Jackson przez większość nocy czuwał. Obudził się nagle, bez żadnego konkretnego powodu i pomimo ogromnego zmęczenia nie mógł zasnąć ponownie. W skupieniu nasłuchiwał dobiegających z ciemności odgłosów. Czas dłużył się niemiłosiernie. O`Neill spał obok zwinięty w kłębek. Oddychał równo i głęboko, lecz od czasu do czasu z jego ust wydobywał się cichy jęk. Nawet sen nie dawał mu ukojenia w cierpieniu. Archeolog martwił się o przyjaciela. Jack był silny, ale utrata krwi, odwodnienie i ciężka praca fizyczna zrobiły swoje. Słabł, chociaż starał się nadrabiać miną. Wyczerpany organizm nie był w stanie bronić się przed infekcją. Błyszczące nienaturalnie oczy i rozpalona skóra były bezsprzecznie jej wynikiem. Po wieczornym posiłku bez słowa przyjął wyciągniętą rękę Daniela. Właściwie pozwolił mu pociągnąć się w górę i nie protestował, gdy ten cały czas podtrzymując jego ramię, zaprowadził go do baraku. Tu zmęczenie całkowicie wzięło nad nim górę. Nie dał się wciągnąć w rozmowę, odpowiadał półsłówkami. W końcu ułożył się na ziemi i niemal natychmiast zasnął.
Poranek nadszedł wreszcie razem z odgłosem otwieranych drzwi. Jackson w napięciu wpatrywał się w leżącego nieruchomo pułkownika.
- Jack? - Delikatnie potrząsnął jego ramieniem.
W odpowiedzi usłyszał cały ciąg niewybrednych przekleństw. Odetchnął z ulgą. Ton głosu Jacka wskazywał, że nadal nie ma zamiaru się poddać. Więźniowie wstawali z ociąganiem i wychodzili na zewnątrz. O`Neill stękając, podparł się na ramionach z zamiarem powstania, lecz prawie natychmiast opadł na ziemię z głośnym jękiem. Daniel pochylił się nad dowódcą i zobaczył skurczoną z bólu twarz i zaciśnięte powieki.
- Jack?
- Mmm?
- Jak się czujesz? - Wiedział, że to pytanie jest bezsensowne, ale jakoś samo się wyrwało. - Dasz radę wstać?
- Nie mam wielkiego wyboru… - Wysapał. - Jezu… Chyba musisz mi pomóc.
- Masz gorączkę.
- Jeśli nie masz przy sobie aspiryny, to i tak nic na to nie poradzisz.
- Jack, obawiam się…
- Daniel, na litość boską! Pomagasz mi czy nie? Tamci już na nas czekają.
Strażnicy rzeczywiście zerkali na nich niecierpliwie. Wszyscy pozostali więźniowie opuścili już pomieszczenie. Z pomocą Jacksona Jack zdołał dźwignąć się do pozycji stojącej. Kosztowało go to naprawdę wiele wysiłku. Starał się ignorować zawroty głowy, trudno jednak było nie zwracać uwagi na przenikliwy ból towarzyszący każdemu poruszeniu ciała. Wolał nawet nie myśleć o kolejnym dniu pracy w promieniach palącego słońca. Otarł pot z czoła i zagryzając zęby, ruszył za przyjacielem. Miał dziwne wrażenie, że wszyscy wpatrują się w niego, jakby oceniali jego szanse. W tej chwili sam nie postawiłby na siebie złamanego grosza.
- No już! Ruszać się! Czekacie na zaproszenia?
Jeden ze strażników pchnął ich w stronę czekającej grupy więźniów. Obaj zatoczyli się. Jack stracił równowagę, ale Daniel w porę chwycił go za ramiona, ratując przed upadkiem. Natychmiast wyprostował się dumnie, choć z bólu pociemniało mu w oczach. Spojrzał na strażnika, zaciskając z wściekłości zęby. Mężczyzna podszedł do niego powoli, ściskając w dłoni kij bólu.
