A/N: Dziękuję za komentarze.


Rozdział XIV

— Pssst! Harry.

Po zaledwie trzech godzinach snu, Potter nie był skory do wstawania.

— Harry. — Ron nie dawał za wygraną.

Ten jęknął.

Ja pierdolę…

— Harry!

— No dobra, już wstaję.

Myjąc zęby nękały go przeróżne myśli, ale jedna była wybitnie natrętna.

Neville.

Jak to się stało, że zaufał Malfoyowi? No dobra, ja też popełniłem tę głupotę, ale… nie miałem wyjścia. Zaraz! A jak ten dupek zaszantażował, albo zaczarował naiwnego Neville'a, tak żeby uzyskać łatwiejszy dostęp do mnie i zmusić do podpisania umowy? A ja byłem na tyle głupi, aby nie zauważyć w niej nic… podejrzanego i tak naprawdę podpisałem coś, co skazało mnie na śmierć i wygraną Voldemorta?

Przypomniał sobie jeden z punktów umowy.

Harry Potter zobowiązany będzie, jeżeli nastąpi taka konieczność, poświadczyć za każdego z członków rodziny Malfoyów (Narcyzę, Lucjusza oraz Dracona) i nie dopuści do ewentualnego ich skazania."

Tak, to wiele wyjaśniało. Harry był przekonany, że Malfoyowie zrobiliby wszystko by chronić własną skórę – w nagłą skruchę nie chciało mu się wierzyć.

Również całe to omamienie Neville'a zdawało się być naciągane. Przecież Harry widział go razem z Malfoyem, wtedy, gdy wparował do klasy ze Snapem i… jeżeli blondyn tylko grał, to był w tym naprawdę dobry.

Cholera, czy moje życie musi być takie popieprzone?

Wyglądało na to, że Harry jeszcze nie ochłonął po wczorajszych wydarzeniach.

Tylko, że na takie rozważania było już za późno.


— Świetny trening! — ekscytował się w szatni Ron. — Myślę, że mamy w tym roku duże szanse na Puchar.

— Z Harrym to wiadoma sprawa!

Zażenowany Potter lekko się uśmiechnął i „uciekł" pod prysznic.

W tym roku był, wspólnie z Ronem, kapitanem drużyny. Sam Harry nie chciał przyjąć tej zaszczytnej funkcji (przecież miał ważniejsze sprawy na głowie!), ale McGonnagal nawet nie chciała o tym słyszeć. Ostatecznie zgodziła się na dwójkę kapitanów.

Zakręcił kurek, wziął ręcznik i spojrzał w prawo, upewniając się, że Weasley jeszcze się mył.

*Tempus*

O cholera.

— Ron, lepiej się pospiesz!

Wrzucił ręcznik do kosza na brudy i szybko się ubrał.

— Ron!

— Co? — Rudzielec dopiero wyłonił się z kabin prysznicowych.

— Wiesz, chciałbym coś zjeść — powiedział Harry.

— Nom, ja też — leniwie odpowiedział Ron, wycierając włosy.

— Taa? To może jednak byś podkręcił tempo?

— Wiesz, ja dzisiaj nie mam porannych zajęć, zdążę ze śniadaniem. — Wyszczerzył się.

— Dupek.

— Ale ty lepiej idź coś szybko zjeść, bo jeszcze zemdlejesz w lochach izostaniesz poćwiartowany przez Snape'a na składniki do eliksirów.

Jak bardzo zdziwiłbyś się, gdybym ci powiedział, że to wcale nie byłoby dla mnie takie złe?

— Humor ci dopisuje, jak widzę.

— No pewnie. — Uśmiech nie schodził z piegowatej twarzy. — Sam widziałeś to nasze nowe zagranie. Nikt nie ma szans!

— Wiesz, różnie to bywa. — Sceptycyzm Harry'ego nie obniżył morale gwiżdżącego pod nosem Rona.

Potter pokręcił głową i szybkim krokiem ruszył ku zamkowi.


