Od tłumacza: Po pokonaniu problemów sprzętowych Shaunee Altman znów koryguje moje literówki i inne błędy, więc wielkie brawa za jej poświęcenie i świetną robotę. Wszystkie błędy są moje, ona zmniejsza ich ilość.
Od autorów: Substandardowe zastrzeżenie: To nie nasze.
Standardowe zastrzeżenie: Nie rościmy sobie praw do tych postaci.
Ponadstandardowe zastrzeżenie: W świetle możliwych pozwów chciałbym zauważyć, że jesteśmy bankrutami. Tak, właśnie, nie mamy kasy. Z drugiej strony wszystkie te postacie są wyłączną własnością JK Rowling i jej współpracowników.
Błagające zastrzeżenie: Nie pozywajcie nas, proszę!
Rozdział 14 – Pożegnania i walka
Mijające dni
Marzec przeszedł w kwiecień, a wydarzenia w Hogwarcie nabrały tempa. Klasy 1-3 szykowały się na podróż do Beauxbatons. Na Zaklęciach Flitwick dał sobie spokój z programem nauczania i zaczął uczyć wyłącznie zaklęć obronnych i leczących. Na lekcjach McGonagall uczniowie poznawali sposoby na transmutowanie przedmiotów w tarcze. Nawet na Eliksirach warzono leczące wywary, a nie inne ich rodzaje.
Hagrid, zgodnie z obietnicą, sprowadził się do zamku pierwszego kwietnia. Jedyne wolne pokoje dla wielkiego nauczyciela znaleziono w lochach, a nawet je musiano magicznie powiększyć, by pomieścić jego potężną postać.
Od pierwszego kwietnia zaczęły także przybywać zapasy medykamentów w pudłach ze Świętego Munga. Małe pomieszczenie przylegające do Wielkiej Sali zostało zamienione na tymczasowy magazyn.
Szepty w ciemności
Serena uśmiechnęła się, gdy Severus wszedł do ich jadalni z aneksem kuchennym. Normalnie jadali w Wielkiej Sali, ale okazjonalnie spożywali kolację w swoim apartamencie. Nikt poza Sereną nie uwierzyłby, jak romantycznym człowiekiem potrafi być Severus. Nie afiszował się z tym publicznie, ale jego życie uległo radykalnej odmianie w ciągu dwóch ostatnich lat.
Severus nie przepadał za publicznym okazywaniem uczuć. Jednak w zaciszu prywatnych pokoi potrafił stać się zupełnie innym człowiekiem. Tego wieczoru podszedł do żony, która przygotowywała dla nich posiłek i objął ją. Potarł nosem jej szyję, a ona wtuliła się w niego. Jakimś cudem zawsze wiedział co zrobić, by odpowiednio na nią podziałać.
Zerknął na zwykłą zastawę stołową i uznał, że to nie wystarczy. Machnięciem różdżki i kilkoma inkantacjami przerobił stół na lepiej pasujący do romantycznego nastroju.
Zmniejszył intensywność oświetlenia, dodał świecznik na stół i polecił skrzatowi domowemu włączenie delikatnej muzyki. Serena uniosła brew i uśmiechnęła się. Severus mógł onieśmielać studentów, ale jej zdaniem w głębi duszy był naprawdę delikatny.
Pomógł jej przenieść jedzenie na stół i oboje zasiedli, by rozkoszować się tym, co miało być miłym, romantycznym wieczorem. Severus miał coś powiedzieć, ale nagle zmarszczył brwi. Słyszał jakiś nieznany mu dźwięk. Na moment wyciszył muzykę i usłyszał dźwięki lutni i fałszującego Hagrida. Tymczasowe mieszkanie dla wielkoluda znajdowało się drzwi w drzwi z ich apartamentem.
Serena spojrzała na Severusa i skrzywiła się. Jednak gdy usłyszała słowa starożytnej ballady Hagrida, zaczęła chichotać:
Podówczas Aethelstan, król, władca przemożny,
dla swych ludzi szczodry, wraz ze swym bratem,
księciem Edmundem, człekiem honoru,
ruszyli do bitwy z nagimi mieczami
pod Brunaburh.
Złamali mur tarcz, ich miecz rozszczepiał tarcze,
Synowie Edwarda, wzór książąt
Z królewskiego rodu, na polach bitew
Swej ojczyzny przed wrogami broniący,
Skarbów i ziemi.*
Severus skrzywił się, a chichot Sereny zamienił się w śmiech na całe gardło.
- No cóż, chyba dobrze dobrał temat – mruknął Severus. – Zbliża się bitwa, a on śpiewa hymn bojowy z dziesiątego wieku.
Rzucił na ścianę zaklęcie ciszy. Dźwięk stał się nieco cichszy, ale wciąż słyszalny.
- Rzuć je też na drzwi, kochanie – podpowiedziała Serena. – Wyciszenie ściany sprawi tylko, że przestanie to dobiegać ze ściany. A na korytarzu jest pewnie niemały hałas.
Severus przemaszerował ze złością przez salon i gwałtownie otworzył drzwi prowadzące na szkolny korytarz. Fałszujący Hagrid nie był jedynym słyszalnym dźwiękiem. Kieł najwyraźniej uznał, że lutnia jego pana nie jest wystarczającym akompaniamentem, więc wył razem z nim.
Snape z obrzydzeniem zatrzasnął drzwi i wyciszył je zaklęciem. Odwrócił się i spojrzał wściekle na żonę. Podążyła za nim i teraz powoli osuwała się po ścianie, osłabiona przez napad histerycznego śmiechu.
- Powieszę za to Harry'ego na Wieży Astronomicznej – warknął w cudownej ciszy pokoju. Serena, spoczywająca na ziemi w mało kobiecej pozycji, zaczęła śmiać się jeszcze bardziej. Severus podciągnął swoją osłabioną żonę na nogi i zaprowadził z powrotem do stołu.
Usiedli i skończyli posiłek, rozmawiając o wydarzeniach minionego dnia oraz o planach na jutro. Severus właśnie sięgał po picie, gdy to poczuł. Wibracja, nie przypominająca niczego, co czułby kiedykolwiek wcześniej. Zaskoczony spojrzał na szklankę brandy, w której płyn lekko falował. Falował? Niemal się przelewał! Z warknięciem rzucił serwetę na stół i popędził do drzwi. Otworzył je szarpnięciem, a jego uszy zaatakował nowy dźwięk.
- Na jaja Merlina! – zawołał, przekrzykując chrapanie Hagrida. – Nic dziwnego, że on śpi w chacie tak daleko od zamku. Ten facet to zakała!
Serena znowu wybuchnęła śmiechem. Severus zatrzasnął drzwi i warknął na nią. Jego starannie zaplanowany romantyczny wieczór właśnie poszedł do diabła!
Przez krótką chwilę w apartamencie znów zjawił się dawny Snape-Sukinsyn. Skradał się do żony z wyrazem twarzy, który powodował panikę wśród uczniów, ale ona tylko uniosła rękę. Zatrzymał się i zmarszczył brwi, gdy zdał sobie sprawę co właśnie zrobił. Właśnie otwierał usta, by na nią nawrzeszczeć, ale ona złapała go za rękę i pociągnęła do sypialni.
Po wejściu do pokoju Serena zatrzymała się tak gwałtownie, że jej mąż prawie po niej przebiegł. Wielkimi oczami rozejrzała się po pomieszczeniu. Nie zdawała sobie sprawy, że za ścianą tego pokoju jest sypialnia Hagrida. Półki drgały, obrazy obijały się o ściany, a łóżko dygotało.
Jej mąż zaklął, a ona obróciła się do niego i uśmiechnęła się szeroko.
- Wiesz, że w Stanach mugole mogą wynająć łóżko, które wibruje tak jak to? Pomyśl, my to mamy za darmo – powiedziała z humorem.
Severus wpatrywał się w nią przez chwilę, a ona milczała, niepewna jego reakcji. Potem nachylił się, uniósł ją i rzucił na łóżko, ignorując jej oburzony pisk. Podążył za nią na trzęsący się materac i przygniótł ją swoim ciałem.
- No dobra. Ten facet nie jest zupełnie bezużyteczny – warknął. Kiedy zaczęła się śmiać, uciszył ją pocałunkiem. Zamierzał ocalić z tego wieczoru co się tylko da, choćby miało go to kosztować życie.
5 kwietnia, pożegnanie z bliźniętami
Poranek 5 kwietnia okazał się ciepły i słoneczny. W zamku wyczuwało się napięcie. Wszystkie lekcje zostały odwołane. Po śniadaniu uczniowie z trzech najmłodszych klas zbierali się w Wielkiej Sali, gdzie czekali na świstokliki mające zabrać ich do Beauxbatons.
Harry i jego przyjaciele chodzili po Sali i rozmawiali z niektórymi dzieciakami. Kiedy znalazł bliźnięta Lupin, klęknął na jedno kolano, by porozmawiać z obojgiem.
- Chciałbym, żebyście byli szczególnie grzeczni dla swoich nauczycieli, jasne? – spytał Harry, starając się brzmieć stanowczo. Bliźnięta pokiwały głowami w odpowiedzi. Były przerażone. Nie mogły przegapić narastającego napięcie, a plotki krążyły błyskawicznie.
- Będziesz tu, kiedy wrócimy, prawda profesorze Harry? – spytała cichutko Erika, parząc na niego ze strachem. Eryk tylko trzymał siostrę za rękę i patrzył na Harry'ego.
- Mam nadzieję, maluszku – odpowiedział z uśmiechem. Nagle oboje rzucili mu się na szyję. Objął ich i przytulił najmocniej jak potrafił. – Niech was Merlin broni – wyszeptał, starając się powstrzymać łzy. Ginny, czując że Harry żegna się z bliźniętami być może na zawsze, odwróciła się i zaczęła płakać na ramieniu Rona. Ron objął ją jednym ramieniem, a drugim przytulił Hermionę.
Harry wstał i z uśmiechem zmierzwił Erykowi włosy. Potem odwrócił się do Rona. Jego spojrzenie na ułamek sekundy spoczęło na Ginny.
- Ron, muszę załatwić dziś parę rzeczy. Kiedy przybędzie kontyngent z Ministerstwa, musisz porozmawiać z jego dowódcą w moim imieniu.
Ron bez słowa skinął głową, a Harry wyszedł z Sali, unikając spojrzeń innych ludzi.
Najpierw zatrzymał się w biurze dyrektora. Dumbledore siedział za biurkiem i był zaskoczony tą wizytą.
- Wchodź, Harry, proszę – powiedział.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałem przez moment porozmawiać z Fawkesem – rzekł Harry nienaturalnie neutralnym tonem. Fawkes wyprostował się na grzędzie i przechylił głowę, przyglądając się młodemu czarodziejowi.
„A więc Pisklę, wreszcie zrozumiałeś, co musisz uczynić?" spytał.
„Tak. Zamierzam się za to od razu zabrać. Mam jednak kilka mniejszych spraw, o które muszę się najpierw zatroszczyć" odpowiedział Harry.
Dumbledore ze zdumieniem przyglądał się tej dziwnej rozmowie między swoim feniksem i uczniem. Wiedział, że Harry potrafi rozmawiać z Fawkesem, ale rzadko mógł być tego świadkiem.
„Czy wszystko gotowe?" spytał feniksa Harry.
„Już wkrótce, Pisklę. Cierpliwości, słuchaj swojego serca. Słuchaj jego radosnej pieśni i nie kłopocz się. Wszystko będzie gotowe, gdy nadejdzie właściwa chwila. Spotkamy się o oznaczonej porze. Ja także wiem co do mnie należy. Każdy z nas ma zadanie do spełnienia teraz, gdy czas jest tak cenny.
Harry skinął głową i obrócił się do Dumbledore'a.
- Dziękuję za pomoc i wsparcie przez cały ten czas. Teraz proszę mi wybaczyć, ale są pewne sprawy, którymi muszę się zająć. Nie martw się, Albusie. Wkrótce wszystko się wyjaśni – zapewnił spokojnie. Potem obrócił się i wyszedł z biura, podczas gdy Dumbledore wpatrywał się zmieszany w jego znikającą postać.
Najmłodsze roczniki wyruszyły w podróż do Beauxbatons jeszcze przed południem. Kolejna grupa, tym razem z czwartego i piątego roku, wyjechała na wcześniejsze ferie wielkanocne. Niektórzy uczniowie z tych klas zgłosili się na ochotnika za pozwoleniem rodziców, by zostać w zamku i pracować w szpitalu czy zapewniać zapasy.
Ron zauważył, że Harry nie pojawił się na obiedzie. Żaden z przyjaciół nie miał pojęcia, gdzie podziewa się przywódca Brygady. Ginny się zamartwiała, ale Ron odwiódł ją od przeszukiwania zamku. Zapewnił ją, że jeśli Harry nie zjawi się do kolacji, to on osobiście rozkaże przeczesanie zamku wszystkimi dostępnymi siłami.
Kiedy przy kolacji nie było śladu Harry'ego, Ron polecił Blaise'owi, by zebrał całą Brygadę i dokładnie przeszukał zamek i przylegające do niego tereny. Ginny i Hermiona szalały z niepokoju. Ron również, ale starał się tego nie okazywać.
Kiedy Blaise zameldował, że nie znaleźli Harry'ego, obszar poszukiwań został poszerzony i dołączyli do nich nauczyciele. W końcu Dumbledore zaangażował Zakon. Ponownie poszerzyli obszar poszukiwań, włączając do niego Hogsmeade i stację kolejową. Bez efektów.
6 kwietnia, śniadanie, Wielka Sala
Następnego poranka na śniadaniu stawili się wyczerpani członkowie Brygady Feniksa i grona nauczycielskiego. Zanim Dumbledore odwołał poszukiwania, nastała późna, nocna godzina.
Dumbledore usiadł przy stole z Ronem, Hermioną i Ginny. Na Sali przebywało znacznie mniej osób niż w poprzednich dniach. Ponad połowa uczniów udała się do Beauxbatons lub do domu. Dumbledore przyjrzał się przyjaciołom Harry'ego i choć niewiele mógł powiedzieć, by ich pocieszyć, uznał, że powinien spróbować. Ginny wyglądała, jakby przez całą noc nie zmrużyła oka, pozostali wcale nie byli w lepszym stanie.
