Rozdział XIV
Za betę bardzo dziękuję Leleth i Gayi :)
James nie chciał wylądować w Azkabanie. Nie chciał być zamknięty w celi, która była akurat tak duża, aby pomieścić pryczę, wiadro i skulonego człowieka. Przede wszystkim zaś nie chciał spotkać dementora. Nigdy w życiu.
Chłopak widział parokrotnie włamywacza, który odsiedział tam parę miesięcy. Mężczyzna był prawie łysy, choć nie miał nawet trzydziestki, często dygotał, a paznokcie obgryzł do krwi. Nazywał się chyba Freeman. Często przesiadywał w knajpie „Pod ozorem hipogryfa".
Raz chwycił Jamesa za nadgarstek i przyciągnął do siebie tak blisko, że chłopak poczuł jego cuchnący alkoholem oddech.
– Widziałem, jak wypływa jej mózg – wymamrotał mężczyzna. – Zawsze, gdy przychodzili. Ciągle widziałem tę moją, moją malutką.
James wyrwał się mu wtedy i ze wstrętem wytarł rękę, na której palce mężczyzny pozostawiły czerwone smugi.
Później ktoś wytłumaczył mu, że włamywaczowi zabiła się pięcioletnia córka. Freeman nie zamknął dobrze schowka na miotły, więc dziewczynka wyjęła jedną w nocy i poszła polatać. Może straciła kontrolę, może wiatr ją zdmuchnął, ostatecznie nie miało to znaczenia. Spadła, a włamywacz znalazł jej ciało.
Później trafił do więzienia za to, że zwinął dwie szaty wyjściowe, komplet srebrnych łyżeczek i sześćdziesiąt galeonów łącznie ze skarpetą, w której były schowane. Podobno nigdy nie był dobrym złodziejem.
Zresztą chyba już nie żył. James kojarzył słabo, że mężczyzna strzelił w siebie Avadą, kiedy odkrył, że nikt już nie chce sprzedawać mu whisky na kredyt. Zrobił to chyba… w marcu? Na pewno wtedy, gdy James miał już pracę. To Dziadek mu o tym powiedział.
Tak czy siak Rainbow miał nadzieję, że nie skończy tak, jak Freeman. Równocześnie był prawie pewien, że nie da rady znów przeżyć najgorszych chwil swojego życia i nie zwariować. Już samo oglądanie przeszłości w czasie lekcji oklumencji było dostatecznie złe.
Dlatego trochę spanikował, gdy uświadomił sobie, że skradziona różdżka może zostać z nim powiązana. Po prostu wcześniej nie przyszło mu do głowy, że nie jest ona – jak mówili pewni ludzie – bezpańska. Rzucił więc klątwę na pszczołę ze spokojem, jaki dawało mu przeświadczenie, że nawet jeśli przydybią go gdzieś aurorzy, może cisnąć różdżkę w kąt i powiedzieć: to nie moje, to tutaj już leżało.
Raz w życiu nawet mu się taki numer udał.
Zresztą czarnoksiężnicy zawsze posiadali dwie różdżki. Pierwszą do czarów zwykłych i prawie że legalnych, zakupioną w porządnym sklepie i noszoną codziennie przy sobie. Drugą do magii tak czarnej, że brudziła duszę.
James nieco zmodyfikował tę zasadę, przede wszystkim dlatego, że rzadko kiedy grzebał się w naprawdę złych zaklęciach. Druga różdżka była więc dla niego po prostu tą zapasową, którą mógł wyciągnąć, gdy pierwszą trafił szlag. Znał jednak regułę i tego dnia wyjątkowo próbował się do niej zastosować.
Różdżkę do nielegalnych zaklęć należało kupić pokątnie, wygrać od osoby zbyt pijanej, by zapamiętała twoją twarz, albo zwyczajnie ukraść. Przy czym – mimo wszystko – ukraść z głową. Zabranie jej sprzedawcy, który pamiętał, co dokładnie sprzedał klientce sprzed kilkunastu lat, nie było najlepszym pomysłem.
James powoli zaczynał się uspokajać. Owszem, mogło być nieciekawie, gdyby poszedł z nią do gabinetu dyrektora, ale przez zwykły fart udało mu się tego uniknąć. Teraz już nikt nie mógł sprawdzić, jakie zaklęcia zostały nią rzucone.
I nagle chłopak uświadomił sobie, że choć pozbył się narzędzia zbrodni, przeklętą pszczołę wciąż miał w kieszeni. Problem polegał na tym, że uzmysłowił to sobie w chwili, w której przekroczył próg gabinetu, a Snape zamknął za nim drzwi.
Kretyn, pomyślał blednąc. Kompletny idiota.
– Podejdź, chłopcze, nie stój tak w drzwiach – powiedział dyrektor. Siedział za biurkiem, prawie ginąc za stosami papierów, które na nim leżały.
James skrzywił się odruchowo. Czarny Pan również zwracał się do niego w ten sposób. Zaraz jednak zmusił się do uprzejmego uśmiechu osoby, która jest trochę zakłopotana i nieco zdezorientowana. Rozejrzał się przy tym szybko po pokoju.