Widok opustoszałej Wielkiej Sali wcale nie zaskoczył Harry'ego, czego nie mógł powiedzieć o Hermionie, która w dalszym ciągu siedziała przy stole Gryfonów.

— Jeszcze nie w lochach? — Usiadł obok przyjaciółki i sięgnął po kanapkę z indykiem.

— Harry! Już myślałam, że nie zjawicie się na śnia… — Rozglądnęła się — A gdzie Ron?

— Guzdrał się, a ja chciałem coś zjeść i nie spóźnić się na lekcję.

Hermiona pokiwała ze zrozumieniem.

— No to bierz drugą kanapkę na drogę i ruszajmy. — Wstała. — Po zajęciach chciałabym o czymś porozmawiać, okej?

O co chodzi, czy ona…

Potter zmarszczył brwi. — Jeszcze kilka minut nam zostało, o co chodzi?

— Nie, teraz to ja chcę sobie przypomnieć materiał.

Grupka Puchonów z zaciekawieniem obserwowała śmiejącego się Złotego Chłopca.


Dzisiejsze eliksiry były nudne – oczywiście na tyle, ile przebywanie ze Snapem w jednym pomieszczeniu mogło takie być. Harry po prostu wolał uczyć się przez praktykę, a nie dwugodzinny wykład – nawet jeżeli był wygłaszany przez TAKI głos. Hermiona natomiast była zachwycona mogąc notować te wszystkie te „fascynujące rzeczy".

Teraz jednak zdawała się o nich zapomnieć.

— No dobra, jesteśmy. — Byli w bibliotece. — O tej godzinie nam raczej nikt nie przeszkodzi… No i jak spóźnimy się do Hagrida to nic się nie stanie.

— Hermiono Gran… — Uniesiona ręka mu przeszkodziła.

— Odpuść sobie, wiesz, że w wyjątkowych okolicznościach pozwalam sobie na… łamanie zasad.

Zauważyła coś. Ona wie. Boże, ona wie.

Nie owijając w bawełnę dziewczyna wyciągnęła z torby kawał pergaminu.

— Czytaj.

Ich podchody, śmiem twierdzić, zaczęły się już dawno"

Harry poczuł jak wypełnia go uczucie ulgi.

Ona nie wie.

Odłożył starannie zapisane słowa Tiary z początku roku.

— Mówiłem ci, że nie mam ochoty zaprzątać sobie tym głowy.

Czuł na sobie świdrujące spojrzenie.

— Ale to robisz, Harry.

Co?

— O czym ty…

— Proszę cię, przestań — stanowczo powiedziała Hermiona. — Byłeś i, czasem nadal jesteś, oddalony. To cię nurtuje, prawda? Próbujesz sam to rozgryźć.

Harry się zirytował.

Nie. Nie próbuję!

— Bo jak nie to… — Przyjaciółka zagryzła wargę. — Coś innego się dzieje?

Coś jakby zmusiło go do szybkiej odpowiedzi: — Nie. Wszystko w porządku. Masz rację, myślałem o tym.

Matko, czy to było to o czym mówił Malfoy? Tak jakby magia mówiła za mnie.

— Więc proszę przestudiuj moje notatki, chciałam… — Hermiona szukała odpowiednich słów. — Chciałabym później usłyszeć jak ty to interpretujesz… Wiesz na pierwszy rzut oka to jest takie oczywiste. Ty i Sam-Wiesz-Kto, to zawsze ty i on, ale…

Oczywiście. Całe moje życie kręci wokół tego szaleńca. A co jeśli chcę czegoś więcej?

— Taa. Ja i Voldemort. Historia mojego istnienia — gorzko podsumował Harry.

— Och, Harry!

— Daj spokój. Chodźmy już. Hagrid może i jest pobłażliwy, ale nie naciągajmy jego dobrej strony.

— Masz rację. — Dziewczyna się uśmiechnęła. — I… Harry?

— Hm?

— Jak się czujesz będąc moim głosem rozsądku?

Pani Pince groźnie chrząknęła na rechoczącego Gryfona.


