Rozdział 14
Wybór
Gregory przebudził się z niejasnym uczuciem, że czegoś mu brakuje. Wstał z kanapy w salonie, gdzie wieczorem zasnął podczas słuchania wspaniałej gry Mycrofta. Z trudem otwierał zaspane oczy. Lestrade już miał zamiar zadrzemać znowu, kiedy do pokoju wparował bez pukania rześki jak skowronek Sherlock i zaczął odsuwać zasłony, a przez okna wpadło jaskrawe światło.
- Śniadanie gotowe. – Sherlock usiadł na sąsiedniej kanapie. – Pójdziesz ze mną i z Johnem na spacer po mieście?
- Nie, dziękuję. – Greg rozumiał, że lepiej pozostawić tych dwóch samych. – Jeszcze trochę pośpię – dodał ospale i położył się z powrotem.
Sherlock wstał i poszedł ku drzwiom, mówiąc:
- W takim razie miłego samotnego dnia.
- To znaczy? – zdziwił się inspektor, unosząc głowę.
Sherlock przystanął i uśmiechnął się.
- Mycrofta pilnie wezwali w sprawach służbowych. Wyjechał wczesnym rankiem.
Holmes młodszy wyszedł, nawet nie zamykając za sobą drzwi.
Lestrade już zamierzał się obrazić, że Mycroft się z nim nie pożegnał, lecz pomyślał, że przyjaciel po prostu nie chciał go budzić. Mało nie zabłądziwszy po drodze z łazienki do jadalni, postanowił wpierw zjeść śniadanie, a potem wymyślić sobie jakieś przyjemne zajęcie. John i Sherlock już zniknęli.
Kiedy Gregory dopijał herbatę w kieszeni zagrała mu cicha melodyjka telefonu. Spodziewał się, że coś się stało w pracy, ale była to jego szwagierka. Sharon była oburzona, Greg nic nie powiedział jej o wyjeździe, jego telefon był poza zasięgiem, i musiała pojechać do domu Mycrofta, żeby się czegokolwiek dowiedzieć. Nie była zachwycona systemem ochrony i w ogóle poradziła Gregowi, żeby jak najszybciej wyjechał i nie zawracał głowy ewidentnie bardzo ważnemu, bardzo zajętemu człowiekowi. Sharon zaprosiłaby szwagra do siebie, ale jej mieszkanie z dwiema sypialniami było niewielkie, zwłaszcza, że mieszkały tam jeszcze dzieci. Za to istniała inna, bardzo korzystna możliwość. Jej znajoma sprzedaje miłe mieszkanko, niedaleko od Scotland Yardu i zaledwie kilka przecznic od Sharon. Cena przyzwoita za lokal już umeblowany i urządzony. Należałoby dokupić dosłownie parę drobiazgów. Idealnie. Coś jednak Gregowi nie dawało spokoju i nie pozwalało się zgodzić natychmiast. W końcu Sharon namówiła go, żeby przynajmniej obejrzał to mieszkanie. Lestrade obiecał, że przyjedzie po obiedzie i oboje tam pójdą. Uszczęśliwiona Sharon pożegnała się, zapewniając, że Marcus i Lily nie mogą się doczekać, kiedy zobaczą wujka. Inspektor włożył komórkę do kieszeni i jednym łykiem dopił zimną herbatę, bez przyjemności czując na języku jej gorzkawy smak.
88
Lot do Londynu był długi i nudny. Lestrade mało nie usnął w samolocie. W porze obiadu zdążył zajść do domu Mycrofta, żeby zostawić walizkę, ale nie zastał nikogo poza ludźmi z ochrony. Nie miał ochoty jeść, więc ruszył prosto do Sharon. Małe mieszkanie Wilsonów przywitało go szczęśliwym dziecięcym piskiem i śmiechem. Marcus z płonącymi oczami dopytywał się, gdzie wujek wyjeżdżał, podczas gdy jego młodsza siostra oglądała ciekawie pamiątki, jakie Gregory przywiózł z Paryża. Sharon ledwo przekonała dzieci, by zostały w domu, obiecując, że oboje z wujkiem wrócą na kolację.
Mieszkanie, które poszli obejrzeć, było rzeczywiście bardzo ładne. Przytulna sypialnia, salonik, mały gabinet, kuchnia i wielki balkon, spora łazienka, korytarzyk i nawet składzik. Tego wszystkiego było nawet za wiele dla samotnego człowieka. Właścicielką okazała się miła niemłoda kobieta, która przeprowadzała się z rodziną do innego miasta. Gregory zrobił na niej bardzo dobre wrażenie i kobieta zgodziła się nawet trochę obniżyć cenę. Nie widząc szczególnego entuzjazmu ze strony inspektora, Sharon powiedziała, że jeszcze się zastanowi i zadzwoni, po czym wrócili do jej domu.
Po obfitej kolacji, w czasie której Gregory z zachwytem opowiadał o swojej wycieczce, Sharon nalegała, by pojechał do siebie taksówką. Jednak Lestrade uznał to za śmieszny pomysł, choć pora była już dość późna. Na odchodnym obiecał, że zajrzy za parę dni i poszedł pieszo przez nocny Londyn.
Spacerując po znajomych ulicach, całkowicie pogrążył się w rozmyślaniach. Musiał powiedzieć Mycroftowi, że się wyprowadza, a samemu inspektorowi to się nie do końca podobało. Był zamyślony w takim stopniu, że nawet nie zauważył samochodu, który raptownie wyjechał na pełnej prędkości zza rogu.
