AUTORKĄ TEGO FF JEST CUPCAKERIOT!
POSIADAM ZGODĘ NA TŁUMACZENIE!
Link do oryginału:
www(kropka)fanfiction(kropka)net/s/7724528/1/Magnetic
Link do profilu autorki:
www(kropka)fanfiction(kropka)net/u/3156624/cupcakeriot
ROZDZIAŁ 14
This isn't were I meant to lay down | wcale nie chciałam upaść w ten sposób
~ Christina Perri
Zaciekłość powarkiwań Edwarda była zdumiewająca. Wyglądał jakby nie mógł zdecydować się, czy pomóc swojej rodzinie zatrzymanej przez potężnych nieznanych obcych, czy wystąpić przed swoją samicę i dziecko. Przestał logicznie myśleć i pozwolił przejąć nad sobą kontrolę instynktom, które po prostu zabijały, aby chronić co uważał za swoje.
Od północnej strony na granicy panowała cisza i tylko warknięcia Edwarda rozbrzmiewały pośród białego krajobrazu.
Dopiero teraz zauważyłam, że otoczenie mroziło krew w żyłach – ogromne białe lodowce, szare góry pokryte pyłkiem białego śniegu, przejrzysta i pozbawiona życia woda, jasna i oblodzona ziemia.
Oczami wyobraźni widziałam śnieg zabarwiony różnymi odcieniami czerwieni – krew należąca do każdej obecnej tutaj rasy.
Pytanie tylko kto umrze.
Nie mam wątpliwości, że wyniknie walka.
My lub oni.
Ile minęło czasu od mojego ostatniego spotkania z Yvette? Całe miesiące, prawie sześć miesięcy – być może na Ziemi nawet minął rok. Caelum pociągał nosem przy mojej skórze, ponieważ zaczęła delikatnie elektryzować, ale wydawał się zaakceptować zmianę.
- Nie powinno cię tutaj być – mój ojciec powiedział monotonnie.
Unoszę brodę prowokująco i pewnie siebie. Jestem silniejsza niż ostatni raz, gdy mnie widział. – Oczywiście, że powinnam. Sam mnie tu przysłałeś.
Cień poczucia winy pojawia się na twarzy, ale szybko znika. – Należysz tu.
- Tak – zgadzam się pewnym głosem. Pamiętliwie. To była prawda. Należałam do Leuminum. – Ale nie ty. Co tutaj robisz?
Gdybym była młodsza, gdyby moja leumiańska część była wciąż uśpiona przegapiłabym jego zachowanie – spojrzenie Charliego przesuwało się po nagich drzewach, których kora kontrastowała się z przyjemnymi górskimi głazami w przypałacowym lesie.
Podążam za nim spojrzeniem i zacisnęłam usta.
Oczywiście.
Pod drzewami znajduje się kilka czarnych worków wykonanych z łuskowatej skóry. Jeden z nich przewrócił i rozwiązał się.
Z worka wypada kilka małych kamieni lormaline.
- Chodziło o lormaline – szepczę.
To był jednyny powód dla którego tu mnie wysłał.
Edward ryczy pochylając się do przodu w głębokim przysiadzie. Kładę swoją rękę na jego ramieniu, powstrzymując od zaatakowania.
Potrzebuję więcej informacji.
Poprawiam Caeluma, owijając ciaśniej moją pelerynę wokół nas, gdy szaleje wiatr. – To ty okradałeś kopalnie – oznajmiam mojemu ojcu przekonana i pewna siebie, choć w środku jestem wściekła.
Jak śmiał okradać moją rodzinę, moją planetę?
- Zdecydowanie nie.
- Widzę wyraźne dowody. Nie możesz dłużej kłamać.
- Wydali pozwolenie okłamując wszystkich dookoła.
To nie była prawda. Z tego co wiedziałam złoża lormaline znajdowały się w kopalniach i były pozyskiwane ze skał, gleby oraz z głębokich wód. Wydobywanie lormaline było bardzo pracochłonne.
