Rozdział 14 – aksamitna ciemność

Gasnące słońce rzucało długie cienie na ziemię. Dzień zbliżał się ku końcowi. Wieśniacy zbierali się z pól do domostw. Z przodu jakiś chłopiec jechał na bawole, a trzej chłopi wlekli się, ugięci pod ciężarem nosideł. Shin-Ah podjechał do nich i przegonił z drogi, robiąc miejsce dla dwóch palankinów*, otoczonych przez jeźdźców. Znał te ziemie od dzieciństwa. Słynąca z produkcji soli wioska Abe, leżała u podnóży gór Kinto i składała się z malowniczych domków rozrzuconych po obu stronach traktu wiodącego do Fuugi. Za nią droga skręcała na wschód, wciskając się kręto między wzgórza i pozostawiając za sobą płaskie ryżowe równiny z licznymi strumieniami i dopływami. Powoli zbliżali się do gospody, w której mieli dziś przenocować. Jutro zaś czekała ich przeprawa przez przełęcz wiodącą wprost do celu ich podróży – otoczonego pasmami górskimi, serca i chluby prowincji Wiatru, zamku Shirotora.

Nagle zasłonka jednego z palankinów odsunęła się i wychyliła się z niego dziewczyna o lśniących, rudych lokach.

– Ile to jeszcze będzie trwało? – spytała podirytowanym głosem. – Mam dość tego ciągłego kołysania.

– Już niedługo, dziecko – odparł, jadący konno tuż obok lord Il.

– Ciągle to powtarzasz, ojcze – parsknęła. – Ta podróż jest nieznośna! Miała trwać pięć dni, a trwa już ósmy! – dała upust swojej złości, znikając z powrotem w środku.

Jae-Ha przybliżył się do Shin-Ah i pochylił ku niemu konspiracyjnie.

– Ta podróż byłaby mniej nieznośna, gdyby ktoś nam jej ciągle nie uprzykrzał – szepnął żartobliwym tonem, posyłając lordowi Ilowi pełne politowania spojrzenie.

Współczuł mu, bo to głównie na nim i lady Asami skupiało się niezadowolenie Yony, znużonej ciągłym obserwowaniem mijanych wsi i zieleni poletek ryżowych.

– I krótsza – mruknął cicho w odpowiedzi Shin-Ah.

Dziś trzykrotnie niepotrzebnie się zatrzymywali, wczoraj – dwukrotnie. Codziennie pokonywali dystans mniejszy, niżby tego chciał.

Wkrótce orszak znalazł się przed „Gospodą Północnych Kwiatów". Jej schludny dziedziniec i proste zabudowania nie odznaczały się niczym szczególnym. Właściciel i służący zebrali się przed wejściem, zaszczyceni majestatem oczekiwanych gości. Na plac wyszedł również kapitan Nagao. Hak posłał go im naprzeciw z Fuugi razem z niewielkim oddziałem żołnierzy. Czekająca ich jutro droga przez górską przełęcz była najniebezpieczniejszym miejscem na mapie ich podróży.

Kapitan był wysokim mężczyzną o posturze byka i wydatnych szczękach. Nosił wypolerowany napierśnik, stalowe naramienniki, a przy pasie dwa miecze. Jego proste kimono z brązowego jedwabiu, zdobiły tylko dwa małe herby rodu Son. Skłonił się nisko, podszedł do Shin-Ah i pomógł mu zsiąść z konia. Służący chwycił lejce, czym prędzej odprowadzając zwierzę do stajni. Znał zasady. Jedna z nich mówiła, że nie patrzy się natrętnie w oczy, zwłaszcza, ludziom stojącym wyżej w hierarchii społecznej.

– Wszystko zabezpieczone, panie – powiedział Nagao. Zjawił się tu już kilka dni temu. W odpowiedzi otrzymał jedynie skinienie głową. Przez lata służby przywykł do osobliwego zachowania Shin-Ah, kontynuował więc: – Moi ludzie są wypoczęci. Jeśli pozwolisz obejmą dziś wartę.

Ten wysłuchał go z kamienną twarzą i odpowiedział krótko, nie spuszczając oczu ze służącej, która bez najmniejszego skrępowania przypatrywała się wysiadającej z palankinu Yonie. Zazwyczaj każdy drobiazg zwracał jego uwagę, dziś wyostrzył zmysły jeszcze bardziej. Z powagą odprawił kapitana, po czym podszedł do dziewczyny.