Gabinet dyrektora był okrągłym, przestronnym pomieszczeniem, a przy tym tak zagraconym, że Jamesowi natychmiast skojarzył się ze sklepikiem z pamiątkami. Jednym z tych, w których trzeba było poruszać się z najwyższą ostrożnością, aby nie uszkodzić żadnego z bibelotów. Na ścianach wisiały portrety, zapewne siatka wywiadowcza Dumbledore'a. Większość namalowanych postaci wyglądała na pogrążonych we śnie, ale James był pewien, że tylko udają. W jednym z dwóch foteli ustawionych przed biurkiem siedział Ollivander. Staruszek w jasnym świetle wydawał się zupełnie innym człowiekiem, drobnym i jakby kruchym. Kiedy James wszedł, sprzedawca wychylił się zza oparcia tak, aby spojrzeć na niego. Rainbow natychmiast odwrócił wzrok. Odkąd zaczął spotykać na swej drodze Legilimentów, weszło mu to w nawyk.
Wtedy właśnie dojrzał feniksa siedzącego na metalowej żerdzi. Ptak czyścił pióra, które zdawały się płonąć. Pełzał po nich… nie tyle ogień, co jego sugestia. Powietrze nad nimi zdawało się rozedrgane tak, jak to unoszące się nad pustynią, a przedmioty wokół feniksa były nienaturalnie oświetlone, jakby położone je obok niewidzialnego ogniska. Nagle ptak uniósł głowę i spojrzał na Jamesa. Chłopaka przeszedł dreszcz. Miał wrażenie, że ta istota – nie był w stanie nazwać feniksa zwierzęciem – przejrzała go w jednej chwili, nie wkładając w to nawet odrobiny wysiłku.
Fawkes, pomyślał James.
– Dyrektor o coś pana poprosił, panie Rainbow – powiedział Snape, wyrywając chłopaka z odrętwienia.
– Dobry wieczór – przywitał się James, próbując szybko się pozbierać. Innego dnia uznałby spotkanie akurat tego feniksa za miłą niespodziankę, ale dzisiaj był zbyt rozstrojony, aby się ucieszyć. Miał wrażenie, że cały świat uparł się, aby przypomnieć mu o Brazylii. – Wezwał mnie pan, dyrektorze – dodał, podchodząc do biurka. Przy okazji spojrzał na sprzedawcę różdżek i uśmiechnął się do niego z wyćwiczoną sympatią. – Miło mi pana widzieć, panie Ollivander. Przepraszam, że wyszedłem ze sklepu bez pożegnania. Byłem po prostu zmęczony i zapomniałem o dobrych manierach.
Warto było to powiedzieć choćby po to, aby zobaczyć dezorientację na twarzy mężczyzny. Chłopak przywykł już do tego, że ludzie spodziewali się po nim wszystkiego najgorszego, więc bawiło go ich zaskoczenie, gdy zachowywał się przyzwoicie. Nie na tyle jednak, aby grał grzecznego chłopca częściej, niż było to konieczne.
– Kradzież różdżki nazywasz przejawem złych manier? – Ollivander jednak nawet nie próbował silić się na uprzejmości.
– Nie rozumiem… – James spojrzał na Dumbledore'a z bezradnością, lecz bardzo szybko odwrócił wzrok. Dyrektor właściwie nie wyglądał na zbyt potężnego czarodzieja. Raczej na nieco stukniętego staruszka z rodzaju tych, którzy karmią w parku gołębie cukierkami i dzieci prosem. Czarny Pan jednak twierdził, że dyrektor jest prawie tak dobrym Legilimentą jak on, a James nie miał powodów, aby w to nie wierzyć.
– Spokojnie, Garricku. Jestem pewien, że uda nam się wszystko wytłumaczyć. – Gdyby te słowa wypowiedział ktokolwiek inny, zabrzmiałyby tylko naiwnie, ale Dumbledore'owi udało się sprawić, że James prawie mu uwierzył. Choć oczywiście to go nie uspokoiło. – Proszę, usiądź. – Dyrektor wskazał chłopakowi drugi z foteli. Następnie spojrzał na Snape'a, który przyczaił się w pobliżu drzwi. – Podejrzewam, że będziesz chciał uczestniczyć w tej rozmowie, Severusie.
– Owszem – potwierdził mężczyzna obojętnie. – Pozwolisz jednak, że postoję.
Przez chwilę nikt się nie odzywał i tylko skomplikowana maszyna, stojąca na stosie książek, robiła „ping".
– Czy mógłbyś pokazać mi swoją różdżkę, James? – poprosił wreszcie dyrektor łagodnie. Chłopak wzruszył ramionami i wyciągnął ją z kieszeni szaty. Wyczuł przy tym przez materiał kształt pudełeczka, co przypomniało mu, w jak kiepskiej sytuacji się znajduje. W Rosji za taką klątwę mogli go przymknąć na pół roku, a w Anglii podobno przepisy były jeszcze ostrzejsze…
Po chwili wahania podał różdżkę Dumbledore'owi, a ten obejrzał ją uważnie.
– Jestem pewien, że nie jest wykonana z drewna orzecha – stwierdził, po czym oddał ją chłopakowi.
Ollivander, który patrzył na jego ręce jak wygłodniały jastrząb, niechętnie skinął głową.
– Owszem, to nie ta, która zginęła, ale i tak jest kradziona. Sprzedałem ją Nimfadorze Tonks.
– To prezent – wymamrotał James, wbijając wzrok w teczkę leżącą na skraju biurka. Wątpił, aby ktokolwiek mu uwierzył. Szczególnie, że Snape pewnie wiedział, że chłopak zabrał ją Tonks w szpitalu. James tylko czekał, aż mężczyzna się wtrąci. Niezbyt długo zresztą.
– Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego nazywa pan mojego syna złodziejem – spytał mężczyzna lodowato.
