Derek nie został na noc, chociaż wyraźnie dałem mu do zrozumienia, że to naprawdę nie byłby problem.

Chłopak powiedział jednak, że wolałby nie kusić losu. Że nawet gdyby leżał w osobnym pokoju, osobnym łóżku – nie dałby rady powstrzymać się przed przyjściem do mnie, a to mogłoby się różnie skończyć. Przyznał, że „nie ma zamiaru się z niczym spieszyć, nie po tym wszystkim, co się wydarzyło."

Byłem całkowicie za.

Co oczywiście nie znaczyło, iż nie poczułem lekkiego zawodu, wypuszczając Dereka ze swojego domu. Hale miał jednak rację – po co się spieszyć, prawda?

W dodatku Derek zastrzegł, że musi mnie koniecznie najpierw zabrać mnie na naszą pierwszą, porządną randkę. Uśmiechnąłem się szeroko na tę wiadomość, już od dawna nie czułem takiej lekkości w sercu. A już na pewno nie byłem aż tak szczęśliwy.

Odprowadziłem więc Hale'a do drzwi, przy których umówiliśmy się na konkretną godzinę na następny dzień, a potem pożegnaliśmy, szczerząc się jak idioci. Oparłem się o framugę, czekając, aż auto chłopaka zniknie za zakrętem i nawet nie zauważyłem momentu, w którym na podjeździe zaparkował inny samochód. Radiowóz, będąc bardziej precyzyjnym.

- Kto to był?

Spytał nowoprzybyły, zamiast przywitać się po ludzku jak każdy cywilizowany człowiek.

- Derek.

Odparłem. Ton mojego głosu był rozmarzony i beztroski, na co Parrish parsknął cicho śmiechem.

- Chłopak?

- Może.

Dopiero wtedy skupiłem na stojącym przede mną mężczyźnie całą swoją uwagę i, widząc jego napiętą twarz, ślady… krwi? na policzku oraz lekko zaciśnięte dłonie w pięści, wyprostowałem się, całkowicie schodząc na ziemię.

- Co się stało?

Kyle wyglądał przez chwilę, jakby nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Odwrócił na moment wzrok, a kiedy spojrzał na mnie – jego oczy wręcz lśniły. Czy to od łez, czy od emocji, które przewijały się na jego twarzy niczym w kalejdoskopie...

- Twój ojciec…

- Co z nim?

Spytałem, czując, jak zaczęło robić mi się niedobrze. Świat spowolnił, powietrze zrobiło się cięższe, a mój oddech przyspieszył.

- Jakiś wariat pojawił się nagle na posterunku. Wykrzykiwał, że chce widzieć się z szeryfem Stilinskim i że będzie rozmawiać tylko i wyłącznie z nim. Nie zachowywał się normalnie, więc poprosiłem, żeby przyszedł, gdy się uspokoi – nie miałem zamiaru dopuszczać go do szeryfa w takim stanie. Zaśmiał mi się w twarz i wtedy zrozumiałem, że nie był do końca trzeźwy. Spytałem, czym się tu dostał, a on, że samochodem. Że przyjechał do tej „zapyziałej dziury" aż z Nowego Jorku i nie wyjdzie, póki nie zobaczy Stilinskiego. Wtedy John wyszedł i… nie mam pojęcia, Stiles, jak to się mogło stać. Nie wiem, jak to mogłem przeoczyć, ale on… wyjął broń i zwyczajnie strzelił.

W tym momencie już ledwo trzymałem się na nogach. Kyle podbiegł do mnie, chyba przewidując, co się stanie i podtrzymał mnie mocno. Nie mogłem przestać patrzeć na jego twarz i krew… krew…

- Dostał w ramię, on… zabrali go do szpitala, a tego chłopaka…

- Aiden.

Wyszeptałem cicho i zwyczajnie wiedziałem, że byłem blady niczym ściana.

- Skąd…

- To mój były.

Parrish patrzył na mnie ostrożnie i czułem w powietrzu, że zaraz pojawi się pytanie, dlatego zareagowałem prośbą.

- Zawieź mnie do szpitala.


