę poopowiada, co się tam na tych ich wyprawach dzieje.

- No, co się niby dzieje? - rzuciła oschle. Nie była do końca pewna, czy chce znać wersję Billa.

- Ktoś kiedyś wspomniał, że król bez Merlina to nigdzie się nie ruszy.

- Rzeczywiście, nowina. Od lat wszyscy o tym wiedzą.

- Dobra, ale... Yhm... Mówią, że nawet tak bliziutko siebie śpią, a i zdarzyło się, że pod jednym przykryciem. To co byś sobie pomyślała?

- Że musiało być cholernie zimno. Jak dzisiaj. A głodnemu chleb na myśli. - Bill zrobił nieco zdumioną minę.

- Może - burknął. Widząc, że Myra nie jest w nastroju do wysłuchiwania plotek, wybrał trzy miski, zapłacił, nawet się nie targując i zmył się czym prędzej, co kobieta przyjęła z nieskrywaną ulgą.

Zdziwiła się niezmiernie, gdy po niedługim czasie zobaczyła idącego w stronę jej straganu Morrisa. Syn zwykle z samego rana szedł do warsztatu i raczej trudno było go stamtąd wyciągnąć. Miała nadzieję, że nie wydarzyło się nic złego.

- Oj, mamo, a nie za zimno dzisiaj, żeby tu siedzieć? - zagadnął wesoło. Odetchnęła z ulgą, usłyszawszy w jego głosie pogodną nutę.

- Eee tam. Już trzy miski sprzedałam.

- Te duże?

- Tak. Najbardziej schodzą.

- Na jutro będzie kilka nowych. Są już właściwie gotowe. Ojciec w domu?

- Taaa. A co?

- Nie widziałaś może tych dwóch, z którymi się zawsze trzyma? - Morris zaczął pocierać zziębnięte dłonie.

- Ich jest trzech. - Mruknęła Myra.

- Chodzi mi o Juliusza i Grega.

- Nie widziałam. Dlaczego ich szukasz?

- Mam do nich sprawę. No nic. Nie marznij tu za długo. - Odszedł szybko, ewidentnie chcąc uniknąć dalszych pytań.

Myra westchnęła ciężko. Z Morrisa był dobry chłopak, lecz okropnie skryty. Trudno się było połapać co kombinuje. Nie miała pojęcia skąd mu się to bierze. Ona tam zawsze mu o wszystkim mówiła.

Juliusz nie pomylił się sądząc, że zastanie Grega w Gospodzie Pod Krzywą Jabłonią. Było to miejsce, do którego przychodziła na poranny posiłek większość pracujących mężczyzn. Można tu było spotkać przedstawicieli niemal wszystkich zawodów, a co za tym idzie, dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy. Jeśli chciało się być na bieżąco z aktualnymi wydarzeniami, poranna wizyta w gospodzie starego Jeffa stanowiła ku temu najlepszą sposobność.

Juliusz akurat nie potrzebował się niczego dowiadywać. Informacji miał aż nadto. W prawdzie „ten dupek" Leon zakazał strażnikom prowadzenia jakichkolwiek rozmów na temat nocnych zdarzeń, ale Leonem z zasady nikt się nie przejmował. Wszyscy o tym gadali. Ciekawość aż rozsadzała ludzi od środka. Ci, którzy coś tam widzieli, czyli w większości strażnicy z nocnej zmiany, natychmiast znajdywali się w centrum uwagi. Juliusza, który wiedział chyba najwięcej, nikt nie zaczepiał, bo też mało kto miał pojęcie, że przebywał wtedy w zamku. Został oddelegowany do pilnowania królewskich komnat i w rezultacie stał się jednym ze świadków całej akcji.

Greg i Hunter siedzieli w kącie, w milczeniu jedząc nieforemne, pszenne placki i biały ser. Greg wyglądał na zmęczonego, a Hunter na dość mocno wytrąconego z równowagi.

- Co jest? - zapytał Juliusz, przysiadając się do nich. - Myślałem, że tylko ja miałem parszywą noc.

- Baba mnie z rana wkurwiła - oświadczył Hunter. - Dziamie to to i dziamie człowiekowi nad głową, wyspać się nie da.

- Ty przynajmniej spałeś - westchnął Juliusz.

- A ty? - zapytał Greg.

- Sterczałem do późna w zamku, bo nie wiedziałem, czy mogę już iść, czy co? Jak się już w końcu zebrałem do odejścia, tak się zaczęło. - Szczegółowo zrelacjonował wszystko od momentu, gdy usłyszał podejrzany hałas w komnatach Gajusza.

- To się rzeczywiście porobiło - stwierdził Hunter, oblizując wargi.

- A ten… - Greg skrzywił się lekko. - Żyje?

- W nocy jeszcze żył. W ogóle, wiecie co? Król to się już wcale nie hamował. Tak go przy wszystkich ściskał…

- Kurwa! Miałem nadzieję, że zdechł. - Greg westchnął ciężko. - Przynajmniej raz w życiu czarownica by się na coś przydała.

- Nie mogę sobie darować, że myśmy się do tego tak źle zabrali - powiedział Juliusz. - Można było załatwić sprawę raz a dobrze i na czysto, a nie się bawić po pijaku. Całe szczęście, że niema z tego jakichś kłopotów.

- Mówicie o Merlinie? - Wszyscy trzej niemal podskoczyli. Jeszcze przed chwilą nie było w pobliżu nikogo obcego.

- Morris, do stu diabłów! - ryknął Hunter, spoglądając gniewnie na odzianego w długi, brązowy płaszcz, młodego człowieka, który pojawił się przy nich nie wiadomo kiedy i skąd. Gwar w karczmie wyraźnie przycichł. Kilkanaście twarzy zwróciło się ku nim. Hunter wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nic się nie dzieje.