James zerknął na niego zaskoczony. Szybko jednak stwierdził, że nie powinien się dziwić. Prawdopodobnie gdyby udowodnili mu, że naprawdę zwędził różdżkę, Dumbledore wywaliłby go ze szkoły. Snape więc będzie go oficjalnie bronił…
Tymczasem Ollivander wyglądał na uradowanego tym pytaniem.
– Trzydziestego pierwszego sierpnia obsługiwałem pana Rainbowa w moim sklepie – powiedział, jakby składał raport. – Próbowałem dobrać dla niego pasującą różdżkę, co niestety okazało się niemożliwe. Po tym, jak wyszedł, zacząłem sprzątać i zorientowałem się, że jedna z różdżek zniknęła. Jedenaście cali, orzech, rdzeń z włókna serca smoka.
– Więc niepokoi pan nas, ponieważ zgubił różdżkę? – Snape skrzywił się lekko, jakby z niesmakiem.
Nie istniał chyba lepszy sposób, aby śmiertelnie obrazić Ollivandera. Mężczyzna wyprostował się jak struna i powiedział głosem drżącym od wściekłości:
– Nigdy w życiu nie zgubiłem różdżki. Jak pan śmie nawet sugerować coś takiego.
James odkaszlnął, przerywając ich pojedynek na mordercze spojrzenia.
– Niczego nie ukradłem – stwierdził – ale nie wiem, jak mam to udowodnić.
– Myślę, że przeszukanie twojego kufra załatwi sprawę. Prawda, Garricku? – Dumbledore podniósł się z fotela raźno. – Oczywiście, jeśli się zgadzasz, Jamesie.
Chłopak skinął głową, zastanawiając się nerwowo, czy ma w nim coś nielegalnego. Chyba książka od Czarnego Pana zahaczała o czarną magię w niektórych rozdziałach, ale nie bardziej niż przeciętny podręcznik do medycyny.
Ollivander jednak nie był przekonany.
– Mógł ukryć tę różdżkę gdziekolwiek. Choćby idąc tutaj – wymamrotał, choć również się podniósł.
– Zapewniam, że zauważyłbym to – powiedział Snape chłodno. – Rainbow, podwiń rękawy i nogawki – dodał.
James wzruszył ramionami i również wstał, następnie wykonał polecenie. Ollivanderowi zaświeciły się oczy, gdy dojrzał futerał na nodze chłopaka. James ściągnął więc przedmiot i podał sprzedawcy tylko po to, aby zobaczyć wyraz rozczarowania na jego twarzy, gdy poradził sobie z zamknięciem. Cała ta sytuacja na przemian Rainbowa przerażała i bawiła.
Dumbledore tymczasem nie wtrącał się, obserwując wszystko z łagodnym uśmiechem. Wydawał się w pewien sposób nieobecny. Kiedy jednak Ollivander w końcu przyznał, że James nie ma przy sobie skradzionej różdżki, dyrektor wezwał skrzata i poprosił o przyniesienie kufra chłopaka.
Czekając na niego, James zerkał na feniksa. Ptak wydawał się nie zwracać żadnej uwagi na ludzi w pokoju. Chłopak zauważył, że cień, który rzuca, ma niewyraźne, rozedrgane krawędzie.
Kufer z cichym trzaskiem pojawił się w gabinecie, o mało nie przygniatając nogi Jamesowi. Chłopak zaklął cicho, dotknął jego grzbiet i otworzył wieko. Następnie odsunął się, teatralnym gestem zapraszając Ollivandera do grzebania w jego wnętrzu.
– Proszę – powiedział. – Rozgość się.
– Mam lepszy pomysł – powiedział dyrektor i machnął krótko różdżką.
Wszystkie przedmioty wyleciały z kufra i zawisły stopę nad jego krawędzią. Nie zmieniły jednak swojego położenia względem innych. James w jednej chwili uznał, że musi nauczyć się tego czaru.
– Mógłbyś rzucić „Accio różdżka", Severusie? Tylko nie w moją stronę, proszę – polecił dyrektor.
Snape zrobił to i nic się nie stało. Dumbledore opuścił więc delikatnie przedmioty.
– To chyba załatwia sprawę, Garricku – powiedział spokojnie.
– Nie – warknął staruszek. – Wiem, że on to zrobił.
W tym momencie coś się zmieniło. W jednej chwili dyrektor przestał być łagodnym dziadkiem, który słucha kłótni wnucząt. Z jego oczu zniknęła senność i rozkojarzenie.
Jamesa przeszedł dreszcz. Zauważył, że Fawkes też zareagował, rozpościerając na moment skrzydła, a Snape zacisnął dłonie. Tylko Ollivander wydawał się całkowicie nieświadomy zmiany, zbyt rozłoszczony, aby cokolwiek wyczuć.
Tak działa ewolucja, pomyślał James, powstrzymując nerwowy śmiech. Przeżyją tylko ci, którzy wiedzą, kiedy czarodziej jest wkurzony.
– Poprosiłeś mnie, abym pomógł ci w tej sprawie i zgodziłem się – powiedział Dumbledore. – Nie pozwolę ci jednak obrażać mojego ucznia.
To nie są jakieś szczególnie błyskotliwe słowa, uznał James. Tylko jakie to ma znaczenie, skoro to on je wypowiedział?
Ollivander zrobił chyba jedyną rozsądną rzecz, jaką mógł. Wycofał się.
– Zapewniam, że znajdę dowody – zagroził, podchodząc do wieszaka na kapelusze. Wziął jeden i nałożył zamaszystym gestem. – Hogwart schodzi na psy.
