Książę Finarfin dotarł razem ze swoimi ludźmi, oraz hufcem Fingolfina, właśnie wtedy kiedy ich starszy brat dokonał dzieła zniszczenia. Nic już nie można było zrobić, zaś książęta nawet w najczarniejszych snach nie podejrzewali do czego dojdzie i przeczuwali fatalny koniec. Teleri oskarżyli ich o bezczynność, ale już nic nie mogli zrobić!

Próbowali zawrócić, przekonać do spokoju, niestety ponieśli klęskę. Lecz ich dzieci oraz inni elfowie pragnęli odejść ku Śródziemiu, wyraźnie dyskutując czy zdołają przejść lodowym szlakiem dalekiej północy. Nawet widok pomordowanych nie osłabił ich zapału oraz pragnienia by zacząć życie w Śródziemiu. Valinor jawił się im ciasnym, chociaż niewątpliwie pięknym i bezpiecznym.

- Nie zawrócimy! Za elfów! Za wolność w Śródziemiu!

Uspokajające słowa zostały potraktowane jako zdrada, może jeszcze nie zdrada, ale prawie zdrada i zdeterminowani elfowie nie zamierzali ustąpić. Nie kochali może Fëanora i nie uważali jego sprawy za swoją, lecz podzielali uczucia w sprawie konieczności odejścia. Książęta nie mieli co do tego wątpliwości i Fingolfin, walcząc sam ze sobą powiedział na głos:

- Dobrze, poprowadzę was przez lodowy szlak. Jesteście gotowi do wędrówki? – zapytał.

- Tak – odparli zgodnie – wiwat mądry i dobry król Fingolfin!

- Zatem ku Śródziemiu!

Jednocześnie widząc wahających się pozdrowił ich i skinął głową. Odetchnął z ulgą widzą niechętnych. Niech zostaną, niech chociaż cześć nie ryzykuje wędrówki śladem zbiega Valarów. „Bracie żegnaj" – powiedział do Finarfina wyraźnie przerażonego słowami Mandosa, które usłyszeli wszyscy w promieniu wielu mil. Najmłodszy syn Finwëgo, oraz spora część elfów z jego hufca, ruszyli z powrotem. Wiedzieli, że będą potrzebować wybaczenia Valarów, ale nie podejrzewali jak bardzo Władcy Zachodu poczuli się urażeni i oburzeni ich zachowaniem. Znał ich jako spokojnych i łagodnych, pewien, że zdoła wyjaśnić zaistniałą sytuację, po czym zająć miejsce na tronie ojca. „Muszę przewodzić Noldorom, nie ma nikogo innego mogącego podjąć owo wyzwanie" - wyjaśnił. Dość szybko jednak zrozumiał jak ciężka przeprawa czeka ich z elfami Valinoru, coś o czym w całym zamieszaniu nie myśleli.

Teleri patrzyli na nich ze strachem i nienawiścią w oczach. W ich oczach Finarfin był jednym z bratobójców, kimś kto splamił ziemię niewinną krwią. Widzieli przecież jak przybył do ich miasta za Fëanorem, potem odszedł a potem wrócił najwyraźniej zaszokowany. Pełni bólu i żalu, nie zwracali szczególnej uwagi kiedy dokładnie dotarł do ich osad, wściekli na wszystkich noldorskich książąt. Nie wyglądali na skłonnych do wybaczenia. Ale dopiero jedno spotkanie rozdarło mu serce.

- Jeszcze ci mało? – nawet nie zauważył nadejście swej żony, Earwëny z jednej z uliczek – poszedłeś na swą wyprawę po trupach moich rodaków! Dlaczego zawróciłeś?

- To nie czas na – zaczął, ale widząc zaciętość na twarz elfki zamilkł.

- W istocie – odparła – pozwól nam przeżyć żałobę we własnym gronie – poprosiła, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie jest mile widziany.

Lecz kwaśna mina żony stanowiła ledwie preludium do znacznie poważniejszego wyzwania. Posłaniec Manwëgo przybył ledwie kilka chwil potem, nakazując by za nim szli. Eonwë spojrzał na nich spokojnie, lecz w jego jasnych oczach widać było twardy wyraz. „Staniecie przed sądem" – wyjaśnił – „każdy po kolei, jesteście oczekiwani". Nic więcej im nie powiedział, ale w milczeniu poprowadził do Kręgu Przeznaczenia. Czy zostaną przesłuchani jednocześnie?