- Kiedyś ty przylazł? — syknął Juliusz.

- Teraz - powiedział Morris, wciskając się na ławę obok ojca.

- Łazisz jak kot. Podkuj sobie buty, bo kiedyś jakąś babę do zawału doprowadzisz. - Fakt, że nie zauważył nadejścia Morrisa, ani trochę się Juliuszowi nie spodobał.

- Najprędzej własną matkę - burknął Hunter. Greg zarechotał i zakrztusił się serem.

- Nie jesteś w robocie? - zdziwił się Juliusz, jednocześnie waląc Grega po plecach.

- Raz na jakiś czas można sobie odpuścić. Dawno tu z wami nie siedziałem. Nawet nie wiem co się ostatnio dzieje. Co żeście tam o tym Merlinie gadali? - Greg przestał się krztusić, wytarł załzawione oczy brudną chustką i wychrypiał:

- Że powinniśmy byli go załatwić, a nie tylko stłuc. - Juliusz posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, lecz Greg tylko machnął ręką. - Daj spokój. To przecież swój. - Morris skinął głową.

- Doszły mnie słuchy, że w nocy zginęło jakieś dziecko..

- Ano zginęło - potwierdził Juliusz. - Dziewczynka. Ślepieńka była jak kret, ale i tak mi jej szkoda.

- Gajuszu, mówże jaśniej - zniecierpliwił się Artur. - Jakiego rodzaju problem?

- Panie... nie wiem jak to ująć, ale... - Gwen z trudem powstrzymywała się, by nie parsknąć śmiechem. W tamtej chwili medyk miał ogromną ochotę ją udusić.

- Prosto z mostu, Gajuszu. Znasz takie powiedzenie?

- No... dobrze. Od jakiegoś czasu zgłaszają się do mnie pacjenci z dość... specyficznymi objawami. Myślałem, że ktoś w okolicy rozprowadza wątpliwej jakości eliksiry wywołujące tego typu skutki. Dziś przyszło kilka osób. Przeraziłem się, jednak potem mnie oświeciło. Istnieje takie, w zasadzie nie groźne, lecz bardzo złośliwe zaklęcie, powodujące... yhm, coś w rodzaju choroby. Anna musiała je wcześniej rzucić. Uważała się za osobę wyjątkowo dowcipną.

- Jakie zaklęcie? Jaka choroba? O czym ty mówisz? - Artur spojrzał na niego z niepokojem.

- Grozi nam epidemia natrętnych myśli i skojarzeń natury... erotycznej, znacznie utrudniających normalne funkcjonowanie.

- Co? - Artur przewrócił oczami. Na jego twarzy pojawił się wyraz będący mieszaniną rozbawienia, niedowierzania i zakłopotania.

- Mam lekarstwo. Na szczęście mogę przygotować więcej, ale działa tylko na tych, u których nie wystąpiły jeszcze objawy.

- A co z tymi u których wystąpiły?

- Cóż… Im się nie da pomóc. Musi przejść samo. Jak katar.

- Gajuszu… - Król spróbował przybrać poważną minę. - Czy ty mi właśnie mówisz, że czarownica wywołała chorobę, przez którą ludzie będą myśleć tylko o jednym?

- Tak to mniej więcej wygląda - potwierdził medyk.

- Wyobrażasz sobie, co tu się będzie działo?

- Wolę sobie tego nie wyobrażać, panie.

- Już chyba lepiej sobie wyobrażać, niż to zobaczyć - stwierdził Artur. Gwen rozkaszlała się podejrzanie.

- Dlatego trzeba wytłumaczyć wszystko ludziom i powiedzieć, by zgłaszali się do mnie po lek. - Po tych słowach w komnacie zapadła cisza. Cisza z rodzaju tych, które zwykle zapadają w sytuacji, gdy ktoś nie do końca rozumie istotę omawianego problemu, a obawia się dopytać, więc nadrabia udawaniem, że daną kwestię rozważa.

- Dobrze - zadecydował w końcu Artur. - Zrób to jak najszybciej.

- Panie. - Gajusz popatrzył na króla błagalnie. - Czy nie mógłbyś?...

- Jesteś medykiem. Znasz się na tym i na pewno wytłumaczysz to o wiele lepiej, niż ja - odparł szybko Artur.

- Mam stanąć na środku rynku i krzyczeć?

- Och, nie, nie. W żadnym wypadku. Udostępnię ci balkon z którego zwykle przemawiam. Nie ma najmniejszego problemu. - Gajusz posłał królowej spojrzenie oznaczające, że w jakiejś niesprecyzowanej przyszłości zamierza ją zabić. Uśmiechnęła się lekko, najwyraźniej niezbyt przerażona tą perspektywą.

- I tak masz zamiar wygłosić oświadczenie w sprawie czarownicy, Arturze - zauważyła. - Więc w sumie można by przy okazji...

- Słusznie. Gdy skończę, powiem ludziom, że w związku z zaistniałą sytuacją, Gajusz ma im coś do przekazania. - Medyk westchnął.

- Przyniosłem lekarstwo. Lepiej zażyć odrazu. Kropla wystarcza na osiem godzin. Dobrze by też było, aby w miarę szybko dostało je przynajmniej kilku rycerzy, bo jeśli...

- W porządku, nie musisz kończyć - powiedział Artur. - Skąd masz pewność, że to nie jest groźne?

- Spotkałem się z tym kiedyś, jeszcze jako uczeń. To się przenosi przez powietrze, na szczęście na stosunkowo niewielkim obszarze. Najpierw trafia tych… - Urwał, starając się znaleźć odpowiednie określenie. - Najbardziej podatnych. Dwa tygodnie od rzucenia zaklęcia następuje apogeum, a potem przechodzi samoistnie. Najbezpieczniej jednak możliwie jak najbardziej ograniczyć liczbę osób u których występują objawy, żeby uniknąć… zamieszania.