– Do widzenia, Garricku – powiedział Dumbledore i zabrzmiało to jak ostrzeżenie.
James tęsknie zerknął na drzwi.
– Do widzenia, dyrektorze, profesorze. – Ollivander skinął krótko obu mężczyznom, ignorując chłopaka. Narzucił na ramiona sprany płaszcz i wyszedł, cicho zamykając drzwi.
Rainbow poruszył się nerwowo.
– To może ja już pójdę? Późno jest…
– Chciałbym z tobą porozmawiać. Severusie, mógłbyś nas zostawić?
To koniec, pomyślał chłopak z rezygnacją. Żegnaj, szkoło, witaj, Czarny Panie. Ciekawe, co jest lepsze: Azkaban czy Malfoy Manor?
Kiedy jednak po wyjściu profesora dyrektor nie kazał mu wywracać na lewą stronę wszystkich kieszeni, chłopak poczuł nieśmiałą nadzieję. A nuż czarodziej o niczym nie wie?
– Widziałem, że zainteresował cię Fawkes – powiedział nagle dyrektor.
Chłopak był tak spięty, że na te słowa zareagował, jakby smagnięto go batem. Żeby ukryć zakłopotanie, przeczesał włosy palcami.
– A tak. Matka mi o nim mówiła. Całkiem ładny kurczak.
Dumbledore zaśmiał się cicho.
– Możesz go pogłaskać, jeśli chcesz. Emily zawsze to robiła, kiedy wzywałem ją do gabinetu.
– A dziobie? – spytał, podchodząc nieco niepewnie do stworzenia. – Fawkes znaczy?
– Tylko złych ludzi.
Kiedy położył dłoń na jego grzbiecie, poczuł się tak, jakby wsunął ją w dym. Feniks był ciepły, lecz nie parzył.
James spojrzał kątem oka na dyrektora. Dumbledore wydawał się pochłonięty dźganiem piórem jakiegoś tajemniczego mechanizmu. Rainbow odważył się więc nachylić nad Fawkesem i wyszeptać:
– Dziękuję za uratowanie życia. Kiedyś ci wszystko opowiem.
Odniósł wrażenie, że feniks go zrozumiał. Zresztą czemu nie? Emily mówiła, że jest inteligentny.
– W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że w połowę kłopotów pakuje się tylko po to, aby go zobaczyć – powiedział Dumbledore z zadumą w głosie. – Lubiła go.
Nic dziwnego. Był jedyną istotą, która potrafiła zapłakać nad jej losem.
Fawkes spróbował dziobnąć Jamesa w kieszeń, więc chłopak odsunął się szybko.
– Wywalę to – wymamrotał. Miał nadzieję, że dyrektor niczego nie zauważył.
Dumbledore wyprostował się, odłożył pióro i spoważniał.
– Chciałbym powiedzieć, że cieszę się, widząc cię w mojej szkole, James. Niestety, biorąc pod uwagę okoliczności, skłamałbym.
– Snape mówił…? – chłopak znacząco zawiesił głos. Czuł, że serce tłucze mu się w piersi.
– Profesor Snape poinformował mnie, że znajdujesz się tu z rozkazu Voldemorta.
James wzdrygnął się, słysząc to imię.
– To było tylko tak, żeby się wyrwać – zapewnił nerwowo. – Wcale nie chcę nikogo mordować.
Dyrektor westchnął cicho i ściągnął okulary.
– Wiem, chłopcze. Nie będę też tego od ciebie wymagać. Jednak, będę szczery, sytuacja profesora Snape'a jest dosyć delikatna. Nie mogę oczywiście pozwolić, abyś składał raporty Voldemortowi…
– I tak muszę do niego wrócić, jeśli tego zażąda – wtrącił chłopak szybko. – Tam jest moja matka – wytłumaczył.
W pewnym sensie nie było to nawet kłamstwo. Dopóki Emily była wierna Czarnemu Panu, James nie mógł otwarcie się mu sprzeciwić. Nie, póki miał na lewej ręce ten przeklęty tatuaż… ale o nim Dumbledore nie musiał wiedzieć.
Mężczyzna skinął głową krótko, nawet nie próbując z nim dyskutować.
– W tym momencie nie potrafię odsunąć cię od tej wojny, James. Przepraszam.
Wyglądał na starego, zmęczonego człowieka. James przyjrzał się mu z nieufnością. Broda świętego mikołaja, tiara w gwiazdki, kurze łapki wokół oczu, okulary połówki w starczych dłoniach…
Oto jeden z dwóch największych mafiosów Wielkiej Brytanii.
– Nie ma sprawy, to w końcu nie pańska wina, dyrektorze – powiedział z nieco wymuszoną wesołością. Bezmyślnie podrapał po głowie Faweksa, który domagał się pieszczot.
– Mogę mieć jedynie nadzieję, że staniesz po właściwej stronie.
– Znaczy po twojej? – Już w chwili, w której zadał pytanie, pożałował swoich słów. Dyrektor jednak uśmiechnął się tylko.
– Czasem sam nie jestem tego pewien.
James wzruszył ramionami. Uznał, że lepiej będzie dla niego, jeśli nie powie tego, co miał ochotę z siebie wyrzucić. Przede wszystkim wypowiedź zawierałaby niedopuszczalną ilość przekleństw w trzech językach.
– Przemyślę sprawę – zapewnił za to. – Czy mogę już iść?