Nie. Jak szybko zrozumiał został sam, podczas gdy jego towarzysze zostali zaprowadzeni do jakiś pomieszczeń, nieco z boku tronów. Zerknął z ciekawością i przerażeniem na miejsce zwykle niedostępne dla elfów. Ściany pomieszczenia wykonano z jakiegoś nieznanego, srebrno-czarnego kamienia. Wysokie, surowe zdawały się sięgać nieomal nieba. Nie dostrzegł zwyczajnego sufitu, ale właśnie coś przywodzącego na myśl nieboskłon, rozświetlany licznymi, jasnymi punktami na wzór gwiazd. Pomimo wszystko komnata tonęła w półmroku, co nadawało miejscu poważny, ale i przerażający charakter.

Wysokie trony tworzyły idealny okrąg, wokół niewielkiej przestrzeni pośrodku. Ów fragment sprawiał wrażenie oświetlonego najbardziej intensywnie, co dawało stojącemu wrażenie obnażenia przed parami oczu w ciemności. Finarfin nie wątpił, że to celowy zabieg. Gdziekolwiek nie stał, jakby się nie odwrócił nie uciekł przed oceniającym wzrokiem. Valarowie już na niego czekali, siedząc na swoich miejscach z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Małżonkowie trzymali się za ręce, a ów gest dziwnie nie pasował do chłodu panującego w pomieszczeniu. Nie, to nie było fizyczne zimno, ale takie co przenika dusze.

- Finarfinie, synu Finwëgo jaka to sprawa sprowadza cię przed nasz sąd? – elf nieomal podskoczył słysząc głęboki, ale jednocześnie zimny głos Manwëgo, tak odmienny od ciepłego tonu używanego podczas uroczystości.

- Zawróciłem – wyjaśnił – zawróciłem słuchając słów posłańca.

- I co w związku z tym, że usłuchałeś mej rady? – tym razem odezwał się Namo, w oczach elfa jeszcze bardziej tajemniczy i przerażający niż zwykle.

- Chcę prosić o wybaczenie za moje czyny– odparł Finarfin.

- Co pragniesz byśmy ci wybaczyli i dlaczego?- zapytał Manwë równie chłodno – synu Finwëgo mądrze dobieraj słowa.

Elf głośno przełknął ślinę. Nikt nigdy jeszcze nie słyszał by Władcy przemawiali podobnym tonem, co wróżyło fatalnie. „Zatem nie tylko Teleri żywią do mnie urazę" – mruknął –„ale przecież Valarowie sami nakazywali nam powrót, dlaczego więc teraz są tacy zimni?". Nie potrzebował daru jasnowidzenia by dostrzec niewielką chęć do wybaczenia z ich strony.

- Posłuchałem słów które nam przekazałeś panie – zaczął ostrożnie – zawróciłem, by zostać przy mym ludzie. By zostać w waszym kraju!

- Zatem przypomniałeś sobie Noldorze do kogo należy ten kraj? - usłyszał jakiś inny głos równie pozbawiony współczucia co pozostałe – co masz na swoje usprawiedliwienie?

- Byłem głupi – zaczął – ja… - nie wiedział co właściwie powinien powiedzieć.

Zerknął po zgromadzonych. Na ich twarzach nie dostrzegł emocji, ale sposób a jaki do niego przemawiali, owa lodowata obojętność, nie pozostawiała nadziei na łatwą rozmowę. Czy winien paść na kolana i kajać się za błędy, czy próbować wyjaśnić co nim kierowało? Sądząc po nastroju, chyba pierwsze wyjście bardziej pasuje do sytuacji.

Tak też uczynił, przełykając dumę. Był księciem, ale dotarło do niego, że stoi przed istotami starszymi i potężniejszymi od elfów, co gorsza najwyraźniej wściekłymi . Nie kazali mu ni wstać, ni przestać, chociaż zwykle podkreślali, że nie oczekują podobnych gestów. Przypadek czy zapowiedź zmian? „Chciałem towarzyszyć swoim ludziom oraz dzieciom. Mój najstarszy brat oszalał po śmierci ojca i ktoś go musiał pilnować, chronić przed innymi! Zrobiłem to dla mego ludu! Lecz zapowiedź klątwy mnie przeraziła, tak przestraszyłem się i dlatego błagam o wybaczenie". Powtarzał słowa raz po raz, dyskretnie zerkając na postacie na tronach. Trwali na nich nieporuszeni oraz wyniośli, zaś na ich twarzach nie dostrzegł nawet cienia emocji.

- A co z twoim ludem tutaj w Valinorze? Oni nie byli godni twej opieki książę? - głos Manwëgo mógł zmrozić powietrze – postanowiłeś ich porzucić jak twój ojciec?