- Coś ci się nie podoba, przybłędo? - Spytał cichym głosem.
Jackson wstrzymał odruchowo oddech. I nie tylko on. Zrobili to wszyscy zgromadzeni na placu. Czekali w napięciu na rozwój sytuacji. Strażnik zaciskał i rozluźniał pięści, gotowy w każdej chwili zaatakować. O`Neill wpatrywał się w niego dłuższą chwilę, a jego oczy, wielkie i ciemne, wyglądały jak oczy szaleńca. Potem jednak spuścił wzrok, odwrócił się i posłusznie ruszył w głąb doliny. Niewolnicy, którzy do tej pory gapili się na niego, jak na komendę podążyli za nim. Archeolog przełknął głośno ślinę. W ustach czuł dziwną suchość, a jego ręce drżały. Było tak blisko… Gdyby i tym razem Jack postawił się strażnikom, mógłby to być jego ostatni raz. Już teraz widać było, że jest bardzo osłabiony. Zanim doszli do miejsca pracy, zaczął ciężko dyszeć, choć wczoraj pokonał ten dystans bez większego wysiłku. Raz po raz ocierał pot pokrywający całą twarz i potykał się, ale nie zwolnił kroku. Zacisnął zęby i jak zahipnotyzowany parł naprzód.
Zarządca stał z boku i spoglądał na oddalających się więźniów z uśmiechem tryumfu na ustach. Oto nareszcie dopiął swego. Utemperował przybyszów i znów był niekwestionowanym panem kamieniołomów.
Dotarli wreszcie na miejsce. Uwagę Jacksona zwrócił brak równych stosów bloków skalnych. Po chwili przypomniał sobie, że wczoraj zostały przetransportowane na plac budowy piramidy. Dzisiaj musieli więc od nowa gromadzić budulec. Oceniając rozmiary nowo powstającej świątyni, można było sądzić, że spędzą na tej czynności resztę życia.
Daniel podniósł z ziemi dwa kilofy i podał jeden Jackowi. Ten przyjął go bez słowa, po czym zbliżył się do skał. Narzędzie ciążyło w jego niepewnych dłoniach. Zacisnął mocno palce i zamachnął się. Ostrze uderzyło w twardy kamień, odskoczyło, a potem upadło na ziemię. O`Neill z jękiem osunął się na kolana. Jego twarz, pomimo opalenizny, przybrała niezdrowy szaro-zielony odcień. Oddychał spazmatycznie.
- Jack! - Jackson natychmiast znalazł się tuż obok.
- Nic mi nie jest… - Wysapał pułkownik.
- Zwolnij trochę. Musisz zachować jak najwięcej sił.
- Chyba odrobinę je przeceniłem … Poradzę sobie Danielu…
- Wiem, że sobie poradzisz, ale proszę, przystopuj.
- Nic mi nie jest… Naprawdę nic mi nie jest … - Upierał się Jack.
- Posłuchaj Jack. - Rozejrzał się szybko dookoła. Znajdowali się w pewnej odległości od pozostałych niewolników, a odgłosy pracy skutecznie zagłuszały jego słowa. - Znalazłem pewną szansę na wydostanie się stąd. Właściwie to szansa znalazła mnie…
- Daniel? O czym ty mówisz? - Pełne udręki oczy wpatrywały się w archeologa z takim natężeniem, że przeszywały go prawie na wylot.
- Jest ktoś, kto być może będzie w stanie nam pomóc.
- Zadziwiasz mnie. Wystarczy, że na chwile spuszczę cię z oka, a ty przynosisz takie rewelacje… Kim on jest?
- To kucharz.
- Kucharz?
- To za dużo powiedziane. On przygotowuje posiłki i chyba sporo wie. Nie jestem jednak pewien, do jakiego stopnia można na nim polegać. Ale to w końcu jakiś punkt zaczepienia. Spróbuję z nim porozmawiać, może będzie miał nowe informacje.
- A co powiedział ci do tej pory?
