Chciałam serdecznie podziękować za wszystkie "gościnne" recenzje, które ostatnio dostałam, a na które nie mogę odpowiedzieć indywidualnie. Bardzo się cieszę i pozdrawiam!

Gdyby ktoś pytał, co robią w moim komputerze wszystkie te podszywające się pod oryginał historie, to właśnie je znalazłam i czym prędzej tu wyrzucam, żeby się ich pozbyć...


14. Stałam pośrodku salonu mojej zmarłej nieumarłej kuzynki i zastanawiałam się, jak to się stało, że znalazłam się w tej sytuacji: naprzeciwko wampirzej królowej Luizjany, przyciśnięta ciasno do jej przerażającego dziecka przesiąkając jego zapachem – po to, żeby wszyscy myśleli, że uprawialiśmy seks. To z kolei miała być wymówka dla pobytu królowej ze mną w jednym pokoju bez dodatkowych świadków. Który był konieczny dla przekazania mi informacji, że muszę odnaleźć zagubioną ślubną bransoletę królowej. Którą to bransoletę ukradła z zazdrości Hadley – moja zmarła kuzynka. Jej zmarła kochanka. Królowej, nie bransolety.

Tak, ta sama Hadley, której widmo oglądałam przed chwilą chodzące po mieszkaniu na wizji wywołanej rekonstrukcją ektoplazmatyczną wytworzoną przez wiedźmy.

I nie zapominajmy o tym, że właśnie dowiedziałam się, że nie jestem do końca człowiekiem. Jestem podobno częściowo wróżką. Tak, tak, mam czarodziejską krew, która przyciąga jak miód nadnaturalne istoty, zwłaszcza wampiry. Nawet, jeśli nie zdają sobie z tego sprawy.

Kto mi o tym powiedział? Mój dobry kumpel Andre – po tym, jak postanowił mnie spróbować. Nakłuł moją skórę i oblizał kroplę mojej krwi. Uważał, że jestem smakowita.

Czy mówiłam już o tym, że jeśli nie znajdę bransolety na czas, król wampirów wpadnie w szał? Nie? No cóż. Przynajmniej królowa obiecała przysłać mi kogoś do pomocy przy przeprowadzce.

Poprzedniego dnia po zakupach z Claudine odwiedziłam królową, która wyraziła chęć przybycia na rekonstrukcję i obejrzenia jej osobiście. Ponieważ zwołanie czarownic w tak krótkim czasie okazało się zbyt trudne (zwłaszcza, że jednocześnie wampirze „służby specjalne" usuwały nowonarodzonego z mieszkania Hadley), czary zostały przełożone na następną noc. I tak oto, z grubsza, znalazłam się dziś w opisywanej sytuacji.

Oszołomiona odprowadziłam moich „gości" na podwórze i patrzyłam, jak nozdrza wszystkich nadprzyrodzonych istot zgromadzonych na zewnątrz poruszają się, kiedy wciągają mój zmieniony zapach i odczytują sfabrykowaną specjalnie dla nich historię. Zrobiło mi się słabo, kiedy zobaczyłam, że w międzyczasie pod mieszkaniem Amelii pojawił się też mój niedoszły adorator, Quinn – i oczywiście z rozszerzonymi oczami, bez zastrzeżeń, jak wszyscy, kupuje nasze kłamstwo. Quinn był tu najprawdopodobniej dlatego, że był szefem Jake'a, więc miał pełne prawo uczestniczyć w dochodzeniu, ale w rezultacie miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Nie był moim chłopakiem, więc nie musiałam mu się tłumaczyć, ale naprawdę wolałabym, żeby on jeden znał prawdę. Uzbroiłam się w moje osłony telepatyczne, nie dość szybko jednak, by nie zorientować się, jak bardzo był wkurzony i upokorzony myślą, że spławiłam go dwukrotnie tylko po to, by bez problemu rozłożyć nogi przed tak odpychającym wampirem jak Andre.

To zabolało.

Jestem pewna, że miał mnie za miłośniczkę kłów, ale nie słuchałam wystarczająco długo, by to potwierdzić. Przypuszczam, że tym sposobem przekreśliłam ostatecznie jakiekolwiek szanse wciąż jeszcze miałam na związek z Quinnem.

Amelia i jej czarodziejscy znajomi postanowili pójść na pizzę, ale ja po zakończeniu interesów z królową wolałam po prostu wcześniej się położyć. Nowy Orlean mi nie służył.

Następnego dnia wstałam wcześnie, bo miałam przed sobą dużo pracy. Zamierzałam przejrzeć szpargały Hadley i zdecydować, co zabieram ze sobą, a co zostawiam, jednocześnie szukając bransolety królowej. Pakowałam rzeczy do późnego popołudnia robiąc sobie tylko jedną przerwę na posiłek. Nie miałam ochoty ani czasu iść do sklepu i gotować cokolwiek, więc zamówiłam po prostu pizzę. Ciężkie chmury sprawiły, że musiałam zapalić lampę na długo przed zachodem słońca. Byłam mniej rozbita, niż kiedy opuszczałam Bon Temps, ale mój nastrój nadal pozostawiał wiele do życzenia. Czułam się tego dnia samotnie i rozważałam zapukanie do Amelii, ale mój mentalny radar mówił, że powinnam dać jej chwilę na dojście do siebie – jej obolały z przepicia mózg nadawał z pełną mocą relację z wczorajszej nocy, którą najwyraźniej spędziła z czarownikiem Bobem (nadal przebywającym w jej mieszkaniu), więc szybko odgrodziłam się od jej myśli, by nie poznać zupełnie niepotrzebnych mi szczegółów. Pomyślałam, że może wpadnę do niej wieczorem, kiedy poczuje się lepiej.