- W nocy zbadałem kilka starych dzienników i manuskryptów – zaczął dyrektor, przyciągając uwagę wszystkich zebranych. – W starym dzienniku, który uważam za jedno z nielicznych pism pozostałych po Rowenie Ravenclaw, znalazłem interesujący wpis. Jak wiecie, wkrótce po zbudowaniu Hogwartu, czworo założycieli pomogło pokonać Czarnego Pana, terroryzującego czarodziejów i mugoli. Jeśli wierzyć dziennikowi Roweny, Godryk zniknął przed ostateczną bitwą na cały dzień. Szukali go wszędzie, ale nie mogli odnaleźć. Po dwudziestu czterech godzinach pojawił się z powrotem i nie wyjaśnił niczego. Powiedział tylko, że były pewne rzeczy, którymi musiał się zająć. Nie mogłem nie skojarzyć tego ze słowami, które powiedział Harry, nim zniknął. On również wspomniał mi o „sprawach, którymi musi się zająć". Jeśli moje podejrzenia są słuszne, Harry powinien wrócić dzisiaj, przed wieczornym posiłkiem. Miejmy nadzieję, że to podniesie wszystkich na duchu. W międzyczasie, panie Weasley, mamy spotkanie po obiedzie z profesorem Parsonsem i dowódcą ministerialnych Sił Obrony. Potem profesor Flitwick i ja powiększymy nieco Wielką Salę.
- Naprawdę pan myśli, że Harry wróci? – spytała niepewnie Ginny.
Dumbledore delikatnie pogładził jej dłoń.
- Ginewro, jeśli nauczyłem się czegoś o twoim młodzieńcu, to jest on najbardziej zdumiewającym czarodziejem jakiego kiedykolwiek miałem szansę poznać. Tak, uważam, że on wróci.
Wszyscy modlili się w duszy, by Dumbledore miał rację.
6 kwietnia, Głęboko pod Hogwartem
Głęboko w podziemiach, niedaleko Serca Hogwartu, istnieje pomieszczenie, które w czasach dawno minionych zwano Sanktuarium. Obecnie Sanktuarium w najlepszym razie można było określić jako zapuszczone. Starożytne gobeliny, teraz wyblakłe i dziurawe, zwisały smętnie ze ścian. W pomieszczeniu znajdował się niewygodny kamienny postument, na którym można się było położyć oraz małe źródełko wody. Dokładnie na środku pokoju stał kamienny piedestał, a na jego szczycie spoczywało ubranie, które wyglądało jak nowe, mimo przestarzałego kroju.
Niegdyś lokalizacja Sanktuarium znana była tylko dyrektorom. W miarę jak używano go coraz rzadziej i rzadziej, wiedza o nim stawała się legendą, by wreszcie przepaść w pomroce dziejów.
Teraz w Sanktuarium leżała samotna naga postać, której ciało lśniło lekko na kamiennym postumencie. Postać, otoczona ciemnością, była uśpiona wibracjami niedalekiego Serca Hogwartu. Jego współczesne ubrania zostały odrzucone, nim jeszcze dotarł do tego miejsca. Mężczyzna na postumencie nie poruszał się. Gdyby nie delikatne unoszenie klatki piersiowej, można by pomyśleć, że uleciało z niego życie.
Na jego ramionach powyżej łokci powoli zaczęły się pojawiać dwa obrazy. Na lewym formował się feniks. Na prawym symbol Hogwartu, złoty promień słońca, na którym skrzyżowane były miecz i różdżka.
6 kwietnia, Nora
- Arturze, niech cię szlag! Jesteś zbyt ważny. Na miłość Merlina, jesteś wiceministrem! – wrzeszczała Molly na męża.
- Molly, proszę cię. Minister tam będzie, więc i ja powinienem – odpowiedział spokojnym tonem.
- Arturze, nie możesz tam być. Jedno z nas musi zostać, dla dobra naszych dzieci – błagała Molly, zaczynając płakać.
Artur przytulił łkającą żonę. Wiedział z doświadczenia, że te łzy są tylko przerywnikiem, który potrwa aż Molly odzyska siły, by znowu zacząć wrzeszczeć.
Z impasu wyrwał ich kolejny głos.
- Mamo, tato, możecie się o to kłócić ile wam się żywnie podoba. Ale wszyscy wiemy, że w ostatecznym rozrachunku jeśli Harry przegra, to wszyscy przegramy. Jesteśmy winni wsparcie jemu i naszej rodzinie – powiedział.
Artur i Molly odwrócili się. W drzwiach do kuchni stał Percy, a tuż za nim Bill i Charlie. Artur był w duszy niezmiernie wdzięczny za wsparcie okazane mu przez starszych synów i nigdy jeszcze nie był z nich tak bardzo dumny.
- Musiałem przeżyć ciężkie chwile, by nauczyć się do czego prowadzi opuszczenie mojej rodziny i odmawiam zrobienia dwukrotnie tego samego błędu. Mogę nie być wielkim wojownikiem jak Harry czy Ron, ale jestem tu, by zrobić co w mojej mocy – kontynuował Percy z przekonaniem.
Molly podeszła do Percy'ego i przytuliła go, a oczy zaszły jej łzami.
- W porządku, my Weasleyowie trzymamy się razem. I tak już piątka moich dzieci jest na polu bitwy. Musimy tam być dla nich – zadeklarowała, uśmiechając się do synów.
Artur również uśmiechnął się do rodziny.
- W takim razie deportujmy się do Hogwartu i zobaczmy jak możemy pomóc.
Po chwili w Norze zapadła cisza. Klan Weasleyów ruszył na wojnę.
6 kwietnia, późne popołudnie, spotkanie dowódców
Grupa dowodzenia Brygady Feniksa spotkała się z dowódcą ministerialnych Sił Obrony. Oddziały Ministerstwa zostały, zgodnie z sugestią Jacka, zorganizowane w kompanie po pięćdziesięciu ludzi w każdej. W skład każdej kompanii wchodziły cztery drużyny bojowe i jedna drużyna grenadierów. Brygada Feniksa używała tego samego schematu organizacyjnego.
W sumie mieli do dyspozycji dziewięć kompanii. Trzy z Brygady i sześć z Ministerstwa. Alastor Moody objął dowodzenie z Ronem jako zastępcą. Harry i Dumbledore stali w strukturze dowodzenia nad Moodym, na co stary auror nalegał. Jack Parsons nie miał formalnego przydziału, mimo że Harry i Alastor usiłowali go skłonić do objęcia jakiejś funkcji. Jednak charłak odparł, że woli być freelancerem, cokolwiek by to znaczyło.
Co wieczór przez ponad miesiąc Brygada Feniksa trenowała wspólnie z Siłami Obrony. To spotkanie było więc raczej formalnością niż sesją strategiczną. Ustalili jednak, że od tej nocy wystawią warty na murach.
- W porządku, kolejnym punktem naszego spotkania jest Hogsmeade – powiedział Jack Parsons, zwracając się do oficerów. – Ministerstwo z pomocą Zakonu rozdało niemal dwa tysiące świstoklików mieszkańcom miasteczka. Świstokliki uaktywnia się ciągnąc za nie i zabiorą osobę z Hogsmeade do ministerialnego obozu przejściowego w południowej Anglii. Ewakuacja Hogsmeade została zaplanowana na jutro rano. Około setka mieszkańców poinformowała nas, że chcieliby pomóc, czy to w walce czy to przy opiece nad rannymi. Zostali poinformowani, że mają przybyć do zamku nie później niż jutro o 8.00. Przybycie kontyngentu goblinów jest spodziewane między 7.00 i 8.00. Powiedziano mi, że dowódcą ich oddziału będzie goblin o imieniu Tarmac. Przypominam wszystkim obecnym o obowiązku przypomnienia swoim podwładnym o podstawowych zasadach interakcji z goblinami. Ludziska, nie zacznijmy przypadkiem wojny uśmiechając się do nich! Madam Pomfrey poinformowała nas, że Święty Mungo wesprze ją trzema uzdrowicielami urazowymi, jednym specjalistą od oparzeń i sześcioma pielęgniarkami. Święty Mungo zapewnia, że przygotuje dodatkowe łózka, by przejąć ewentualny nadmiar rannych, ale i tak nie będziemy w stanie ich tam odtransportować nim nie ustaną walki. Alastorze, weźmiesz na siebie kompanie Golf i Hotel i będziecie w rezerwie w pobliżu Hallu Wejściowego. Chcę, żeby mogły wesprzeć wszystkie miejsca, gdzie będziemy mieli kłopoty. Mają operować na poziomie drużyn. Harry myślał o zostawieniu połowy sił goblińskich za murami, To niezły pomysł, ale jeśli wpadną w tarapaty nie będziemy w stanie im pomóc bez otwierania bramy. Nie mieliśmy okazji z nimi trenować, więc proponuję bardziej elastyczne rozmieszczenie między drużynami na murach albo na dziedzińcu na wprost bramy…
- A jeśli o Harrym mowa – przerwał Alastor – to gdzie on jest? Nie widziałem go odkąd przybyliśmy.
Jack zerknął na Dumbledore'a, który wybawił go z opresji.
- Harry'ego nie ma w tej chwili w zamku, ale spodziewamy się go przed zachodem słońca.
Moody uniósł brew. Nie urodził się wczoraj i umiał rozpoznać przykrywkę. Da Dumbledore'owi trochę czasu, ale w końcu przyciśnie go do ściany i zażąda odpowiedzi.
6 kwietnia, Hogwart, wejście do Wielkiej Sali
Ginny i Ron zatrzymali się zdumieni, gdy dojrzeli rodziców, Billa, Charliego i Percy'ego. Po chwili Ginny wtuliła się w matkę i załkała. Artur spojrzał pytająco na Rona.
- Harry zaginął. Nikt go nie widział od niemal 24 godzin – wyjaśnił Ron z napięciem.
Pozostali Weasleyowie wpatrywali się wstrząśnięci w Rona. Molly zbladła.
- Zaginął? – powtórzyła szeptem.
- Tak. Dumbledore uważa, że wróci przed kolacją, ale kto wie? – Ron wzruszył ramionami.
Molly złapała Rona i przytuliła dwójkę najmłodszych dzieci. Gdy ich puściła, przytuliła także Hermionę.
- Co wy tu wszyscy robicie? – spytała Hermiona, gdy już odzyskała dech w piersiach po tradycyjnym uścisku pani Weasley.
- Pomagamy jak tylko jesteśmy w stanie – wyjaśnił Artur.
- Nie wiem jak moi bracia, ale ja nie wyślę mojej małej siostrzyczki w bój bez mojego wsparcia – zadeklarował Charlie. Ginny spojrzała na niego i uśmiechnęła się słabo.
Molly otarła jej łzy z oczu.
- Nie blokujmy już drzwi. Chodź, wejdziemy do środka i przywitamy się.
6 kwietnia, głęboko pod Hogwartem
Harry Potter nie potrafił powiedzieć jak długo leżał zanurzony w źródełku. Kiedy się obudził, poczuł potrzebę całkowitego zanurzenia się w tej wodzie. Właśnie się w niej ułożył, gdy ogarnęła go dziwna senność.
Zamknął oczy i wśliznął się pod powierzchnię wody, dryfując tak w zawieszeniu. Jak długo? Nie wiedział. Jednak gdy wreszcie odzyskał zmysły, poczuł się dziwnie oczyszczony.
Kiedy wyszedł ze źródła osuszyło go jakieś nieznane mu zaklęcie. Czuł niezwykły spokój, gdy podszedł do piedestału, by włożyć na siebie ubranie, które tam znalazł. Ku swojemu zaskoczeniu odkrył, że podczas swojego pobytu w pomieszczeniu na jego skórze pojawiły się dwa tatuaże. I nie była to jedyna zmiana. Jakimś cudem jego włosy urosły i sięgały niemal ramion.
Przyjrzał się dokładnie ubraniom, po czym nałożył złoto-czarną szatę bez rękawów oraz pasujące spodnie. Ubiór dopasował się do jego rozmiaru. Był ciepły, lekki i dawał mu bezprecedensową swobodę ruchów, jakiej nie czuł nigdy wcześniej. Ostatnim przedmiotem na piedestale była złoto-szkarłatna wstążka. Wpatrywał się w nią przez chwilę z ciekawością, nim wreszcie zrozumiał do czego służy. Użył jej, by związać włosy w kucyk. Uśmiechnął się, zastanawiając się, jak Ginny zareaguje na jego nowy wygląd. Nie mógł się już doczekać.
Miał jeszcze jedno zadanie do zrealizowania, ale wyczuł, że Hogwart daje mu jeszcze chwilę wolnego. Jeszcze nie czas. Z cichym pyknięciem Harry Potter zniknął z Sanktuarium, by nigdy już tam nie wrócić.
6 kwietnia, Grimmauld Place
Tonks patrzyła, jak jej mąż nerwowo chodzi po pokoju. Jason bawił się w swojej sypialni. Ulżyło jej, że nie ma go z nimi, bo jeśli się nie myliła czekała ich pierwsza poważna kłótnia odkąd wzięli ślub.
- Remusie, usiądź wreszcie, bo zrobisz dziurę w dywanie. Wiedziałeś, że to będzie problem i to od wielu miesięcy – powiedziała nieco ostro.
Remus przeciągnął palcami po siwiejących włosach.
- Tonks, nie rozumiesz. Mówimy o Harrym. Ja tam muszę być!
- Nie, Remusie. Namówiłeś mnie na rezygnację z aktywnej służby, bo nie mogłam ryzykować dla dobra naszych dzieci. Dokładnie to samo odnosi się do ciebie i cholernie dobrze zdajesz sobie z tego sprawę! – warknęła.
- Tonks, złożyłem obietnicę jego rodzicom. Nie mogę zawieść Jamesa i Lily. Ani Syriusza. Obiecałem – powiedział cicho, a jego oczy zaszły łzami.
