Kamień Małżeństw

Rozdział 14(91)

Artefakt

Tregaron okazał się maleńkim miasteczkiem, ale w sam raz na potrzeby grupy. Talbot Hotel stał przy Dewi Rol dokładnie tak, jak powiedziała im w pociągu Gryfonka. Zostali przyjęci bardzo gorąco i życzliwie, co zaskoczyło męską część wyprawy mimo wcześniejszym zapewnieniom Granger. To było niezwykłe. Miasteczko, choć było wcześnie, sprawiało wrażenie, jakby ostatnie nieszczęścia tu nie sięgały.

Gospodyni w pierwszej chwili nie mogła zrozumieć, dlaczego jeden z uczniów śpi w tym samym pokoju co profesor, ale jedno zdanie Severusa ją uciszyło i powstrzymało dalsze dociekania.

― Bo to arogancki bachor, którego nawet w nocy należy mieć na oku, żeby wybić mu z głowy wędrówki.

Mistrz eliksirów kątem oka zerknął na małżonka, który wszedł rolę zbuntowanego nastolatka i prychnął buńczucznie. Gdy cała ich grupa odebrała klucze, prócz niego, Harry wsadził ręce w kieszenie spodni i udał oburzonego takim traktowaniem. Oba klucze do ich wspólnego pokoju znalazły się w dłoni Snape'a.

Kobieta przyjrzała się swoim gościom i nachyliła nieznacznie w stronę Severusa:

― Ta dzisiejsza młodzież. Prawie dorośli, a nadal jak dzieci, które trzeba nieustannie pilnować ― szepnęła konspiracyjnie właścicielka, zamykając księgę gości. ― Śniadanie zaraz podamy w jadalni ― dodała głośniej, zwracając się do pozostałych.

Gdy szli na górę, Harry potrząsnął głową, zauważając rozbawione spojrzenia Rona i Malfoya i piorunującą ich Hermionę, mamroczącą coś o ogromnej wadze ich misji i poszukiwaniach.

Szybko zostawili rzeczy w pokojach, a następnie odświeżyli się nieco po podróży i zeszli do jadalni, która nawet o tak wczesnej porze była częściowo zapełniona.

Młodzi czarodzieje byli tym zaskoczeni.

― Zawsze tak tu ruchliwie? ― zapytał Draco młodej kelnerki, która wraz z właścicielką ich obsługiwała.

― Przeważnie. Nie narzekamy na brak gości. Mamy bardzo smaczne dania, to dlatego.

Dziewczyna nie kłamała. Śniadanie zniknęło szybko. Nawet Malfoy nie narzekał, choć właśnie tego można byłoby się po nim spodziewać. Natomiast młody Weasley był w siódmym niebie i na szczęście nie wyrażał swojego zachwytu zbyt entuzjastycznie. Severus zauważył, że Harry nagle przerwał posiłek i zasłuchał się w słowa kruków. Czarodzieje udali, że to całkiem normalne, ale i tak nikt nie zwracał na nich uwagi.

― Chyba mają tu naprawdę sporo turystów, skoro nic ich nie dziwi ― zauważył szeptem Ron, gdy Potter nadal słuchał, a oni rozglądali się ostrożnie po innych stolikach.

Zarówno pracownicy, jak i goście pogrążeni byli we własnych sprawach. Można było odnieść wrażenie, jakby Wielka Cisza nie dotknęła zarówno mieszkańców, jak i przebywającym w miasteczku turystów.

W pewnym momencie rozmowa z krukami dobiegła końca równie niespodziewanie, jak się zaczęła.

― Możemy już iść? ― zapytał nagle Harry, rozglądając się dookoła.

Bez zbędnego tłumaczenia wstał, nie kończąc posiłku i czekał niecierpliwie przy krześle.

― Gdzieś ci się spieszy? ― drażnił go Draco, z premedytacją opóźniając odejście od stołu.

Potter jednak zignorował go i skierował się nagle w stronę wyjścia. Nie mieli innego wyboru jak podążyć za nim, żeby go nie zgubić.

Mistrz eliksirów westchnął ciężko i bez słowa ruszył za małżonkiem, który już zdążył wyjść z budynku. Na szczęście, wciąż pozostawał w zasięgu wzroku. Wkrótce cała czwórka starała się dogonić Pottera.