- Mój ojciec był sumiennym władcą, zatroskanym o Noldorów! - zaprotestował Finarfin w przypływie lojalności, nieco za bardzo podnosząc głos.

- I w ramach troski zostawił żonę, dzieci i podążył na wygnanie do Formenos? - w głosie Tulkasa brzmiała ponura wesołość – co się dziwimy buntowi Noldorów skoro ich własny król uznał za właściwe wszystko rzucić zaślepiony uczuciem! Dostali piękny przykład!

- Czyny Finwëgo można oceniać różnie, ale mamy sądzić jego syna – wtrąciła Nessa, nie chcąc awantury przy elfie.

- Finwë zostawił swoje miasto, rodzinę i po prostu odszedł, nie znajduję wyrozumienia dla króla unikającego obowiązków. Te sprawy są połączone, bowiem zły przykład poszedł z góry od ojca, ale masz rację moja pani, nie on stoi przed sądem – odparł Manwë spokojnie – ty jednak Finarfinie nie zapominaj do kogo mówisz i panuj nad głosem – kontynuował chłodno – twój ród najwyraźniej uznał się za stojący ponad prawem, ale tak nie jest. A teraz odpowiedz, co z twoim ludem tutaj w Valinorze? Nie każ mi po raz trzeci powtarzać pytania!

Teraz już elf drżał. Valarowie najwyraźniej byli oburzeni działaniami całego jego rodu, a ponieważ pozostali odeszli ich gniew spada na niego. Najwyraźniej powrót to znaczenie gorszy pomysł niż podejrzewał. Niestety nie miał możliwości powrotu. Ponowna ucieczka nie wchodziła w grę, zaś teraz, teraz najwyraźniej przyjdzie mu zapłacić za wiele błędów. Lecz przecież tak wielu odeszło i nie został nikt godny rządzić Noldorami! Patrzył z niepokojem na postacie na wysokich tronach, próbując wyczuć co zrobić, wybadać ich emocje, ale niczego nie zauważył.

- Nie uważałem by groziło im niebezpieczeństwo – powiedział powoli – słowa Fëanora mnie przeraziły, dlatego za nim podążyłem. Musząc wybierać, poszedłem za tymi, których uważałam za bardziej zagrożonych. Musiałam wreszcie pomyśleć o moich dzieciach, a oni tak bardzo zapragnęli odejść, że mnie nie słuchali.

- Ale ostatecznie zrezygnowałeś i oni poszli sami, porzuciłeś dzieci na pastwę nieznanego, bo się przestraszyłeś – tym razem głos zabrała Vana, głosem równie pozbawionym współczucia co inni.

- Zdrada i nielojalność to wyraźna cecha rodu Finwëgo – poparł ją Oromë, nie zaszczycając elfa nawet jednym spojrzeniem.

Finarfin próbował coś powiedzieć, ale głos mu uwziął w gardle. Zrozumiał od razu dlaczego łowczy Valarów darzy jego rodzinę niechęcią: jeden z bratanków, bratobójców, Celegorm był przyjacielem Oromëgo. Nieraz opowiadał o długich, szalonych wyprawach poprzez lasy u boku dostojnego kompana. Czasem także dołączała do nich Vana ze swoimi najbliższymi pomocnicami i cała grupa, z włosami przystrojonymi wieńcami z kwiatów, pędziła konno po ogromnej domenie Valara. Czy dlatego tak nieprzyjaźnie go witali?

Już wcześniej książę zrozumiał, że Valarowie, podobnie jak elfowie, poszukują przyjaciół i cenią ten świat. Zdrada kogoś bliskiego i ich z pewnością dotykała, a sądząc po lodowatym przyjęciu, jego rodzina zdążyła zdenerwować więcej niż jedną osobę. Czyż ojciec nie gościł ongi na Taninquentilu, a nawet przekonał samą Vardę do dania dostępu do Biblioteki Maglorowi?

- Dowiedli tego nie raz – głos Manwëgo nie dawał złudzeń życzliwości – a o ich błędach można dyskutować godzinami. Jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia Finarfinie, czekaj na kolejne wezwanie.

Xxxxxx

Książę skinął głową i posłusznie odszedł gdzie mu nakazano. Jak szybko zrozumiał, za ścianami Kręgu Przeznaczenia znajdowało się zejście do podziemi, ciągu połączonych komnat używanych do rozmaitych celów. Wówczas zostały zamienione na cele, gdzie przebywali przesłuchiwani. Miejsca nie były przerażające czy ponure, lecz pomimo rzęsistego oświetlenia panowała przygnębiająca atmosfera. Pozostało tylko czekać i mieć nadzieję na miłosierdzie, które być może mu okażą.