Tonks wstała i podeszła do biurka. Otworzyła szufladę, wyjęła zwinięty kawałek pergaminu i rzuciła w niego.
- Masz! Miałam nadzieję, że nie będę musiała z tego korzystać, ale nie dałeś mi wyboru – powiedziała, a w jej oczach też pojawiły się łzy.
Trzymając pergamin w drżących rękach, Remus zaczął czytać.
Remusie,
jesteś moim przyjacielem i ostatnim ogniwem łączącym mnie z moimi rodzicami i Syriuszem. Jeśli czytasz te słowa, oznacza to, że Ty i Twoja urocza żona kłócicie się o Twoje wyjście do Hogwartu na bitwę.
Remusie, stary Huncwocie. Jednym słowem… NIE. Masz trójkę wspaniałych dzieci, które kocham jak braci i siostry i które muszą mieć rodziców. Oboje rodziców.
Trudno mi opisać jak ważną osobą w moim życiu jesteś. Jesteś częścią mojej rodziny i zawsze będę to cenił. Wiem, ze mama, tata i Syriusz nas obserwują i aprobują, że troszczysz się o swoje dzieci. Wiedzą co dla mnie zrobiłeś i co mógłbyś zrobić, gdybyś miał okazję.
Przyjacielu, zostań z Tonks i Jasonem, oni Cię bardziej potrzebują. Ja potrzebuję, żebyś był bezpieczny. I mam nadzieję, że jeśli wszystko będzie dobrze, zajmiesz miejsce mojego ojca, gdy ja będę się żenił. Bardzo bym tego chciał.
Pozdrawiam,
Harry
Skończył czytać, opadł na kolana i zapłakał. Tonks uklękła przy nim i przycisnęła jego twarz do swojego ramienia.
- Zostaniesz? – spytała cicho.
Remus jedynie skinął głową.
- Harry podrzucił mi ten list kilka dni temu. Nie sądziłam, że będę go potrzebowała, ale teraz cieszę się, że go przyniósł – wyszeptała.
6 kwietnia, kolacja, Wielka Sala
W Wielkiej Sali panowała dziwna cisza, biorąc pod uwagę, że znajdowało się w niej niemal sześćset osób. Stoły, tak jak sama Sala, zostały powiększone, by pomieścić dodatkowych ludzi. Obecni byli członkowie Sił Obrony i większość Zakonu.
Albus Dumbledore odczekał, aż większość osób usiądzie, nim wstał i wyszedł przed zebranych. Gdy go dojrzano, zamilkli nawet ci nieliczni, którzy rozmawiali. Zniknięcie Harry'ego Pottera stało się już powszechnie znanym faktem. Dumbledore musiał powiedzieć coś, by ratować morale obrońców zamku.
Dumbledore uśmiechnął się do tłumu, a w jego oczach zabłysły wesołe ogniki.
- Przyjaciele, zebraliśmy się tu w wigilię niezwykłego wydarzenia, którego nie uświadczono przez ostatnie tysiąc lat. Każdy z was jest tu w określonym celu. Poświęciliście się, by walczyć dla światłości i na wieki pozostajemy waszymi dłużnikami… - nagle urwał, gapiąc się na wejście.
Kilka osób spojrzało w tamtą stronę i gwałtownie wciągnęło powietrze, co sprawiło, że kolejni ludzie spojrzeli ku drzwiom. Stał w nich Harry, oparty o futrynę i jaśniejący delikatnym światłem.
- Proszę sobie nie przeszkadzać, dyrektorze. Jak na razie to całkiem ładne przemówienie – rzekł Harry z uśmiechem. – Jestem bardzo ciekaw, czy jest w nim coś miłego o mnie.
Dumbledore ruszył wzdłuż głównej nawy z prędkością, która zadawała kłam jego zaawansowanemu wiekowi. Zatrzymał się metr od Harry'ego i dokładnie przyjrzał się jego nowej postaci. Potem, zupełnie niespodziewanie, złapał Harry'ego za ramiona i mocno uściskał. Przez moment Harry poczuł się zaskoczony, ale odwzajemnił uścisk starego czarodzieja.
- Wróciłem, Albusie – wyszeptał i aż się skrzywił. Najwyraźniej jego pobyt w Sanktuarium nie pozbawił go nawyku mówienia rzeczy kompletnie oczywistych.
Z szerokim uśmiechem Dumbledore wypuścił go z objęć i położył rękę na ramieniu.
- Widzę, mój chłopcze, widzę.
I poprowadził go do stolika, przy którym siedzieli Weasleyowie.
Ginny, nie tylko najmłodsza, ale i najniższa w rodzinie, nie wiedziała co się dzieje w tym zamieszaniu, bo wszyscy nagle wstali i zaczęli gadać. W hałasie przegapiła słowa Harry'ego, ale udało jej się wychwycić jedno słowo, które przewijało się w wypowiedziach obecnych… „Potter".
Wstała i odwróciła się. Spojrzała i rzuciła mu się w ramiona. Złapał ją pod ręce, uniósł bez wysiłku, pocałował i odstawił na podłogę.
Zrobiła krok w tył i przyjrzała mu się dokładnie. Otwarta z przodu szata bez rękawów eksponowała jego muskularną pierś i nowe tatuaże. Jego włosy, znacznie dłuższe, były ściągnięte do tyłu i obwiązane wstążką. Nie sądziła, by Harry mógł być jeszcze bardziej atrakcyjny, ale oto miała dowód, że to możliwe.
Harry podszedł do stołu, rozejrzał się po gapiących się na niego z otwartymi ustami ludziach i zdecydował się przełamać ciszę.
- Ej, Ron! Mucha ci wleci – uśmiechnął się, siadając przy stole. Zauważył, że Hermiona ma taką samą minę jak jej narzeczony. Ginny usiadła obok niego i złapała go za rękę, jakby nigdy już nie zamierzała go puszczać. Dumbledore zajął inne puste miejsce przy stole.
Ron zamknął już usta, ale Hermiona wciąż gapiła się z niezmienioną miną. Harry potrząsnął głową, wyciągnął palec, położył go na brodzie Hermiony i zamknął jej usta.
- H… Ha… Harry? Co ty ze sobą zrobiłeś? I skąd masz te nowe ubrania? – wyjąkała Hermiona.
Harry uśmiechnął się do Molly i zaczął sobie nakładać jedzenie.
- Chyba najlepiej będzie powiedzieć, że Hogwart mi je dał, Mionko – odparł i zabrał się za jedzenie.
- Harry, masz na sobie bojowe szaty Gryffindora – rzekł Dumbledore.
Harry skrzywił się i spojrzał na Dumbledore'a spode łba.
- Albusie, nie mówmy tego za głośno. Obaj wiemy, że nie ma żadnego połączenia między linią Gryffindorów i linią Potterów – wymamrotał. Zdecydowanie nie chciałby, by powstała z tego jakaś plotka.
- To może być prawdą, ale zawsze podkreślałem, że jesteś jego dziedzicem, czy to z krwi czy z ducha. I uważam, że duch jest w tym przypadku ważniejszy. W końcu jesteś wcieleniem zalet które cenił Gryffindor – odparł Albus spokojnie.
Harry zastanawiał się nad tym przez moment, wreszcie skinął głową. Kiedy poczuł, jak ktoś dotyka palcem jego tatuażu z feniksem, odwrócił się i z ognikami w oczach uśmiechnął do Ginny.
- Podoba ci się? – spytał.
- Uwielbiam twoje włosy. Są prześliczne! – odparła, patrząc na niego pożądliwie.
- Muszę przyznać, że włosy mnie zaskoczyły. Nawet nie wiedziałem, ze mogą urosnąć takie długie – wyznał.
Hermiona zmrużyła oczy.
- Harry – wtrąciła się. – Nigdy wcześniej nie zapuściłeś dłuższych włosów? Nie przypominam sobie, by ktoś w szkole ci je ścinał.
- Mionko, przez całe życie ścinano mi włosy tylko dwa razy. W obu wypadkach odrastały przez noc. Z tego co wiem, te też mogą wrócić do rana do normy. Mam nadzieję, że nie, lubię, jak tak wyglądają.
- Dwa razy? Tylko dwa? – spytała zdumiona Hermiona.
Harry spojrzał na nią spode łba. Nie wiedziała, że jedyne dwa razy to ciotka Petunia obcinała mu włosy, a on naprawdę nie chciał o tym rozmawiać. Hermiona zbladła na widok tego spojrzenia. Zrozumiała, że niechcący weszła na bardzo delikatny temat. Sięgnęła wokół Ginny, by dotknąć jego ręki.
- Harry, przepra…
- W porządku, Mionko. Zmieńmy temat, dobrze? – poprosił z błaganiem w oczach.
Ginny wtrąciła się, by odciągnąć uwagę obojga.
- Harry, promieniejesz. Wiesz o tym, prawda? – spytała psotnie.
Harry uśmiechnął się.
- Kochanie, gdy jestem w pobliżu ciebie to zawsze promienieję – odpowiedział. Ron zaczął udawać, że wymiotuje, nim Hermiona nie uderzyła go w tył głowy.
- Jak to możliwe, że ty nigdy nie mówisz mi takich romantycznych rzeczy? Co? – zapytała ostro.
- Romantycznych? Jak dla mnie brzmi to wariacko – wymamrotał Ron pod nosem.
- Ron! – zawołały chórem Hermiona i Molly. Widząc ich wściekłe spojrzenia, osunął się niżej na krześle i wrócił do jedzenia.
Harry i Ginny patrzyli sobie w oczy, nieświadomi świata wokół nich. W końcu cały stół to spostrzegł i większość zaczęła chichotać. Hermiona trąciła Ginny, która zamrugała. Spojrzała z powrotem na stół i zarumieniła się, gdy zorientowała się, że wszyscy się na nich patrzą.
Gdy kolacja dobiegła końca, Dumbledore odchrząknął, by przyciągnąć uwagę Harry'ego.
- Myślę, ze wszystkim obecnym pomogłoby, gdybyś zechciał powiedzieć kilka słów… - urwał, patrząc uważnie na młodego czarodzieja. Dawny Harry nienawidził publicznych wystąpień.
Harry spojrzał na dyrektora i pokiwał głową z rezygnacją. Zaczął wstawać, gdy Ginny złapała go za rękę i uśmiechnęła się, by dodać mu pewności siebie. Nachylił się i pocałował ją delikatnie w policzek, po czym wyszedł przed zebranych w Sali.
Powoli zapadła cisza, gdy ludzie go dostrzegli. Rozejrzał się, napotykając spojrzenia swoich przyjaciół i towarzyszy. Jego uśmiech i postawa promieniowały pewnością siebie.
- Bohaterowie Światłości! – zaczął, a jego głos niósł się po Sali bez konieczności dodatkowego nagłośnienia. – To tytuł, którego nie używano od przeszło tysiąca lat. Kiedy Hogwart był nowy, a czwórka założycieli wciąż pracowała razem, stworzyli sojusz Światłości przeciwko innemu Czarnemu Panu. Tak jak dziś, tamten Czarny Pan zabijał wszystkich: mugoli, czystej krwi i mugolaków. Nie miało to znaczenia dla KalKahna, jak go nazywano. A gdy Godryk Gryffindor zwyciężył Czarnego Pana, zebrał razem wszystkich swoich sojuszników, czarodziejów, magiczne stworzenia i mugoli. Nazwał ich Bohaterami Światłości. Stoję tu dziś przed wami, by powiedzieć wam, że jesteście Bohaterami Światłości. Jesteście nimi, niezależni czy będziecie leczyć, walczyć czy tylko nosić wodę dla naszych oddziałów. Dlaczego? Bo widzicie co jest słuszne i jesteście gotowi narazić własne życie dla dobra niezliczonych osób, które nigdy nie poznają waszych imion i nie dowiedzą się o czynach, których tu dokonaliście. Ale my tutaj, my wszyscy, my będziemy wiedzieć! Rozejrzyjcie się. Osoba obok was jest bohaterem, wartym szacunku i podziwu.
Harry wyczarował czarkę wypełnioną delikatnie przyprawionym winem. Uniósł ją w stronę tłumu.
- Wasze zdrowie, Bohaterowie Światłości! Jesteście prawdziwymi bohaterami naszych czasów – rzekł z przekonaniem.
Na moment zapadła pełna zdumienia cisza. Potem, jeden po drugim, ludzie wstawali z miejsc i unosili swoje czarki, aż wreszcie wszyscy stali i wznosili toast.
Harry wrócił do swojego stołu. Nie lubił przemawiać publicznie, ale mógł jakoś z tym żyć. Jednak nagle zapragnął wczołgać się pod stół. Oto Hagrid wstał i zawołał na cała Salę:
- Za Harry'ego Pottera, Obrońcę Światłości!
Harry uśmiechnął się słabo, gdy rozbrzmiały wiwaty, ale pragnął zapaść się pod ziemię. Koniuszki uszu piekły go od rumieńca. Ginny i Hermiona złapały go za ręce, by nie próbował ukryć się pod stołem. Pewne rzeczy się nie zmieniają.
Po kilku minutach Harry poczuł dłoń na ramieniu. Obrócił się i ujrzał uśmiechającą się do niego Amelię Bones.
- Harry, wyświadczyłbyś mi przysługę? – spytała.
- A jaką, pani Minister?
- Jeśli kiedyś zdecydujesz się pójść do polityki, proszę daj mi znać. Oszczędzimy sobie kosztów wyborów i po prostu oddam ci tę robotę – powiedziała ze śmiechem. – Ta mowa była wspaniała!
- Nie sądzę, żeby musiała się pani o to martwić, pani Minister. Gdy to wszystko się skończy, zamierzam zbudować wielki dom dla siebie i Ginny, a potem będę się ukrywać. Życie pustelnika brzmi jak naprawdę fajna sprawa – odpowiedział.
Kiedy przebrzmiał śmiech, Amelia uścisnęła go za ramię, pomachała zebranym i wraz z Albusem wyszła z Wielkiej Sali.
Fred i George, nieskłonni odpuścić okazji, zaczęli nabijać się, że Harry planuje ukryć się pod spódniczką Ginny.