Zanim jednak zdołałam się wycofać, mój telepatyczny skan wychwycił coś jeszcze, co natychmiast mnie zaalarmowało. Skoncentrowałam się i odkryłam aktywność wrogich umysłów na dziedzińcu. Poruszali się razem, w dwóch grupach – zaryzykowałam przypuszczenie, że wjeżdżali samochodami – i byli wilkołakami. Z przerażeniem odkryłam, dlaczego byłam w stanie tak łatwo wychwycić ich napastliwe zamiary – były skierowane przeciwko mnie. Nie miałam pojęcia, kim byli, ale szybko zorientowałam się, że ktoś wysłał ich tutaj konkretnie po mnie. Mieli mnie porwać i zawieść w jakieś miejsce poza miastem, mignął mi obraz rozsypującej się chaty na bagnach.

Gorączkowo zastanawiałam się, co mogę zrobić. Po pierwsze zaryglowałam drzwi i zastawiłam je stojącą w korytarzu szafą wiedząc, że otwierają się do wewnątrz. To powinno dać mi chwilę czasu, którą mogłam wykorzystać na poszukiwanie broni. Zatrzymałam się na chwilę, żeby zebrać myśli. Nie miałam szans, żeby ich powstrzymać. Czy był ktoś, kto mógłby mi pomóc? Pomyślałam o snujących się po mieszkaniu piętro pode mną wiedźmie i czarowniku, ale nie miałam sposobu, żeby ich zawiadomić, poza waleniem w podłogę (nie znałam numeru telefonu Amelii, a nie miałam śmiałości opuścić w tej chwili mieszkania Hadley w obawie, że nie zdążę dobiec do drzwi). Nie chciałam też, żeby wpadli na bandę wilkołaków nie wiedząc, w co się pakują – mogłoby ich to kosztować życie. Miałam jednak inny numer, który mógł mi się w tej chwili przydać – chwyciłam za telefon i wciskając błyskawicznie klawisze wybrałam połączenie z biurem królowej. Był jeszcze dzień, ale miałam nadzieję, że Sophie-Anne będzie zależeć na tyle na mnie jako na telepatce i prawdopodobnie jedynej osobie mogącej znaleźć bransoletę ukradzioną przez Hadley, że wyśle mi kogoś na pomoc, nawet jeśli miało to być dopiero po zmierzchu. Wiedziałam, że napastnicy planowali mnie porwać, nie zabić na miejscu, więc może miałam jakieś szanse doczekania na wampiry.

- Tu Sookie Stackhause, kuzynka Hadley i telepatka – powiedziałam na jednym oddechu gdy tylko usłyszałam głos w słuchawce. Normalnie nie chwaliłam się swoim upośledzeniem, ale nie miałam wiele do stracenia. – Potrzebuję pomocy. Przyślijcie kogoś do mieszkania Hadley, właśnie jestem atakowana przez grupę wilkołaków. Chcą mnie zabrać gdzieś poza miasto, chodzi o jakąś bagnistą okolicę. Pospieszcie się, nie utrzymam ich długo za drzwiami.

Po tych słowach rozłączyłam się z nadzieją, że ktoś kompetentny odbiera telefony królowej. Nie miałam czasu niczego więcej tłumaczyć, bo napastnicy wchodzili już po schodach, a pierwszy z nich zaczął dobijać się do drzwi. Żałowałam, że zostawiłam zapalone światło – nie mogłam udawać, że nie ma mnie w domu. Rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu broni. Najpierw wpadł mi w oko leżący na półce scyzoryk, ale stwierdziłam, że niewiele da mi w walce. Wiedziona impulsem chwyciłam go mimo to. Myślałam niespodziewanie jasno – coś mówiło mi, że jeśli uda im się mnie porwać, przyjdzie taki moment, kiedy skrępują mnie i jeśli mam próbować ucieczki, będę potrzebować jakiegoś ostrza do przecięcia więzów. Nie miałam kieszeni, więc wsunęłam zamknięty scyzoryk do skarpetki – nie było to najwygodniejsze rozwiązanie, ale naprawdę nie miałam wtedy czasu na szukanie innego. Wzięłam do ręki ciężką lampę. Wpadłam do luksusowej łazienki – każdy dodatkowy zamek mógł się przydać. Dzięki temu zyskałam jeszcze jedną barierę dzielącą mnie od wilkołaków. Zasunęłam zasuwkę, schowałam się za winklem i przyjęłam pozycję. Łazienka nie miała okna, więc było to jedyne wejście. Można było oczywiście spojrzeć na sytuację inaczej – było to również jedyne wyjście. Wiedziałam, że jestem uwięziona w tym pomieszczeniu. Usłyszałam, że wdarli się do domu, nie wiem, czy sforsowali drzwi, czy dostali się przez jedno z okien wychodzących na dziedziniec. Fizycznie nie mogłam się z nimi równać, moją jedyną przewagą mógł być więc element zaskoczenia.

Drzwi puściły nagle i pomimo moich prób zastawienia ich (nie znalazłam niczego dość ciężkiego, by naprawdę sprawiło to różnicę) zaczęły się otwierać. Ustawiłam się tak, żeby ktoś, kto był za nimi, nie mógł mnie zobaczyć, póki nie wejdzie do środka i uniosłam lampę. Kiedy pierwszy wilkołak przedostał się przez barierę, uderzyłam go w głowę tak mocno, że upadł nieprzytomny. Kolejny otrzymał podobne powitanie. Niestety trzeci był już lepiej przygotowany na spotkanie ze mną. Za nim było jeszcze sześciu.


Jakiś taki bez dialogów ten rozdział wyszedł.