– Podaj wieczerzę w moim pokoju – polecił, jego łagodny głos był równie zimny jak oczy.

Prawie zemdlała, gdy się do niej odezwał. Budził w niej lęk, gdyż powszechnie uchodził za bezwzględnego. Zdenerwowana natychmiast pokłoniła się do samej ziemi. Czemu była tak głupia, by ściągnąć na siebie jego uwagę? Trzeba było stać z pokornie pochyloną głową. Nie mogła się jednak powstrzymać, by nie przyjrzeć się Yonie. Jej ruchy i wygląd były całkowicie odmienne od zachowania wieśniaczek. Wyszła z palankinu bez cienia zakłopotania, w swoich wspaniałych szatach, z pewnością siebie i wytwornością, jakiej młodziutka Huang jeszcze nigdy nie widziała. Wydawała jej się raczej obrazem niż żywą istotą. Nic dziwnego, że lord Hak stracił dla niej głowę, myślała. Gdy kilka tygodni temu, gościł w tej samej gospodzie, typową dla siebie swobodą bycia i dowcipem, wywarł na niej równie piorunujące wrażenie. Nie chciała jednak mieć nic wspólnego z jego wyniosłym bratem. Po chwili odeszła prawie bliska łez. Nie dane jej było zobaczyć, jak Yona znika na drodze do przeznaczonego dla niej i jej najbliższych bungalowu.

Przed udaniem się na odpoczynek, Shin-Ah postanowił obejść gospodę. Znał Nagao od dawna i cenił go, ale nie byłby sobą, gdyby na własne oczy nie upewnił się, że zostały przedsięwzięte wszelkie możliwe środki ostrożności, że inni podróżni nie mają tutaj dostępu, że na całą noc zostały wyznaczone patrole i że wartownicy doskonale rozumieją swój podstawowy obowiązek: nie dopuszczać nikogo do Yony i jej ojca, przebywających w strzeżonym przez dziesięcioosobową jednostkę pawilonie. W pokoju z Yoną, jak zwykle, miała spać lady Asami, w pomieszczeniu między nim a kwaterą lorda Ila dyżurowało dwóch dodatkowych wartowników. Zadowolony z wyniku inspekcji, zanotował w pamięci, by pochwalić jutro kapitana.

Ostatnie promienie słońca zniknęły za horyzontem. W ogrodzie zapalono lampiony, których światło odbijało się od sadzawek. Shin-Ah spojrzał w niebo, jeszcze nie w pełni pogrążone w mroku, ale całe spryskane już zimnym odcieniem gwiazd. Ten niepokojący bezmiar napawał go lękiem. Był świadomy, że szczęście brata zależy od niego bardziej niż kiedykolwiek. Gdyby coś stało się Yonie, nie mógłby pokazać się mu na oczy. Jeszcze tylko jeden dzień i będziemy w domu, pocieszał się. Chciał znaleźć się już wewnątrz zamkowych murów, bezpieczny, wśród bliskich. Rozmyślania przerwał mu zadziwiająco poważny głos Jae-Hy.

– Nie patrz w niebo, bo zobaczysz taką otchłań, że jedyne co ci pozostanie, to się utopić – powiedział.

Shin-Ah nawet nie drgnął. Słyszał, jak się zbliża i nie przeszkadzało mu to. Przez ostatnie kilka tygodni przyzwyczaił się już do pirata. Był gadatliwy i czasami trafiał w samo sedno sprawy z instynktowną, wręcz nieświadomą przenikliwością, a czasem plótł po prostu najzwyklejsze brednie. Jae-Ha stanął obok i również zadarł głowę do góry. Przez moment milczał.

– Nic tam nie znajdziesz... – wymamrotał po chwili. Brak reakcji nie zraził go. – Ryu powiedział, że groziłeś temu buddyjskiemu pielgrzymowi.

– Kazałem mu trzymać się od nas z daleka – przyznał.

Mężczyzna, o którym rozmawiali, pojawił się na trakcie kilka dni temu. Twierdził, że podróżuje do świątyni na górze Matsu, mieszącej się nieopodal Fuugi. To normalne, że pielgrzymi wędrowali z miejsca na miejsce, od świątyni do świątyni po całym kraju, aby czcić Buddę, jednak czujność, która od jakiegoś czasu nie dawała Shin-Ah spokoju, kazała mu mieć na niego baczenie.

– Dlaczego? – spytał z niepokojem Jae-Ha. – Przecież to tylko pielgrzym.