88
Ktoś natarczywie zapukał do drzwi gabinetu. Usłyszawszy zaproszenie, do środka dosłownie wbiegł zdyszany młody człowiek. Wszyscy obecni popatrzyli na niego ze zdumieniem.
- Panie Holmes...! – zaczął głośno, ale widząc zmarszczone brwi szefa, podszedł blisko i dokończył już szeptem: - Inspektora Lestrade'a potrącił samochód. Jest w tej chwili na reanimacji, lekarze robią co w ich mocy.
Mycroftowi zdawało się, że jego serce zatrzymało się na moment. Ze wszystkich sił starał się nie okazać emocji, jakie go zalały.
- Kierowca...? – spytał cicho, by opanować zdradliwe drżenie głosu.
- Przyjezdny. Stracił prawo jazdy już rok temu. Nietrzeźwy, bez pasów. Tożsamość ustalono na podstawie dokumentów ze schowka, bo ciało zostało niemal całkowicie zmiażdżone.
Mycroft nie wiedział co robić. A właściwie nie był przekonany o słuszności swojego wyboru. Stanowisko nie pozwalało mu tak po prostu wyjść w samym środku bardzo ważnej konferencji, jednak z drugiej strony... Holmes zrobił głęboki wdech, zamknął oczy i wypuścił powietrze, nieznacznie unosząc głowę.
- Panowie, proszę o wybaczenie. Muszę was opuścić, lecz zostawię w zastępstwie swojego asystenta. Proszę zbyt mocno nie naciskać na pana Greysa.
- Ależ sir... – odezwał się przerażonym szeptem młody człowiek, który jedynie miał zamiar powiadomić o wypadku. – Ja nie mogę...
- Możesz. – Mycroft uśmiechnął się rozbrajająco, sadzając go na swoim miejscu. – Fred, pomagałeś mi przy tym projekcie, wiesz o nim dostatecznie wiele. Jesteś bardzo bystry, więc mnie nie zawiedź. – Lekko klepnął asystenta po ramieniu i szybko wyszedł z gabinetu, zostawiając zmieszanego młodzieńca sam na sam z przedstawicielami kilku znaczących krajów.
88
Gregory poczuł chłodny dreszcz na skórze i gwałtownie usiadł na łóżku, chwytając się za głowę. Ciepła ręka legła na jego ramieniu, delikatnie popychając go z powrotem.
- Spokojnie, kochanie, nie powinieneś wstawać. – Troskliwy i taki znajomy głos.
Lestrade w oszołomieniu otworzył oczy, nie dowierzając zmysłom. Na skraju łóżka siedziała jego żona. Mary zupełnie się nie zmieniła. Miała ma sobie tę samą sukienkę, co w dniu śmierci. I uśmiechała się tak samo. Za ten uśmiech Greg mógłby oddać wszystkie bogactwa Ziemi.
- Gdzie jestem? – Głos mu się łamał, ale inspektor nie mógł dalej leżeć, głupio poruszając wargami bez jednego dźwięku.
- Fizycznie w szpitalu pod wezwaniem Świętej Marii – uśmiechnęła się Mary – a duchowo... – Zamyśliła się, zabawnie wydymając usta. – To miejsce ma wiele nazw.
- Jak prozaicznie – uśmiechnął się Gregory, rozglądając się po pokoju. Przypominał izbę w prostym drewnianym domku na wsi. – I ty tutaj... – przerwał, próbując dobrać odpowiednie słowo.
- Tak, można powiedzieć żyję – odpowiedziała za niego Mary i wzięła go za rękę. – Greg, dla ciebie jest jeszcze za wcześnie.
- A jeżeli ja nie chcę wracać? - zapytał Lestrade, nakrywając jej dłoń swoją.
Mary tylko pokręciła głową.
- Nie wolno, kochany. Musisz wrócić z powrotem, ktoś tam na ciebie bardzo czeka.
Greg zmrużył oczy, próbując powstrzymać łzy. Od tak dawna nie słyszał tego głosu, nie widział tych dobrych oczu i nie czuł znajomego ciepła rąk.
- Gregory, posłuchaj uważnie. Ja nie mam nic przeciwko Mycroftowi, naprawdę.
Lestrade otworzył szeroko oczy:
- Ależ... jak to?
- Nie udawaj niewiniątka, głuptasie. Nie mów, że nie zauważyłeś tej troski, z jaką on się do ciebie odnosi. Że nie zauważyłeś, jak na ciebie patrzy i męczy się z nieodwzajemnionej miłości.
Gregory szybko zamrugał, patrząc na żonę i myśląc, że ona żartuje.
- Mówię poważnie - Mary udała, że się obraziła. - Dlaczego mężczyźni są tacy tępi w sferze uczuciowej? – Przewróciła oczami, wstając z łóżka i rozsuwając białe zasłonki w oknie.
- I co mam robić? - zapytał Lestrade, kierując niewidzące spojrzenie w sufit.
- Nie wypuszczać go - powiedziała dziewczyna psotnie, wskakując na parapet i usadawiając się wygodnie.
Do drzwi ktoś ostrożnie zapukał i Gregory spojrzał w tamtą stronę, oczekując by Mary pozwoliła wejść nieproszonemu gościowi.
- Wejdź, mój aniele - powiedziała Mary czule i lekko zeskoczyła z parapetu, podbiegając do otwierających się drzwi.