Finarfin nie wiedział ile czasu spędził w komnacie o ciemnych ścianach. Ani w drzwiach, ani w oknie nie dostrzegał krat, ale mimo wszystko ucieczka nie była możliwa. Próbował wyjść, lecz jakaś siła odpychała go, jeśli tylko próbował wykonać jakiś ruch. Mógł odpoczywać na wąskim, chociaż wygodnym, łóżku, dostawał regularne posiłki a nawet mógł umyć się w ciepłej wodzie. W którymś momencie znalazł nawet księgi, lecz nawet te całkiem dobre warunki nie mogły rozproszyć niepokoju.

Pomimo ostrych słów, Valarowie nie odwrócili się całkowicie od wszystkich elfów. Ich gniew miał najbardziej uderzyć w innych bratobójstwa i przelania krwi, lecz grupom które odeszły w pokoju postanowili okazać nieco więcej litości. Po dłuższej debacie postanowili wysłać różnej maści posłańców by obserwować ich czyny i za nie oceniać. Pomimo ogromnego gniewu na ród Fëanora i ostrej ocenie Finwëgo karanie każdego elfa, kobiety, dziecka, prostego łowcy za czyny grupki z nich stanowiło akt wielkiej niesprawiedliwości.

Wezwanie było dla Finarfina jak dar losu. Nie wiedział czy zostanie mu wybaczone, ale wszystko lepsze niż owa niepewność! Nieomal z wdzięcznością ruszył na górę, po kamiennych schodach by na nowo stanąć pośrodku Kręgu Przeznaczenia. Miejsce sprawiało wrażenie równie przerażającego co poprzednio, zaś Valarowie siedzący równie sztywno na tronach patrzyli na niego bez emocji.

Pośrodku dostrzegł też parę elfów: mężczyznę o rudych włosach oraz kobietę w ciemnoniebieskiej, strojnej sukni. Słysząc jak nadchodzi spojrzeli na niego przelotnie, zaś w ich oczach dostrzegł ciekawość. Nikt mu nie musiał przedstawić Mahtana i Nimwen, chociaż nie rozumiał dlaczego zostali sprowadzeni na proces. Dość szybko uznał, że publiczne upokorzenie miało być kolejnym etapem kary, mając jednak w pamięci poprzednią rozmowę oraz przebywanie w więzieniu, zamilkł i przełknął dumę. On, książę błagał o wybaczenie, musiał paść na kolana, i pokornie czekał na łaskę, a wszystko widziała córka rzemieślnika!

- Finarfinie, synu Finwëgo – głos Manwëgo tym razem brzmiał odrobinę mniej lodowato – przyszedłeś błagać nas o wybaczenie i możliwość powrotu. Czy jesteś gotów wysłuchać wyroku?

- Panie – odparł elf – me serce nie pragnie niczego tak jak poznać twą decyzję, ale czy moi towarzysze, co z nimi?

- Wrócili do swych rodzin, gdyż pragnęli tylko podążać za przyjaciółmi oraz przywódcą – padła odpowiedź - nie przelałeś krwi, więc dostaniesz drugą szansę na życie w moim kraju, lecz w kwestii rządzenie Noldorami kwestia jest bardziej złożona.

- Nie rozumiem w tkwi problem – odparł całkiem szczerze uszczęśliwiony wejściami i zaskoczony.

Na te słowa stojąca obok elfka spojrzała na niego jak na mało rozgarnięte dziecko, a i Mahtan tylko pokręcił głową wznosząc oczy w wymownym geście. Spojrzał uważnie na kobietę: mogła uchodzić za atrakcyjną ze swoimi długimi, czarnymi włosami z lekko niebieskim połyskiem, chociaż wyjątkowo blada twarz odbierała nieco uroku. Jej zwiewna, granatowa szata nosiła miała inny krój niż te należące do księżniczek lub dwórek Noldorów, ale miała w sobie elegancję. Ogromne szafiry lśniące w kolczykach i na jasnej szyi nie pozostawiały wątpliwości co do jej roli i statusu. Dawna niechęć do kobiety wzrastała z każdą chwilą.

- Kiedy podjęliśmy decyzję by zaproponować elfom miejsce w Valinorze mieliśmy na względzie wasze bezpieczeństwo – odparł Manwë głębokim, spokojnym głosem – zamieszkaliście wśród wzgórz i lasów gdzie mieliście się rządzić wedle swoich zwyczajów i własną ścieżkę dążyć do rozwoju. Obiecaliśmy nie ingerować w wasze sprawy, dopóki będziecie żyć w spokoju i harmonii z innymi mieszkańcami. Twój ród złamał tę zasadę, paląc i mordując a także zachęcając do buntu przeciw nam, na naszej ziemi, a tym samym owa umowa ulega zawieszeniu, bo jako król tych ziem nie zamierzam czekać bezczynnie na kolejną rebelię. Jako syn Finwëgo masz prawo do tronu, a od woli mojej i moich pobratymców zależy uznanie tego prawa. Zaufałem twemu ojcu i zaufałem, że zdoła mądrze przewodzić swemu ludowi. Drugi raz nie dam się tak oszukać.