- Trzeba wyznaczyć ludzi do rozdawania lekarstwa - wtrąciła Gwen. - Szturm na komnaty Gajusza raczej nie jest wskazany.

- Masz rację - zgodził się Artur, wstając. - Najpóźniej za godzinę chcę przemówić, lecz najpierw poinformuję rycerzy. Odpowiadają za bezpieczeństwo Camelotu. Muszą pozostać przy zdrowych zmysłach.

Gajusz umiał całkiem dobrze kłamać. Nie była to umiejętność z której był szczególnie dumny, ale nie mógł zaprzeczyć, że zaliczała się do tych zdecydowanie przydatnych, zwłaszcza od kiedy dostał pod opiekę syna Hunith. Przez lata nabrał wprawy

w stąpaniu po cienkim lodzie, w balansowaniu na granicy niedorzeczności, jednak to co dziś zrobili z Gwen po prostu nie mieściło mu się w głowie. Miał tylko nadzieję, że nic nie wymknie się spod kontroli i przede wszystkim, że akcja odniesie zamierzony skutek.

Wrócił do swych komnat, gdzie miał czekać na sygnał od królowej. Zakładał, że jeśli pierwsze, nasączone eliksirem polano wrzuci w ogień tuż przed przemówieniem króla, ludzie zdążą go wysłuchać, zanim ich myśli zacznie zaprzątać coś innego. Chcąc się czymś zająć, porozlewał kolejne porcje antidotum do niewielkich fiolek, po czym zajrzał do Merlina.

Merlin już nie spał. Wprawdzie nie wyglądał jakby udało mu się choć trochę odpocząć, lecz kategorycznie odmówił zażycia kolejnej dawki wywaru nasennego.

- To… było jak sen - powiedział, patrząc Gajuszowi prosto w oczy. - Jak najgorszy koszmar. Kiedy się przebudziłem, myślałem, że to mi się naprawdę śniło, ale…

- Już po wszystkim - rzekł łagodnie medyk. - Kto wie co by się stało, gdyby nie ty.

- Gdyby nie Agnes - poprawił go Merlin. Podciągnął się nieco na poduszkach, starając się nie okazywać, że sprawia mu to ból. Bardzo chętnie by wstał i zabrał się do jakiejś pracy, najlepiej ciężkiej, byle tylko nie mieć czasu na analizowanie wszystkiego na nowo.

- Przed śmiercią powiedziała, że pomogłeś.

- Ale jeśli ona by mi nie pomogła, prawdopodobnie dzisiaj już by nas tu nie było. Zupełnie nie rozumiem dlaczego Agnes… - Głos mu się załamał. - Dlaczego tak bardzo uparła się, że to ona się poświęci. Próbowałem ją powstrzymać. To mogłem być ja. To powinienem być ja! - Gajusz potarł zmęczone oczy.

- Wiem, że dziś w nocy byłeś gotów oddać życie. Zawsze jesteś. Ale ty masz żyć dla Artura. To jest ci przeznaczone.

- I pozwalać, żeby inni ginęli? Żeby ginęły dzieci!? Dość już krwi mam na rękach! Jeszcze trochę, a dorównam Morganie! Gdyby Artur wiedział…

- Ćśś - Medyk położył mu dłoń na głowie, naśladując gest swojej matki, której słowa zwykle były niczym zatrute ostrze, ale dotyk potrafił uspokoić każdego. W pewnym stopniu odziedziczył po niej ów dar, o czym wiedział tylko jego dawno już nieżyjący nauczyciel. - Co ty wygadujesz? - Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Gajusz poczuł jedyne w swoim rodzaju, obezwładniające ciepło, napływające powoli do jego palców i uwalniające się łagodną falą. To zawsze przychodziło samo. Nie można się było do tego w żaden sposób zmusić.

Prawie się uśmiechnął, kiedy Merlin zaczął spokojniej oddychać. Ten rodzaj magii - najbardziej pierwotny, a za razem chyba najtrudniejszy do zbadania - niezmiennie go fascynował. Występował w różnych postaciach, ale nie miał w sobie nic spektakularnego. Nie wymagał żadnych formuł, ani szczególnych zdolności. Człowiek po prostu rodził się z tym, albo nie. Była to magia wywierająca bardzo wyraźny wpływ na otoczenie, jednak często w ogóle z magią nie utożsamiana. Nawet Merlin nie zauważył teraz niczego podejrzanego, choć w nim samym drzemało coś o wiele potężniejszego, niż wszystkie zaklęcia, które do tej pory rzucał. To „coś", czego nie potrafił nazwać Artur.

Z korytarza dobiegł głośny, męski śmiech. Zaraz potem rozległ się kobiecy pisk, przechodzący w szaleńczy chichot. Merlin zrobił zdumioną minę.

- No tak - szepnął. - To była tylko mała, niewidoma dziewczynka. Prawie nikt nie wie, że tu

w ogóle mieszkała.

- Dowiedzą się - odrzekł Gajusz. - Król ma za chwilę przemówić i wyjaśnić co się stało. Lepiej uniknąć plotek.

W tym momencie ktoś z dość sporym impetem wszedł do komnat medyka.

- Gajuszu! - rozległ się głos królowej. Po chwili stała już na schodkach prowadzących do pokoju Merlina. - Wszyscy bezpieczni. - Oznaczało to, że zgodnie z planem, osoby odpowiadające za bezpieczeństwo zażyły antidotum.

- Dobrze.

- Bezpieczni? - Merlin spojrzał na nich, zdezorientowany. - Coś komuś groziło?

Gwen weszła do pokoju i postawiła na stoliku talerz ze świeżo upieczonymi miodowymi ciastkami..

- Właściwie nic poważnego. Po prostu mamy drobny kłopot - rzuciła tonem mającym w zamierzeniu sugerować niewielką rangę owego kłopotu.