Na progu Harry rozejrzał się i następnie przeszedł na przeciwną stronę placu, przy którym stał hotel. Tu zaczynała się Chapel Street. To na jej końcu, według mapy, miały znajdować się ślady po użyciu rogu. Pottera jakby coś ciągnęło w tym właśnie kierunku.

― Harry, zaczekaj! ― wołała Hermiona, ale to Severus złapał go za ramię i zatrzymał w miejscu.

― Co się dzieje, Harry? ― spytał zaniepokojony.

― Muszę tam iść i zobaczyć to miejsce ― tłumaczył się niecierpliwie Gryfon, nie patrząc nawet na mistrza eliksirów. ― Kruki twierdzą, że to bardzo ważne i pilne.

― Ale wylatywać jak poparzony z hotelu chyba nie musiałeś? ― zauważył Ron, podpierając się i kręcąc głową.

― Musiałem. Nalegały na pośpiech, a w takich momentach im ufam.

― Dlaczego?

Harry próbował sobie przypomnieć, ale z jakiegoś powodu nie mógł. Myślał, że już całkiem dobrze dogaduje się z tymi ptakami, choć jak widać nadal pewne szczegóły mu umykały, gdy kończył rozmowy. W czasie dyskusji zawsze wszystko rozumiał i pamiętał, ale gdy tylko przestawały mówić, zapominał o pewnych rzeczach.

― Nie pamiętam ― mruknął i wyrwał się spod ręki Snape'a.

Odwrócił się na pięcie, pchany niepowstrzymaną potrzebą dotarcia na miejsce, które było tak blisko.

Szybko mijał sklepy, nie zwracając ani na nie, ani na ludzi większej uwagi. Parł do przodu niezłomny. Przyjaciele oraz współmałżonek podążyli za nim, choć starając się zachować pozory i wyglądać jak uczniowie ze swym profesorem.

Niebawem ostatnie zabudowania pozostawili za sobą i mogli przestać udawać. Natychmiast dołączyli do Pottera. Dopiero teraz dostrzegli prawdziwy rozmiar „dziur", których prawdy nie ukazywało zdjęcie satelitarne. Mogli je ujrzeć już po wyjściu z miasta. Piaskowe połacie były naprawdę ogromne i wszystkie wyglądały całkiem podobnie. Owalne, z jednej strony ciemniejsze, jakby ktoś właśnie na tej części wypalił trawy. Tyle, że tu trawa nie rosła. Nawet najmniejsze jej źdźbło. Nic, tylko wszędzie jasny, miejscami ciemniejszy piach. Nawet większych kamieni nie było.

― Jezioro i byłaby idealna plaża ― zauważył nagle Draco, gdy Harry w tej samej chwili się zatrzymał.

Rozglądał się na wszystkie strony, jakby na kogoś czekał i nie bardzo jednak chciał, aby to spotkanie nastąpiło. Gdy w jego dłoni pojawiła się różdżka, Severus chciał na niego warknąć. Może i nie widzieli w pobliżu mugoli, ale niepożądany obserwator mógł w każdym momencie ich zobaczyć. Potem jednak usłyszeli ten szum, który powodował na plecach lodowate ciarki.

Zza drzew odległego lasu coś kierowało się ostrożnie w ich stronę. Jakby właśnie na nich czekało. Nawet nie szło, ale unosiło tuż nad ziemią. Severus w pierwszej chwili pomyślał, że to dementor. Jednak one nie zachowywały się tak irracjonalnie, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, gdy w pobliżu było źródło ich pożywienia.

Potem pojawiła się kolejna istota, a zaraz za drugą, trzecia. Wyglądały identycznie, ale jednocześnie jakby nijakie, nieokreślone. Ich kontury ciągle się zmieniały, rozpływały, ulegały rozproszeniu, by w innym miejscu pojawić się ponownie, wracając do gospodarza.

Potter obserwował je uważnie, a jego twarz wyrażała całkowity spokój. Jedynie lekko drżąca dłoń, ściskająca mocniej różdżkę, była jedyną oznaką, że sytuacja, w jakiej się znaleźli, nie należy do błahostek.

― Zacznijcie szukać, teraz! ― ponaglił Harry, stając na drodze tych istot. ― To tutaj jest, inaczej by nie przybyły.