Ojciec wciąż był na sali operacyjnej, kiedy przybyliśmy na miejsce. Melissa czekała na zewnątrz i to ona jako pierwsza do mnie dotarła. Zaczęła mnie przytulać i zapewniać, że wszystko będzie w porządku, że wie, iż John da sobie radę, że nie ma w ogóle możliwości, żeby z tego nie wyszedł. Niewiele jednak z jej słów do mnie docierało. Gdzieś obok stał również Scott, który chyba próbował odkleić ode mnie swoją mamę, gdy zobaczył, że nie reagowałem, i możliwe, iż coś do mnie jeszcze mówił, lecz nie zwracałem na to większej uwagi.

Jedyne, o czym myślałem, to Aiden.

Aiden.

Ten psychopata… ten…

Wokół było głośno. Ktoś krzyczał, ktoś mną potrząsał, kiedy upadłem na kolana, ktoś kazał coś liczyć. Próbowałem złapać oddech, ale nie mogłem. Nie mogłem…


Osobą, której w końcu udało się mnie uspokoić, była Lydia.

Dziewczyna przyjechała chwilę po nas i od razu się mną zajęła. Nie zadawała pytań, nie prosiła o wyjaśnienia, po prostu chwyciła moje dłonie i przyłożyła swoje usta do moich. Chwilę później siedziałem już na niewygodnym, plastikowym szpitalnym krześle i ogrzewałem palce gorącą herbatą w papierowym kubku.

Przez moją głowę przemknęła myśl, iż już kiedyś przydarzyło mi się coś podobnego, nie miałem jednak siły, by myśleć o okolicznościach, w jakich miała miejsce tamta sytuacja.

Martin siedziała obok, opierając głowę na moim ramieniu. Zamknąłem więc oczy i przycisnąłem policzek do jej miękkich włosów. Oddychałem z jeszcze z nieznacznym trudem, ale co najważniejsze, sam.

Czas ciągnął się niemiłosiernie. Już po kilkunastu minutach miałem wrażenie, że siedzieliśmy tutaj całą wieczność. Jackson, który pojawił się chwilę wcześniej, próbował się czegoś dowiedzieć, ale Melissa go powstrzymała.

- Nikt nie wyjdzie z sali i nie zaryzykuje niepowodzeniem operacji, żeby tylko poinformować nas o tym, co się tam dzieje. Musimy być cierpliwi.

Whittemore opadł ciężko na krzesło po drugiej stronie Lydii i nawet słowem się nie odezwał, widząc nas w takiej a nie innej pozycji.

- McCall tutaj jest.

Powiedział, a ja poczułem na sobie jego wzrok. Wzruszyłem lekko ramieniem, tym, o które nie opierała się Lyds.

- Wiemy, Sherlocku.

Mruknęła dziewczyna, a ja nie mogłem powstrzymać się przed uśmiechem. Słabym, ale jednak uśmiechem.

- Geee, nie o to mi chodziło. Co on tutaj robi?

- Przyjechał, kiedy tylko się dowiedział.

Odpowiedziała Lydia. Otworzyłem oczy i wyprostowałem się, żeby na nią spojrzeć. Dziewczyna siedziała wciąż obrócona bokiem, patrząc przed siebie.

- Melissa mówiła, że próbował z tobą porozmawiać.

Powiedziała jeszcze. Uniosłem brew, odwracając od niej wzrok, by spojrzeć na gapiącego się w naszą stronę Scotta. Chłopak przez chwilę podtrzymywał tę wymianę spojrzeń, ale w końcu spuścił głowę, wycofując się.


Gdy ojca wywieziono z sali operacyjnej, od razu pobiegłem do pokoju, w którym mieli zamiar go umieścić. Nie chciałem nawet widzieć lekarza. Chciałem usiąść przy tacie, chwycić jego rękę, poczuć, że żył, oddychał, że wciąż był ciepły.

Pielęgniarki kręciły się jeszcze chwilę wokół niego, a kiedy wyszły, zamknęły za sobą drzwi.

Ktoś wcześniej przysunął do łóżka krzesło, na które opadłem ciężko, czując zbierające się w oczach łzy. Moja ręka drżała, gdy wyciągałem ją w stronę ojca. Pierwsza łza spłynęła mi po policzku w chwili, kiedy dotknąłem jego bladej dłoni, kiedy ścisnąłem jego palce.

W pokoju panowała cisza.