- Naprawdę drobny - dodał szybko Gajusz, zerkając na nią porozumiewawczo i biorąc sobie ciastko. - Tylko trochę… kłopotliwy.

- Jak to kłopoty miewają w zwyczaju - mruknęła Gwen.

- Drobny, ale kłopotliwy kłopot? - Merlin lekko uniósł brwi. - To jakby trochę… bez sensu.

- Dlaczego bez sensu? Niekłopotliwy kłopot nie byłby kłopotem. Trudno z tym raczej dyskutować, prawda Gajuszu?

- Masz absolutną rację, pani.

- O co chodzi? - Merlin, zupełnie nieświadomie zaczął nawijać na palce wyłażącą z jednego z koców nitkę. Gajusz i Gwen spojrzeli po sobie bezradnie. „Nie każ mi tego powtarzać", mówiło spojrzenie Gajusza.

- O to Merlinie, że czarownica wycięła nam świński numer. Wyjątkowo świński. Aż wstyd mówić. - Zza drzwi szczerzył się do nich Gwaine. Na pierwszy rzut oka zachowywał się zupełnie po swojemu, jednak widać było, że jest przygnębiony. - Ale w sumie mogę się poświęcić i ci to wyjaśnić, skoro Gajusz nie czuje się na siłach. - Oczy Merlina zrobiły się okrągłe. Otworzył usta, chciał coś powiedzieć, lecz ostatecznie się rozmyślił.

- Zostaw tę nitkę, bo cały koc sprujesz - upomniała go łagodnie Gwen.

Gdy król mówił o czarownicy, która w nocy podjęła próbę przejęcia władzy w Camelocie, ludzie słuchali z umiarkowanym zainteresowaniem. Najbardziej oczekiwaną informacją była data egzekucji oraz sposób w jaki wyrok ma zostać wykonany. W końcu zanosiło się na uczciwą rozrywkę, dlatego kiedy okazało się, że egzekucji nie będzie, z kilkuset piersi wyrwał się mimowolny jęk zawodu. Historia bohaterskiej, niewidomej dziewczynki z pralni wywołała poruszenie zwłaszcza, iż widziano, że król mówi o tym z autentycznym bólem. Część o magicznych zdolnościach Agnes, zgodnie z polityką Camelotu, albo, jak utrzymywał Artur, ze względu na Bertę, została pominięta.

Reakcje na komunikat Gajusza były różne, od histerycznego śmiechu, poprzez zażenowanie, po lekką panikę. Niektórzy zaczęli zauważać u siebie objawy i prezentując na swych obliczach różne odcienie czerwieni, uciekali do domów. Inni, dyskutując z ożywieniem, ustawiali się w kolejce do punktów w których można było dostać lekarstwo. Od czasu do czasu ktoś się odłączał, lub odciągano kogoś siłą. Zgodnie dochodzono do wniosku, że rzeczywiście coś musiało być na rzeczy już od paru dni i chwała Gajuszowi, że to w końcu wykrył.

Wybuchło niewielkie zamieszanie, kiedy szwaczka Weenie, zabraną przypadkowo napotkanej starszej kobiecie laską, zaczęła okładać rzeźnika Billa, który z wypiekami na policzkach ogłosił całemu światu, że Weenie sypia ze swoją przyjaciółką Emmą.

- Zbereźnicy! Świntuchy! - wrzeszczała szwaczka. - Tylko jedno wam w głowie! Ja ci zaraz pokażę!

- Bardzo dobrze, dziecko kochane! - Właścicielka laski zacierała ręce. - Jeszcze mu przy okazji przylej ode mnie, za tę śmierdzącą karkówkę, co mi ją wczoraj sprzedał!

- A masz i za karkówkę, oszuście jeden! - Weenie zamachnęła się z całej siły.

- Jesteś cudowna, Edwino! - zawołał Bill. - Jesteś cudowna! Nie przestawaj! - Purpurowa na twarzy Weenie odrzuciła laskę i puściła się biegiem w stronę zamku. Rzeźnik ruszył za nią. - Edwino! Bogini moja! - ryknął. Wpadł na idącego w przeciwną stronę sir Percivala, odbił się od niego i upadł w błoto, co pozwoliło Weenie zniknąć mu z pola widzenia.

- Coś ci ta twoja bogini uciekła - zauważył ze śmiechem Percival.

- Billowi to już rano odbijało - powiedziała Myra do stojących wraz z nią w kolejce po lekarstwo. - Nie godzi się powtarzać, co opowiadał.

- Co opowiadał? - zapytało jednocześnie kilka osób.

- O naszym królu i o tym jego słudze. - Myra zniżyła głos do szeptu.

- Akurat nie on jeden - zauważyła Siobhan, żona Juliusza. - Wstyd się przyznać, ale ja w to uwierzyłam i sama powtarzałam. Inni też, z tym moim durnym chłopem na czele. Ktoś biedaka potem pobił, przez to gadanie.

- Dziwicie się? - odezwała się Kate, służąca sir Leona. - Czarownica potrafi w głowie namącić i do nieszczęścia doprowadzić. Miał rację król Uther. Magię trzeba tępić bezlitośnie, bo potem takie rzeczy wychodzą.

- Święte słowa - zgodziła się Siobhan. - Dobrze, że to się niedługo skończy.

- Tak po prawdzie, ja to się królowi nie dziwię - oznajmił Juliusz, rozwalając się na ławie. Ten dzień nie był taki parszywy, jak mu się z początku wydawało. Porządnie zjadł, trochę wypił, siedział z kumplami w ciepłej gospodzie i ogólnie było mu nienajgorzej. Tylko kobiety brakowało. Od biedy, mogłaby nawet być jego żona. Morris - szczęściarz jeden - chyba do jakiejś baby poszedł. Nagle stwierdził, że przypomniał sobie o garnkach, które miał dla kogoś zrobić, a nie zrobił, czy jakoś tak. Nie ważne. Po prostu pieprzył od rzeczy, zamiast się przyznać.