– Oczywiście. Zaraz odeślę twój kufer.
Chłopak podszedł więc do drzwi i położył dłoń na klamce. Zatrzymały go jednak kolejne słowa dyrektora.
– James, chciałbyś mi coś powiedzieć?
Serce w chłopaku na sekundę zamarło. Szybko jednak się uspokoił. To była tylko psychologiczna zagrywka. Dumbledore nie mógł o niczym wiedzieć, bo i skąd?
– Nie, dyrektorze. Dobranoc – powiedział więc i wyszedł.
Cóż, pomyślał, stając na ruchomych schodach, przeżyłem rozmowę z Czarnym Panem i Dumbledore'em. Teraz już chyba tylko Grindewald został, prawda?
Miał ochotę usiąść gdzieś i śmiać się aż do utraty tchu. Dumbledore zaproponował mu pracę.
xxx
Lucjusz pamiętał dzień, w którym Zabini po raz pierwszy przedstawił znajomym swoją przyszłą żonę, choć minęło od niego kilkanaście lat. To było na jednym z tych wieczornych spotkań, o których dżentelmeni woleli nie wspominać za dnia. Płynął alkohol, im późniejsza była godzina, tym podlejszy. Cały pokój przesiąknął dymem, głównie tytoniowym. Na rozstrojonym fortepianie Rosier grał jakąś melancholijną piosenkę. Ruda prostytutka siedziała na krawędzi bilardowego stołu i flirtowała z każdym, kto był na tyle trzeźwy, aby zauważyć, że jest kobietą. Nott próbował się awanturować, lecz nikt go nie słuchał. Położył się więc na kanapie i mamrotał do siebie o polityce, Ameryce i degeneracji jako takiej. Przy kominku arystokraci cięli w karty, oszukując na wszystkie możliwe sposoby. Lucjusz pił do obrazu ponurego, cynicznego mężczyzny. Mało, niestety, bo dyskusja z malowanym człowiekiem okazała się wyjątkowo zajmująca.
Nie zauważył Zabiniego, dopóki ten nie klepnął go w ramię. Malfoy odwrócił się wtedy na pięcie, odruchowo wyszarpując z kieszeni różdżkę. Gospodarz spojrzał na niego z rozbawieniem, a następnie skinął głową lekko w stronę obrazu.
– Widzę, że poznałeś Robespierre'a.
Lucjusz nie zwrócił uwagi na jego słowa. Zapatrzył się na dziewczynę, którą obejmował starzec. Przytulała się do niego bez wstydu i strachu, choć Zabini był konserwatywnym sukinsynem i nawet niektórzy Śmierciożercy uważali go za przesadnie okrutnego. Dożył stu dwudziestu lat, co było niezwykłe i trochę niepokojące, biorąc pod uwagę ilość osób, które lubiły wyobrażać sobie, jak go ćwiartują, topią lub wieszają.
A ona się go nie bała.
W pierwszej chwili, Malfoy pomyślał: szkoda, to przecież dziecko. W następnej zaś: musiał się wykosztować. Ciekawe, ile mała bierze za noc.
Dopiero wtedy dotarło do niego, że przechylił szklankę i whisky wylewa mu się na szatę.
Zabini zaśmiał się uprzejmie.
– Piękna, prawda? To moja przyjaciółka – ostatnie słowo mężczyzna wypowiedział ze szczególnym naciskiem.
Dziewczyna nie spuściła wzroku skromnie, tak jak zrobiłaby każda panna z dobrego rodu.
– Rzeczywiście, twoja uroda jest niezwykła – zwrócił się do niej, bardzo starając patrzeć wyłącznie w jej oczy. Nosiła skromną szatę, ale, Morgana wie tylko jak, potrafiła sprawić, że człowiek ani przez chwilę nie mógł zapomnieć, że pod nią jest naga. – Nie pamiętam cię z Hogwartu… – powiedział tylko po to, aby ukryć zakłopotanie, w jakie go wprawiła. – Choć muszę przyznać, że zazwyczaj nie zwracałem uwagi na młodszych uczniów.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, wtrącił się Zabini. Malfoy zauważył przelotnie, że mężczyzna zacisnął na chwilę dłoń, którą trzymał na jej ramieniu. Raz, krótko, jakby ją ostrzegał.
– Elsa pochodzi z Francji – powiedział ostro, jakby ucinał dyskusję, choć żadna jeszcze się nie rozpoczęła.
Lucjusz uśmiechnął się wtedy i udał, że mu uwierzył, bo nie uwierzyć było niebezpiecznie. Nie wiedział, ile osób również tak zrobiło, a ile naprawdę się nabrało. Nie rozmawiano o tym. Zabawne, biorąc pod uwagę, jak bardzo arystokraci lubili plotkować. Być może ludzie podskórnie wyczuwali, że drążenie tego tematu wywołałoby skandal, a to byłoby… niekorzystne dla wszystkich.
Z czasem zresztą Lucjusz zaczął wątpić, czy jego przypuszczenia są prawdziwe. Czy naprawdę zobaczył zaskoczenie w oczach dziewczyny, gdy usłyszała, jak Zabini ją przedstawił? Wszak nie zaprzeczyła jego słowom ani wtedy, ani później.
Może wiedziała, że gdy przychodzisz znikąd, lepiej, abyś pochodził z daleka.