― Ale gdzie dokładnie mamy szukać? ― zapytał nerwowo Draco, patrząc przerażony na dziwne widma przed nimi.

Zepchnął dziewczynę, która wyglądała na kompletnie zaskoczoną pojawieniem się tych sunących niemal bezcielesnych stworzeń, za plecy Weasleya i stanął tuż obok niego. Ron uniósł brwi na ten akt heroizmu, ale tylko nieznacznie uniósł kąciki ust i nic nie powiedział.

Potter nie odwrócił się, cały czas obserwując to, co nadchodziło.

― Gdziekolwiek. Czym one będą bardziej zdesperowane, tym bliżej będziecie.

― Harry… ― Severus stanął u jego boku, także ujmując różdżkę.

― Pomóż im, Severusie. Czym szybciej to znajdziemy, tym szybciej się tego pozbędę. ― Wskazał na przybyszów nie z tego świata. ― Mogę ich tylko blokować. Bez artefaktu nie sądzę, żebym miał jakąkolwiek szansę wygrać z nimi. One chyba nie odejdą tak, jak Starożytne Bóstwo, gdy użyje Głosu Króla.

― Możemy połączyć nasze zaklęcia ― zaproponował.

― Tak, wiem. Ale dopóki nie będzie to potrzebne, nie zrobię tego. Nie wiem, czy zadziała, skoro tylko ja mogę rzucać ten czar. Idź, zacznijcie szukać. To tutaj jest.

Następnie całą swoją uwagę skupił na stworach, odgradzając ich od siebie migoczącą barierą, której inkantacji Snape nie znał. Kolejne zaklęcie z nauk z Granger i Weasleyem.

Blokada nie spodobała się ich przeciwnikom, chociaż chwilowo jedynie testowali jej wytrzymałość, dotykając jej w kilku miejscach. Potter obserwował je czujnie.

― Przejdźcie bardziej w prawo ― polecił, a po kilku minutach rzucił ponownie: ― Teraz na lewo.

Severus posłał pozostałej trójce czarodziejów naglące, wiele mówiące spojrzenie. Muszą znaleźć to, po co przyjechali i to szybko. Bez sprzeciwu słuchali poleceń Harry'ego, starając się jak najszybciej zakończyć poszukiwania.

Reakcja stworów była natychmiastowa. Ataki na barierę zaczęły robić się intensywniejsze z każdym krokiem czwórki czarodziejów.

― Dobrze! Tam szukajcie! Użyjcie każdego znanego wam zaklęcia przywołującego lub szukającego! ― Musiał krzyczeć, by przekrzyczeć hałas, jaki powodowały czary demonów. Powietrze wokół iskrzyło się i trudno się oddychało. Przeciwnik rozdzielił się, rozsuwając tak, że Harry musiał przekształcić tarczę w rodzaj kopuły, osłaniającej jego i przyjaciół z każdej strony. Ataki nie ustawały nawet na sekundę. Dłoń, trzymająca uniesioną w górę różdżkę drżała, ale Harry nie poddawał się.

― Profesorze, tu coś jest! ― krzyknął nagle Ron, odgarniając piach, gdy jego różdżka zareagowała po którymś z kolei zaklęciu.

Weasley syknął z bólu, gdy jego dłoń przeszył nagły ból po dotknięciu zakopanego w piachu przedmiotu.

Całą czwórką odsuwali piach dookoła przedmiotu, który z każdą chwilą przypominał przewróconą rzeźbę, trzymającą coś w swoich objęciach.

― Nie możemy tego dotknąć, Harry! ― zawołał Snape w jego kierunku, gdy już każdy spróbował tego dokonać.

Tarcza migotała w miejscach, w których uderzały demony. Potter spojrzał w ich stronę, opadając na kolano. Wyciągnął dłoń, którą nie trzymał różdżki, w stronę znaleziska. Wyszeptał jakieś słowa krótko i nagle wzbity pył zasłonił widok wszystkim. Ryk, który usłyszeli w panującym piaskowym chaosie ranił uszy. A potem wszystko się uspokoiło, nastała kojąca cisza i piasek miękko opadł na ziemię.

Gryfon klęczał na ziemi, tuląc coś do piersi. Po demonach nie było najmniejszego śladu. Zniknęły tak samo nagle, jak się pojawiły.

― Harry! ― Severus opamiętał się pierwszy i podbiegł do małżonka.