– Być może.

– Być może? Co to znaczy?

Nie potrafił się jeszcze przyzwyczaić do poziomu podejrzliwości, jaki Shin-Ah przejawiał wobec obcych mu ludzi. Powszechnie uważano go za dumnego i niedostępnego. W rzeczywistości jednak był po prostu drastycznie nieufny. Przyjrzał mu się uważniej, znać było na nim silne zmęczenie.

– Idź się wykąpać, bo żaden z tych twoich samurai nie zrobi tego przed tobą, a ja kategorycznie odmawiam spania w jednym pokoju ze zgrają spoconych mężczyzn.

– Ty również wyglądasz na zmęczonego – odpowiedział z przelotnym uśmiechem, nie dając się zbić z tropu jego żartobliwym tonem.

Jae-Ha westchnął.

– Porządny z ciebie chłopak, ale musisz popracować nad swoim nastawieniem do ludzi, inaczej zawsze będą cię mieć za dziwaka – zawyrokował tonem wróżbity przepowiadającego przyszłość. – Na przykład ta dziewczyna, trzeba było to załatwić, no wiesz, delikatniej. Zagadać. Spróbować ją uwieść... – Shin-Ah nic nie odpowiedział, dając pole do popisu jego cynicznej wyobraźni. – Chyba że lubisz, jak się wiją pod tobą ze strachu... Żartowałem – dodał natychmiast, widząc, że pociągła twarz chłopaka momentalnie poważnieje – choć to cierpki i koszmarny żart, przyznaję.

– Zamierzam z nią tylko porozmawiać.

Jae-Ha zmarszczył się.

– Porozmawiać? – rzucił ze złośliwym uśmieszkiem. – Zazwyczaj, gdy mężczyzna zaprasza kobietę do swojej sypialni, planuje spędzić z nią noc. Zdajesz sobie z tego sprawę? Tak prawdopodobnie pomyślała ona, tak na pewno sądzą pozostali...

– Nie widzę sensu w zadręczaniu się opiniami innych ludzi.

Jae-Ha roześmiał się.

– Lubię cię – powiedział.

Yona od dłuższego czasu kręciła się z boku na bok, sen jednak do niej nie nadchodził. Z zewnątrz dobiegały nocne dźwięki. Brzęczały owady, szeleścił wiatr, a od czasu do czasu dawały się słyszeć stłumione kroki wartowników, ciche jak chód kota.

Odkąd Hak opuścił cesarski zamek, rozmyślała tylko o nim. Z początku ani trochę nie wątpiła w jego uczucie. Była niedoświadczona, ale nawet ona nie mogła ignorować oczywistych dowodów świadczących, że jego serce należy do niej. Był dla niej czuły i wyrozumiały, bardziej niż na to zasługiwała. To jemu zawdzięczała szczęśliwy powrót ojca i obecność przyjaciółki u swego boku. A jednak jej głowę, niczym drapieżniki, atakowały niespokojne myśli. Dziś, choć wcale nie zamierzała, podsłuchała rozmowę, która całkowicie wybiła ją z równowagi.

Musieli zatrzymać się w jednej z mijanych wiosek. Kasztanowa klacz, na jakiej jechał Shin-Ah, uszkodziła kopyto. Należało je opatrzyć, zapewnić jej opiekę i znaleźć mu innego konia na dalszą podróż. Yona zauważyła, że zasmucony przylgnął do pyska klaczy i głaszcząc ją czule, cicho coś szeptał. Poczuła, że jej sympatia do niego wzrasta, właśnie przez ten świeżo dostrzeżony afekt do zwierzęcia.

Korzystając z okazji, wysiadła z palankinu i schroniła się w cieniu niewielkiej werandy. Natychmiast zadbano, aby otrzymała posiłek i herbatę, lecz nie mogła jeść. Panował za duży upał. Mimo to Asami starała się ją do tego nakłonić, aż zirytowana Yona, kazała się zostawić w spokoju. Urażona przyjaciółka odeszła, a ona od razu pożałowała swoich słów. Wstydziła się za samą siebie, wstydziła się, że jest taka nerwowa i że podobna błahostka może ją wyprowadzić z równowagi. Przed wyjazdem ze stolicy dni upływały jej szybko. Teraz miała dużo czasu na przemyślenia. Za dużo. Huśtawka jej nastrojów przypominała sztormowe fale.