- Nie będzie się chował pod moją spódniczką – odparła stanowczo Ginny.
- Dzięki Gin, wiedziałem, że się za mną wstawisz! – zawołał Harry z ulgą.
- Jeśli chce się ukryć pod spódniczką, musi sobie kupić własną. Nie podzielę się z nim moimi ubraniami – zakończyła z psotnym uśmiechem.
Bliźniacy i Ron wybuchnęli śmiechem, Hermiona i Molly spojrzały z przyganą, a Artur usiłował ukryć uśmiech. Harry gapił się przez moment na Ginny z niedowierzaniem. Potem jęknął i za przykładem Hermiony uderzył kilka razy czołem o stół.
W końcu ludzie zaczęli opuszczać Wielką Salę, ale Harry nie chciał jeszcze tego robić. Jego rodzina była razem i tylko to się liczyło. Siedzieli wszyscy razem i rozmawiali o normalnych sprawach.
O 22.00 Sala była już w połowie opustoszała. Odkąd przybyły ministerialne siły, wystawiono patrole, a blanki obsadzono szczątkową załogą, więc ludzie bezustannie napływali, by coś zjeść po zakończeniu warty.
Wysoko nad zamkiem krążył samotny feniks. Kiedy nadeszła właściwa pora, zniknął w rozbłysku ognia.
Obecni w Wielkiej Sali przyjęli pojawienie się feniksa ze zdumieniem. Duży ptak okrążył Salę, a jego pieśń wlewała nadzieję w serca wszystkich słuchających, poza jednym.
Rodzina i przyjaciele Harry'ego obserwowali wspaniałego ptaka, ale on zesztywniał, a jego poświata pojaśniała. Puścił dłoń Ginny i wstał. Wszyscy spojrzeli na Harry'ego, gdy jego poświata rozbłysła raz jeszcze. Ruszył w stronę wyjścia z Wielkiej Sali bez słowa czy spojrzenia na swoich przyjaciół i rodzinę.
Ginny ruszyła tuż za nim, a Ron i Hermiona następowali jej na pięty. Pozostali Weasleyowie spojrzeli po sobie, po czym zerwali się i wybiegli z Sali.
6 kwietnia, Hogwart, Gabinet Dyrektora
Dumbledore siedział w swoim biurze z Amelią Bones i Kingsleyem Shackleboltem. Omawiali plany ewakuacji zamku, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Byli pogrążeni w dyskusji, gdy wtem Fawkes wydał z siebie przenikliwy okrzyk i zerwał się do lotu. Rozbłysk płomieni i feniks zniknął.
Dumbledore uniósł wzrok zaskoczony zachowaniem przyjaciela. Miał właśnie przeprosić Amelię, lecz coś mu przeszkodziło.
- Dumbledore – odezwała się Tiara Przydziału z wyraźną radością w głosie. – Powinieneś udać się ze swoimi gośćmi do Pokoju Życzeń. Lepiej się ruszaj, staruszku.
Potem zaczęła śpiewać.
O ludzie, obecni i zabrani przez śmierć,
To miecz na nowo przekuty zagości,
Zbliża się chwila, do boju by biec,
A świat wyzwoli Dziecko Światłości
Dumbledore uniósł się z miejsca.
- Pani Minister, Kingsleyu, musimy się spieszyć. Zechciejcie za mną pozwolić – rzekł zmartwiony. Pospiesznie wyprowadził ich z biura.
6 kwietnia, odmieniony Pokój Życzeń
Dumbledore poprowadził Minister i Kingsleya do Pokoju Życzeń. Co dziwne, drzwi do pomieszczenia stały otworem. Widział masy ludzi, schodzących się z każdej strony i wlewających się do Pokoju.
Po wejściu zatrzymał się wstrząśnięty. To nie był Pokój Życzeń, tylko Serce Hogwartu! Harry stał na przedzie przed półtorametrowym piedestałem. Otaczająca go poświata była oślepiająca. Wokół komnaty pojawiały się coraz liczniejsze rozbłyski, gdy feniksy przybywały i frunęły na grzędy pod ścianami. Najwyraźniej wiedziały która należy do którego ptaka, bo każdy z nich frunął od razu w konkretne miejsce.
Dumbledore przepychał się przez tłum, aż wreszcie dotarł do osłony, która uniemożliwiła mu pójście dalej. Odwrócił się i dojrzał, że ludzie wciąż wkraczali do pokoju. Na jego oczach pomieszczenie powiększyło się, by wszystkich pomieścić. Weasleyowie byli na przedzie, a Molly robiła co w jej mocy, by powstrzymać Ginny przed dotykaniem osłony.
Tłum westchnął i odsunął się, gdy grupa rozmytych kształtów przeszła przez ścianę najbliższą drzwiom. Dumbledore zachwiał się wstrząśnięty, widząc jaką postać przybrały zjawy. Rozpoznawał wielu z nich. Syriusz Black, James i Lily Potter, Cedric Diggory, Audrey Kingston, Fabian i Gideon Prewitt, wszyscy towarzysze i ludzie, którzy oddali swoje życie w obu wojnach z Voldemortem.
Ginny i Molly zbladły.
- Mamo, czy to…
Molly mogła tylko skinąć głową. Łzy spływały jej po twarzy. Fabian i Gideon uśmiechnęli się do niej. Cień Jamesa Pottera spojrzał na Ginny i mrugnął. Młoda czarodziejka nieśmiało uśmiechnęła się do ducha ojca Harry'ego. Syriusz stał pomiędzy Potterami, obejmując oboje ramionami. Oczy Lily, spoczywające na jej synu, wypełniały łzy.
James trącił łokciem Syriusza, który spojrzał na niego. Szybko złapał o co chodzi i popatrzył na Weasleyów. Dojrzał Ginny i bezgłośnie powiedział „dziękuję". Nawet Lily odwróciła się na moment, by się do niej uśmiechnąć. Ginny poczuła, jakby właśnie przeszła pomyślnie test i jej serce radośnie zadrżało.
Dumbledore znów spojrzał w głąb Serca Hogwartu, gdzie stał samotny Harry. Stał spokojnie, a gdy patrzyli, wyciągnął przed siebie obie ręce spodem dłoni do góry. Potem zgiął je w łokciach, skrzyżował i złożył na piersi z palcami na obojczykach, jakby się modlił.
Grzędy wypełniły się, a drzwi od komnaty powoli zamknęły. Harry zamarł, a w pokoju zapadła cisza. Minęła jedna chwila, potem druga.
Powoli obok Harry'ego zaczęła pojawiać się niewyraźna postać. Po pewnym czasie zgromadzeni zorientowali się, że to mężczyzna. Miał przyjazną twarz i inteligentne oczy. Mężczyzna obrócił się do Harry'ego i rozmawiał z nim, ale tak cicho, że nikt nie był w stanie rozróżnić słów.
Wielu zastanawiało się, co takiego mężczyzna mówi. Dumbledore rozpoznał widmo. To był mężczyzna z wizji Harry'ego.
Po rozmowie z Harrym starzec odwrócił się przodem do tłumu. Uśmiechnął się do nich, a napięcie, które zaczęło wzrastać, powoli uleciało. Dumbledore czuł, że ta zjawa jest czymś więcej niż tylko kolejnym duchem. Była w nim jakaś obecność, niezwykłe uczucie siły i miłości dobiegające z jego strony. Przelotnie spojrzał Dumbledore'owi w oczy i skinął mu głową.
Dumbledore poczuł się dziwnie radosny, jakby jego całe życie zostało osądzone i wydano pozytywny wyrok. Starzec przez moment przyglądał się Ginny i uśmiechnął się do niej, po czym skierował uwagę na tłum. Zaczął przemawiać do zgromadzonych.
- Zebraliście się tutaj, bowiem jesteście „mocą, której Czarny Pan nie zna". Pamiętajcie o tym zawsze, bo nasz syn wybrany polega na każdym z was. Od kobiety, która go kocha, przez rodziców, którzy za niego zginęli, po rodzinę, która adoptowała go i uczyniła jednym z nich. Wasza miłość i wsparcie, wasze poświęcenie i lojalność podtrzymują go i pomagają mu. Bez was jest nikim, rozbitkiem w morzu ludzkości, bez kotwicy. Kochajcie go, jak on was kocha. Jesteście tu, by stać się świadkami i by użyczyć waszej mocy wybranemu dziecku. Dziś zakończy się wypełnianie przepowiedni, a wy jesteście tego narzędziem!
Zapadła zszokowana cisza, a starzec rozpłynął się w powietrzu.
Harry uniósł głowę i rozejrzał się po komnacie. Nie zauważył tłumu ludzi i duchów, sprawdzając czy każda z grzęd jest zajęta. Feniksy zaczęły wydawać z siebie niski pomruk, który dało się zarówno odczuć, jak i usłyszeć.
Harry uniósł rękę i w jego dłoni pojawił się Miecz Gryffindora. Z góry piedestału wystrzeliło ciemne, niemal czarne światło, które zdawało się wzbijać aż do niebios, znikające gdzieś hen wysoko w ciemności nad komnatą. Harry cofnął się od piedestału i dziwnego światła, jakby go odrzucało. Obecni poczuli światło i wyczuli, że coś z nim nie tak. Miało w sobie coś z dementora, gdy wysysało szczęście ze wszystkich zgromadzonych.
Harry cofnął się jeszcze o krok, a na jego twarz wypłynął wyraz złości i determinacji. Światło było abominacją i planował coś z nim zrobić. Cisnął mieczem w kolumnę czarnego światła. Miecz Gryffindora zdawał się poruszać w zwolnionym tempie. Tłum westchnął, gdy cenna broń dotarła do końca swojego długiego, powolnego lotu.
Miecz dotknął promienia i zawisł ostrzem w dół, obracając się powoli. Z rąk Harry'ego wystrzeliły dwa promienie światła, które objęły miecz. Dźwięk dobiegający od feniksów wzniósł się na wyższe rejestry, gdy miecz skąpało jasnobłękitne światło. Przez moment zdawało się, jakby czerń i błękit zmagały się w boju, wreszcie kolumna światła zmieniła się na niebieską.
Jak jeden mąż tłum westchnął z ulgą, gdy padło na nich nowe światło. Radość i nadzieja wypełniał ich serca, gdy śpiew setek feniksów koił ich lęki.
Harry stał przez chwilę, patrząc jak miecz obraca się powoli w kolumnie niebieskiego światła. Wyglądał na dumnego z siebie i zadowolonego z rezultatów.
W nowym świetle można było zobaczyć pomieszczenie w całej okazałości. Ku zdumieniu Dumbledore'a sufitu wciąż nie sposób było dojrzeć. Grzędy z feniksami zdawały się iść ku górze w nieskończoność.
Dźwięki wydawane przez ptaki znów wzniosły się o oktawę wyżej. Dało się słyszeć nową pieśń, współgrającą z głośnym, stałym pomrukiem, który utrudniał wyłowienie jej dźwięków.
Harry przeszedł na bok piedestału. Położył jedną dłoń na górze, drugą trzymał przed piedestałem. Obie jego dłonie zdawały się płonąć jasną poświatą, jaśniejszą niż ta otaczająca jego ciało.
Przed postumentem zaczęły pojawiać się iskry, jasne błyski, które zaczynały się jakieś półtora metra od środka i zbiegały się w centralnym punkcie. Większość obserwujących myślała, że to zwykłe iskry, ale każda z nich pozostawiała coś za sobą, bo wkrótce w centralnym punkcie zaczął pojawiać się jakiś obiekt.
Dumbledore rozpoznał go jako pierwszy. Harry tworzył nowy Kryształ Dusz! Czas mijał, a niesamowite głosy feniksów dodawały magię do dzieła Harry'ego.
Po pół godzinie przed piedestałem lewitował pojedynczy klejnot wielkości kurzego jaja. Minęło kilka minut, podczas których Harry starannie badał kamień. Potem zebrał się w sobie i wrócił do pracy.
Dumbledore patrzył zmieszany, jak pojawiają się kolejne iskry. Co Harry może jeszcze oddawać do kamienia? Zastanawiał się. Patrzył, jak Harry powoli tworzy metalową kratownicę wokół Kryształu, rozciągając ją około siedmiu centymetrów w górę, co upodobniło obiekt do rogu.
Po godzinie pracy Kryształ Dusz otaczała solidna metalowa kratownica i Harry przysunął się do promienia błękitnego światła, wciąż spowijającego miecz. Miecz poruszył się, jakby robił miejsce na klejnot. Kiedy wrócił na swoje poprzednie miejsce, zetknął się z wyrostkiem kratownicy. Z miejsca kontaktu wystrzeliła fontanna iskier, a w komnacie rozległo się dźwięczne uderzenie dzwonu.
Jak na komendę z gardeł wszystkich feniksów w komnacie wyrwała się ta sama pieśń, a błękitne światło zmieniło się w oślepiająco białe. Osłona utrzymująca widzów z daleka rozpłynęła się, a duchy zniknęły z wyrazem szczęścia na twarzach.
Harry zachwiał się niebezpiecznie i opadł na kolana. Wyczerpany zwiesił głowę, a Ginny skoczyła naprzód. Klęknęła przed nim i podtrzymała go.
Dumbledore podszedł, by przyjrzeć się mieczowi, ale nie dotykał go. Promień światła, w którym lewitowała broń, mógł mieć jeszcze inne właściwości. Spoglądając na broń dostrzegł, że Harry stworzył na końcu rękojeści idealną głowicę, której podstawę stanowił Kryształ Dusz.
Potem odwrócił się, by sprawdzić co z Harrym. Młody człowiek opierał się ciężko na Ginny z zamkniętymi oczami. Nie spał, ale wyraźnie wyczerpał swoje siły. Ginny mówiła do niego coś po cichu, a on powoli kiwał głową w odpowiedzi.
Molly ruszyła do przodu i to przełamało paraliż reszty obserwatorów tego niezwykłego spektaklu. Jak jeden mąż ruszyli do przodu, oglądając komnatę.
- Albusie – powiedziała Amelia Bones, podchodząc do dyrektora. – Czym jest ten pokój?