Młody mężczyzna drżał, ale nie miał na sobie żadnej rany.

― Co to było? Jacyś strażnicy tego miejsca? ― odezwał się pierwszy Draco.

― Demony Voldemorta ― szepnął cicho Potter, wstając przy pomocy Snape'a i chowając swoją zdobycz do kieszeni, zanim ktokolwiek zdołał jej się przyjrzeć. ― Trzeba tu posprzątać.

Okolica zbytnio nie ucierpiała, ale spora dziura, z której przyzwał artefakt, mogła wzbudzić pewne podejrzenia. Doprowadzeniem do porządku zajęło się dwóch Weasleyów, gdy Harry był badany przez Severusa.

Mistrz eliksirów zignorował protesty i zapewnienia małżonka. To, co Harry zrobił, po raz kolejny udowodniło, jaką mocą dysponuje i do czego jest zdolny. Z jednej strony to było niesamowite, ale z drugiej przerażające, zważywszy, że wyniki ogólnych czarów diagnostycznych nie wykazywały poważnego osłabienia. Niemniej, Snape wiedział, że lepiej chuchać na zimne. Z Harrym nigdy nie było nic pewne, szczególnie, gdy powtarzał to, co teraz.

― Nic mi nie jest. Odpieranie ataków trzech demonów trochę mnie zmęczyło, ale nic poza tym. Dziwne, bo myślałem, że są potężniejsze. Teraz mogę iść coś zjeść ― zażartował, ale ze słabym skutkiem.

Snape posłał mu ostre spojrzenie.

― Zostaniemy tu do jutra rana. W szkole nie dano by ci chwili wytchnienia. Poza tym mogę zebrać jeszcze kilka informacji o artefakcie. Nie wiadomo, co może się nam przydać w przyszłości ― zaproponowała Hermiona. ― Chyba, że te stwory wrócą? ― zaniepokoiła się, rozglądając. To spowodowało, że Draco i Ron również zaczęli się rozglądać, lecz nic nie dostrzegli. Potter potrząsnął głową.

― Nie sądzę. Nie mogą mnie teraz dotknąć. Chciały chyba zniszczyć artefakt w chwili, w której dowiedziały się, po co tu jesteśmy. Myślę, że jeden z nich ciągle tu był, pilnując go. Zbyt szybko zareagowały.

Harry odetchnął głęboko, pozbywając się choć trochę napięcia. Nie był to co prawda atak Starożytnego Bóstwa, ale i tak czuł mrok wokół demonów, który mógł w każdej chwili zawładnąć nim, albo przyjaciółmi. Nie powiedział o tym przeczuciu Severusowi. Uznał, że zamartwiałby się tylko niepotrzebnie.

― Gotowe ― rzucił Ron, dołączając do nich wraz z Draco. ― Nie ma nawet śladu po naszych zaklęciach.

Harry rozejrzał się. On sam nadal wyczuwał magię, która osiadła na wszystkim, czego dotknęła. Mugole jednak nie powinni zwrócić na to uwagi. Dla nich to jak błyski słońca na porannej rosie. Przyciągnie może uwagę kilku zapaleńców, lecz zaraz o tym zapomną i zajmą się ciekawszymi sprawami.

― Pokażesz? ― zapytała nagle Hermiona.

Potter zastanowił się krótko i wyjął artefakt. Nie był duży. Mieścił się w dłoni, choć, gdy go przywoływał, był o wiele większy. Zmienił się, dopasowując kształtem i barwą do nowego właściciela.

Hermiona wydała się ciut rozczarowana tym, co pokazał.

― Dziwne. Myślałam, że to będzie coś…

― „Coś"? ― zdziwił się Potter, spoglądając na nią spod przymrużonych powiek.

― No, „coś". Wiesz, potężnego. Jakiś kryształ, broń, a nie… To.

Harry uśmiechnął się słabo i przytaknął. W pewnym momencie pojął. Dziewczyna nic nie czuła. Dla niego artefakt emanował magią niezwykle delikatnie, ale jednocześnie dziwnie znajomo. Jakby w jego wnętrzu kryło się coś tak ogromnego i silnego, że tylko czekało na jego słowo, by to ujawnić.

― I cała ta afera o to? ― zauważył Draco, próbując wziąć artefakt z dłoni Pottera.