Oprócz pikania aparatury szpitalnej, miarowego oddechu szeryfa i mojego pociągania nosem, nie było słychać nic. Pomieszczenie tonęło w mroku, jedynie lampka przy łóżku oświetlała po części twarz ojca. Jego posiwiałe już włosy, pokrytą zmarszczkami skórę… wyglądał tak… spokojnie. Zupełnie zwyczajnie, jak w dni, kiedy miał wolne i mógł zrelaksować się przed telewizorem.

Obraz ten jednak bezcześcił opatrunek na ramieniu, który przyprawiał mnie o mdłości.

Co by było, gdyby… gdyby pocisk nie trafił w ramię, a gdzieś indziej? Co by było, gdyby Aidenowi udało się wyrządzić większą szkodę…?

Znów poczułem w sobie narastającą panikę, która chwilę później została zastąpiona przez złość. Poczucie bezsilności. Wściekłość.

Poczucie winy.

- To moja wina, tato…

Wyszeptałem przez łzy, prawie się nimi krztusząc.

- To wszystko. Moja. Wina.

Oparłem głowę o łóżko tuż obok naszych złączonych dłoni, próbując złapać oddech. Próbując ogarnąć się na tyle, by móc mu wytłumaczyć… móc przeprosić…

- To nie twoja wina, kochanie.

Usłyszałem nagle, a czyjeś palce przeczesały moje włosy. Gwałtownie podniosłem się do pozycji siedzącej, patrząc na uśmiechającą się delikatnie Melissę.

- To nie mogła być twoja wina, Stiles.

Powiedziała delikatnie, dotykając mojego policzka i ścierając z niego łzy. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu, żeby powiedzieć jej, że wręcz przeciwnie i że ona nie ma o niczym pojęcia.

- Rozmawiałam z lekarzem. Powiedział, że kula zatrzymała się na kości, ale nie narobiła większych szkód. Wyciągnęli wszystkie odłamki oraz nabój. Po kilku tygodniach powinien odzyskać pełną sprawność. Wyzdrowieje, kotku. Wszystko będzie dobrze.

Kiwnąłem lekko głową, dziękując po cichu. Pani McCall uśmiechnęła się znowu, tym razem pewniej, i pochyliła się, żeby pocałować mnie w policzek.

- Dam wam trochę czasu sam na sam, ale przyjdę znów niedługo, dobrze? Jestem pewna, że twoi przyjaciele też chcieliby sprawdzić, co u niego słychać. I Parrish. Chłopak siedzi na korytarzu i gryzie paznokcie, tak bardzo się martwi.

- To nie jego wina.

Mruknąłem cicho, przyglądając się spokojnemu wyrazowi twarzy ojca.

- Prawda. To nie jest wina żadnego z was.

Melissa ścisnęła jeszcze moje ramię, zerknęła ostatni raz na Johna i wyszła, zostawiając nas samych.


- Kocham cię, tato. Kocham cię tak bardzo mocno. Wiem, że czasami jestem wrzodem na tyłku, i że często masz ochotę mnie udusić, chociażby za te wszystkie warzywa, które w ciebie wmuszam, ale… ale jesteś dla mnie wszystkim. Wszystkim, co mam, nieważne, że jest jeszcze Melissa i był Scott. Bez ciebie… nie poradziłbym sobie bez ciebie. Nie dałbym sobie rady, tato. Mam nadzieję, że nie znienawidzisz mnie, kiedy się obudzisz. Że nie przestaniesz na mnie patrzeć tym spojrzeniem przepełnionym dumą, jak wtedy, kiedy wygraliśmy mecz lacrosse'a. Mam nadzieję, że nie zmienisz o mnie zdania, kiedy powiem ci prawdę, bo bez twojego wsparcia… Bez ciebie pozostanę z niczym.


W pewnym momencie musiałem zasnąć, a ktoś przykrył mnie kocem, bo kiedy się obudziłem, ten zsunął się na podłogę. Nie kłopotałem się podniesieniem go, jedynie od razu zerknąłem na ojca, który wciąż spał.

Westchnąłem cicho, przecierając oczy. Bolała mnie szyja od leżenia w niewygodnej pozycji, a kręgi aż strzykały, gdy się prostowałem.

- Obudziłeś się.