- Normalnie to pokój Życzeń. Dziś jednak to Serce Hogwartu – odparł. Widząc zmieszanie w jej oczach opowiedział jej legendę o Sercu i piedestale w centrum.
W międzyczasie Bill i Charlie Weasley uznali, że Harry może sobie być zaręczony z ich siostrą, ale naprawdę nie powinien drzemać na jej piersi w miejscach publicznych. Podciągnęli go za ramiona, ale gdy zwisł bezwładnie między nimi, zdali sobie sprawę, jak bardzo jest wyczerpany. Z resztą rodziny depczącą im po piętach podążyli za Ronem i Hermioną do Pokoju Wspólnego i złożyli Harry'ego na jednej z kanap. Ginny usiadła w samą porę, by móc położyć głowę Harry'ego na swoich kolanach.
Pokój Wspólny był pełny, a ludzie rozkładali na podłodze materace i śpiwory. Przy takiej ilości ludzi w zamku miejsce do spania było problemem.
Molly wyczarowała śpiwory dla swojego potomstwa. Widząc, że Bill i Charlie dziwnie patrzą na Ginny, wsiadła na nich:
- No na miłość Merlina! Jesteście gorsi niż ja i wasz ojciec. Tak, wasza mała siostra jest zaręczona z Harrym. I tak, jestem pewna, że spała z nim więcej niż raz…
- Mamo! – krzyknęła Ginny z twarzą szkarłatną ze wstydu. Ron i Hermiona gapili się na Molly wstrząśnięci. Hermiona modliła się w duchu, by Molly nie włączyła ich do rozmowy.
- Cicho, Ginny. Czas, by twoi bracia zrozumieli, że nie jesteś małą dziewczynką – powiedziała Molly. Potem spojrzała wściekle na dwóch najstarszych synów, którzy przysuwali się do Harry'ego. Pod jej spojrzeniem wycofali się. – Harry jest częścią naszej rodziny. Wolałby zginąć, niż skrzywdzić Ginny – skarciła ich. – Naprawdę sądzicie, że wasz ojciec i ja nie zdajemy sobie sprawy z tego co się dzieje? Albo że nie położylibyśmy temu kresu, jeśli nie aprobowalibyśmy tego? Harry już kilkakrotnie narażał się, by uratować Ginny życie. Gdyby nie on w ogóle nie mielibyście siostry. Wybrała go, a on wybrał ją. A po tej wojnie zamierza ją poślubić. Lepiej się do tego przyzwyczajcie. A teraz włazić do śpiworów i jeśli którykolwiek z was naskoczy na Harry'ego to cisnę taką klątwą, że ruski miesiąc popamięta!
Bill i Charlie spojrzeli w ziemię. Bill pokręcił stopą.
- Przepraszam Ginny – wymamrotał.
- Ja też – dodał Charlie. – Chyba naprawdę już dorosłaś.
Ginny uśmiechnęła się do nich. Wiedziała, że obaj chcieli dobrze. Po prostu do tej pory nikt nie powiedział im o tej sprawie tak w twarz. Interwencja Molly sprawiła, że Ginny nie będzie musiała potraktować braci upiorogackiem tego wieczoru. Spojrzała na mamę z wdzięcznością.
Molly spojrzała na kanapę, na której znajdowali się Harry i Ginny i rzuciła na nią lekkie zaklęcie powiększające, by mebel był wystarczająco szeroki dla nich obojga.
Harry uchylił jedno oko, gdy Ginny przekręciła się, by przytulić się do jego pleców.
- Co to były za krzyki? – spytał sennie.
Molly nachyliła się i odgarnęła mu włosy z twarzy.
- Nic, kochany. Śpij dalej – odpowiedziała, ale Harry jej nie słyszał. Już spał.
6 kwietnia, Anglia, nieznana lokalizacja
Voldemort siedział w swojej komnacie, przeglądając mapy Hogwartu i Hogsmeade. Uniósł głowę, gdy wszedł Glizdogon z naręczem pergaminu.
- Melduj – polecił Voldemort.
Glizdogon zgiął się w pół.
- Wygląda na to, że udało nam się wprowadzić w błąd Ministerstwo i Zakon co do naszej liczebności. Ale zdołali sprowadzić do zamku dodatkowe siły. Podejrzewam, że wiedzą o naszym ataku – przerwał na chwilę, bojąc się tego, o czym miał za moment zameldować. – Wygląda też na to, że płatny zabójca, który miał dopaść Pottera, zawiódł i został schwytany – zakończył, kuląc się w oczekiwaniu na klątwę lub fizyczny cios. Ku jego zaskoczeniu nic takiego nie nastąpiło. Zerknął znad pergaminu i ujrzał, że Voldemort lekceważąco macha ręką.
- To nie ma znaczenia, Glizdogonie. Nie spodziewałem się, by mu się udało. Ilu mamy ludzi, a ilu oni? – spytał zwodniczo spokojnym głosem.
- Według naszych najstaranniejszych szacunków obrońców zamku powinno być poniżej tysiąca. Co do naszych sił, zdołaliśmy podsunąć Zakonowi informacje, z których wynika że mamy tylko jedną trzecią rzeczywiście posiadanych ludzi. Dodatkowo nasze oddziały we Francji zakończyły mobilizację i czekają na rozkaz do wymarszu. Właściwie wszystkie nasze siły są gotowe do działania, Mój Panie.
- Tak – syknął Voldemort, a jego oczy zalśniły w mroku komnaty. – Jutro wieczorem będziemy jedli kolację w Hogwarcie. Wyślij sygnał „w gotowości".
Patrzył jak niski mężczyzna wybiega z pokoju, po czym zwrócił się do Nagini.
- Jutro, moja droga – powiedział w języku węży – będziesz mogła wybierać z mnóstwa świeżego mięsa.
Potężny wąż rozwinął się, wychynął zza tronu i pochylił wielki łeb przed swoim panem.
- Wielkie dzięki, Panie – odpowiedział.
7 kwietnia, świt, Hogsmeade
Nad Hogsmeade wstawało słońce. Senna wioska dopiero zaczęła się wybudzać, gdy poranną ciszę przerwało wycie syreny alarmowej. Ludzie wyskoczyli z łóżek, błyskawiczne się odziali i zebrali swoje dzieci.
Ministerstwo ostrzegło miasteczko po cichu, że tego dnia nastąpi ewakuacja. Niektórzy zastanawiali się, czy to ćwiczenia, ale inni wiedzieli. Ludzie zaczęli opuszczać domy, a drużyny aurorów chodziły po miasteczku w poszukiwaniu ludzi, którzy mogliby mieć problemy z samodzielnym dotarciem na Rynek. Z przeszło półtora tysiąca ludzi tylko setka postanowiła zostać i bronić szkoły. Pozostali stopniowo, dziesięcioosobowymi grupami, wysyłani byli świstoklikami do ministerialnego obozu przejściowego w południowej Anglii.
Nim nastała 8.00 całe Hogsmeade opustoszało. Kilku aurorów przeszukało miasteczko po raz ostatni, a potem także oni zniknęli.
Świt, Hogwart, Pokój Wspólny
Ginny obudziła się i odkryła, że leży na kanapie sama. Usiadła i rozejrzała się sennie. Godzina była wczesna, więc większość ludzi jeszcze spała. Dojrzała Harry'ego, który schodził schodami ze swojego dormitorium, gdzie poszedł, żeby wziąć prysznic. Miał na sobie te same szaty, w których pojawił się wczoraj, ale jego poświata wreszcie przygasła. Uśmiechnął się, widząc, że jego narzeczona nie śpi. Ginny wstała z kanapy i podeszła do niego, uważając by nie nadepnąć nikogo ze śpiących na materacach.
- Dzień dobry, kochanie – powiedział cicho. – Gobliński kontyngent wkrótce przybędzie, tak samo jak ochotnicy z Hogsmeade. Chcę ich powitać, gdy się zjawią. Masz czas, żeby się wykąpać, jeśli chcesz. Proponuję, żebyś włożyła dzisiaj coś wygodnego. Zapomnij o szkolnych szatach.
- Poczekasz na mnie? – spytała.
- Zawsze – odparł po prostu.
Po piętnastu minutach skończyła prysznic i ubrała się w zeszłoroczny galowy mundur Brygady Feniksa. Zeszła na dół, a Harry nerwowo przełknął ślinę. Niemal rok minął odkąd po raz ostatni miała na sobie ten mundur, a wciąż wywierał on na nim taki sam efekt. Właściwie teraz efekt był jeszcze silniejszy niż w zeszłym roku. Ginny urosła kilka centymetrów i zaokrągliła się dodatkowo w kilku wspaniałych miejscach.
Uśmiechnęła się do niego psotnie, zmierzając w jego kierunku. Wiedziała doskonale jak bardzo podoba mu się w tym mundurze.
Harry podskoczył, gdy na jego ramię opadła jakaś dłoń. Obrócił się i ujrzał Rona, również w mundurze.
- Rozkazałeś wszystkim włożyć mundury? – spytał Harry.
Ron wygładził swój mundur, patrząc na niego niepewnie.
- Uznałem to za dobry pomysł.
Harry z namysłem pokiwał głową.
- Może i masz rację. Sam bym go włożył, ale chyba nie powinienem.
- Lubię cię w mundurze, ale ten strój jest naprawdę fantastyczny – zapewniła Ginny, spoglądając na jego długie włosy, otwartą z przodu szatę i tatuaże.
- Stary, lepiej szybko się z nią ożeń, bo ona chyba nie będzie chciała za długo czekać – powiedział Ron ze śmiechem.
- Tak? A co z tobą i Mionką? – odgryzł się Harry.
- Co ze mną i z Ronem? – spytała zdumiona Hermiona, dołączając do towarzystwa. Ron zaczerwienił się po czubki uszu i zaczął się jąkać.
- Ron ci wszystko wyjaśni, Mionko. Ron, nie zapomnij zrobić pobudki Brygadzie. Nie sądzę, żeby chcieli dziś za długo spać. Chodź Gin, musimy powitać gości – rzekł Harry, biorąc Ginny za rękę. Wyszli, zostawiając zmieszaną Hermionę i bełkoczącego Rona.
W pobliżu głównej bramy Hogwartu
Harry i Ginny stali w milczeniu, obserwując szereg ludzi idących drogą do bramy. Gdy się zbliżyli dostrzegli Harry'ego we wspaniałych szatach, oczekującego ich z uśmiechem na ustach. Każdy z ochotników będzie później wspominał, że czuł się, jakby Harry uśmiechał się na powitanie właśnie do niego. Podniesieni na duchu weszli z animuszem na teren szkoły, gdzie zostali skierowani tam, gdzie najbardziej się przydadzą.
Dwadzieścia minut później kontyngent goblinów przybył na skraj antyteleportacyjnych osłon Hogwartu. Gobliny dysponowały własną formą magii bezróżdżkowej, ale w walce korzystały też z broni. Szybko uformowały kolumny marszowe i ruszyły do zamku. Pojedynczy goblin zbliżył się do Harry'ego i Ginny. Widząc zbliżającego się goblina Harry zrobił krok naprzód i położył dłoń na sercu.
- Tarmacu, witam cię w imieniu Ministerstwa Magii. Niech twoje ostrze zmiażdży twych wrogów – powiedział, używając rytualnego pozdrowienia goblińskiego wojownika.
Tarmac przez moment wydawał się zaskoczony, ale powtórzył ten gest.
- Harry Potterze, witam cię w imieniu Narodu Goblińskiego. Niech twoje ostrze zmiażdży twych wrogów – odpowiedział i spojrzał z ciekawością na Ginny.
- Jeden z moich oficerów i partnerka, Ginewra Weasley – rzekł Harry w odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie.
- Ginewro Weasley, witam cię w imieniu Narodu Goblińskiego. Niech twoje ostrze zmiażdży twych wrogów – rzekł Tarmac z niskim ukłonem.
Ginny skinęła głową. Zgodnie z goblińskim protokołem kobieta nie musiała formalnie odpowiadać na to pozdrowienie.
Tarmac wpatrywał się w nią przez moment, po czym znów zwrócił się do Harry'ego:
- Harry Potterze, w twojej partnerce jest stal i ogień. Nie zazdroszczę ci jej opanowywania – uśmiechnął się nie pokazując zębów.
Harry i Remus mieli kilka wykładów dla Brygady Feniksa na temat goblinów, więc Ginny rozumiała, że Tarmac nie próbuje jej obrazić. Mimo tej wiedzy poczuła, że wzbiera w niej gniew. Jednak jej myśli przerwał śmiech Harry'ego.
- Być może, Tarmacu, ale czuję, że to ona będzie mnie opanowywać, nie na odwrót. Wejdźmy do środka, by poznać pozostałych dowódców – zaproponował Harry.
Gdy odeszli od bramy, dwa skrzydła zatrzasnęły się, a kilka masywnych belek opadło, by je zablokować.
Anglia, nieznana lokalizacja
Voldemort stał w milczeniu, gdy jego słudzy zbliżali się do niego. Pierwszy mężczyzna ukłonił się nisko i ostrożnie zdjął ze swojego pana czarną szatę. Wówczas podszedł drugi niosąc szkarłatną szatę. Obaj ukłonili się i pomogli przywdziać nowe odzienie.
Kiedy szata znalazła się na swoim miejscu, obaj mężczyźni odstąpili. Zbliżył się trzeci, niosąc różdżkę i uchwyt na nią na srebrnej tacy. Voldemort wysunął prawe przedramię.
Pierwszy mężczyzna ostrożnie odsunął rękaw szaty, podczas gdy drugi przypiął uchwyt do przedramienia drżącymi rękami.
Nagini pełzała niecierpliwie po pomieszczeniu, patrząc na przygotowania swojego pana.
- Cierpliwości, moja droga – rzekł do niej Voldemort, biorąc swoją różdżkę i wsuwając ją w uchwyt. – Już niemal jesteśmy gotowi.
Do komnaty wszedł Glizdogon i ukłonił się nisko.