Finarfin oczywiście rozumiał. Nie był głupcem a zresztą słowa Odwiecznego Króla nie pozostawiały wielkiej pola do interpretacji. Stojąca obok elfka już na niego nie patrzyła, wyraźnie znacznie bardziej zainteresowana słowami Valara. Patrzyła na swego mentora z uwielbieniem godnym pobożnej wyznawczyni Vanyarów. On tez chciał wiedzieć co też dalej nastąpi, bowiem nic co miało miejsce w ostatnim czasie nie przypominało niczego znanego z przeszłości.

- Dlatego – kontynuował – podjęliśmy decyzję, by wprowadzić zmiany. Nie złamiemy umowy zawartej z pierwszymi z elfów, lecz wprowadzimy zmiany. Wrócisz książę do Tirionu by objąć tron po ojcu, ale pod pewnymi warunkami. Ród Finwëgo dowiódł niezdolności do rządzenia, więc dostaniesz pomoc w dźwiganiu ciężaru korony. Tych dwoje – wskazał na swą podopieczną i Mahtana – służyć ci będzie wsparciem oraz pomocą, zaś każdą istotną decyzję dotyczącą Noldorów skonsultujesz z nimi i uzyskasz aprobatę. Czy przyjmujesz warunki?

Ze zdumienia aż zamarł. Nie oczekiwał czegoś podobnego, nie tutaj po latach. Owszem ojciec i inni elfowie pamiętający jeszcze czasy Cuiviénen i potem, w Śródziemiu, kiedy to najstarsi podejmowali decyzję po konsultacjach. Królowie elfów zostali nimi dopiero w Valinorze, zaś każde plemię na władcą wybrało ambasadora, który opowiedział im o dalekim kraju za Zachodzie. Czyżby Valarowie proponowali powrót do najdawniejszych czasów?

- Tak panie – odparł elf wiedząc, że milczenie mu nie pomoże– i dziękuję.

Spojrzał na stojącą obok elfkę oraz Mahtana, niewątpliwie doskonale rozumiejących skąd ów pomysł. Kto wie, może sami mieli swój udział w tym wszystkim. Zacisnął pięści w bezradnej złości, świadom swej sytuacji. Valarowie nie tylko publicznie go upokorzyli pozwalając córce rzemieślnika patrzeć jak królewski syn błaga o wybaczenie, to jeszcze będzie musiał z nią dyskutować niczym z doradcą. Naprawdę nadchodziły zmiany na o wiele gorsze. Wbił wzrok w ziemię nie chcąc patrzeć na coraz mniej lubianą kobietę.

Spadło na niego naprawdę wiele: dzieci odeszły na wygnanie i nieomal doszło do kłótni gdy próbował ich powstrzymać przez szaloną wyprawą. Earwëna była wściekła i najwyraźniej winiła za wszystko, wątpliwe by potrafiła spokojnie wysłuchać jego racji w najbliższym czasie. Do tego nieustanna niepewność i samotność w odosobnieniu! Już wchodząc do Kręgu Przeznaczenia czuł ciężar ostatnich wydarzeń, zaś widok Nimwen w eleganckiej sukni przelał czarę goryczy i zmienił żal i smutek w złość, którą przelał na kobietę, której wcześniej już po prostu nie lubił.

Xxxxxx

Nimwen słuchała wyroku z niemałym zaskoczeniem. Rzecz jasna wiedziała o procesie oraz wszystkim, co powiedział Finarfin. Ku jej radości, Manwë bardzo dokładnie zarysował przebieg, zaś dyskusje czy to o filozofii, domenie powietrza czy polityce skutecznie uspokajały i odrywały myśli od bolesnych wspomnień. Ona zaś, zajęta słuchaniem potrafiła się uśmiechać i angażować coś innego. Ból serca zaczynał maleć.

Wiedziała, że podczas kolacji cała sprawa zostanie przedyskutowana, bowiem coś podobnego nie miało jeszcze nigdy miejsca. Zajęła swoje miejsce obok Eonwëgo, który sprawiał wrażenie równie poważnego i przywiązanego do swych obowiązków, co król, któremu od lat pomagał, lub jak mawiali niektórzy, służył.