- Ale, że co? - zapytał Greg.

- No… Z tego Merlina to całkiem ładny chłopak jest. - Greg uniósł brwi. Hunter wybuchnął głośnym śmiechem.

- Ty wiesz, że ty masz właściwie rację!? Nie jest brzydki. Może te uszy nie za bardzo i trochę za chudy, ale tak to elegancko. Król też niczego sobie. Patrzyłem nieraz jak ćwiczą. Jak on się porusza, jak się tym mieczem zamachnie, przewróci na ziemię, wytarmosi… Ojj, jeśli on taki w łożu, to tylko zazdrość bierze.

- A patrz na naszą Rosie. - Juliusz wlepił rozmarzony wzrok w pulchną barmankę, której uroda należała akurat do tych kwestii, o których dobrze wychowani ludzie nie dyskutują. W każdym razie nie głośno. - Specjalnie na siebie wkłada wszystko, co ma w szafie, żeby się człowiek zastanawiał, co tam pod spodem jest. Taka z niej lubieżna istota. - Greg nieco nerwowo podrapał się po głowie.

- Jaja sobie robicie, nie?

- Z czego? - szczerze zdziwił się Juliusz. Greg gwałtownie wciągnął powietrze. Przyjrzał się badawczo Juliuszowi i z niemałym zdumieniem odkrył, że… skubaniec ma ładne dłonie. Cholernie ładne. I pewnie bardzo zwinne.

Gajusz się nie pomylił. Nie było tragedii. Kilkadziesiąt osób prawdopodobnie w najbliższym czasie spali się ze wstydu, lecz szczerze mówiąc, Artur obawiał się czegoś zdecydowanie gorszego. Miał tylko nadzieję, że Anna nie zostawiła im już żadnej innej niespodzianki. Starał się nie dawać tego po sobie poznać, ale był psychicznie wykończony. Postanowił odpuścić sobie większość zaplanowanych na dziś zajęć. Zastanawiał się, czy nie pojechać na polowanie, gdy sytuacja trochę się uspokoi, jednak doszedł do wniosku, że bez marudzącego i pakującego się ciągle w kłopoty przyjaciela, to właściwie żadna rozrywka.

Skończyło się na tym, że po prostu siedział i wyglądał przez okno sali tronowej. Zasnąłby, gdyby nie strażnik, który wszedł i oświadczył, że jakiś człowiek chce się koniecznie z nim zobaczyć.

- Kto to jest? - zapytał zmęczonym głosem Artur.

- Nie wiem, panie, ale nie odpuszcza.

- Powiedział czego chce?

- Nie. Twierdzi, że to sprawa o której może mówić tylko z tobą. - Artur westchnął ciężko. Miał ogromną ochotę powiedzieć, że nikogo nie przyjmuje.

- Dobrze, wpuść go - mruknął niechętnie.

Młody mężczyzna, który opadł przed nim na kolana, był ostatnią osobą, jaką spodziewał się ujrzeć. Nie widzieli się od wielu lat i ten stan rzeczy im obu niezmiernie odpowiadał, dlatego Artur poczuł ukłucie niepokoju. Sprawa istotnie musiała być poważna, skoro sprowokowała tego człowieka do przyjścia na zamek.

Ich spojrzenia się spotkały, a ciężka cisza napierała ze wszystkich stron. Artur nie zamierzał pozwolić, by przybysz, albo stojący przy drzwiach strażnik zauważył jego zakłopotanie, więc natychmiast skrył się pod jedną z wyćwiczonych masek. Iście królewska, chłodna powaga - to było to, czego aktualnie potrzebował.

- Poznajesz mnie, panie? - zapytał niepewnie mężczyzna.

- Tak, Morris. Wstań - odpowiedział krótko Artur. Obawiał się, by nie zdradził go głos. Skinieniem ręki odprawił strażnika. - Mów z czym przychodzisz. - Morris podniósł się z kolan i stanął sztywno, wbijając wzrok w podłogę.

- Szukasz panie ludzi, którzy pobili twego obecnego sługę - odezwał się cicho. - Wiem kto to zrobił. - Zajęło dobrą chwilę, nim sens słów Morrisa dotarł do króla.

- Widziałeś coś? - zapytał ze zdumieniem.

- Nie, ale mogę ich wskazać z imienia, bo wiem na pewno, że to oni. Chcę, aby ponieśli karę za to, co zrobili Merlinowi.

- Więc kto to? - Morris odetchnął głęboko. Artur dopiero teraz zauważył, że jego rozmówca cały dygoce. Widocznie naprawdę sporo go to kosztowało. - Spokojnie - powiedział łagodniejszym tonem i wskazał mu krzesło, jednak Morris nie ruszył się z miejsca.

- To dwaj strażnicy, Juliusz i Greg - wyrzucił z siebie jednym tchem.

- Wiesz dlaczego to zrobili? - pytał dalej król. Morris pokręcił głową. Nie chciał się wdawać w szczegóły. Gdyby mógł mieć pewność, że nie zostanie zignorowany, nie stawiałby się osobiście, lecz przekazał anonimowy list.

- Masz absolutną pewność?

- Tak, panie. - Artur zmierzył go badawczym spojrzeniem. Nie znał nikogo, kto kłamałby tak nieudolnie, jak Merlin, lecz i Morris nie był w tym najlepszy. W jego wyrazie twarzy, w całej postawie nie było nic, co sugerowałoby, że nie mówi prawdy.

- Skąd masz tę informację?

- Wspominali o tym w mojej obecności. Nie krępowali się zbytnio. Jestem synem strażnika Huntera.