Za mom ojcem Carlisle zaczyna warczeć, jego ramiona są owinięte wokół Esme, która pewna siebie stoi przed Rosalie. Mogę stwierdzić, że stara się zasłonić córkę przed lubieżnymi spojrzeniami rzucanymi ze strony nieznanych obcych, którzy gromadzili się dookoła. Emmett był przytrzymywany przez jednego z nich.
Moje myśli posuwały się wolno pragnąc przejąć kontrolę nad lormaline.
Było go pełno dookoła mnie.
Kolejny raz wzrosła energia elektryczna tańcząca na powierzchni mojej skóry, a podwyższone napięcie spowodowało, że Caelum zaczął gaworzyć z powodu ukłucia.
- To jest twoje? – ojciec pyta głosem obniżonym o pół tonu, wskazując palcem na trzymane przeze mnie dziecko.
- On jest mój. Tak.
- Myślałem, że zabiją cię zanim zdążysz zajść w ciążę z tym bękartem – Charlie odpowiada z rozdrażnieniem, uśmiechając się z wyższością, jak oburzony Edward ryczy. Wzmacniam uścisk na ramieniu mojego samca.
- Więc musisz wiedzieć o mojej matce.
To nie pytanie.
Wiedział.
- Trzymiesięczna ciąża, a natępnie dziecko? Oczywiście, że wiedziałem.
Podejrzewając skinęłam głową. – Więc wiesz również o lormaline.
- Niezwykły kamień – Charlie mówi przechadzając się w koło tam i z powrotem. Gdybym nie wiedziała, jaki potrafi być oziębły i wyrachowany, ale wewnątrz przestraszony, pomyślałabym, że jest odprężony.
Jednak jego palce drgały, a sposób w jaki je splótł świadczył o niepokoju.
- Co wiesz?
- Wszystko – oznajmiał chłodno. – To źródło energii, uzdrawiający kamień, witamina, minerał. Nawet go jedzą – najpierw jest sproszkowany, a potem połykany. Przewodzi ciepło i elektryczność. To metal. Jest wszystkim. Masz pojęcie jak bardzo jest cenny?
- Masz pojęcie, jak bardzo byłbym potężny, gdybym miał władzę nad lormaline? Ile pieniędzy mógłbym zarobić? Byłbym królem. Rządziłbym wszechświatem. Wszystko byłoby na moje skinienie.
Zaciskam szczękę.
- Lormaline jest święte.
- To władza! – mój ojciec krzyczy z rękami uniesionymi nad głową. Jest czerwony na twarzy. – Ty głupia dziewczyno, zawsze rozchodziło się o władzę!
Energia elektryczna jestcze bardziej zwiększyła swoje natężenie na mojej skórze. Przesuwam wzrok po otoczeniu – wyczuwam kopalnie lormaline jedną czwartą mili stąd. To zbyt daleko, jednak odsetek metalu jest wystarczająco duży, aby nad nim zapanować. Pod drzewami znajdują się worki z lormaline w środku, a przy lini brzegowej leżą kamienie składające się głównie z metalu.
Czy to będzie wstarczające?
Kątem oczu dostrzegam poruszenie – zdaje się, że Alice, która trzyma dyskową – kamerę biegnie, wskazując dokadnie na moją lewą stronę.
Była zdenerwowana.
Oczywiście, wyczułam ciężki metal bo jego istota była olśniewajaca, jednak była zbyt daleko, więc musiałabym się skoncentrować, jak nigdy wcześniej.
Nie ma możliwości, że będę w stanie tym poruszyć.
Przenosząc skupienie z ogromnego głazu, inne źródło przyciąga moją uwagę.
Olbrzymi obcy.
Wyglądem przypominający węże o spłaszczonych nosach, wydłużonych i wąskich wargach.
Z krwią czystą niczym stal.
Nigdy nie myślałam, że krew może być bronią.
Teraz uderzyło mnie to, wpatrując się w twarz.