- Wszystko jest jak mój Pan rozkazał – zameldował. – Gwardia się zebrała i oczekuje przybycia mojego Pana.
- Wspaniale! Doskonale! Chodź Glizdogonie, powitamy moją gwardię – odpowiedział radośnie Voldemort, a słudzy pospiesznie nałożyli mu na ramiona szkarłatną pelerynę z kapturem.
Molly i Serena
Serena rozmawiała w Wielkiej Sali ze swoim mężem, gdy dostrzegła, że Molly Weasley zmierza w jej stronę w wyrazem determinacji w oczach.
Uśmiechnęła się do męża i poklepała go z czułością po policzku, co, jak świetnie wiedziała, rozzłości go. Wciąż boczył się po zeszłonocnej kłótni. Chciał, żeby opuściła zamek, a ona odmówiła. Poklepanie go po policzku w ten sposób sprawi, że zostawi ją na tak długo, by mogła się uporać z Molly.
Severus skinął Molly nieznacznie głową i przepchnął się koło niej. Serena uśmiechnęła się do starszej kobiety. Spędziła sporo czasu z niektórymi jej dziećmi przez ostatnie dwa lata, a to sprawiło, że miała dla niej ogromny szacunek.
- Molly, miło cię znowu widzieć.
- Ciebie też, Sereno, choć wolałabym, żeby okoliczności naszego spotkania nie były tak ponure. Rozmawiałam rano z Madam Pomfrey, która zasugerowała, żebym zwróciła się do ciebie. Jej zdaniem będziesz miała ze mnie większy pożytek tutaj, niż ona w Skrzydle Szpitalnym.
Serena zmarszczyła brwi.
- Molly, masz jakiś trening medyczny? Wielka Sala ma być dodatkowym szpitalem.
- Jestem w pełni wykwalifikowaną położną i mam za sobą podstawowe zajęcia pielęgniarstwa. A to, że zrezygnowałam z kariery, by wychowywać dzieci, nie oznacza, że zapomniałam czego się nauczyłam.
Serena uśmiechnęła się. Jako położna Molly nie będzie się bała krwi, a jej dodatkowy trening pielęgniarski też na pewno pomoże.
- Znakomicie – odpowiedziała. – Przede wszystkim zorganizuj ochotników z czwartego roku. Będą przynosić zapasy z lochów i rannych. Mogłabyś objąć nad nimi dowodzenie? Dzięki temu nie będę się musiała tym martwić. Kiedy ranni zaczną napływać, będziemy cię tu potrzebować. Do tego czasu niech znoszą eliksiry i koce, które złożyliśmy w magazynie przy laboratorium eliksirów.
Molly energicznie pokiwała głową. Zdawała sobie sprawę, że nie jest wielkim wojownikiem, ale jej talenty organizacyjne były legendarne, a szkolenie położnej na pewno się przyda przy pomaganiu rannym.
Kiedy Molly ruszyła zorganizować swoją grupę, Serena rozejrzała się, by sprawdzić co ma jeszcze do zrobienia. Zmrużyła oczy, widząc jak Wan Chang rozstawia łóżka. Potem przypomniała sobie, jak Harry ją uleczył. Potrząsnęła głową i zabrała się za kolejne zadanie tego długiego, ciężkiego dnia.
Hogsmeade, rano
Około kilometra na południe od miasteczka znajdowało się pole, niegdyś uprawiane. Obecnie używano go jako lądowiska. Normalnie świstoklik nie robił hałasu. Jednak tego dnia, gdy przybywały w ten sposób setki ludzi, brzmiało to, jakby atmosfera była rozrywana na strzępy.
Voldemort i jego gwardia przybyli wkrótce po pierwszej fali jego armii. Armia to oczywiście dość swobodnie stosowany w tym wypadku termin. To była raczej banda. Utrzymanie ich pod kontrolą wymagało całej mocy Voldemorta. Glizdogon z własnej inicjatywy wysłał kilku Śmierciożerców na zwiad do Hogsmeade. Była to z jego strony zuchwałość, ale Voldemort po przybyciu uznał to za mądre posunięcie. Poza tym na lądowisko dotarła dopiero pierwsza fala, dwie wciąż czekały w odległym miejscu zbiórki na rozkaz.
Hogwart, późny ranek
Molly poleciała skrzatom, by oddzieliły mały kawałek Wielkiej Sali i wstawiły tam stoły, z których ludzie mogli korzystać. Na innych stołach wystawiła jedzenie w formie szwedzkiego stołu, żeby ludzie mogli się szybko posilić.
Harry właśnie wybierał sobie jedzenie z Ginny i resztą przyjaciół, gdy nagle zesztywniał. Ginny spojrzała na niego z troską. Jego oczy patrzyły gdzieś w dal, jakby nasłuchiwał odległych dźwięków.
Po chwili drgnął i rzucił do Rona:
- Na pozycje. Mamy około godziny, nim się tu pojawią.
Ron skinął głową, a Harry odłożył talerz i wybiegł z Sali.
Ron rzucił szybkie zaklęcie i głośny, dwutonowy dźwięk dzwonu poniósł się przez zamkowe korytarze. Skinął głową pozostałym i popędził za Harrym. W międzyczasie Brygada Feniksa i oddziały ministerialne zajmowały pospiesznie przydzielone im stanowiska.
Wieża Astronomiczna, późny ranek
Podążyli za Harrym na szczyt Wieży Astronomicznej. Stał tam i patrzył w kierunku Hogsmeade. Na horyzoncie kłęby czarnego dymu wzbijały się w niebo.
Hogsmeade płonęło.
Poniżej słyszeli nawoływania i rozkazy, gdy Brygada i Siły Obrony zajmowały swoje miejsca na blankach.
Harry obrócił się do Rona i pozostałych.
- Ron, dołącz do Brygady. Wiesz co masz robić i nie możesz robić tego stąd – powiedział z napięciem w głosie.
Ron wydawał się rozdarty. To był jego najlepszy kumpel, jego brat i nie chciał go zostawiać. Złapał Harry'ego w objęcia.
- Harry, dopiero się przyzwyczaiłem, że jesteś moim bratem. Lepiej nie rób nic głupiego – powiedział, usiłując powstrzymać łzy.
- Ron, dziś wszystko się skończy, w taki lub inny sposób. Ale nie zrobię nic głupiego. Zaopiekuj się Mionką i Ginny w moim imieniu, dobra?
Ron skinął niepewnie głową. Puścił go i odwrócił się, myśląc, że może już nigdy nie zobaczy swojego najlepszego przyjaciela.
Gdy Ron ruszył w stronę schodów, na górze pojawili się Severus, Amelia i Dumbledore. Widząc Harry'ego z Ginny i Hermioną, postanowili dać im kilka minut prywatności.
Hermiona rzuciła się Harry'emu na szyję. Emocje nie pozwalały jej powiedzieć słowa. Odsunęła się lekko i spojrzała mu w oczy, starając się przekazać mu swoje myśli i uczucia bez użycia słów. Kiedy uśmiechnął się łagodnie i dotknął jej policzka, ona zamknęła oczy i skinęła głową. Puściła go, odsunęła się, zerknęła na Ginny i poszła do Rona.
Harry spojrzał na Ginny, a wszystkie swoje uczucia zawarł w tym spojrzeniu.
- Gin, chcę, żebyś wiedziała, że jesteś wyjątkową kobietą. Kocham cię bardziej, niż mogę to wyrazić. Jeśli coś by się st…
- Niech cię szlag, Harry Potterze – powiedziała ostro, machając mu przed nosem wyciągniętym palcem. – Nie myśl tak i nie mów tak, do cholery! Wrócisz. Słyszysz mnie? Masz do mnie wrócić!
Po twarzy pociekły jej łzy. Wreszcie wypuściła te uczucia, które tak długo w sobie dusiła. Harry czuł, jak dygocze przytulona do niego. Przeklęty niech będzie ten los! pomyślał. Nie chcę tego robić! Czemu nie mogę mieć normalnego życia?
Odsunął się od Ginny na tyle, by spojrzeć w jej oczy i zapamiętać dokładnie rysy jej twarzy. Kiedy zaczęła mówić, położył jej palec na ustach i pokręcił głową.
Otarł jej łzy z policzków, delikatnie musnął ustami jej wargi, a potem puścił ją, odsunął się od niej i spojrzał na Rona.
Rozumiejąc niewypowiedzianą prośbę, Ron podszedł do siostry, otoczył ją ramieniem i poprowadził do zejścia. Kiedy trójka nastolatków wyszła, na ich miejsce przyszedł Severus i pozostali.
- Jest ich więcej niż myśleliśmy. Znacznie więcej – mruknął Harry, gdy Severus stanął u jego boku. Spoglądali na miasto i nadchodzącą czarną falę, która zdawała się zakrywać cały horyzont. Amelia wstrzymała oddech, widząc rozmiar armii, z którą przyjdzie im się mierzyć.
Mur przy głównej bramie, późny ranek
Brygada Feniksa i ochotnicy z Hogsmeade byli rozmieszczeni na blankach w pobliżu głównej bramy. Ron, Hermiona i Ginny dołączyli do nich wkrótce po zajęciu przez drużyny swoich pozycji.
Ron spojrzał na braci, którzy dołączyli do niego na murze i polecił Fredowi i George'owi aktywować ich bagienne pułapki. Bliźniacy aktywowali je zaklęciami, a następnie zasygnalizowali, by wypuścić Winorośl Wściekłości do Zakazanego Lasu.
Ludzie na blankach jeszcze nie widzieli nadciągających Śmierciożerców, ale wiedzieli, że ci nadchodzą. Ron zerknął na dziedziniec, gdzie do bitwy szykowały się gobliny. Tego ranka postanowiono, że gobliny otrzymają zadanie obrony bramy, gdyby została zniszczona. Ich styl walki łączący magię i broń białą, był idealny w takiej sytuacji.
Nad ich głowami niebo zapełniło się feniksami z Serca Hogwartu, w którym spędziły noc. Ich pieśń wzmacniała obrońców i wlewała w ich serca nadzieję.
Charlie, Bill, Percy i Artur skinęli głowami Ronowi, gdy zajmowali swoje pozycje. W pobliżu dwie drużyny grenadierów rozdzieliły się, by obsłużyć cztery armaty. Większość pocisków było zwykłymi eksplodującymi ładunkami, jednak do każdego działa dołączono też dwadzieścia specjalnych nabojów przygotowanych przez bliźniaków Weasleyów.
Ginny i Hermiona już otrząsnęły się po pożegnaniu z Harrym i teraz szły wzdłuż murów sprawdzając wszystko i uspokajając zbyt nerwowych ludzi. Jack Parsons obserwował wszystko z dziedzińca zza goblinów. Miał przy sobie grupkę czwartoroczniaków, którzy mieli przenosić wiadomości od niego.
Droga z Hogsmeade do Hogwartu
W oddali majaczył cichy, ciemny zamek. Pierwsza fala Śmierciożerców podążała drogą. Ich plany był prosty. Siłą wedrzeć się do zamku, zabić wszystko co się rusza, nie zostawiać nikogo przy życiu.
Zatrzymali się kilkaset metrów od zamku i czekali w milczeniu przez moment. Za ich plecami stały jeszcze dwie takie grupy. Na jakiś niewidoczny sygnał przeszło tysiąc Śmierciożerców ruszyło do ataku.
Szczyt Wieży Astronomicznej
Harry patrzył beznamiętnie, jak z gardła pierwszej fali Śmierciożerców wyrywa się wrzask i napastnicy szarżują na zamek. Gdy dotarli na odpowiednią odległość przemówiła artyleria i z armat uniosły się obłoki dymu. Eksplozje w stłoczonych szeregach napastników z łatwością eliminowały dwudziestu Śmierciożerców na razy.
Harry pragnął być na dole z Ronem i jego rodziną, ale wiedział, że nie może. To była ta chwila, na którą szykował się Ron. W tej walce Harry miał tylko jedno zadanie i musiał czekać, aż nadejdzie jego chwila.
Armaty przemawiały raz za razem, aż wreszcie gęsty dym zakrył bramę przed wzrokiem Harry'ego. Widział padających Śmierciożerców, gdy pociski siały spustoszenie w ich szeregach. Co jakiś czas stosowano specjalną amunicję. Duszące sieci i pociski odłamkowe kosiły dużą liczbę wrogów lub zamykały ich wewnątrz zaciskających się bez końca sznurów.
Brama w murach Hogwartu
Ron przez chwilę obserwował efekty użycia armat, wreszcie zdecydował się dodać coś jeszcze.
- TARCZE! – ryknął.
Wzdłuż murów do życia obudziły się tarcze, gdy odpowiedzialni za nie członkowie drużyn wznosili zaklęcia. Hogwart został otoczony na całej długości murów tymi potężnymi, buczącymi tarczami, które tak dobrze spisały się w poprzednim roku.
Jednak w przeciwieństwie do zeszłego roku nie było możliwości obracania tarcz. Teraz tarczowi musieli opuścić zaklęcia ochronne, nim kto inny mógł zająć ich miejsce. Gdy nadchodząca horda weszła w zasięg, zaklęcia zaczęły fruwać w tę i z powrotem między obrońcami i atakującymi.
Ron zebrał się w sobie widząc, że napastnicy przerzucają eksplodujące zaklęcia nad tarczami i po ich stronie padają pierwsi ranni.
Gdy napastnicy podeszli bliżej, grenadierzy zaczęli ciskać Granaty Weasleyów. Eksplozje wywoływały straty wśród wroga, ale ten również odpowiadał ogniem. Ron skrzywił się, gdy po jednym z eksplodujących zaklęć grenadier z zapasem granatów dosłownie wyparowali na wschodniej części muru. Tarcza padła, a armata zamilkła, uszkodzona.
Widząc tę eksplozję Jack Parsons zwrócił się do Moody'ego:
- Al, weź drużynę z kompanii Hotel, żeby zatkać tę dziurę.
Alastor skinął głową, żeby wydać komendę gońcowi.
Na murach czwartoroczniacy chwytali rannych i za pomocą świstoklików przenosili ich do Wielkiej Sali.