Czy Malfoy uwierzyłby w tamtą noc, gdyby ktoś powiedział mu, że Elsa w ciągu następnych kilkunastu lat stanie się jedną z najbardziej wpływowych czarownic Europy? Chyba nie. Widział w niej tylko dziecko, które schwytał przebiegły, okrutny starzec i żałował trochę, choć nie na tyle, aby spróbować jej pomóc.
Zresztą swego czasu uważał, że Bella jest zbyt delikatna, aby służyć Czarnemu Panu, a Emily tak roztrzepana, że któregoś dnia wróci do szkoły w śmierciożerczej masce. To chyba dobitnie pokazywało, jak beznadziejną intuicję miał, jeśli chodziło o kobiety.
A teraz madame Zabini była na tyle ważna, aby Czarny Pan chciał ją szpiegować.
Lucjusz siedział w gabinecie, czekając, aż świstoklik od niej się aktywuje, i próbował skupić się na równych kolumnach liczb, zapisanych na leżących przed nim pergaminach. Jego myśli wciąż jednak dryfowały w kierunku wspomnień.
W lewej dłoni bezmyślnie obracał uschniętą gałązkę róży jerychońskiej. Przyniosła mu ją wczoraj niepozorna płomykówka, wraz z krótkim, eleganckim liścikiem:
„Gdybyś znalazł chwilę…" oraz data i godzina, dość wczesna, a na samym dole skromne „Z." w roli podpisu.
Na chwilę przed deportacją wstał i wyciągnął różdżkę. Z przyzwyczajenia przejrzał się w szybie, a następnie odetchnął głęboko i rozluźnił się, czekając na szarpnięcie.
Używanie świstoklika nigdy nie było przyjemne. Szczególnie, gdy człowiek nie był pewien, czy nie oczekują go wrogowie.
Wtedy go przenicowało. Czarodzieje zazwyczaj opisywali ten stan ładniejszymi słowami, ale Lucjusz uważał, że nie istnieje bardziej adekwatne określenie. Poczuł, że rzeczywistość ugina się w kolory, atakując wszystkie jego zmysły ciężarem czerwieni, zapachem bieli i słodko kwaśnym błękitem ze szczyptą parzącej zieleni. Ludzki umysł nie powinien tego doświadczać. Nigdy.
Pomimo oszołomienia, jakie zawsze wywoływała wymuszona aportacja, gdy tylko poczuł stały grunt pod nogami, był już gotowy do walki.
W pokoju nikt jednak na niego nie czekał. Rozejrzał się więc spokojnie, pozwalając, aby jego oczy przywykły do półmroku. Znajdował się w chłodnym, kamiennym korytarzu pozbawionym okien. Na ścianie umocowano prowizorycznie dwuramienny świecznik. Nad nim przyklejono do kamieni karteczkę ze strzałką wskazującą w lewo.
Uniósł jedną brew, nie wiedząc, czy czuje się bardziej zirytowany, czy rozbawiony. Mimo wszystko spodziewał się milszego powitania.
Rzucił Lumos i dla spokoju sumienia przeszedł się w prawo. Bardzo szybko znalazł drzwi. Do futryny przyczepiona była kolejna karteczka:
„Jesteś bardzo przewidywalny, Lucjuszu"
Nie odważył się ich otworzyć.
Wracając liczył kroki, co dziesięć sprawdzając, czy może się deportować. W miejscu, w którym zaczynała się strefa antydeportacyjna, narysował różdżką na podłodze jarzącą się pręgę. Miał nadzieję, że Zabini wybaczy mu ten drobny wandalizm.
Korytarz łagodnie opadał w dół, a im dłużej szedł mężczyzna, tym zimniej się robiło. W pewnym momencie Lucjusz zauważył, że widzi swój oddech. Dłonie pokrywał mu gęsia skórka i czuł, że mimowolnie zaczyna drżeć z chłodu.
Bardziej interesujące było jednak to, że jego różdżka zaczęła przygasać.
Zwrócił na to uwagę dopiero po chwili, gdy krąg światła, jaki rzucała, zmniejszył się drastycznie. Czarodziej stanął więc i zaczął poważnie rozważać, czy się nie wycofać.
– Zgaś ją po prostu – usłyszał.
Po chwili w ciemnościach błysnął płomyk. Zabini zapaliła świecę.
– Tak już przywykłam do tej drogi, że mogę ją przejść bez światła – odpowiedziała na niezadane pytanie. – Sądziłam, że zabierzesz świecznik ze sobą.
Nie pomyślał o tym.
– Mogłaś przywitać mnie zwyczajnie, zamiast bawić się w te podchody. – Skrzywił się i rzucił Nox. – Nie jesteśmy dziećmi.
– Doprawdy?
Przez chwilę miał wrażenie, że stoi przed nim nie madame Zabini, a Elsa. Dziewczyna, która poprosiła Rosiera, aby zagrał dla niej „Dziewczynę Śmierciożercy"* w pokoju pełnym zwolenników Czarnego Pana.
A myśmy klaskali, gdy śpiewała, przypomniał sobie Lucjusz.
– Kartki były na wszelki wypadek. Myślałam, że zdążę wszystko załatwić do tej godziny. Uważaj, zaraz będą schody i zakręt – powiedziała, odwracając się do niego plecami. – Odesłałam moich ludzi, bo chcę porozmawiać w spokoju.
Złudzenie zniknęło, więc przytaknął krótko i zrównał z nią krok. Różdżkę wsadził do kieszeni, a dłonie zaczął rozmasowywać, bezskutecznie próbując je rozgrzać.
Schody okazały się strome i oblodzone. Zeszli po nich bardzo ostrożnie.