- Doskonały wyrok, unikniemy w ten sposób wielu kłopotów w przyszłości – powiedział komentując wieści, co spotkało się z aprobatą wszystkich zgromadzonych – ale co stanowiło inspirację, jeśli wolno zapytać?

- Moi drodzy, to żadna tajemnica. Król potrzebuje doradców by poznać szerszy obraz, zaś ród Finwëgo pokazał swą niezdolność do życia wedle naszych reguł. Wyjaśniłem to w Kręgu Przeznaczenia.

- To będzie dobre rozwiązanie dla Noldorów – wtrąciła Ilmarë – jak sądzisz Nimwen?

- Zgadzam się – skinęła głową elfka – to zgodne z naszymi prastarymi prawami, czasami jeszcze sprzed przybycia tutaj, wtedy to właśnie grupa najstarszych elfów podejmowała decyzje. To.. wspaniały powrót do tradycji i czasów, kiedy mój lud był zjednoczony – kontynuowała nieco rozmarzonym głosem – ponoć wówczas tańczyliśmy nad Cuiviénen, poznawaliśmy piękno lasów, wszyscy razem.

To Vanyarowie niejako w największym stopniu zachowali owe zwyczaje, dość wcześnie bowiem osiedli na stokach Taninquentilu. Co prawda teraz mniej chodzili po lasach, wciąż jednak tańczyli, a do dawnych zamiłowań dodali tworzenie sztuki oraz rozwój duchowy. Mieli króla, ale mieszkając w osadach przywódca i uczony osady był bliższy i miał większy wpływ niż władca. Indis definitywnie zrzuciła koronę królowej Noldorów by w modłach do Eru i medytacjach szukać ukojenia. Założyła zwiewną, jasną suknię o prostym, acz eleganckim kroju różną od wymyślnych i bogato zdobionych szat Noldorów. Zerwała w ten sposób z przeszłością w Tirionie, zbyt bolesną by o niej pamiętać.

Calanon oraz Idhrenion swą wiedzę i przygotowywali dla elfki napary na sen oraz wyciszające. Kobietę dręczyły wspomnienia, a fakt, że drugie małżeństwo Finwëgo do samego końca budziło kontrowersje, nie pomagał. Nie należało czekać aż ktokolwiek zrzuci winę na złotowłosą elfkę. Teraz jednak mieszkała bezpiecznie pośród osad swego ludu, razem z nimi śpiewając pieśni oraz modlitwy do Eru. Wbrew pozorom Vanyarowie zanosili modły do Eru a nie Valarów, w tych drugich widząc duchowych przewodników. Być może ze wszystkich elfów najlepiej ich zrozumieli.

Nie tylko Indis ucierpiała. Nerdanela wróciła do domu ojca po okropnej kłótni z mężem. To od niej Mahtan wiedział o szaleństwie Fëanora i szybko skontaktował z zaprzyjaźnionymi elfami. Kiedy rudowłosa elfka usłyszała o zdarzeniach w Alqualondë zemdlała i padła bez zmysłów na podłogę. Zmartwiony ojciec zaniósł ją wpierw do łóżka a potem nawet do ogrodów Yavanny, licząc na przebudzenie. Czasami otwierała oczy, by z uśmiechem patrzeć na piękno otoczenia czy wschodzące słońce, co dawało szanse na wyzdrowienie. Może nie za rok, może nie za dziesięć lat, ale na pewno pewnego dnia.

Calathiel przynosiła dla niej kwiaty oraz przynosiła uspokajające mikstury. Każdym słowem i gestem wyrażała swoją pomoc oraz współczucie dla Mahtana oraz Nerdeneli. Słysząc o bratobójczej rzezi zaklęła paskudnie, głośno złorzecząc i przeklinając Fëanora. Nikt jej nie próbował uciszyć czy nakazać zmienić zdanie, a jedyne prosili by okazała takt w obecności rudowłosej elfki, bowiem sprawa dotyczyła męża u synów.