Usłyszałem i momentalnie poczułem się, jakbym miał serce w gardle. Nie ze strachu, a raczej z tego, czyj głos dobiegł mnie zza pleców.

- Długo tu jesteś?

Spytałem, nie odwracając się nawet, kiedy stojąca za mną osoba zbliżyła się do łóżka.

- Kilka minut. Planowałem właśnie wyjść, ale wtedy się obudziłeś, więc…

Podniosłem wzrok, żeby zerknąć w bok na sylwetkę znajdującą się praktycznie w cieniu, ale szybko wróciłem do patrzenia na ojca.

- Więc?

Scott westchnął cicho i mogłem dosłownie wyczuć, jak jego ramiona opadły w dół, zupełnie jakby się poddał.

- Więc uznałem, że to czas.

Wydałem z siebie cichy dźwięk zaskoczenia. Nawet jeśli wszystkie moje wnętrzności ścisnęły się w jeden wielki węzeł, nie chciałem dawać sobie złudnych nadziei. Niemożliwe, by coś takiego jak homofobia zniknęło po zaledwie jednym wypadku.

I miałem rację, bo McCall milczał, nie wydając z siebie nawet najcichszego dźwięku. Po prostu stał tam z zaciśniętymi w pięści rękoma, a jego twarz była dziwnie wykrzywiona, jakby chłopak toczył ze sobą wewnętrzną walkę.

- Do niczego cię nie zmuszam.

Powiedziałem, na pewno brzmiąc na zmęczonego. Nie fizycznie, nie. Emocjonalnie.

- Ja…

- Zawołaj mamę. Powiedz jej, że może już przyjść.

Scott wyglądał, jakby chciał zaoponować, ale nie zrobił tego. Kiwnął sztywno głową niczym żołnierz i wyszedł bez słowa.


Melissa przyszła chwilę później i jeśli był ktoś, kto mógł konkurować ze mną o tytuł Chodzące Nieszczęście, to właśnie ona. Jej loki były splątane, twarz blada i nieumalowana, usta zaciśnięte lekko w dziwnym grymasie.

- Zostawić was?

Spytałem, kiedy kobieta podeszła z drugiej strony łóżka i chwyciła dłoń ojca.

- Nie, nie musisz.

Powiedziała miękko, przesuwając palcami po jego czole. Uśmiechnąłem się lekko, nawet nie czując żadnego żalu czy tęsknoty za mamą, która zapewne również czułaby podobne zadowolenie z obrotu sytuacji sercowej ojca.

- Wiesz… zawsze chcieliśmy was ze Scottem zeswatać.

Głowa Melissy podskoczyła lekko, a na jej ustach rozkwitł rozbawiony uśmiech.

- Ale im bardziej się staraliśmy, tym bardziej oporni się robiliście. Chyba dobrze, że zostawiliśmy to w waszych rękach.

Kobieta uśmiechnęła się szczerze, a w kącikach jej oczu pojawiły się te urocze zmarszczki. Nie dziwiłem się ojcu, że padło na nią. Była piękna. Dobra. Była najlepszą kobietą, jaką znałem, nie licząc mamy.

- Wiesz, jeśli kiedyś się pobierzecie…

- Stiles!

Uniosłem obie dłonie do góry, śmiejąc się cicho pod nosem.

- Tak tylko mówię. Chcę być świadkiem. O cholera, zorganizuję mu wieczór kawalerski!

- Nie ma mowy, dzieciaku.

Odezwał się ojciec, a ja prawie spadłem z krzesła.

- No wiesz, ostrzegłbyś człowieka! Prawie tu zawału dostałem!

Zawołałem, łapiąc się za serce. Tata uśmiechnął się szeroko i ścisnął moją rękę, drugą dłonią natomiast chwycił dłoń Melissy, przysunął ją sobie do ust i ucałował lekko.


Wkrótce zaczęły się szarady.

Wszyscy wchodzili do sali ojca i wychodzili, co rusz wnosząc tam coś nowego, aż powoli zaczynało brakować miejsca. Kwiaty, słodycze, cholera, Jackson nawet przemycił hamburgera, a zarówno ja, jak i Melissa zgodziliśmy się na to, by ojciec go zjadł, ku jego wielkiej uciesze.

- Nie przyzwyczajaj się tylko za bardzo, bo po wyjściu ze szpitala żebranie na wyjętą z użytku rękę nie będzie miało żadnego efektu.