– Co to za miejsce? – zapytał wreszcie. – Jeśli próbujesz mnie zabić, zapewniam, że są wygodniejsze sposoby niż wychłodzenie.
– Nie wiesz, że przemrożona ludzina smakuje najlepiej? – zapytała grobowym tonem. Następnie dorzuciła lekko: – To miejsce wybudował jeden z moich mężów. Miał dosyć specyficzne zainteresowania.
– Współczuję.
– Nie takie. Hodował smoki.
Lucjusz zatrzymał się momentalnie. Zabini westchnęła.
– Już ich tam nie ma. Kazałam pozbyć się gadzin, gdy tylko umarł. Ich utrzymywanie było nierentowne. – Milczała przez chwilę, jakby nad czymś się zastanawiała. – Poza tym strasznie śmierdziały.
Lucjusz nie skomentował tego. Inna sprawa chwilowo zajęła jego myśli.
– Dlaczego tobie nie jest zimno? – zainteresował się.
– W szatę wplecione jest zaklęcie rozgrzewające – wyjaśniła. Szybko dodała: – Obiekt nie wpływa na magiczne przedmioty, o ile nie są uszkodzone.
– Obiekt?
– Zobaczysz.
W pierwszej chwili pomyślał, że zaczęło mienić mu się w oczach, ale po paru sekundach uznał, że rzeczywiście widzi błękitne światło. Zabini zdmuchnęła świecę i schowała ostrożnie ogarek do kieszeni.
– Zanim tam wejdziemy, chcę cię o jedno poprosić, Lucjuszu.
Mężczyzna nie odpowiedział, pozwalając, aby zinterpretowała jego milczenie tak, jak chciała.
– Chcę, abyś wszystko, co dzisiaj usłyszysz i zobaczysz, dokładnie zrelacjonował Voldemortowi – powiedziała miękko. – Musisz być precyzyjny.
– Dlaczego? – zapytał.
Roześmiała się, ale cicho i bez radości.
– Ponieważ mam nadzieję, że on wie więcej niż my.
Razem minęli zakręt i weszli na kamienny taras, otoczony żelazną balustradą. Pierwszym, na co zwrócił uwagę mężczyzna, był okrągły stolik i dwa krzesła, stojące przy nim. Wyglądał jak żywcem przeniesiony ze stereotypowej, francuskiej kawiarenki. Leżała nawet na nim serwetka. Następnie Lucjusz przyjrzał się masywnym biurkom, które stały w nieładzie pod ścianą oraz papierom i przyrządom leżącym na nich. Wypatrzył nawet płaszcz przewieszony przez oparcie jednego z krzeseł i nałożył go bez pytania Zabini o zgodę. Przez chwilę po prostu rozkoszował się ciepłem. Kobieta cierpliwie czekała.
Wreszcie, kiedy odzyskał czucie w zgrabiałych palcach, zainteresował się, skąd pochodzi światło. Na pewno wydobywało się zza balustrady, ale przy tym tak tańczyło i zmieniało się, że podświadomie zaczął oczekiwać stosu. Madame Zabini usiadła przy stoliku, zdecydował się więc do niej podejść.
Właśnie wtedy coś uderzyło w taras. Usłyszał huk i poczuł, jak kamienna posadzka zadrżała pod jego stopami. Spojrzał zaskoczony na Elsę, ale ona nie wydawała się zaniepokojona. Uśmiechała się lekko, wyglądając za balustradę.
– Spójrz na niego wreszcie – powiedziała.
Podszedł więc do bariery, zastanawiając się przelotnie, kto zwariował: ona czy on.
W dole, na półokrągłej arenie, stał koń. I płonął.
Lucjusz zdawał sobie sprawę, że artyści lubią przedstawiać rumaki z ognistymi grzywami i kopytami krzeszącymi iskry. Uważał takie obrazki za dosyć ładne, choć nie posiadające większej wartości artystycznej. Nieźle sprawdzały się jako plakaty dla zespółów takich jak Jęczące Wiedźmy albo ilustracje do powieści młodzieżowych. Malfoy jednak już jako dziecko rozumiał, że to tylko estetyczna fikcja literacka.
– Szlag – wymamrotał.
Żaden obraz nie potrafił oddać tego, co właśnie zobaczył. Zupełnie jak z testralami. Nieważne, jak bardzo starali się ilustratorzy, zawsze wychodziły im wychudłe szkapy z pustymi ślepiami. Nie dało się uwiecznić na papierze ich natury.
Lucjusz patrzył na ogień, który wcale nie był magiczny. On by ą. Nie tylko widział płomienie wplecione w grzywę i ogon rumaka, ale i odczuwał każdym możliwym zmysłem. To uczucie przytłaczało go i dusiło. Osunął się na krzesło, czując, że cały drży.
Rumak stanął dęba. Był biały jak śnieg, lecz na jego sierści Malfoy dostrzegł jarzące się runy. Szybko odwrócił wzrok.
Zabini podała mu szklankę z wodą, uśmiechając się ze współczuciem.
– Po pewnym czasie człowiek przywyka – powiedziała – jak do wszystkiego.
– Co to za gatunek? – zdołał wykrztusić.
Pokręciła głową powoli.
– To artefakt – powiedziała cicho.
– Nie gadaj bzdur. On wyrzuca z siebie tyle energii, że… po prostu nie da się naładować przedmiotu tak bardzo…
– Wiem.
Zabini zabębniła palcami o blat stolika, czekając, aż się uspokoi. W końcu, po tym, jak rumak dwukrotnie próbował rozbić ścianę, uznał, że jest w stanie myśleć.