Wielka Sala
Molly siedziała niespokojnie, podczas gdy mury zamku drżały od ognia armat i wybuchów. Teraz, tak jak inni w tym pomieszczeniu, mogła tylko czekać i modlić się. To zmieniło się chwilę później, gdy rozległy się krzyki i zaczęli napływać ranni, niektórzy o własnych siłach, inni sprowadzani świstoklikami przez uczniów lub innych ochotników.
Molly podbiegła do jednego ucznia, który właśnie przybył. To nie były proste zaklęcia, a raczej takie, które zabijały i okaleczały. Mundur Brygady Feniksa wisiał w strzępach, pokryty krwią. W brzuchu widniała głęboka rana, a skóra wokół niego przybrała kolor węgla. Molly podała środek przeciwbólowy zastrzykiem i wezwała uzdrowiciela. To wymagało umiejętności większych, niż te przez nią posiadane.
Uzdrowiciel podbiegł i zaczął pracować nad uczniem. Po minucie spojrzał na Molly i pokręcił ze smutkiem głową. Niektórych obrażeń po prostu nie dało się wyleczyć.
Szczyt Wieży Astronomicznej, południe
Harry zmruży oczy na widok eksplozji na wschodniej części muru. Ruszył się, chcą iść na pomoc, ale natychmiast powstrzymała go dłoń. Dumbledore spojrzał mu w oczy.
- Harry, jeszcze nie nadszedł twój czas – przypomniał mu, przekrzykując hałas bitwy toczącej się u ich stóp. Obaj skrzywili się, gdy eksplozja zakołysała jedną z części zamku. Na ich oczach Wieża Wróżbiarstwa zawaliła się do środka. Śmierciożercy współpracowali przy użyciu zaklęć wybuchowych, którymi atakowali zamek.
W Harrym wezbrała wściekłość, a jego ciało rozbłysło białym światłem. Podbiegł do parapetu i wychylił się, by ocenić uszkodzenia odniesione przez zamek. Gdy dotknął muru, jego ręka rozbłysła. Rozległ się głos dzwonu i pojawił się Miecz Gryffindora. Dłoń Harry'ego wystrzeliła i złapał za rękojeść, nim broń zdążyła upaść. Oparł mur o ścianę i zrobił krok w tył.
Po chwili goniec wpadł na szczyt i przypadł do dyrektora. Przekazał mu wiadomość i popędził z powrotem.
- Musimy iść. Potrzebują nas na dole – powiedział Dumbledore z oczami wypełnionymi bólem.
Harry zwiesił głowę. Wiedział, że w końcu do tego dojdzie. Że w końcu zostanie sam.
- Wiem, Albusie. Niech cię Merlin strzeże, przyjacielu – powiedział.
Dumbledore położył mu rękę na ramieniu.
- Wiem, że nie zawsze się zgadzaliśmy, ale chcę powiedzieć, że jesteś dla mnie niczym wnuk. Jestem z ciebie bardzo dumny, mój chłopcze.
Harry spojrzał na niego i skinął głową z lekkim uśmiechem, po czym odwrócił się i wrócił do obserwowania bitwy w dole. W oddali widział zbliżające się siły co najmniej dwukrotnie większe niż te, z którymi mierzyli się do tej pory. Stał i patrzył na zbliżającego się wroga. Nawet nie dostrzegł, kiedy odeszli Albus, Severus i Amelia.
Jego chwila zbliżała się wielkimi krokami.
Wielka Sala
Molly opatrywała mężczyznę z paskudną raną ciętą na nodze, gdy w zamku rozległ się wrzask. Podniosła oczy w samą porę, by zobaczyć jak do Sali wpada kilku Śmierciożerców. Patrzyła z niedowierzaniem, jak zabijają kolejnych rannych. Padła na ziemię, gdy zaklęcia pofrunęły w jej stronę.
Serena odwróciła głowę, słysząc krzyki. Widząc Śmierciożerców wyciągnęła różdżkę. Jednak zanim zdołała ją wycelować, wiedziała, że jest za późno. Patrzyła, jakby z zewnątrz, nawet z lekką ciekawością, jak chorobliwie zielone światło zaklęcia śmierci pędziło w jej stronę.
- NIE! - krzyknął ktoś.
Jakaś postać skoczyła przed Serenę. Krzyki lżej rannych, którzy walczyli z napastnikami wyrwały ją z tego stanu i nie zauważyła dokąd pomknęła wymierzona w nią klątwa.
Bez zastanowienia wysłała Reducto w mężczyznę, który usiłował ją zabić. Niestety dla niego to samo zrobiło kilku uczniów. Śmierciożerca dosłownie eksplodował w deszczu krwi, kości i innych tkanek.
Molly złapała znajdującego się w pobliżu czwartoroczniaka.
- Znajdź Alastora Moody'ego i powiedz mu, ze mamy Śmierciożerców w Wielkiej Sali. RUCHY!
Gdy uczeń wypadł z Sali, Molly obróciła się i ujrzała, jak Serena osuwa się na kolana.
Mistrzyni Eliksirów odwróciła ciało dziewczyny, która przyjęła na siebie zaklęcie śmierci, by ocalić nauczycielkę, która jej nie ufała. Załkała, w patrząc w nieruchome, martwe oczy Wan Chang. Wzięła jej ciało w ramiona i kołysała się w przód i w tył, niezdolna pojąć cokolwiek poza jej żalem.
Nie miała pojęcia jak długo tak klęczała. Kiedy ktoś zaczął nią potrząsać, uniosła nierozumiejące oczy. Piekące ciosy w policzek przywróciły jej nieco przytomności umysłu i spojrzała w zatroskane oczy Molly Weasley.
- Sereno, wiem, że to boli, ale musisz się pozbierać. Potem będzie czas na żałobę. Teraz napływa coraz więcej rannych. Nie pomożesz już tej dziewczynie, ale możesz pomóc innym - w miarę jak mówiła, Molly odrywała ręce młodej kobiety od ciała martwej dziewczyny i pomogła jej wstać. - Sereno? Słuchasz mnie? Mamy rannych, którzy potrzebują pomocy. Rozumiesz?
- Tak... rozumiem - odrzekła ochryple Serena.
Rzuciła ostatnie spojrzenie na martwą dziewczynę u swych stóp i podeszła, by pomóc napływającym rannym.
Dziedziniec
- Panie Moody! - krzyknął czwartoroczniak. - Mamy wroga w Wielkiej Sali!
Moody i Jack spojrzeli po sobie.
- Drużyna Blaise'a musiała zostać pokonana przy tunelu do Miodowego Królestwa. Chłopcze - warknął - znajdź McPhersona z Kompanii Golf i powiedz mu, że ma wesprzeć Blaise'a w północnym korytarzu. Powiedz mu też, że mogą tam trwać walki. Ruchy!
Polecił kolejnemu gońcowi, by przekazał rozkaz zdjęcia dwóch ministerialnych kompanii z północnego muru, bo z tamtej strony jak na razie nic się nie działo.
Głuchy huk odbił się od zamkowych murów i Jack odwrócił się w samą porę, by ujrzeć jak brama wejściowa niebezpiecznie wygina się do środka.
- Alastorze, będziemy potrzebować pomocy. Brama nie wytrzyma. Zacznijmy ściągać z murów niezwiązane walką kompanie.
Na drodze do Hogwartu
Pierwszy legion Voldemorta stopniał o połowę, ale zdołał wywołać spore szkody. Kiedy dołączył do nich wreszcie drugi i trzeci legion, ich liczebność wzrosła do przeszło dwóch i pół tysiąca Śmierciożerców.
Trudno powiedzieć czy Śmierciożercy zaczęli wypalać zaklęcia tłukące w bramę specjalnie czy przypadkiem. Brama była otoczona tarczami i osłonami, ale żadna czarodziejska osłona nie mogła wytrzymać takiego naporu. W końcu poddała się i pod naporem ugięła do wewnątrz.
Mury w okolicach głównej bramy
- ZMIANA TARCZ! - krzyknął Ron. Nie chciał wydawać tej komendy, ale wraz ze wzrostem siły ataku, tarcze zaczęły się załamywać. Tarcze opadły tylko na chwilę, ale to wystarczyło, by pół tuzina ochotników i członków Brygady odniosło obrażenia, nim nowe tarcze osłoniły obrońców murów.
Ron dostrzegł, że Percy pada. Zacisnął zęby i zignorował to. Chwilę później do Percy'ego podbiegł uczeń i zabrał go świstoklikiem do szpitala. Hermiona dostała w nogę i ciężko utykała, ale wciąż walczyła. Luna została ewakuowana znacznie wcześniej, ucierpiała w eksplozji grenadiera.
Ku zaskoczeniu Rona dołączyli do nich dyrektor, profesor Severus Snape i Amelia Bones. Severus skinął dyrektorowi głową i natychmiast zajął opuszczoną pozycję na blankach.
Z głośnym hukiem brama padła do wewnątrz.
Wybuch zwalił Rona z nóg. Wstał oszołomiony i rozejrzał się po innych, podnoszących się na nogi. Severus Snape nie wstawał.
Ron zmarszczył brwi, gdy ochotnik podbiegł pochylony do Snape'a i rzucił na niego świstoklik. Para zniknęła, a dodatkowe kompanie z Ministerstwa podeszły i zajęły puste miejsca w linii.
Na szczycie Wieży Astronomicznej
Harry nie mógł już dłużej czekać. Zmienił się w Skrzydło i zerwał do lotu. Chwilę później z nieba spłynął Fawkes i chwycił miecz. Skrzydło zaczął wznosić się spiralą w górę. Musze położyć temu kres, pomyślał.
Dziedziniec
Kiedy brama się zawaliła, gobliny wkroczyły do akcji. Popędziły na Śmierciożerców wlewających się przez bramę, wymachując toporami i rzucając własną, dość paskudną wersję zaklęcia tnącego.
Gobliny odepchnęły Śmierciożerców i utrzymały ich na tyle długo, by profesor McGonagall i Flitwick zdołali zablokować dziurę kilkoma wyczarowanymi blokami kamienia. Ale nie zdołali zrobić tego idealnie i zostało kilka przerw. I przez jedną z nich profesor Flitwick został trafiony zaklęciem śmierci.
Kolejne zaklęcie eksplodujące dosięgnęło McGonagall ciskając ją plecami na mur zamkowy.
Mury przy głównej bramie
- PATRZCIE! - wrzasnął ktoś. Ron obrócił się i aż zatoczył z bólu, gdy ujrzał jak Wieża Astronomiczna przechyla się w prawo i zawala się, grzebiąc pod sobą sporą część zachodniego muru i jego obrońców.
- HARRY! - wydarła się Ginny i ruszyła w tamtą stronę, ale Dumbledore ją przytrzymał. Spojrzał jej w oczy z ponurą miną. - Ginewro, jeśli to ma być kres światłości, to walcz! Weź ze sobą ilu zdołasz, dla Harry'ego.
Otarła ze złością łzy i skinęła głową staremu czarodziejowi. Zacisnęła zęby i odwróciła się z powrotem do wroga, pozwalając by przepływała przez nią wściekłość. Wybrała cel i rzuciła ulepszonego upiorogacka, którego wymyśliła z pomocą Hermiony. Jej bezradna ofiara zatoczyła się, gdy z jej nosa zaczął wychodzić nietoperz. Zwierzę wydostało się do połowy i eksplodowało. Bezgłowe ciało padło na ziemię.
- Dobra robota, Ginny! - krzyknął Bill z drapieżnym uśmiechem. Ginny uniosła wargę i warknęła, ruszając na kolejnego Śmierciożercę.
Harry spotyka Voldemorta
Skrzydło krążył wysoko nad zamkiem, obserwując rozgrywającą się na ziemi bitwę. Sytuacja ustabilizowała się i obrońcy utrzymywali pozycje, choć z trudnością. Rozejrzał się po polu bitwy w poszukiwaniu Voldemorta. Wiedział, że jeśli go odnajdzie, będzie mógł to zakończyć, w taki lub inny sposób.
Jednak bystre oczy feniksa nie spostrzegły Voldemorta wśród atakujących. Gdzie on był? Spoglądając dalej, jakieś dwieście metrów od bitwy, dojrzał mała grupkę Śmierciożerców zgrupowaną wokół odziano na czerwono postaci.
Skrzydło aż się wzdrygnął. Voldemorta strzegło około trzydziestu Śmierciożerców! Krzyknął i złożył skrzydła, by zanurkować na wroga. Ne dostrzegł, że setka spośród krążących nad zamkiem feniksów przyłączyła się do niego. Pozostałe ptaki zaatakowały Śmierciożerców, usiłujących wedrzeć się do zamku.
Zaskoczony Voldemort zanurkował, gdy on i jego gwardia zostali nagle zaatakowani przez feniksy. Ponad ćwierć setki ptaków uderzyło w Nagini, rozdzierając gigantycznego węża. Skrzydło wylądował i zmienił się w człowieka.
Harry wyciągnął różdżkę i zdołał wypalić dwa błyskawiczne zaklęcia, nim Voldemort zdołał zareagować.
- Morbus Vigra! – krzyknął młody czarodziej, celując w Voldemorta. Nie przyniosło to żadnych widocznych efektów, a Harry szybko poprawił bezróżdżkowym zaklęciem tłukącym w bark Voldemorta.
Feniksy atakujące Nagini znów wzbiły się w powietrze. Wąż leżał dziesięć metrów dalej, rzucając się w przedśmiertelnych konwulsjach.
Voldemort wrzasnął, gdy potężne zaklęcie tłukące odwróciło go, nim zdołał wznieść tarczę. Jedna ręka zwisała mu złamana u boku.
Voldemort warknął i wyciągnął różdżkę.
- Avada Kedavra! – krzyknął. Z głośnym pyknięciem jego różdżka błysnęła, a potem wyleciał z niej potok rzepy. Voldemort wyglądał na zaskoczonego tym szalonym obrotem sprawy.
Harry spokojnie schował różdżkę do uchwytu.
- Witaj, Tom. Cieszę się, że do nas dziś dołączyłeś – odezwał się, jakby omawiał pogodę.