Ktoś zapukał do drzwi gabinetu Snape'a.

Hmmm?

— Wejść — nakazał profesor i odłożył studiowaną notatkę.

Do środka wszedł prefekt Slytherynu.

— Profesorze Snape.

— Ach, tak, pan Malfoy. — Wskazał na krzesło naprzeciwko. — Proszę usiąść.

Draco skinął i bez słowa usiadł na wyznaczonym miejscu. Nienaganna postawa, nie była czymś do czego Severus przywykł przez lata obserwowania garbiących się nastolatków, którzy czekali na jego wyrok.

Maniery Malfoyów, zawsze nienaganne w towarzystwie.

— Panie Malfoy — w końcu zaczął Snape. — Wie pan, że nie lubię, gdy inni profesorowie skarżą się na moich uczniów.

— Tak, profesorze.

— A pan jest prefektem. Prefektem, którego sam nominowałem.

— Wiem, profesorze. Przepraszam.

Bez wymówek, bez tłumaczeń i zbędnego jęczenia. Maniery, maniery, maniery… Komuś z pewnością również by się przydały.

Severus westchnął.

— Ale, jeżeli mam powiedzieć szczerze, myślę, że profesor Lupin był odrobinę… nadgorliwy.

Draco milczał, ale Severus dostrzegł w jego oku błysk. Kontynuował:

— Albo po prostu nie wie, że moi prefekci potrafią samodzielnie załatwiać pomniejsze sprawy i nie potrzebują trzymania za rączkę — ironizował. — To oczywiste, że nie odbiorę panu punktów, ale… następnym razem proszę o większą ostrożność.

— Tak jest. Dziękuję, profesorze. — Spięte ramiona Malfoya rozluźniły się.

Mistrz eliksirów powrócił do wcześniej studiowanego pergaminu i nie podnosząc wzroku powiedział: — To wszystko, panie Malfoy.

Usłyszał „Dziękuję, profesorze. Do widzenia, profesorze".

Maniery.

— Mam rozumieć, że pan Longbottom tym razem wyszedł bez szwanku?

Och, to było zdecydowanie za gwałtowne zamknięcie drzwi. Wręcz skandaliczne.

Uśmieszek nie schodził z jego twarzy, chociaż czuł, że Malfoy coś knuł.

Jednak ten nieudacznik Longbottom napawał go optymizmem.

Lucjusz w życiu nie zaakceptowałby kogoś takiego. Nie żebym się dziwił…

Merlin jeden wiedział, jak do tego w ogóle doszło, ale to nie było ważne. Ważnym dla Severusa był fakt, że Draco działał wbrew ojcu, a to oznaczało, że była dla niego nadzieja.

Malfoy i Longbottom. Zaskakujące. Arogancki mały Malfoy traktował Longbottoma chyba nawet gorzej niż Pottera. Jeżeli ta chodząca katastrofa nienawidziła wtedy kogoś bardziej niż Dracona to…

Zaśmiał się do swoich myśli


Po kolacji Harry, pod pretekstem zmęczenia, udał się bezpośrednio do sypialni. Niestety nie mógł sobie pozwolić na sen – najpierw musiał przestudiować zapiski Hermiony. Przyjaciółka chciała poznać jego spostrzeżenia, a prawdą było, że ich (jeszcze) nie posiadał.

No chyba, że „mam to w dupie" się kwalifikuje.

Już miał zamiar położyć się do swojego łóżka, gdy zauważył czytającego jakieś tomisko Neville'a.

Och, do cholery… Muszę się czegoś dowiedzieć, bo oszaleje.

— Neville?

Chłopak prawie podskoczył.

— Ha-Harry! To mnie teraz wystraszyłeś… — Pomasował sobie kark. — Idziesz na kolację?

— Eee, tak właściwie to z niej właśnie wróciłem.

Longbottom jęknął.

— Aż tak interesująca lektura? — zapytał Harry i usiadł na brzegu łóżka kolegi.