I jak ostatnim razem, znów został poparzony. Odskoczył, odrzucając przedmiot. Gryfon bez trudu go złapał i uśmiechnął się:

―Tak. Właśnie o to.

Severus milczał. Nawet jeśli przedmiot wyglądał tak niepozornie, jak to tylko było możliwe, to po twarzy małżonka wiedział, że to pozory. Potter schował go do kieszeni.

― Dobra. Wracajmy do hotelu.

Weasley, Malfoy i Granger ruszyli przodem, cicho ze sobą dyskutując.

― Czy przypuszczałeś, że artefakt dostosowuje się do właściciela? ― zapytał mistrz eliksirów, idąc u boku Gryfona.

― Nie, ale nie przeszkadza mi jego kształt.

Severus zaśmiał się smutno, kładąc dłoń na jego ramieniu. Pamiętał, że właśnie tym po raz pierwszy Potter go zaskoczył, niszcząc wyobrażenia o luksusach, w jakich niby to żył. Nie przypuszczał jednak, że to zostało zapamiętane.

― Aż tak pragnąłeś posiadać pluszowego misia?

OOOO

Harry oparł głowę o ścianę, gdy czekali na zamówione ciastka w maleńkiej cukierni w pobliżu hotelu. Nic nie wskazywało, że nie całą godzinę temu stało się coś niezwykłego na peryferiach miasteczka. Pojedyncze samochody przecinały z rzadka plac. Kilku turystów oglądało wystawy sklepów. Inni wychodzi z hotelu, wybierając się na przechadzkę.

Cisza i spokój.

― Prawie jak w Snape Manor, Severusie. Spokojne miejsce ― zauważył Harry.

Mistrz eliksirów mruknął.

― Po moim ogrodzie nie chodzą demony.

― Nie, tylko jeden napalony nastolatek ― przypomniał mu Juliusa.

― Tak? Ostatnio, jak pamiętam, to pewien napalony nastolatek nie mógł wyjść łazienki, bo… ― Severus zamilkł, przypominając sobie, w jakim towarzystwie się znajdują. Ten Gryfon powodował, że zbyt często się zapominał. Posłał Harry'emu mordercze spojrzenie, obiecując poważną rozmowę, gdy wreszcie będą mogli zostać sami.

― Harry, proszę cię ― jęknęła Hermiona, rumieniąc się. ― Nie przy posiłku.

― No co?

― Nie drażnij profesora, Harry.

Młody czarodziej miał przyzwoitość wyglądać na zakłopotanego niefortunną wymianę zdań.

― Przecież ja…

― Spokój! ― zagrzmiał Snape, widząc podchodzącą kelnerkę z ich zamówieniem. ― Jakie świadectwo wystawiacie własnej szkole takim zachowaniem?

― Przepraszamy, panie profesorze ― odparli jednocześnie.

― Och, proszę ich tak krótko nie trzymać, proszę pana. Już wkrótce wakacje, nosi ich. A to miejsce podobno jeszcze wzmaga to uczucie ― wtrąciła się kelnerka i uśmiechnęła do gości.

― To miejsce? Mogłaby nam pani coś powiedzieć. ― Natychmiast podjęła temat Hermiona. ― Zbieramy informacje do zadania z historii.

Dziewczyna rozejrzała się, ale że klientów poza nimi chwilowo nie miała, przysunęła sobie dodatkowe krzesło.

― To taka tutejsza legenda. Ile w tym prawdy to nie wiem, ale ma w sobie to „coś", co powoduje, że ludzie lubią jej słuchać.

Harry sięgnął po swój sok, uważnie słuchając. Weasley i Malfoy mniej się przejęli, zajmując się swoimi zamówieniami. Ron zachłannie, jak to on, a Draco z pełną arystokratyczną gracją.

― Kilka wieków temu… Podobno, nikt nie zna szczegółów. Wiecie, czasy czarownic, inkwizycji, takie tam. Dawne dzieje. A może to było wcześniej. Nikt dokładnie nie wie, kiedy to się stało, lecz każdy tutejszy mieszkaniec wam powie, że to nie bajka. ― Dziewczyna umilkła na chwilę, słysząc kpiące prychnięcie profesora, ale zaraz kontynuowała: ― Było tu wtedy zaledwie kilka chat, nie tak jak dzisiaj. W lesie, tu nieopodal, tam gdzie teraz nic nie rośnie, zamieszkiwał dziwny stwór.