- POTTER! – ryknął Voldemort. – NIGDY NIE NAZYWAJ MNIE TYM IMIENIEM!
- Ale to twoje imię, Tom. Wiesz, cały ten harmider wokół czystej krwi jest dość głupawy. Nie wiem po co ci to wszystko, zwłaszcza, że sam nie jesteś czystej krwi.
- GŁUPCZE! JESTEM DZIEDZICEM SLYTHERINA I ZREALIZUJĘ JEGO WIELKIE DZIEŁO!
Harry przekrzywił głowę i popatrzył na Czarnego Pana z obrzydzeniem.
- Wiesz, nie jestem pewien czemu wszyscy tak się ciebie boją. Nie jesteś nikim więcej niż małym zagubionym chłopcem. Jesteś impulsywny, mściwy i nie za mądry. Kurczę, przecież nawet nie jesteś już człowiekiem, prawda? Sam Slytherin nie mógłby patrzeć na ciebie bez obrzydzenia. Mówisz, że jesteś jego dziedzicem? Slytherin splunąłby w twarz takiemu czarodziejowi półkrwi jak ty.
Kiedy Voldemort warknął na niego, Harry uniósł dłoń i wymamrotał:
- Spensa circumvenio judico.
Nad Voldemortem i Harry pojawiła się kopuła osłony osądu. Złotą kopułę przetykały krzyżujące się srebrne linie, a wydawany przez nią dźwięk tłumił odgłosy toczącej się nieopodal bitwy. Voldemort zrobił wielkie oczy, widząc ten pokaz magii bezróżdżkowej
Feniksy atakujące gwardię Voldemorta wzbiły się w górę, pozostawiając Śmierciożercom swobodę ruchów. Ku swojemu zdumieniu ujrzeli, że ich pan znajduje się pod dziwną osłoną. Kilku jego podwładnych postanowiło sforsować barierę, ale natychmiast po jej dotknięciu wyparowali.
- ZABIJCIE GO, SŁUDZY! – ryknął Voldemort, przekrzykując pomruk osłony.
Harry chuchnął na paznokcie i wypolerował je o szatę, tymczasem Śmierciożercy usiłowali dosięgnąć go jakimś zaklęciem lub klątwą. Przynajmniej wydawało im się, że ciskają klątwy. Niektóre różdżki eksplodowały, z innych tryskały strumienie wody lub potoki orzeszków ziemnych. Dzięki Wirusowi Różdżkowemu Harry unieszkodliwił wszystkie różdżki w pobliżu, włączając w to jego i Voldemorta.
- Tom, zostaliśmy tylko ty i ja, tak jak miało być – rzekł spokojnie Harry.
- Więc nauczyłeś się kilku sztuczek, co, Potter? – odparł Voldemort. – Ale to nie ma znaczenia. I tak cię zabiję!
Warknął i wyciągnął różdżkę do przodu.
- Avada Kedavra! – krzyknął. Różdżka rozżarzyła się do czerwoności i zaczęła emitować trzaski. Czarny Pan syknął z bólu i wypuścił ją. Harry wywrócił oczami, widząc tę głupotę. Różdżka wciąż rozżarzała się, wreszcie spłonęła.
- Maxime flamma comburo – syknął Voldemort, wyciągając zdrowe ramię. Czerwony blask otoczył na chwilę jego dłoń. Wystrzelił z niej płomień, który uderzył z Harry'ego, nim ten zdołał zareagować. Harry zanurkował i wyczarował wodę, by ugasić płomienie na rękach i nogach. Nie przestając się obracać na ziemi, odpowiedział zaklęciem tnącym, które Voldemort odbił tarczą.
Obaj czarodzieje wymieniali zaklęcia z oszołamiającą szybkością. Kopuła zaczęła jarzyć się i dźwięczeć jak dzwon, gdy absorbowała kolejne trafiające w nią zaklęcia. Hałas wywoływany przez ten jeden jedyny pojedynek, tą tytaniczną bitwę, wystarczył, by zamarła cała walka, nawet ta toczona w zamku. Nikt nie widział co się dzieje pod kopułą, ale i tak wszyscy wiedzieli. To była właściwa bitwa, która zadecyduje o wyniku wojny.
Mur przy głównej bramie
Gdy wszyscy obrócili się, by obserwować walkę toczoną pod dziwną kopułą, na polu walki zaległa cisza. Ginny czuła jednocześnie ulgę i przerażenie. Harry przeżył zniszczenie Wieży Astronomicznej, ale teraz stał twarzą w twarz z Voldemortem.
Dumbledore podbiegł do krawędzi muru i patrzył, jak osłona osądu dźwięczy i jaśnieje, absorbując kolejne zaklęcia. To była pradawna magia światła, przekraczająca nawet jego wiedzę i umiejętności.
Setki feniksów krążyły nad kopułą, śpiewając pieść, która wzmacniała osłonę i wlewała nadzieję w serca obrońców. Sekundy mijały jak lata, minuty jak eony, gdy wrogowie i przyjaciele patrzyli wspólnie i czekali. Działali jedynie ci wolontariusze, którzy wciąż zbierali rannych i kilku sprytnych Śmierciożerców, którzy uznali, że najwyższy czas opuścić pole bitwy.
Po czasie, który wydawał się wiecznością, kopuła zamigotała i zniknęła.
Wielka Sala
Serena i Molly stały obok siebie otępiałe. Jakoś się trzymały, ale w końcu uzdrowiciele ze Świętego Munga odsunęli je od pracy, gdy zobaczyli ich reakcje na rany Severusa i Percy'ego.
Kilka minut później został przyniesiony Blaise, którego niosło dwóch jego ludzi. Cała trójka była ranna. Blaise najciężej, jego nogi zostały zmiażdżone. Molly pociągnęła Serenę do Blaise'a i jego ludzi, by udzielić im pomocy. Musiały zaufać, że uzdrowiciele ze Św. Munga poradzą sobie z Percym i Severusem.
Harry i Voldemort
Adrenalina płynęła we krwi Harry'ego i podtrzymywała go. Otrzymał wiele ciosów, niektóre naprawdę ciężkie, ale Voldemort również nie był bez szwanku. Obaj mężczyźni słabli i zdawali sobie z tego sprawę. Voldemort kulał od głębokiej rany ciętej na nodze. Harry otrzymał podobną ranę w plecy, centymetry od kręgosłupa. Harry trafił Voldemorta zaklęciem wiercącym, przebijając jego klatkę piersiową i płuco. Zabarwiona na zielono krew pociekła z kącika ust Czarnego Pana, który odpowiedział zaklęciem płomienia, od którego bok Harry'ego pokrył się bąblami i spaloną skórą.
Po długiej walce Voldemort uniknął kolejnej klątwy Harry'ego i trafił go zaklęciem tłukącym, które powaliło młodszego mężczyznę na ziemię. Przed oczami migotały mu ciemne plamy, gdy usiłował nabrać powietrza w płuca otoczone połamanymi żebrami. Osłona osądu zamigotała i zgasła.
Voldemortd pokuśtykał do powalonego Harry'ego.
- A więc Potter, wszystko skończy się tu i teraz.
Zabrzmiał przeszywający krzyk i kilkanaście feniksów pojawiło się nad ich głowami. Jeden zanurkował nad dwóch czarodziejów, niosąc w szponach długi, błyszczący przedmiot. Fawkes puścił Miecz Gryffindora, który wylądował w wyciągniętej ręce Harry'ego. Harry usiadł i wbił ostrze w pierś Voldemorta.
Czarny Pan spojrzał na sterczącą mu z piersi klingę ze zdumieniem, ale wybuchnął śmiechem.
- Głupi chłopcze! Jestem nieśmiertelny! Czy naprawdę myślisz, że można mnie zabić jakimś głupim mieczem? - warknął i uniósł rękę, by rzucić zaklęcie śmierci, które ostatecznie zakończy sprawę.
Nagle zamarł. Zmarszczył brwi. Kryształ Dusz w rękojeści miecza zaczął jaskrawo pulsować. Blask prześliznął się po mieczu i objął Voldemorta. Harry wlał cała swoją moc w broń, wzmacniając wywierany przez nią efekt. Pobrał moc od pobliskiego Hogwartu, by dorzucić ją do walki, a jego ciało zniknęło za oślepiającą kulą białego światła.
Voldemort wrzasnął. To było żałosne wycie, które poniosło się nad całym polem bitwy. Jednocześnie Mroczny Znak na jego ramieniu zaczął przepalać się w głąb ciała, a potem stanął w płomieniach.
Harry wepchnął miecz jeszcze głębiej w pierś Voldemorta i przez oślepiające światło ujrzał, jak szaty wroga stają w płomieniach. Wszędzie na polu bitwy Śmierciożercy padali na ziemię i wyli w agonii, gdy pożerały ich własne Mroczne Znaki.
Voldemort zaczął się kurczyć, gdy Kamień Dusz wsysał jego duszę wgłąb siebie. Głośna eksplozja wstrząsnęła ziemią i odrzuciła Harry'ego do tyłu.
Eksplozja posłała falę uderzeniową, zbijając z nóg obrońców Hogwartu. Wszystkie nieosłonięte okna w Hogwarcie straciły szyby. Chata Hagrida przechyliła się dziwacznie, a potem zawaliła.
Powoli, walcząc z bólem, Harry wstał, nie puszczając miecza. Ledwie zdolny utrzymać się na nogach zatoczył się do miejsca, w którym na ziemi leżał Voldemort. Jego ciało wróciło do postaci, jaką powinien mieć trup martwy od osiemnastu lat.
Harry spojrzał z tęsknotą na Hogwart ponad ramieniem. Z delikatnym pyknięciem zniknął.
Na murach
Dumbledore pospiesznie wstał i przyglądał się przez moment, jak Harry stoi nad swoim wrogiem. Kiedy młody mężczyzna zniknął, gwałtownie odwrócił się do Amelii, która walczyła u jego boku. To była chwila, którą obaj mężczyźni wcześniej omawiali w sekrecie. Wiedział, dokąd udał się Harry.
- Pani Minister, musimy natychmiast udać się do Ministerstwa - rzekł stanowczo.
Amelia spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale potaknęła. Oboje zniknęli z murów obronnych z głośnym pyknięciem.
Niedaleko od nich młoda, rudowłosa kobieta padła na kolana i zaniosła się płaczem.
- HARRY! - zawołała.
Po chwili Albus i Amelia pojawili się w Ministerstwie. Alarmy wyły w całym budynku, ostrzegając, że ktoś teleportował się przez osłony. Amelia podążała za Dumbledorem, który kierował się prosto do Departamentu tajemnic. Ignorował jej pytania, podążając niestrudzenie do Komnaty Śmierci.
W Komnacie oboje zatrzymali się gwałtownie. Harry stał spowity poświatą, a Miecz lewitował przed Zasłoną. Stanowczym ruchem ręki Harry oddzielił końcówkę rękojeści od reszty miecza. Odsunął miecz od Zasłony i delikatnie opuścił go na ziemię.
Gdy zabezpieczył miecz, odwrócił się do wciąż lewitującego klejnotu i przesunął go naprzód. Gdy Kamień Dusz dotknął Zasłony, ta zdawała się rozciągać i walczyć przeciwko wepchnięciu go do innego świata.
Klejnot walczył przez kilka chwil, ale w końcu z głośnym dźwiękiem przypominającym rozdzieranie tkaniny, Kamień wystrzelił za zasłonę i zniknął z pola widzenia. Dusza Voldemorta znalazła się wreszcie poza ludzkim zasięgiem.
Harry zbliżył się do Zasłony i jego magia wezbrała. Złapał ramę, podtrzymującą Zasłonę, która stopniowo zaczęła się zmieniać. Drewniana rama stała się marmurem, a rozdarta i postrzępiona kurtyna przestała się poruszać, jakby również zmieniła się w głaz.
Przejście zostało zapieczętowane na wieki.
Harry zachwiał się, odstępując od przejścia, a otaczająca go aura zniknęła. Stał z zamkniętymi oczami, kołysząc się. Dumbledore i Amelia ruszyli do niego, ale on runął na schody.
Zbliżyli się do niego, przejęci jego ranami. Dumbledore obrócił go i poszukał pulsu. Był słaby i nieregularny, ale był.
Harry z wysiłkiem otworzył jedno oko i spojrzał na Dumbledore'a.
- Albusie... to koniec... zabierz... do domu... chcę umrzeć... wśród rodziny - wyszeptał, a jego głowa opadła bezwładnie.
Słowniczek:
Poemat śpiewany przez Hagrida to pieśń staroangielska z X wieku pod tytułem „Bitwa pod Brunaburh" w tłumaczeniu Johna Osborne'a na współczesny angielski i moim tłumaczeniu na polski. Poemat opisuje bitwę pomiędzy Anglosasami, a połączonymi siłami Celtów z Walii i Szkocji oraz Normanami. Bitwa miała miejsce najprawdopodobniej w 937 r., a miejsce jej stoczenia nie jest do końca jasne. Oczywiście słowa przytoczone to jedynie jego początek, całość możecie znaleźć w Internecie. Nawet ten początek zawiera mnóstwo terminów związanych z anglosaską kulturą nieprzetłumaczalnych na polski.
Od autorów: Na brodę Merlina! W jakim momencie to zakończyliśmy! nie możemy w to uwierzyć! Zły Bob! Zła Alyx! Ech, kogo próbujemy oszukać? Dobrze się tym bawimy.
Sequel? Eeee, nie. Nie będzie sequela tej historii. Epilog zamknie ładnie wszystkie wątki, przynajmniej tak nam się wydaje. Mamy jednak kilka pomysłów na kolejne historie. Możemy jednak przyjąć przy nich trochę inne podejście.
Od tłumacza: Został nam już tylko jeden rozdział i epilog. Postaram się zamknąć tę historię przed końcem roku, ale nie obiecuję. Ostatnio sporo się dzieje w moim życiu zawodowym i prywatnym. Są to zmiany raczej pozytywne, niemniej jednak czasochłonne:)
Tradycyjnie zapraszam na "Z pierwszej półki", link znajdziecie w moim profilu.