Ojciec mruknął pod nosem coś o niewdzięcznych potomkach, a ja przybiłem sobie piątkę z panią McCall.

Nie było mnie przy rozmowie Kyle'a z tatą, ale kiedy mężczyzna wyszedł z sali, wyglądał, jakby świat znowu odzyskał kolory. Nawet uśmiechnął się wdzięcznie do Lydii, gdy ta zaoferowała mu kubek kawy. Parrish był jedną z tych osób, która nie zamierzała opuścić szpitala, dopóki nie dane jej było porozmawiać z Johnem twarzą w twarz. To czuwanie dało mu zapewne w kość, zmęczenie widoczne było na jego twarzy gołym okiem.

Ze Scottem już się nie widziałem, chociaż Melissa wspominała, że wpadł odwiedzić szeryfa i nawet sobie chwilę pogadali.

(- O ile zdawkowe odpowiedzi twojego ojca można liczyć jako rozmowę.

Dodała. Parsknąłem śmiechem, bo ojciec był uparty jak osioł i wiedziałem, że nie da mu się przetłumaczyć, by zachowywał się normalnie w stosunku do osoby, która, jakby na to nie patrzeć, skrzywdziła jego syna.)

Musiał to zrobić, kiedy akurat brałem prysznic (ku uciesze Lydii, która twierdziła, że śmierdzę) w jednej z pustych sal dla pacjentów. Martin przywiozła mi stosik ubrań i telefon z milionem nieodebranych smsów oraz połączeń.

- Cholera.

Mruknąłem, dopiero pod strumieniami gorącej wody zdając sobie sprawę z tego, dlaczego iPhone tak wariował.

Jakby na to nie patrzeć, od wczoraj siedziałem w szpitalu i nie miałem żadnego kontaktu ze światem. Nadszedł kolejny dzień.

I randka z Derekiem.

Oddzwoniłem do niego od razu, gdy tylko wyszedłem z kabiny (możliwe, że nie spłukałem z siebie do końca piany, tak mi się spieszyło). Chłopak odebrał po pierwszym sygnale.

- Stiles?

- Derek, najmocniej przepraszam, że nie odbierałem, ale… mój ojciec… Aiden go…

Zatrzymałem się na moment, znów czując w swoim wnętrzu panikę, ale myśl, że bliźniak został zamknięty i nikomu już nie zagrażał jakoś pomogła. Zaczerpnąłem powietrza w płuca, wypuszczając je po chwili głośno.

- Postrzelił go.

Powiedziałem, ściszając głos z nie wiadomo jakich powodów. Byłem sam, ale te słowa przerażały mnie do tego stopnia, iż czułem zimno w każdej części swojego ciała.

- Słucham?

- On… przyjechał do Beacon, poszedł na posterunek i… po prostu go…

- Wszystko w porządku?

- Tak. Tata miał operację, przespał całą noc i większość poranka, teraz odpoczywa i marudzi z powodu braku tłuszczów w organizmie. Czyli wszystko z nim dobrze.

- A z tobą?

Zagryzłem wargę, słysząc to pytanie po raz drugi dzisiejszego dnia. Lydia, zanim pojechała do domu po moje rzeczy, zadała je podobnym tonem, co Derek. Przejętym. Delikatnym. Zmartwionym.

- Jest… lepiej.

Wymamrotałem, odgryzając skórkę z kciuka.

- Chcesz, żebym przyjechał?

- Nie musisz…

- Stiles…

Ugryzłem wnętrze policzka, zdając sobie sprawę z tego, że naprawdę chciałbym, żeby przy mnie w tej chwili był. Po prostu stał obok i objął ramionami.

- Chcę.

Wyszeptałem.

- Będę za parę minut.


- Musimy porozmawiać, dzieciaku.

Powiedział ojciec znad czytanej gazety, kiedy wszedłem do pokoju. Skinąłem głową, bo, tak, musieliśmy porozmawiać. Poważnie.

- Ten chłopak… Skąd się znaliście?

Spojrzałem na niego zdziwiony, że o tym wiedział.

- Kiedy do mnie strzelił, wspomniał twoje imię.

Skrzywiłem się mocno, odwracając wzrok. Poczucie winy walnęło we mnie pełną parą niczym rozpędzony pociąg.