- Dziękuję ci, Morris. Nie ominie cię nagroda. - Artur wstał. Zamierzał zająć się sprawą natychmiast. Mieli świadka. Koniec z zabawą w podchody. Trzeba ich aresztować.

- Nie zrobiłem tego dla nagrody, mój panie. Merlin kiedyś ujął się za mną, narażając własne życie. Byłem mu to winien.

- Wiem - odrzekł Artur. Wspomnienie dnia, w którym po raz pierwszy został nazwany osłem, na dodatek publicznie, wracało do niego bardzo często. Dla niego ten dzień zmienił wszystko. Dla Morrisa pewnie był po prostu okropny. - Sądzisz, że mogą się zorientować, kto ich wydał?

- Czy ja wiem? Rozmawiali w gospodzie. Nie byli zbyt ostrożni. Każdy z lepszym słuchem mógł usłyszeć.

- Lepiej przez jakiś czas nie rozstawaj się z bronią. Jeżeli nie posiadasz odpowiedniej, coś się dla ciebie znajdzie.

- Mam sztylet, panie.

- Dobrze. Jeśli będziesz miał choćby cień podejrzenia, że coś ci grozi, zwracaj się bezpośrednio do mnie. I generalnie, gdybyś kiedykolwiek czegoś potrzebował…

- Dziękuję, panie. - Morris skłonił się nisko i wycofał do drzwi. Artur uszczypnął się dyskretnie. Zabolało, co pozwoliło mu w pełni uwierzyć, że rzeczywiście właśnie odbył rozmowę ze swym dawnym sługą.

Gwaine, Elyan i Leon znaleźli Juliusza i Grega w Gospodzie Pod Krzywą Jabłonią. Mieli nadzieję, że uda im się ich aresztować bez zbędnego zamieszania, ale jak stwierdził nieco później Gwaine: „Nadzieja matką głupich". Większość przebywających w gospodzie nie zdążyła zażyć lekarstwa, w skutek czego wybuchła zażarta kłótnia o to, z kim Morgana robiła to i owo, zanim okazała się być podłą zdrajczynią. Juliusz i Greg, dostrzegłszy zmierzających w ich stronę rycerzy, zgodnie doszli do wniosku, że najwyraźniej ktoś coś na nich ma i lepiej się ewakuować. Kłótnia przerodziła się w regularną bijatykę, co zadziałało na ich korzyść. Uciekli tylnymi drzwiami, które wprawdzie były zamknięte, jednak można je było bez trudności rozwalić kopniakiem. Obiegli gospodę, wpadli do przylegającej do niej stajni, zabrali konie, pozostawione przez kogoś staremu Jeffowi na przechowanie i dosiedli ich na oklep. Na tym skończyła się ich zdolność trzeźwego myślenia. Wypity alkohol oraz „choroba" zrobiły swoje. Puścili się galopem w zupełnie przypadkowym kierunku. Rycerze ruszyli w pościg. Rudy pies na wysokich łapach wyskoczył z komórki na drewno i popędził za nimi z głośnym ujadaniem. Na wpół zmarznięte błoto pryskało spod kopyt, konie się denerwowały, bo w tym momencie miały chęć na coś zupełnie innego, niż szaleńczy bieg przez miasto z kupą żelastwa na grzbiecie, a Gwaine klął na czym świat stoi, nie zwracając uwagi na coraz bardziej zdegustowanego Leona. Pies zrównał się z nimi i biegł obok konia Elyana.

Uciekinierzy wjechali na rynek. Ludzie w panice uskakiwali im z drogi. Ledwie przytomna ze strachu Drea niemal wpadła pod kopyta gniadego konia, na którym siedział Juliusz. Morris złapał ją dosłownie w ostatniej chwili. Pies postanowił wdrożyć własny plan. Wtargnął na stragan z drobiem i zrzucił klatkę z kurami, która otworzyła się w wyniku upadku. Trzy brązowe kury, wykazując się niezwykłym - jak na kury - refleksem, dosłownie wystrzeliły w powietrze z głośnym wrzaskiem, udowadniając światu, że potrafią jeszcze zrobić użytek ze skrzydeł. Jedna z nich przeleciała tuż przed koniem Juliusza. Koń spłoszył się i stanął dęba, zrzucając jeźdźca. Greg obejrzał się za siebie. Zobaczywszy co się stało, uderzył swego wierzchowca piętami. Skręcił w spokojniejszą uliczkę, zatrzymał konia, zeskoczył z jego grzbietu i zanurkował wśród zabudowań. Jeżeli udałoby mu się uciec z miasta, byłby uratowany.

Merlin odnosił wrażenie, że ostatnio wszystko wymyka mu się z rąk. Cokolwiek robił, kończyło się nie tak, jak powinno. Miał chronić Artura, wspierać go, a tym czasem to jego z trudem uratowano. Nie był pewien, czy potrzebnie. Nie poradził sobie w konfrontacji z czarownicą, na dobrą sprawę nie posiadającą nawet własnego ciała. Dał się głupio podejść, bo Anna tworząc iluzję, z chirurgiczną precyzją trafiła w jego najsłabszy punkt. Artur miał rację, był bezużytecznym sługą, na dodatek mającym o sobie zbyt wysokie mniemanie. Analizując wszystko jeszcze raz stwierdził, że najzwyczajniej w świecie zabrakło mu odwagi, by w kluczowym momencie przyznać się do magicznych zdolności i powstrzymać Agnes. Owszem, miał taki zamiar, ale zbyt długo czekał, licząc niewiadomo na co. Zupełnie jakby mu rozum odebrało!

- Jak tam? - Głos Artura dość brutalnie przebił się przez mur, za którym Merlin ukrył się wraz ze swymi ponurymi myślami. Sądził, że jest sam; Gajusz poszedł skontrolować sytuację w mieście, w związku z tą dość mocno podejrzaną chorobą.