Nieopodal, w pełnym słońcu, stało kilku strażników. Mieli rozkaz nie spuszczać Yony z oczu. Jeden z nich się skrzywił.

– Myśli tylko o sobie – parsknął, nie próbował nawet zniżyć głosu, więc doskonale go słyszała.

Drugi miał czelność się z nim zgodzić. Życie w pałacu nauczyło ją ignorować podobne komentarze, tym razem jednak ją to zabolało. Zdawała sobie sprawę, że jest kapryśna, ale czy naprawdę była samolubna?

Obaj natychmiast otrzymali burę od dowódcy.

– Zachowujcie się. To dobrze urodzona dama, ważna i wpływowa.

Poczuła ucisk w gardle. Przywołał ich do porządku ze względu na jej pozycję, nie zanegował prawdziwości ich słów. Naprawdę była taka okropna? Gdzieś w zakamarkach jej umysłu pojawiało się wspomnienie wyrazu oczu Haka, gdy odmówiła pojechania z nim do Fuugi. Miała świadomość, że sprawiła mu przykrość i dręczyły ją z tego powodu wyrzuty sumienia.

Dowódca odszedł, a młody strażnik znów zwrócił się do towarzysza, tym razem szeptem:

– Mam nadzieję, że lord jest świadomy, na co się pisze.

Yona nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy obrazić. Uznała, że najlepiej udać, iż tego nie słyszała. Cała ich kultura charakteryzująca się dominacją mężczyzny, żądała od kobiety posłuszeństwa. Musiało więc ich drażnić, gdy natknęli się na taką, która nie zamierzała w milczący sposób uznawać autorytetu innych.

– Zrobiłby lepiej, poślubiając lady Ayame – zripostował jego kolega.

W tym momencie serce Yony zamarło, a gdy ruszyło, biło słabiej niż przedtem. Nie miała najmniejszego pojęcia, kim jest owa dama i co najważniejsze kim była dla Haka. Cios był ciężki. Całkiem bezpodstawnie uznała, że wie wszystko o jego życiu. Przypomniała sobie słowa Lili: „Jak możesz być tak naiwna?" i chciało jej się śmiać z samej siebie, a może powinna się raczej nad sobą litować?

Usiadła w ciemnościach pokoju, targając włosy i próbując dojść do ładu sama ze sobą. Po chwili położyła się znowu. Wszystko, co dzisiaj usłyszała, cała treść rozmowy strażników, było świeże, żywe i bolesne. Znała swoje pragnienia, ale czy mogła być pewna, że zna pragnienia Haka?

Nigdy nie powiedział, że ją kocha. Nigdy nawet tego nie zasugerował. Drobiazgi, które do tej pory budziły w niej jedynie niewielkie wątpliwości, zaczęły urastać nagle w jej oczach do spraw zasadniczych. Do końca swojego pobytu widywał się z nią każdego dnia, ale zawsze na krótko, zawsze coś innego wymagało jego atencji. Był przy tym zupełnie spokojny i pewny siebie w kontaktach z nią, gdy ją palił jakiś rodzaj gorączki. Nie usiłował jej więcej pocałować. A po opuszczeniu zamku, otrzymała od niego tylko jeden list. Odpowiedź na jej prośbę interwencji w sprawie Asami. Krótką i konkretną, przypominającą bardziej korespondencję służbową, niż to, co zakochany mężczyzna pisze swojej wybrance. Ani jednego ckliwego wersu, żadnej wzmianki na temat jego miłości.

Poczuła się bardzo niepewnie. Do tej pory towarzyszyło jej przekonanie, że jest pierwsza i najważniejsza w jego uczuciach. Teraz bała się, że dała się zwieść. Bała się, że żenił się z nią jedynie ze względów politycznych. Że być może kobietą, na której mu zależy, nie jest wcale ona, a lady Ayame. I choć podświadomie wiedziała, że to głupota, to kiedy raz ta myśl wpadła jej do głowy, nie mogła się już od niej uwolnić. Po jej policzku spłynęła łza, ledwie ją otarła, popłynęła druga.

Nagle cień ruchu, tak lekki, jak tchnienie wietrzyka, przemknął po pokoju i znów rozpłynął się w ciemnościach. Pomyślała, że zmęczony umysł płata jej figle, ale instynktownie wstrzymała oddech i zaczęła nasłuchiwać. Śpiew cykad, dochodzące z sąsiedniego pomieszczenia pochrapywanie ojca i regularny oddech śpiącej obok Asami. A gdzie strażnicy?