– Opowiadaj – poprosił.
– Manfred, mój czwarty mąż, lubił kolekcjonować ciekawe przedmioty – zaczęła obojętnie i Malfoy domyślił się, że nie jest pierwszym, któremu o tym mówi. – To był prezent od jednego z jego licznych znajomych… mężczyzna już nie żyje… Podobno Manfred wypatrzył go na strychu i uznał, że rzeźba wspaniale będzie prezentowała się w jego ogrodzie, więc gospodarz nie był w stanie mu odmówić.
– Rzeźba? To coś określasz jako rzeźbę?
– Wtedy obiekt był jeszcze nieaktywny. – Wzruszyła ramionami i wstała. Chciał też się poderwać, ale zatrzymała go gestem. Przyniosła tekturową teczkę i przez chwilę mocowała się z tasiemką, nadal mówiąc. – Przy czym nie chodzi mi o to, że był uśpiony. Reagował poprawnie, kiedy ktoś rzucał w jego obecności zaklęcia. Błysk w oczach, płomyk w grzywie. Drobiazgi, oczywiście, ale nigdy nie wystawialiśmy go na działanie naprawdę silnej magii.
Mężczyzna powoli zaczął domyślać się, do czego zmierza ta rozmowa.
– On pochłania magię?
– Owszem. Nadwyżki zaś wypromieniowuje.
– Co robi? – spytał oszołomiony.
Zabini przez chwilę milczała.
– Wybacz, zaczęłam mówić jak moi pracownicy. Chodziło mi o to, że przekształca magię w płomienie. W zasadzie tylko zaklęcia, ponieważ moc uwięziona w przedmiotach jest… cóż, uwięziona. Nie reaguje na nie, podobnie, jak nie zauważa ich Namiar.
– Chcesz powiedzieć, że w jego obecności czarodzieje są jak mugole? – Ostatnie słowo wręcz wypluł. – Kto chciałby tworzyć coś takiego?
Uśmiechnęła się krzywo.
– Myślę, że to efekt uboczny. Mogę oczywiście tylko snuć przypuszczenia, ale podejrzewam, że twórca traktował go jako zabezpieczenie przy używaniu innych artefaktów.
Czasami Lucjusz potrafił naprawdę szybko myśleć.
– Chcesz mi powiedzieć, że gdzieś w okolicy trzymacie przedmiot, który się popsuł, a to zwie… ten obiekt próbuje przerobić wypływającą z niego magię na coś nieszkodliwego?
Przez chwilę się zastanawiała, po czym skinęła głową.
– Slytherinie – szepnął Malfoy.
– Właściwie jest jeszcze gorzej – przyznała się, dziwnie skrępowana. – Nie wiemy, gdzie znajduje się uszkodzony artefakt, choć podejrzewamy, że jest na wyspach. Dokładne zlokalizowanie go jest jednak niemożliwe bez kręgu Rainbowów, a nie mogę przekonać ani Charlesa, ani Williama, aby go dla mnie aktywowali.
– Torturuj ich – zaproponował pierwsze, co przyszło mu do głowy.
Zabini skrzywiła się lekko.
– Jak zwykle bezpośredni… gdyby było to takie łatwe, dawno już bym to zrobiła. Niestety obaj dobrze się zabezpieczyli, a ich ojciec od miesięcy jest niedostępny.
– Zostaje Emily – stwierdził. – I jej dziecko, o ile wprowadziła chłopaka.
– Tak, zawsze na końcu jest ona – powiedziała, nie całkiem jasno. Następnie podała mu kartkę, na której znajdował się wykres i tabela zapełniona liczbami. – Badaliśmy… jasność jego grzywy, tak chyba najprościej to określić. Jest zmienna, więc myślimy… myślę, że wypływ magii zależy od jakiegoś czynnika. Możliwe, że ktoś mimo wszystko go używa.
– Uważasz, że to Czarny Pan?
– Zerknij na pierwszą datę.
Spojrzał.
– Tak, to pewna wskazówka – przyznał niechętnie.
Czuł, że robi mu się niedobrze. Świadomość, że gdzieś na terytorium jego kraju znajduje się artefakt, który wyrwał się spod kontroli, paraliżowała go.
– Elsa… proszę, powiedz mi tylko jedno. Jaka jest szansa, że jego moc wyczerpie się sama z siebie?
– Mówisz o sytuacji, w której nie będzie to spowodowane spektakularnym wyładowaniem, które zniszczy nasz kraj i prawdopodobnie część Europy?
– To chyba mi wystarczy za odpowiedź – powiedział po chwili.
Madame Zabini przesunęła palcami po oszronionym pręcie balustrady.
– Chodźmy – powiedziała – zobaczyłeś już to, co powinieneś.
Pozwolił, aby złapała go za rękę i podniósł się powoli. Patrzył, jak ogier uderza w ścianę, pozostawiając na niej na chwilę jarzące się ślady. Przez moment chciał zapytać Elsę, w jaki sposób zespolone są kamienie w ścianach, ale zapomniał o tym, gdy wspięła się na palcach i go pocałowała.
– Mam żonę – zaprotestował słabo.
– Wiem. Strasznie jej zazdroszczę.
Wracali korytarzem w milczeniu.
*Ponieważ strona cenzuruje link z uporem godnym lepszej sprawy, powiem tylko, że tekst piosenki "Dziewczyna Śmierciożercy" Toroj jest dostępny na mirriel.