- W porządku - rzucił bez namysłu.

- Właśnie widzę. - Artur przysunął sobie krzesło i usiadł, kładąc splecione dłonie na kolanach. - Wiemy już, kto na ciebie napadł - oznajmił. - Dwaj strażnicy, Juliusz i Greg. Wygląda na to, że na zlecenie Edgara.

- Edgara? - Merlin spojrzał na niego ze zdumieniem. Ta teoria go zaintrygowała.

- Gajusz mówi, że Anna mieszała mu w głowie, a ona z jakichś przyczyn brała cię za chłopaka, który na nią doniósł. Swoją drogą, trzeba mieć twoje szczęście.

- Co z nimi? - spytał bezbarwnym tonem Merlin.

- Jeden z nich skręcił kark, spadając z konia podczas ucieczki. Drugiemu udało się niestety zbiec, lecz jeśli pojawi się w pobliżu, natychmiast zostanie pojmany i nie uniknie surowej kary. - Merlin westchnął. Przynajmniej nie będzie musiał ich oglądać. Kwestia plotki poniekąd właśnie rozwiązywała się sama. Gwen, która odwiedziła go wcześniej, zapewniała z ogromnym przekonaniem, że po dzisiejszym dniu problem przestanie istnieć.

Artur odwrócił się do okna, z za którego dobiegały jakieś krzyki. Wyglądał przez dłuższą chwilę, nieświadomie bawiąc się królewskim sygnetem.

- Szkoda, że nie możesz zobaczyć, co się tam wyprawia - powiedział w końcu, a kąciki jego ust drgnęły lekko. - Chłop z chłopem, baba z babą…

- Bawi cię to? - zapytał z niedowierzaniem Merlin.

- Gajusz twierdzi, że nad wszystkim panuje i to niedługo minie. Ufam mu, a skoro nie ma powodów do niepokoju… Och, po prostu, obiektywnie rzecz biorąc, to jest zabawne. Pamiętasz sprawę z goblinem? Teraz też się z tego śmiejemy.

- Naprawdę? - Artur odetchnął z ulgą (rzecz jasna tylko w duchu), gdy w wyrazie twarzy Merlina dostrzegł cień charakterystycznej dla niego przekory. - Myślałem, że wolisz, by ci nie przypominać o oślich uszach.

- Jeszcze jedno słowo na ten temat, a pożałujesz.

- Co? Sprzątanie stajni?

- Tak. Od zaraz.

- W sumie… bardzo chętnie - odrzekł Merlin, zanim zdążył ugryźć się w język. Król, jak na złość, zinterpretował to właściwie.

- Jesteś dzielniejszy, niż przypuszczałem - powiedział cicho. Rozumiał go doskonale. Po koszmarze ubiegłej nocy, wymuszona bezczynność niewątpliwie była trudna do zniesienia. Znów nie umiał nic dla niego zrobić. Z powodzeniem zajmował się rozwiązywaniem problemów królestwa, ale jego własny sługa często sprawiał, że czuł się bezradny. - Nie pierwszy raz stanąłeś u mego boku, choć sytuacja wydawała się beznadziejna. Nie pierwszy raz byłeś gotów oddać za mnie życie.

- Następnym razem postaram się nie zawieść - Merlin z trudem powstrzymywał napływające mu do oczu łzy.

- Nie ze mną te numery, Merlinie. - Artur uśmiechnął się lekko. - Ty się ewakuujesz do zaświatów, wyjdziesz na bohatera, a ja do końca życia będę musiał znosić towarzystwo George'a.

- No tak, bo przecież nikt inny z tobą nie wytrzyma.

- Tyle, że ciebie w zaświatach ewidentnie nie chcą. Nieładnie wpraszać się na siłę. - Merlin wziął głęboki oddech, usiłując się opanować. Artur przyglądał mu się zbyt uważnie, by tego nie dostrzec. - Będzie dobrze - szepnął. - Musi być, żeby ofiara Agnes nie poszła na marne. Niczego nie cofniemy. Trzeba iść dalej.

Drzwi do komnat medyka otworzyły się z wielkim hukiem i zamknęły z jeszcze większym. Coś z brzękiem upadło na podłogę. Merlin drgnął. Artur wstał, z zamiarem głośnego wyrażenia swej opinii na temat takiego zachowania w obecności króla.

- Gajuszu!? - zawołał, widząc, że to medyk, z obłędem w oczach zaryglowuje drzwi. - Co się dzieje?

- Geoffrey mnie ściga! - objaśnił krótko Gajusz, zabierając się do przesuwania sporej skrzyni.

- Geoffrey z Monmouth? Dlaczego?

- Nie… chcę… wiedzieć - wydyszał Gajusz. Merlin parsknął w poduszkę. Artur zerknął na niego.

- Bawi cię to? - zapytał z udawaną irytacją.

- Obiektywnie rzecz biorąc, to jest zabawne - mruknął Merlin. Skrzynia w końcu stanęła pod drzwiami.

- Chyba niestety muszę się z tobą zgodzić - odrzekł cicho Artur.

Gajusz ciężko usiadł na ławie.

- Przecież ta choroba wpływa ponoć tylko na myśli - zauważył Merlin.

- Od myśli do czynów droga krótka - odparł Gajusz, ukrywając twarz w dłoniach. Artur przeszedł przez komnatę i przyjrzał się barykadzie, złożonej z dwóch skrzyń, krzesła i kosza z drewnem. Ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywał napad śmiechu.

- No to sobie teraz tutaj posiedzimy - stwierdził. Medyk westchnął.