― Stwór? ― dopytywała się Granger, robiąc notatki.

― Diabeł, demon, czarownica, nie wiadomo co, ale z całą pewnością coś bardzo złego. Groźnego. Nikt, kto wszedł do tego lasu, nigdy nie wrócił. Ginął bez śladu. Zdarzało się, że spośród drzew słychać było straszne krzyki. Każdy wiedział, że w łapy potwora trafiała kolejna ofiara i to były jej ostatnie wołania o pomoc.

― Dobry sposób nauczenia rozwydrzonej dzieciarni, by nie zapuszczała się zanadto do lasu ― skomentował Severus.

― Nie ma w panu nic magicznego, panie profesorze. ― Dziewczyna klepnęła go w ramię. ― Proszę wczuć się w historię.

Harry parsknął, omal się nie oblewając napojem, ale wesołość skrył paroma kaszlnięciami.

― Proszę na nich nie zwracać uwagi. ― Machnęła w ich stronę Gryfonka. ― Proszę mówić dalej.

― W porządku. Pewnego dnia przybyło tutaj dwóch mężczyzn. Podróżników, jakich wielu w owym czasie. Zostali ostrzeżeni grożącym im niebezpieczeństwie, ale i tak weszli do lasu. Tej nocy znów słychać było wrzaski, ale po raz pierwszy nie należały one do ludzi. To były krzyki tego zła, zamieszkującego las. Noc rozjaśniło światło, tak jasne, jakby wstało słońce. Trwało to podobno bardzo długo. Potem znów zapadły ciemności.

― Czyli zło zostało pokonane? Co w tym niezwykłego? Przeważnie dobro wygrywa. ― dopytywał się Draco.

― To jeszcze nie koniec. Ludzie rankiem ujrzeli brak sporego kawałka lasu. A pośrodku tego nagłego pustkowia mężczyzn, którzy weszli wcześniej do lasu. Tyle, że jeden nich nie żył.

Piątka słuchaczy w momencie, gdy kobieta skończyła swoją opowieść, wstrzymała oddech i zaniepokojone spojrzenia przyjaciół powędrowały w kierunku Pottera. Ten zamknął oczy i z ledwością powstrzymał wzdrygnięcie, słysząc smutny koniec. Tak bardzo nie chciał, aby historia się powtórzyła tym razem.

Harry wstał nagle, wywracając krzesło i strasząc tym kelnerkę.

― Idę się przejść. Zdrętwiały mi nogi ― rzucił oschle i w pośpiechu opuścił ogródek przy cukierni.

Hermiona zagryzła wargi, patrząc, jak przyjaciel się oddala.

― Lepiej za nim pójdę, zanim znów coś wymyśli ― stwierdził Draco, także wstając.

― Czy to już koniec historii? ― Severus chciał jeszcze coś usłyszeć, zwłaszcza po reakcji Harry'ego, a także Hermiony, która przerwała pisanie.

― Prawie. Mężczyzna, który przeżył pochował swego towarzysza, tam gdzie zginął. Nawet wystawił mu nagrobek, ale chyba długo nie wytrwał. Podobno te piaski z czasem pochłaniają wszystko. Rozumie pan, grząskie są i tyle. ― Potem pochyliła się ku Hermionie. ― Zawsze słyszałam wersję, że to pan i sługa, ale idę o zakład, że to byli, no, wiecie…

― Partnerzy życiowi ― uratowała ją Granger, nie wypowiadając słów, które chciała już dodać kelnerka. ― Dziękujemy za opowieść. Zanotowałam wszystko.

Tak odprawiona dziewczyna wróciła do pracy, lekko zażenowana, ale Hermionie wcale nie było przykro.

― Czy uważasz, że użycie artefaktu może się źle skończyć dla Harry'ego? ― zadał pytanie Snape, nie patrząc na nią.

Obserwował małżonka po drugiej stronie placu. Niby z Draco oglądali wystawy, ale nawet stąd mógł dostrzec, jak bardzo poruszony jest Potter. Granger milczała, znów notując w swoim notesie i starając się zignorować pytanie profesora. Nawet Weasley nie odważył się na niego spojrzeć. Mistrz eliksirów zamknął oczy na moment, a następnie potarł podstawę nosa. To milczenie i upór Granger potwierdzały tylko podejrzenia mężczyzny. Ledwo się wstrzymał przed zaciągnięciem Harry'ego do hotelowego pokoju, aby wydobyć niego jakąś odpowiedź.