- Że Sam i Teal`c żyją.
- Wierzysz mu?
- Bardzo chcę mu wierzyć, Jack.
- Ale pewności nie masz?
- Gość jest bardzo tajemniczy. Chyba jednak nie mamy wyboru. Sami nigdy się stąd nie wydostaniemy.
- To by była pierwsza dobra wiadomość odkąd trafiliśmy do tego piekła. - Jack przymknął powieki i odetchnął głęboko. - Oby tylko nie ostatnia…
Wspierając się o skałę, zaczął powoli wstawać. Z pomocą Daniela poszło mu całkiem sprawnie. Dwaj strażnicy zmierzali w ich stronę, groźnie wymachując trzymanymi w dłoniach batami. Widząc, że więźniowie wracają do pracy, zatrzymali się w pół kroku, lecz wciąż nie spuszczali z nich wzroku. Jackson chwycił swój kilof i uderzał nim rytmicznie, jednocześnie zerkając na przyjaciela. O`Neill chwiał się lekko. Poprawił uchwyt na drewnianym trzonku i wzniósł kilof ponad głowę. Po jego twarzy przemknął grymas bólu, a gdy narzędzie opadło na kamień, stęknął boleśnie, lecz tym razem jego ręce utrzymały rękojeść. Wziął kolejny zamach i następny. W końcu znalazł swoje tempo. Pomimo bólu, zawrotów głowy i dręczącego nieustannie pragnienia, zmuszał ciało do wysiłku. Wkrótce poczuł nieprzyjemne kłucie w boku, coraz trudniej też było chwytać oddech. Skupił się na tej jednej kluczowej czynności. Wdech i wydech. Wdech i wydech. Stopniowo przestał zwracać uwagę na to, co dzieje się dookoła. Daniel mówił coś, lecz nie rozumiał sensu wypowiadanych przez niego słów. Potem całkowicie przestał je słyszeć. Zniknął gdzieś łoskot młotów i huk odrywających się od ściany skalnych bloków. Pozostało jedynie bicie jego własnego serca. Pracował. Miał świadomość tego, że jego mięśnie napinają się i rozluźniają, ale odbywało się to niemal automatycznie. Ból również dał się zepchnąć poza granice odczuwania. Wciąż istniał, jednak nie był już przeszkodą. Musiał to zrobić. Musiał odciąć się od świata, jeśli chciał nadal walczyć. Stracił zupełnie poczucie czasu. Powtarzał sobie tylko, że nie wolno mu przestać. Że jeszcze nie może pozwolić sobie na wytchnienie.
Jackson obserwował pułkownika z rosnącym niepokojem. O`Neil zachowywał się, jakby wpadł w trans. Patrzył tępo przed siebie, przestał się odzywać. Jego oddech stawał się coraz szybszy i coraz bardziej spazmatyczny. Pot spływał po jego twarzy, zalewał oczy, lecz zdawał się tego nie zauważać. Podobnie jak żywo czerwonej krwi sączącej się z otwartych ponownie ran. Daniel miał wrażenie, że za chwilę zemdleje. On jednak wciąż stał i zapamiętale rąbał skałę. Każdemu zamachowi towarzyszył bolesny jęk i coraz bardziej widoczne drżenie ramion. Wycieńczony organizm musiał się w końcu poddać. Kilof wypadł z rąk Jacka, a on sam wylądował na kolanach. Pomimo pustego żołądka jego ciałem wstrząsały gwałtowne torsje. Stojący najbliżej strażnik w jednej chwili wyciągnął zza pasa bat. Widząc, na co się zanosi, Daniel rzucił się rozpaczliwie w stronę przyjaciela, przewracając go na ziemię i jednocześnie zasłaniając własnym ciałem. Nie był w stanie powstrzymać krzyku, gdy ciężki rzemień opadł na jego plecy. Ślad po uderzeniu palił niczym ogień. Nic więcej jednak się nie wydarzyło. Zdumiony uniósł głowę. Uwaga wszystkich strażników skupiona była na czymś w głębi doliny. Także stojący nieco dalej niewolnicy przerywali pracę i przystawali zaciekawieni.