- Wybacz, panie. Zaraz cię wypuszczę, tylko…

- Narazie nigdzie się nie wybieram. - Artur dostrzegł leżący na stole medalion, a właściwie to, co z niego zostało. Był poczerniały, niemal całkowicie spalony. Dotknął go lekko opuszkami palców i wzdrygnął się mimo woli. Ten okropny przedmiot wciąż budził w nim odrazę.

- Nie mogłem go oderwać od skóry. Prawie się w nią wtopił - powiedział Gajusz. - To była potężna magia, której nie wytrzymał.

- Jest zniszczony?

- Tak. Stracił swą moc. - Artur skinął głową.

Wrócił do pokoju Merlina i usiadł na poprzednim miejscu. Sięgnął do stolika, by przenieść sobie na kolana talerz z ciastkami. Miał nadzieję, że uda mu się zirytować tym przyjaciela. A jeśli nie tym, to czymś innym, sposób się w końcu znajdzie. Byle tylko nie myślał, że jest sam.

Pogrzeb Agnes odbył się nazajutrz. Pochowano ją za Wzgórzem Heroldów; w miejscu gdzie spoczywała większość mieszkańców Camelotu, zwanym powszechnie Cichą Doliną. Uroczystość była bardzo skromna, tak jak życzyła sobie Berta, choć uczestniczyła w niej królewska para. Artur kazał sprowadzić piękny biały kamień, na którym prócz imienia wyryto słowa: „Odeszła w chwale bohaterstwa".

Merlin również wziął udział w pogrzebie. Rano, mimo potwornego osłabienia i wciąż towarzyszącego bólu, wstał o własnych siłach, przygotowany do stoczenia ciężkiej batalii, jednak Gajusz nie protestował.

Dzień był bezchmurny i zimny. Wokół panowała nieznośna cisza, a oni, otuleni w płaszcze i szale, przez długi czas stali przy grobie, jakby mieli coś jeszcze do zrobienia. Merlin wpatrywał się w kamień, starając się odepchnąć myśli i emocje. Przypomniał sobie pieśń, którą śpiewano w jego rodzinnych stronach, gdy żegnano młodą osobę. Rozbrzmiała w jego głowie bardzo wyraźnie. Zbyt wyraźnie.

- I ruszysz Mleczną drogą, do gwiazd, gdzie pójść z tobą nie może już nikt z nas. - Wsparł się mocniej na ramieniu Gajusza. Poczuł na sobie zaskoczone spojrzenia i dotarło do niego, że zaczął śpiewać na głos. Zawahał się przez chwilę, lecz to było nie do powstrzymania. Ból i smutek wypłynęły, przeradzając się w pieśń, by wybrzmieć pod czystym niebem, wśród setek nagrobków, by dać się usłyszeć i ukoić. - Tam każdy odejść musi, gdy przyjdzie jego czas. Dziś tobie dane ujrzeć ten blask. Idź śmiało, niech niosą cię nogi. To twa nowa droga, twój cel, choć czas nie zdążył jeszcze przyodziać cię w biel. Tam będzie czekać na ciebie ogród i stara studnia, dni piękne, zawsze słoneczne. Czystej wody skosztujesz u źródła. - Niespodziewanie, mocny głos Berty złączył się z jego głosem. Czyżby staruszka również pochodziła z Essetir? Na to wyglądało. - Tam wilga słodko zaśpiewa, żurawi pieśń radość przyniesie, zatopisz się w barwach i dźwiękach, wspanialszych, niż na tym świecie. - Trzeci głos. Tym razem Gwen, potem Gajusz, a nawet dwaj, stojący w pewnej odległości strażnicy. Widocznie pieśń była bardziej znana, niż przypuszczał. Jedynie Artur ewidentnie słyszał ją po raz pierwszy, co z jakichś bliżej nieokreślonych przyczyn wydało się Merlinowi przykre. - Przewrócisz swą stronę w księdze, ktoś napisze dalszy ciąg. Nim nowy dzień nastanie, ty będziesz daleko stąd. I ruszysz Mleczną drogą, do gwiazd… - Wraz z ostatnimi słowami, spłynął na niego spokój. Trzeba iść dalej, służyć dalej, najlepiej jak potrafi. Dłoń Artura spoczęła na jego plecach. Nagle, silniej niż kiedykolwiek wcześniej Merlin poczuł, że łącząca ich więź, o której ciągle mówił Kilgharrah, naprawdę istnieje. Smok nazywał to przeznaczeniem. Merlin uważał, że to coś znacznie większego i ważniejszego.

- Kocham cię - szepnął Artur do Gwen, gdy znaleźli się z powrotem w zamku. - Kocham i nigdy nie chcę stracić. Tobie mogę to przynajmniej swobodnie powiedzieć.

- No tak. - Gwen uśmiechnęła się blado i objęła go mocno. - Na takim świecie przyszło nam żyć. Chcesz doprowadzić przyjaciela do zawału serca? Powiedz mu, że go miłujesz.

Epilog

Kilka dni później, Greg został schwytany przez poborców podatkowych, których próbował obrabować. Trafił do lochu na pięć lat. Nigdy nie zdradził nikomu prawdziwej przyczyny napaści na Merlina. Powtarzał, że byli z Juliuszem pijani i „coś im się popieprzyło". Rudy pies na wysokich łapach wylądował w zamkowej psiarni, a jego obrońca spędził tydzień w dybach. Morris, od czasu gdy uratował Dreę spod końskich kopyt, jakoś nie mógł wypuścić jej z objęć, ku ogromnej radości Myry. Hunter odżegnywał się od wszelkiej wiedzy na temat napaści na królewskiego sługę i to samo przykazał synowi.

Podjęte przez Gajusza i Gwen działania wybawiły z kłopotów nie tylko Merlina, lecz całkiem sporo ludzi, między innymi żonę sir Patricka, która feralnej nocy nie znajdowała się tam, gdzie powinna. Plotki z ostatnich tygodni uznano po prostu za nieistniejące.

Koniec