Co ten Gryfon znowu wymyślił?

Zapłacił rachunek i ruszył w stronę małżonka, który wyraźnie kłócił się z Draco. Ron, dotychczas cichy, rozmawiał za nim z Hermioną, ale nie słyszał o czym. Raczej nie musiał się nad tym zastanawiać. Skupił swoją uwagę na małżonku, którego głos zdradzał emocje i nerwy.

― Nie interesuje mnie twoje zdanie na ten temat, Malfoy! ― warknął poirytowany już dostatecznie Harry. ― Masz się nie wtrącać w nie swoje sprawy.

― Panowie, w czymś pomóc? ― Ostry ton Severusa przywrócił ich do porządku. Ludzie przyglądali im się ciekawie. ― Po powrocie do szkoły obaj otrzymacie szlaban za takie zachowanie.

Potter burknął coś pod nosem i starał się ponownie oddalić, ale silny uścisk na ramieniu zatrzymał go w miejscu.

― Nigdzie nie odejdziesz, panie Potter. Szkolna wycieczka oznacza grupowe działanie. Żadnych bohaterskich wyskoków, ani szukania skarbów na własną rękę. Ostatnio świat miał dość niezwykłych wydarzeń jak na ten wiek. Proszę się rozejrzeć i uspokoić.

Snape miał rację. Chociaż w pierwszej chwili nie dało się tego dostrzec, Wielka Cisza pozostawiła swój ślad. Mury domów były osmalone od pożarów, które wtedy wybuchły. Przy kilku dopiero teraz Harry dostrzegł robotników, usuwających szkody. Sporo samochodów było poobijanych, od nagłych zatrzymań, gdy ich kierowcy zasnęli. Większość ludzi pomiędzy zwykłą pracą sprzątała też swoją okolicę i pozostałości ich snu.

― Jeśli pańskich uczniów rozpiera energia, zawsze mogę im znaleźć jakieś zajęcie ― zaproponował starszy mężczyzna, słysząc ich rozmowę. Niósł pudło z narzędziami i ubrany był w roboczy kombinezon. ― Miasteczko nie ucierpiało tak bardzo jak duże miasta, ale trzeba je trochę uprzątnąć. Te kilkanaście godzin dało ludziom nieźle w kość. Całe szczęście u nas nikt nie zmarł.

― Bardzo mnie to cieszy ― odparł Severus. ― Niestety wielu ludzi nie miało tego szczęścia. A wracając do sedna, niestety nie mogę panu „wypożyczyć" uczniów.

― Szkoda, ale rozumiem. Nigdy nie wiadomo, co im wpadnie do głowy.

Oddalił się, pozostawiając ich wreszcie samych.

― Ależ gaduła ― mruknął mistrz eliksirów. ― Niektórzy mogliby nadal spać.

― Niewdzięcznik ― burknął Harry, odwracając się.

Severus nie do końca był pewien, do kogo skierowane było ostatnie stwierdzenie.

Hermiona skinęła na Draco, przyzywając go do siebie, pozwalając w ten sposób porozmawiać profesorowi z Harrym. Przez dłuższą chwilę obaj milczeli, idąc tylko przed siebie.

― Dlatego nic nie chcesz powiedzieć, Harry? Wiesz, albo chociaż przypuszczasz, jak to się zakończy ― odezwał się pierwszy Snape, choć z drugiej strony nie chciał usłyszeć odpowiedzi, bo wiedział, jaka ona będzie.

Współmałżonek nie bez wyraźnego powodu zachowywał się tak, a nie inaczej.

― Nie wiem, jak to się skończy ― odparł zgodnie z prawdą Potter. ― Jednak usłyszałem już tyle, że mam swoje podejrzenia.

― Czym jest ten artefakt? ― spytał cicho Severus. Chciał w końcu poznać prawdę, bez wykrętów i wymyślania nowych pretekstów w celu uniknięcia tej rozmowy.

Harry wypuścił powietrze, które wstrzymał, słysząc pytanie małżonka i odparł:

― Gjallarhorn. Róg Heimdalla. Mój róg. Podobno. Most nazwał mnie Heimdallem. Tom nazywa mnie tak samo, a ja wiem, że on to Loki. Historia się powtarza.