O`Neill jęknął i poruszył się. Korzystając z zamieszania, Daniel zsunął się z jego ciała i przewrócił go na plecy. Natychmiast ogarnęła go ogromna ulga. Jack był blady jak płótno i oddychał chrapliwie, ale jego półprzymknięte oczy wpatrywały się w niego z wyraźnym wyrzutem.
- Da… niel?
- To ja Jack.
- Co… - Wyjąkał. - Co robisz?
- Ratuję twój tyłek.
- Nie… Nie powinieneś...
- Cii… - Archeolog rozejrzał się. Kolejni robotnicy odkładali swoje narzędzia. - Coś się stało.
- Co…
- Wszyscy patrzą w tamtą stronę. Musiało wydarzyć się coś niezwykłego.
- Pomóż mi wstać…
- Jesteś pewien, że dasz radę?
- Nie, ale i tak mi pomożesz…
Strażnik obrzucił ich pobieżnym spojrzeniem, po czym znowu odwrócił wzrok. Z jego ręki wciąż zwisał skórzany bat. Sycząc z bólu Jack zdołał usiąść i to było już wszystko, na co mógł sobie w tej chwili pozwolić. Poczuł zawroty głowy tak silne, że omal nie upadł z powrotem. O powstaniu na nogi nie było nawet mowy. Daniel podtrzymał go za ramiona, ale gdy zorientował się, że już nie potrzebuje pomocy, wstał i wspinając się na palce, spojrzał ponad głowami stojących przed nim mężczyzn.
W stronę kamieniołomów zmierzał cały oddział Jaffa. Na ich czele maszerował człowiek odziany w powłóczyste, brązowe szaty kapłana. Sądząc po wrażeniu jakie wywołali, byli w tym miejscu niecodziennymi gośćmi. Zarządca wyszedł im na spotkanie. Kilka minut rozmawiał z kapłanem. Do uszu więźniów docierały od czasu do czasu jego wzburzone okrzyki. Kiedy się odwrócił, jego twarz była czerwona z wściekłości, a oczy miotały błyskawice. Przeszedł powoli wzdłuż wszystkich niewolników i zatrzymał się na wprost siedzącego O`Neilla. Bez słowa wskazał go dwóm idącym za jego plecami Jaffa. Wojownicy skinęli głowami i ruszyli w stronę więźnia. Daniel bezskutecznie próbował zagrodzić im drogę. Równie dobrze mógłby stanąć na drodze rozpędzonej lokomotywy. Jaffa machnął tylko lancą i archeolog padł nieprzytomny na piasek, gdy ciężki metal trafił go w skroń.
- Zostaw go, draniu! - O`Neill z trudem dźwignął się na kolana. Jaffa chwycili go pod ramiona i brutalnie pociągnęli w górę.
- W dalszym ciągu kąsasz, przybłędo? - Zarządca podszedł blisko. Oparł o jego pierś czubek kija bólu. - Żałuję, że nie mogę udzielić ci kolejnej lekcji. Bardzo żałuję.
- Ja także jestem niepocieszony. - Warknął O`Neill przez zaciśnięte zęby. - Już zaczynałem się przyzwyczajać…
- Twój niewyparzony język w niczym ci nie pomoże. - Zarządca zazgrzytał zębami. Przeniósł czubek kija bólu na podbródek Jacka, zmuszając go do uniesienia głowy. - Teraz pożałujesz, że nie zginąłeś z mojej ręki.
Długą chwilę mierzyli się wzrokiem. Niewolnik i jego oprawca. Z oczu obydwu wyzierała ta sama nienawiść i determinacja. W końcu zarządca odsunął się na bok. Jaffa chwycili mocniej słaniającego się na nogach człowieka i ruszyli do miejsca, w którym czekała już na nich zakapturzona postać kapłana.