W przeznaczonej dla siebie sypialni Shin-Ah spożywał kolację. Rozluźniony po gorącej kąpieli, ubrany w miękkie nocne kimono. Zza drzwi słyszał odgłosy gospody. Pokojówki, brzęk naczyń, od czasu do czasu śmiech jakiegoś żołnierza.

W milczeniu obserwował usługującą mu Huang. Dziewczyna miała śniadą cerę, pełną figurę, oczy spuszczone skromnie. Na pytania odpowiadała krótko i grzecznie. Gdy pochylała się, aby nalać mu sake, fałdy kimona odchylały się kusząco od jej szyi. Nie miałby nic naprzeciw, gdyby dziś z nim została. Był jednak całkowicie świadomy tego, że się go boi. Widział, że przez cały czas jej, noszące ślady ciężkiej pracy, dłonie drżą lekko i smuciło go to. Wziął głęboki wdech, gotów ją odprawić, gdy aksamitną ciemność na zewnątrz przeciął krzyk.

Momentalnie zerwał się na nogi, prawą dłonią chwytając miecz. Wyskoczył na werandę. Popędził po stopniach, wymijając dwóch zdezorientowanych żołnierzy i dalej boso po ścieżce. Przebiegł obok kilku pawilonów, ignorując ból w stopach. Na prawo pokoje, na lewo ogrody. Przez chwilę nikogo nie było widać, potem w drzwiach zaczęli się pojawiać służący i pokojówki zwabieni zamieszaniem. Skręcił w kierunku bungalowu Yony. Przeskakując nad ciałem martwego strażnika, poczuł przypływ wściekłości. Bał się, że zawiódł.

Pokonał kilka schodków na werandę i przedzierając się przez shoji, wpadł wprost do sypialni Yony. Było ciemno, ale w ułamku sekundy jego zmysły zarejestrowały najdrobniejsze szczegóły. W kącie drobna drżąca postać Yony w objęciach ojca. Obok skulona Asami. Na podłodze martwe ciało. Po drugiej stronie jakaś nieznana mu sylwetka. Błyskawicznie uderzył mieczem.

– Stój! – krzyknął lord Il.

Klinga zatrzymała się tuż przy szyi mężczyzny. Oszołomiony, ogarnięty gniewem Shin-Ah, usiłował się uspokoić. Tors mu falował. Serce waliło. Miał wrażenie, że za chwilę eksploduje mu głowa. Nie czuł się człowiekiem, tylko dziką, rozwścieczoną bestią.

Do pokoju wbiegli strażnicy. Ktoś przyniósł latarnię z werandy.

– Wszystko w porządku? – spytał ostrożnie Jae-Ha, jego głos dobiegł niemal z daleka.

– Tak... – odparł, czując, jakby wynurzał się z ogromnych ciemności.

– Lord mówi, że ten chłopak pomógł.

Oczy Shin-Ah zwęziły się w szparki. Na drugim końcu jego miecza stał buddyjski pielgrzym, któremu dziś groził.

W pokoju panowało zamieszanie. Yona, równie blada, jak jej nocne kimono, była w histerii. Asami, z pomocą jednego z żołnierzy, podniosła się z podłogi i stała wsparta na jego ramieniu. Po czole spływała jej strużka krwi. Na podłodze leżała zastygła w bezruchu czarna postać zabójcy.

– Jae-Ha, weź dziesięciu ludzi i zabierz ich stąd. Miej ich cały czas w polu widzenia – powiedział, wskazując na lorda Ila i dwie dziewczyny.

Przebiegł wzrokiem po pozostałych. Przyglądał im się z niesmakiem, jakby patrzył raczej na jakieś stworzenia niż ludzi.

– Reszta na plac gospody – zarządził lodowatym tonem, od którego wszyscy słyszący go żołnierze zadrżeli z trwogi. – Bez broni i na klęczkach!

Znów spojrzał na pielgrzyma. Miał jasne, kręcone i potargane włosy, żadnej broni, tylko znoszone, podarte podczas szamotaniny, ubrania. Jakim cudem napastnik był martwy?

– Kim jesteś? – spytał, odsuwając ostrze katany od jego gardła.

Pokryta kurzem twarz chłopaka rozjaśniła się w uśmiechu.

– Jestem Zeno.


*palankin – rodzaj lektyki używanej przez arystokrację na Dalekim i Środkowym Wschodzie