― Loki? Nie naczytałeś się za dużo mitologii, Potter?

Spojrzenie, jakim Harry go obdarował, powinno go spalić na popiół. Jednak w tych oczach płonących gniewem można było dostrzec jednocześnie dojmujący ból. Jakby Harry jednocześnie pragnął, aby to było takie proste i dało się zwyczajnie zapomnieć, jak przeczytaną, ale smutną historię.

― Chciałbym, żeby tak było, Severusie. Wierz mi, bardzo bym tego chciał.

Smutek, który słyszał w jego głosie, był prawdziwy. Spowodował, że mistrz eliksirów miał ochotę przyciągnąć go do siebie i przytulić. Zabrać do ich kwater w Hogwarcie, albo Snape Manor i nie wypuszczać już nigdy ze swoich objęć.

― Może lepiej wracajmy do Hogwartu. I tak już nic nie dowiemy się tutaj ― zaproponował mężczyzna, pragnąc, aby tylko Harry się zgodził, a on natychmiast by ich aportował do salonu, odgradzając od zagrożenia i całego świata.

― Nie. Jeszcze nie czas ― odpowiedział tylko Potter.

― Nie czas?

Tym razem nie uzyskał odpowiedzi, bo ten pomachał na resztę i skierował się w stronę hotelu. I tym razem reszta podążyła za nim. Większość dnia przesiedzieli w barze, dosłownie przesłuchując ludzi. Historie niewiele różniły się od siebie. Szkielet opowieści był ten sam, każda z usłyszanych przez nich wersji nieznacznie się różniła paroma szczegółami. Dowiedzieli się natomiast, że ilość wybuchów była różna. Jedni twierdzili, że las zniknął w jednym błysku światła, inni trzymali się wersji trzech oddzielnych. Potwierdzali to też ilością piaskowych połaci. Nic poza tym. Wszystko inne zgadzało się co do joty. Dwóch mężczyzn, jeden ginie.

― Dlaczego demony tak szybko odeszły? ― zapytał w pewnej chwili Ron, gdy zostali sami przy stoliku. ― Mogły przecież próbować odebrać ci artefakt. Nie zrobiły tego jednak.

― Przypuszczam, że obawiają się go z jakiegoś powodu ― rzekł Harry, wyjmując go z kieszeni i uśmiechając się na jego widok.

Jego kształt był na tyle niezwykły, że nawet Draco dotknął go ponownie, choć chwilę wcześniej Weasley odskoczył, ssąc palec.

― Misiek? Potter, to jakaś kpina. To ma być ten wielki, magiczny artefakt? Jakiś pluszowy breloczek? To przecież po prostu żałosne.

Harry przewrócił oczami na te dywagacje. Ukrył pluszaka w obu dłoniach i zamknął na moment oczy.

―Teraz lepiej? ― zapytał po chwili, rozglądając się najpierw, czy nikt na nich nie patrzy.

Rozsunął dłonie.

― O żeż! ― jęknął w zachwycie Ron, gdy zobaczył, co przyjaciel trzyma.

W dłoni Pottera leżał nieoszlifowany szmaragd z czerwonymi smugami w środku. Podłużny, jakby dopiero co wyniesiony z jakiejś jaskini, gdzie od wieków tkwił w ścianie.

Severus nie skomentował tego, ale pod wpływem silnego impulsu drgnął i ścisnął przez koszulę Kamień Serca Harry'ego, upewniając się, że nadal tam jest. Był.

Nadal jednak klejnot parzył wszystkich poza Harrym.

― Czyli on zmienia się na twoje życzenie? ― stwierdził Malfoy, gdy klejnot znalazł sie na powrót w kieszeni. ― Możesz go zmieniać w cokolwiek chcesz? Możesz go zamienić w Oko Odyna i zniszczyć Tego-Którego-Nie-Wolno-Wymieniać?

― Nie ― odrzekł krótko Gryfon. ― Oko Odyna ma już właściciela. Nie można mieć dwóch. A to zmienia tylko swój kształt, jego właściwości nie ulegają przemianom.

― To co on robi? ― dopytywał się Ślizgon wyraźnie zaciekawiony.

― Dowiesz się w swoim czasie.

OOOO