Mahtan, słysząc o wypadkach na wybrzeżu wpadł w wieli gniew. Począł z wielką siłą uderzać młotem w rudę metalu, chcąc nieco opanować emocje. Nie znajdował już słów by wyrazić co sądzi o szaleństwie. „Nie mam już zięcia i wnuków, są dla mnie martwi i niech martwi pozostaną, bo jak spotkam, wymierzę sprawiedliwość w imieniu zamordowanych przez największego nikczemnika pośród elfów" – powiedział na jednym ze spotkań Stronnictwa, co zostało przyjęte brawami. Przedstawiciele Telerich kiwali głowami, wyraźnie radzi z zasłyszanych słów. Noldorowie, którzy pozostali w Tirionie zrozumieli, że publiczne przeklinanie Fëanora i książąt stanowi jedyną szansę na uniknięcie potępienia ze strony innych elfów. Pojmował to i Mahtan, niewątpliwie świadomy jak bardzo Nerdanela może być narażona na ataki jako żona i matka bratobójców. Elfowie mieli w sowich sercach cienie, zaś zachowanie Fëanora pokazało do jakiej bezwzględności są zdolni. Dlatego też nie chciał by córka opuszczała bezpieczny dom, gdzie nikt by nie ośmielił się podnieść na nią ręki.

Nerdanela nie wykazywała nawet niewielkiej chęci by kogokolwiek spotykać. Miłość do męża umarła w niej już jakiś czas temu. Znienawidziła go nie za publiczne uderzenie w twarz, ale zabranie wszystkich synów. Nawet najmłodsi, najmniej chętni by brać udział w szaleństwie, nie mogli zostać przy matce, chociaż pokornie błagała Fëanora by nie nakazywał im podążać do Śródziemia. Padła na kolanach i w otoczeniu kompanów męża zaklinała go na wszelkie świętości by nie zabierał jej dzieci. On jednak wybuchnął obłąkańczym śmiechem i krzyknął: „Patrzcie ulubienica Valarów pada przede mną na kolana. Idź ich prosić o pomoc, nieudolnych bogów co próbowali nami rządzić a pozwolili zamordować mego ojca jednemu ze swoich by ukraść Silmarille. Elfowie wymierzą sprawiedliwość wszystkim i każdy pozna karzącą rękę rodu Finwëgo". Od tamtej chwili już go nie kochała, ale nienawidziła jak jeszcze nigdy nikogo w swoim życiu.

Nie potrafiła powiedzieć ile czasu chodziła bez celu po Ogrodach Yavanny. Nie potrafiła wytrzymać nawet chwili w kuźniach, w których ongi pracowała z Fëanorem. Wówczas razem nie tylko doskonalili swe umiejętności w sztuce wykuwania metalu, ale także pocałunków oraz innych sposobów okazywania czułości. Bo mąż niegdyś ją kochał i wyciągał ku niej ręce jak do szczęścia. Świętował ilekroć informowała go o ciąży i naprawdę pragnął wszystkiego co najlepsze dla dzieci nim duma i paranoja zmieniły ogień w jego sercu w coś mrocznego. Została sama w niczym i mogła tylko zgadywać jakimi uczuciami darzyli ją elfowie w Tirionie i całym Valinorze.

Niczym za czasów młodości uczestniczyła w kolacjach, słysząc wszystkie rozmowy. Zarówno Aulë i Yavanna, ale też niewątpliwie inni Valarowie, byli zasmuceni i oburzeni ostatnimi wydarzeniami. Zamierzali wiele zmienić w swych relacjach z elfami, czyniąc ja o wiele bardziej chłodnymi i oficjalnymi. Fakt, że w jej obecności nawet Calathiel milczała w na temat męża krzyczał głośniej niż tysiąc słów.

Xxxxxxx

Nimwen współczuła Mahtanowi, lecz nie wiedziała czy zdoła z nim spokojnie rozmawiać, pomna krzywdy wyrządzonej przez jego wnuków. Kowal był ciężko pracującym, dobrym elfem, który już ich przeklął i się ich wyrzekł. Lecz mimo wszystko nie czuła się pewnie. Rozum wiedział bardzo wiele, lecz serce zadrżało. Niewiele mogła poradzić, a przeklinanie własnej słabości w niczym by nie pomogło.

- Wyrok zapadł – usłyszała spokojny głos mentora – nie może zostać cofnięty, jeśli nie potrafisz opanować emocji, idź do Ogrodów Lorien, Irmo oraz Estë potrafią leczyć poranione dusze.

- Wypełnię zadanie – zapewniła – nie zawiodę, nie zawiodę pokładanego we mnie zaufania – zakończyła niepewna czy bardziej chce przekonać swego rozmówcę czy siebie – udam się teraz na odpoczynek do mych komnat.

Pożegnała się uprzejmie, po czym wyszła nie chcąc by przerażenie w pełni odmalowało się na jej twarzy. Nie wiedziała czy zdoła spędzać dużo czasu z Mahtanem i czy złe wspomnienia nie zniszczą wszystkiego. Ale nie mogła, nie mogła powiedzieć nikomu co zaszło.. Ukryje wszelkie wątpliwości przez mentorem i choćby miała ważyć mikstury Vanyarów zmusi usta do uśmiechu, by niczego nie podejrzewał i uznał za wyleczoną. By nie pytał a i sama uważać musi by nierozsądnym zdaniem nie zdradzić słabości. Gratulowała sobie sprytu, uważała bowiem rozwiązanie za najlepsze dla wszystkich, nie chce drażnić innych tym, że wciąż płacze.