Ten potwierdził i zamknął księgę. — Ale na dzisiaj koniec z zarodnikami paproci. — Harry skrzywił się, na co Neville zachichotał. — Już i tak przez nie przegapiłem kolację!

— Poproszę Zgredka, na pewno będzie szczęśliwy mogąc ci coś przynieść.

— Dzięki, ale akurat mi opuszczenie posiłku nie zaszkodzi…

— Weź przestań!

Chłopak się uśmiechnął.

Dobra, teraz tylko rozegrać to dobrze…

— O co chodzi z tobą i Malfoyem?

Uśmiech zbladł.

No pięknie, Harry.

— Nie wiem o co chodzi…

— Eee, to znaczy… Wiesz, po prostu zdziwiłem się, że tak jakby mu pomogłeś, to znaczy nam, eee, ze spotkaniem i w ogóle.

Neville nerwowo podrapał się po głowie.

— Wszyscy się zmieniamy, wiesz? I… nie jest wcale takim dupkiem. — Harry uniósł brew. — T-to znaczy ciągle jest Malfoyem, ale…

Potter wiedział, że przyjaciel zastanawiał się co mógł mu powiedzieć.

— Pamiętasz jak mówiłem ci o swoich wakacjach? – powoli zapytał.

— Jasne, rośliny i te sprawy.

— No… tak, ale miesiąc spędziłem wraz z firmą wujka Algiego we Francji. Wiesz on prowadzi ogrodniczy biznes. No i dostał największe zlecenie w historii; wielki ogród, szklarnie, to wszystko przy wielkiej willi… Więc wziął mnie ze sobą.

Och.

— A ta posiadłość… — domyślił się Harry.

— Tak, była Malfoyów.

— A Malfoy…

— Tak, mieszkał tam, z matką.

— Okej…

— Był… w porządku. — Neville zaczerwienił się.

Merlinie, jestem okropny.

— Dlatego wydawało mi się, że możesz przynajmniej wysłuchać tego, co ma ci do powiedzenia. Przepraszam?

— Och, nie! Po prostu to… dziwne. To znaczy, wiesz, że Malfoy jest… w porządku. — Harry wstał. — Ale to dobrze, lepszy w porządku niż dupek. Fajnie, że się dogadaliście.

— T-to nie tak, że się jakoś super d-dogadaliśmy… — nerwowo dukał.

Och, daj spokój. Ja i tak swoje wiem.

— Dzięki, Nev, za rozmowę. — Ziewnął. — Chyba już pójdę spać. Branoc!


Trzymał w dłoni długi pergamin. Pismo Hermiony było staranne i czytelne, ale jemu, jak na złość, dwoiło się w oczach. Była to prawdopodobnie obronna reakcja organizmu; nie miał siły na kolejne zmartwienia.

A więc to zaczęło się w wakacje. To takie dziwne! Jeżeli Malfoy był dla kogoś większym chamem niż dla mnie, Rona i Hermiony, to z pewnością był to Neville. Gorszym w jego stosunku mógł być tylko…

Harry zaśmiał się do swoich myśli.

Wiedział, że nie powinien tak reagować – w końcu to nie było wcale zabawne. Z drugiej strony pogodził się z faktem, że nie uważał już Snape'a za „najstraszniejszego potwora z lochów". Nie potrafił o nim źle myśleć i miał cichą nadzieję, że mistrz eliksirów miał w stosunku do niego podobne odczucia. Teraz tylko musiał mu pokazać, że nie jest już niedojrzałym, cholernym Potterem, bo…

Ty i Sam-Wiesz-Kto, to zawsze ty i on". Wiem, kurwa, wiem! Ale… Co jeśli chcę czegoś więcej?

Przymknął powieki. Serce waliło mu jak opętane. Wypełniało go uczucie, które jeszcze niedawno było dla niego nieznane i obce.

Co jeśli chcę…

Postanowił. Weźmie sprawy w swoje ręce. Przecież może je wyciągnąć po coś więcej niż wojna. W końcu to było JEGO życie.