Być może to mnie zabije, ale mogę zabrać całą piątkę tych obcych i mojego ojca, a moja rodzina i moje dziecko, Caelum i mój samiec przeżyją.
Wyczucie czasu było idealne.
Oczyściłam gardło, które nagle stało się suche i mocniej chwytam Caeluma, a moja zdrętwiała dłoń spoczywa na ramieniu Edwarda.
- Co ci się stało? – spytałam, a mój głos rozbrzmiał w białej przestrzeni pomiędzy moim ojcem, a moim życiem. – Dlaczego taki jesteś?
Zatrzymuje się – staje w miejscu, gniewnie się na mnie wpatruje, przesywając spojrzeniem na wskroś. Edward przestaje warczeń i przenosi swój wzrok na mojego ojca.
- Zostawiła mnie – odpowiada szorstko.
Wiem o kim mówi.
- Ona umarła – mówię łagodnie, przyciągaąc bliżej siebie lormaline, czując, że odrywa się duży kawał kamienia i przemieszcza się prosto do mnie.
To nie zajmie dużo czasu.
- Nie – Charlie niezgadza się, jego spojrzenie szaleje, a rękami ciagnie się za krótkie, ciemne włosy. – Nie, zostawiła mnie z dzieckiem. Zostawiła mnie z tobą! Bezużytecznym mieszańcem!
- Umarła – powtarzam występując powoli przed Edwarda, poprawiając Caeluma w ramionach, który cicho skomle jednocześnie ciągnąc za moją pelerynę. – Nawet lormaline nie potrafiło utrzynać jej żywej na Ziemi.
Charlie kaszle.
Trzęsie przecząco głową.
Wyciąga broń w nienaruszonym stanie, nowoczesną broń na laser, a nie na pociski, która trzęsie się nierówno w jego rękach.
- Mylisz się!
I w tym momencie nie mogę dłużej wytrzymać.
Przekazuję Caeluma Edwardowi i jednym zamaszystym ruchem ręki, wytrącam ojcu broń.
Ślizga się po ziemi pokrytej śniegiem.
Nie przestając unoszę lewą rękę nad głowę, a ogromny kawał lormaline połyskujący od panujacego mrozu, sunie nad ziemią prosto na ojca.
Przygniatam go bez wahania.
Ziemię pokrywa szkarłat.
Echo jego zaskoczonych i spanikowanych krzyków rozbrzmiewa w powietrzu.
Obcy atakują i przygotowują się do zaatakowania.
Czuję, że Edward jest gdzieś za mną.
Szybko przygniatam głazem jednego z obcych – zawartość jego krwi jest bogata w metal.
Wyobrażam sobie, że jest rozrywany na kawałki, a jego krew przemienia się i zastyga w metal w jego żyłach.
Jego skóra pęka.
Krew spływa z mojego nosa.
Kolejny obcy zginął zamrożony w ruchu.
Następny.
Jeden naciera na mnie, ale wcześniej rozpada się.
Lormaline unosi się nad ziemią atakujac ostatniego, zamieniającego się w posąg, a jego krew zamienia się w stal w jego ciele.
Upadam na kolana.
Dyszę.
Kręci mi się w głowie.
Czerwone kropki sączą się na śnieg pod moimi kolanami.
Kap.
Kap.
- Bella?
Kap.
Jestem wykończona.
W tle słyszę płacz dziecka.
Zamykam oczy.
Kap.
- Bella!
To koniec.
Edward
Moja samica jest przenoszona do pałacu.
Oddycha.
Już dłużej nie krwawi.
Caelum nie chce spać. Głośno płacze za swoja matką.
Ja też płaczę, ale w ciszy.
Bella jest nieostrożna.
Zawsze niewiele dzieli ją od opuszczenia mnie.
Zawsze znajduje się niebezpiecznie blisko utraty życia.
Ale jest mądra.
Doskonale wiedziała co robiła.
Moja matka zajmuje się ścieraniem ludzkiej krwii z ust mojej samicy przy pomocy wilgotnej szmatki.
