Czuł się dziwnie, jakby nie na miejscu, siedząc przy stole w maleńkim mieszkanku Rogersa gdzieś na Brooklynie. Gospodarz krzątał się w kuchni, szykując herbatę. Na ścianie tykał stary zegar z kukułką. Ze stojącego z kącie gramofonu dobiegał spokojny, głęboki głos Sinatry. W powietrzu unosił się kojący zapach starości, przesycony pyłem z suszonych róż, lawendą i aromatem mielonej kawy.

Zupełnie jakby trafił do innego świata.

- Dostałem to mieszkanie po babci - wyjaśnił Steve, stawiając przed Tonym kubek z parującym naparem. Najwyraźniej również był świadomy kontrastu między swoim lokum, a lokalami, do jakich przywykł Stark. - Jest bardzo staroświeckie, wiem, ale za każdym razem, jak próbuję coś wyrzucić, sentyment zwycięża.

Wyglądał na zaniepokojonego, zupełnie jakby obawiał się, że Tony w każdej chwili może zapragnąć uciec. Właściwie - zachowywał się w ten sposób cały wieczór, przez co Stark miał ogromne wyrzuty sumienia. Starał się nie poruszać trudnych tematów, nie pytał ani o Coulsona i jego relacje ze Steve'm, ani o Peggy Carter, ani o Natashę Romanoff, ani nic związanego z TARCZĄ. Próbował jak najwięcej żartować i jak najczęściej się uśmiechać, od czego powoli zaczynały już boleć go policzki.

Mimo to Rogers wciąż zachowywał się podejrzanie ostrożnie. Jak dziecko, które coś przeskrobało i teraz bało się konsekwencji.

- Jest w porządku. Podoba mi się. Serio. - Choć starał się powiedzieć to z jak najszerszym uśmiechem na ustach, Steve zdawał się mocno nieprzekonany. - Bardzo w stylu mojej matki.

Znów zapadła niezręczna cisza. Blondyn usiadł naprzeciwko i z roztargnieniem zaczął sączyć herbatę, starając się przy tym nie patrzeć na Tony'ego. Do jasnej cholery! O co mu właściwie chodziło?

- Słuchaj, jeśli chcesz, żebym już sobie poszedł...

- Nie! Skąd w ogóle taki pomysł? - Steve aż zbladł z przerażenia. - Przepraszam, jeśli cię jakoś uraziłem, ale nie spodziewałem się, że przyjdziemy do mnie i po prostu nie bardzo wiem... - Zawiesił głos, a bladość zastąpiły rażąco czerwone rumieńce.

Tony musiał zakryć usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Dlaczego on musiał być tak koszmarnie niewinny?

- Spokojnie, nie zaciągnę cię do łóżka wbrew twojej woli - obiecał z szelmowskim uśmiechem, który zdawał się całkowicie przeczyć jego słowom.

Na szczęście (czy też nie) Rogers został wybawiony z opresji przez dzwoniący telefon. Rzucił się po niego, jakby goniło go stado wściekłych psów, co jednocześnie rozbawiło, jak i zirytowało Tony;ego. Czy powiedział coś złego? Wydymając wargi z niezadowolenia, śledził uważnie wzrokiem miotającego się przy telefonie blondyna.

- Teraz? - pytał nerwowym szeptem. Najwyraźniej coś wyskoczyło mu w pracy, bo rzucił Tony'emu przepraszające spojrzenie. - Jestem bardzo zajęty i o ile to nie jest coś śmiertelnie ważnego... Rozumiem. Tak, wiem. Ale... Tak, oczywiście. Zaraz tam będę.

Z cichym westchnieniem odłożył telefon po czym obdarzył Starka wzrokiem zbitego szczeniaczka.

- Fury twierdzi, że moja obecność...

- Idź. - Tony nie wahał się ani chwilę. Doskonale pamiętał te wszystkie razy, gdy Pepper wzywała go, nie bacząc na czas ani miejsce.

- Ale...

- Poczekam.

- Tutaj?

- Mogę w sypialni.

- Jesteś okropny.

- Też cię kocham.

Zamilkli, zupełnie zaskoczeni własnymi słowami. Przez dłuższą chwilę Tony zastanawiał się, czy nie posunął się za daleko. Mógł przecież ugryźć się w język; wiedział doskonale, jak Rogers reagował na wszelkie seksualne podteksty.

Nie spodziewał się, że Steve podejdzie do niego, pocałuje go w czoło i rzuci niemal bezczelnie:

- Nie krępuj się. Droga wolna.

Osłupiały ze zdziwienia, ledwie zauważył jak Rogers dopija herbatę i wychodzi z mieszkania.