Patrzył za odchodzą elfką smutnym wzrokiem. Każda oferta pomocy sprawiała, że się wycofywała i zamykała w sobie coraz głębiej. Zanim, zanim doszło do nieszczęścia była pełną zapału, cierpliwą i pracowitą dziewczyną. Nadal studiowała, na pozór normalnie rozmawiała i uczyła dzieci Vanyarów, ale jednocześnie radosna młoda panna została zastąpiona przez wyraźnie nieszczęśliwą kobietę. Sprowadzili z Hal Mandosa poranioną duszę, która budowała wokół siebie szczelny kokon, odbijający każde słowo czy gest. Być może przebywanie wśród pobratymców dobrze jej zrobi, może spotkania z krewnymi wyrwą ze stanu w który wpadła? Zmiana nie może przecież zaszkodzić! Szybkim krokiem ruszył w kierunku komnat, które dzielił z żoną, mówiąc szeptem coś, co brzmiało jak „łatwiej jest stworzyć iluzje umysłu i zwodnicze wiatry niż rozmawiać z rozchwianą emocjonalnie kobietą". Sądząc jednak po tym, że nie przestał dyskutować z Nimwen raczej to lubił..

Z kolei ukochana, czekająca w ich prywatnych komnatach, do których prócz nich nikt nie miał wstępu, stanowiła uosobienie rozwagi. Stała w pewnej odległości, układając kwiaty w wazonie, by stworzyły kompozycję. Jej smukła postać była widocznie wyraźna w świetle księżyca. Czerń włosów przywodziła na myśl ciemne niebo, zaś jasne ramiona odcinały się panującym półmroku. Zwiewna koszula nocna opinała kobiecą sylwetkę, a liczne warstwy delikatnego jak mgiełka jedwabiu lekko wirowały przy każdym ruchu.

- Zamierzasz tak stać przez kilka godzin i się we mnie wpatrywać? – zapytała lekko kpiącym głosem, odkładając kwiaty.

- Nigdy mi się nie znudzi patrzenie na ciebie moja królowo.

- Jesteśmy w naszych komnatach – zauważyła uśmiechając lekko – możemy tak stać i się na siebie patrzeć do rana, albo znaleźć bardziej interesujące zajęcie. A biorąc pod uwagę jaki koszmar i chaos właśnie opanowaliśmy, chyba wszystkim nam się przyda nieco zabawy, nawet a może właśnie dlatego dziecięcej – zakończyła zarzucając mu ręce na szyję.

Nie bez powodu nikt, ale to nikt nie mógł wejść nigdy i pod żądnym pozorem to prywatnych komnat. Ich wyobrażenia dziecięcej zabawy byłyby daleko bardziej obrazoburcze niż stateczna elfka bawiąca się lalkami. Nie przestała patrzyć z owym uśmiechem, dopóki nie poczuła jak przyciska usta do jej ust, z ogniem zdolnym spalić na wiór. Oddała każdy pocałunek i nie tylko pocałunek, gdy ich szaty wylądowały na podłodze w bałaganie i stanie kompletnie nie nadającym się do pokazania komukolwiek. Nawet Król i Królowa Valarów potrzebują chwili odpoczynku od obowiązków. Nadszedł właśnie jeden z tych momentów, gdy byli po prostu parą głęboko kochających się istot, z dala od świata i istot w potrzebie. Różne zachowania widzieli, nieraz przypadkiem, u elfów, co budziło chęć sprawdzenia co też ich tak bawi, a przecież miłość można okazywać na wiele sposobów.


A/N: Zawsze mnie zastanawiała ocena zachowania Finwego i jego synów, gdzie decyzje podejmowano pod wpływem emocji nie zdrowego rozsądku. W tradycyjnej monarchii (a utopijną wersją takiej był dla mnie Valinor), od władcy oczekiwano pełnego oddania sprawom kraju, stawiania dobra kraju ponad prywatne sprawy. Finwe odchodząc na Formenos złamał tę zasadę stawiając prywatę ponad sprawy swego ludu. Finarfin jak wiemy z książek przeraził słów Mandosa i cofnął, podczas gdy brat i dzieci ruszyli przez śmiertelnie groźny szlak. Możemy tylko zgadywać jak zareagowała na wszystko Earwena, ale prawdopodobnie wpadła w gniew.