- Stiles.

Westchnąłem ciężko, odchylając głowę do tyłu. W końcu jednak wyprostowałem się i zerknąłem w stronę ojca. Nie patrzyłem mu jednak w twarz, zamiast tego utkwiłem wzrok w obojczyku.

- To był… Byliśmy parą.

Zacząłem.

I skończyłem na łóżku, trzymany w ramionach ojca po tym, jak opowiedziałem mu całą historię. Od początku do końca. Strategicznie pomijałem większość udziału Dereka, chociaż musiałem o nim wspomnieć tu i ówdzie. Zwłaszcza przy części, w której Aiden uderzył mnie po raz pierwszy.

- Dlaczego nic nie powiedziałeś?

Spytał w końcu szeryf po długiej przerwie.

- Ja… Nie wiem.

Wyszeptałem, zaciskając palce na szpitalnej koszuli, którą miał na sobie.

- Stiles, mam nadzieję, iż zdajesz sobie sprawę z tego, że ten bydlak zgnije w więzieniu. Już ja tego dopilnuję.

Kiwnąłem tylko głową, powoli odsuwając się od taty. Wciąż obawiałem się spojrzeć mu w oczy, ale miałem nadzieję, że z czasem to uczucie minie.

- Jutro Parrish spisze twoje zeznania. Kto o tym wiedział?

Skrzywiłem się lekko, naprawdę nie czując się na siłach, by o tym rozmawiać.

- Starsza siostra Dereka, Laura, znalazła mnie w rocznicę śmierci mamy z podbitym okiem. Byłem wtedy… pod wpływem, więc wszystko jej powiedziałem.

Przez twarz ojca przemknął cień i nie musiałem nawet czytać w myślach, żeby wiedzieć, co działo się w jego głowie. To bydlę zbezcześciło rocznicę śmierci Claudii.

- Ktoś jeszcze?

- Lyds. Domyśliła się i kazała mi przyjść do ciebie.

Brwi ojca wystrzeliły do góry.

- Dlaczego tego nie zrobiłeś?

Ton jego głosu nie był oskarżycielski. Nie, był bardziej… zraniony. Jakby ojciec bał się, że nie ufam mu na tyle, by powiedzieć o czymś takim.

- Wtedy myślałem… nie myślałem, właściwie, ale sądziłem, że mi się… należało.

Wyszeptałem, chowając twarz w dłoniach.

- Przez tego Dereka?

- Derek nie jest niczemu winien, on… To skomplikowane.

- Jak bardzo?

- Tak, że on za chwilę tu będzie.

Mruknąłem, ryzykując spojrzeniem na ojca przez palce. Ten wyglądał, jakbym naprawdę go zaskoczył, a to było o wiele lepsze niż wściekłość.

- Będzie? Tutaj? Czego mi nie mówisz?

- My… tak jakby właśnie zaczynamy ze sobą… być.

Szeryf mrugnął kilka razy, całkowicie gubiąc wątek i spojrzał na mnie, jakbym spadł z księżyca.

- Czy ty oszalałeś?

- Tato, to… To dla mnie ważne, okej? On… Mogliśmy podjąć kilka głupich decyzji po drodze, jesteśmy idiotami, że nie spróbowaliśmy niczego wcześniej, ale…

- Zakochałeś się w nim.

Westchnąłem ciężko, wzruszając ramionami.

- Nie wiem. Może trochę. Może to minie, a może nie. Nie mam pojęcia. Ale chcę spróbować. Z nim.

John przyjrzał mi się uważnie, mrużąc lekko oczy, aż w końcu poddał się i powiedział, że mam dosłownie trzydzieści sekund na przyprowadzenie tutaj Dereka, kiedy tylko ten przekroczy próg szpitala.


- Mój ojciec chce cię poznać.

To były słowa, którymi przywitałem Dereka. Chłopak stanął jak wryty, wpatrując się we mnie z szeroko otwartymi oczami i możliwe, że gdzieś w nich czaiło się przerażenie.

- Twój ojciec szeryf. Chce mnie poznać.

- Dokładnie tak.

Derek mrugnął. Raz, drugi, trzeci. W końcu nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, zakrywając usta dłonią.

- Chodź, jesteśmy już spóźnieni.