Też martwi się o Bellę.
Jestem wciąż wstrząśnięty tym co się wydarzyło.
Ojciec mojej samicy był do niej podobny z wyglądu – z powodu oczu, włosów i ludzkiej determinacji.
Był szalony.
Martwiłem się reakcją mojej samicy.
Zabiła własnego ojca.
Poradzenie sobie z tym może być bardzo trudne.
Ale ona jest silna.
I pomogę jej.
Późnym dniem docieramy do pałacu, a Emmett i Jasper ciągnął za sobą jednego z obcych, którzy nas zaatakowali.
Kim był?
Dlaczego pomagali ojcu Belli?
Chociaż nie wiedziałem, jak tego dokonała, zszokował mnie widok co moja samica potrafi zrobić z ciałami tych obcych. Raz na nich spoglądała, a w drugiej chwili wyglądali na pozbawionych życia.
Moja samica leży w naszych komnatach, a kilku Uzdrowicieli z niepokojem przygląda się jej pięknemu, śpiącemu ciału.
Wychodzą po szybkiej i zdecydowanej diagnozie.
Nazywają ją książniczką.
Nie mogę się powstrzymać, ale uśmiecham się słysząc to. Wiernie znajduję się przy jej boku, a nasz syn jest ułożony do spania przy mojej klatce piersiowej.
Nie zostawię jej dopóki się nie obudzi.
Matka i Ojciec przychodzą, aby sprawdzić co u niej.
Zostają.
Przychodzi również Emmett z Rosalie i siadają na podłodze przy łóżku.
Tak jak Alice i Jasper.
Ostatecznie Starsi też przychodzą.
Potwierdzają to co podejrzewałem, kiedy moja samica podjęła się przejęcia kontroli nad sytuacją.
Jest proroctwem.
To z jej powodu powstały zwoje.
Myśleli, że to będzie mój syn i mogli mieć rację.
Jednak czas pokazał, że to moja samica była zbawicielem.
Starsi przynoszą również wiadomości o obcych.
Nazywają się Naz'feya.
Zgromadzenie skontaktowało się już z Fazi – planetą w trzydziestym dziewiątym sektorze.
Obcy byli rebeliantami Nez'feya.
Nie będzie wojny z powodu ich śmierci.
Starci również powiadamiają nas o informatorze – służącej o imieniu Renata. Jasper potwierdził, że myślał, że jej zachowanie było dziwne.
Została zgładzona bez procesu sądowego.
Nie protestowałem.
Kiedy Starsi wyszli, moja samica dalej spała z twarzą spokojną i zastygniętą w bezruchu.
Bałem się, że umrze, ale czuję jej życie w moich kościach.
Caelum śpi.
Pozwalam Matce, żeby go trzymała.
Uśmiecha się.
Następnie przychodzi jeden z Uzdrowicieli ze zmieszanym wyrazem na twarzy. Mówi, że krew Naz'feya przemieniła się w metal.
Oznajmia, że moja samica zamieniła ich krew w stały metal.
Myślę, że to zdumiewające.
Ale nie pozwolę jej tego zrobic kolejny raz. To ją osłabiło.
Gdy Uzdrowiciel wychodzi czekamy dalej.
Nagle Caelum zaczyna płakać, zawodząc jak najgłośniej potrafi.
Matka oddaje go z powrotem.
Kołyszę nim, ale dalej płacze.
Budzi moją samicę.
Bella jest półprzytomna i zdezorientowana, jej oczy zaczerwienione, jak dostrzega nas otaczających jej łóżko.
Odruchowo sięga po Caeluma, który uspokaja się natychmiast po znalezieniu się w ramionach swojej mamy.
Skrywam moją twarz w jej włosach.
Nie stracę jej.
Będziemy dalej razem.
Będziemy mieć więcej dzieci.
Będziemy żyć szczęśliwie.
Całuję moją samicę i moje dziecko.
Nic już nie wisi nad naszymi głowami.
To koniec.
