Witam. Taki mały bonus, dodatek, nazywajcie jak chcecie.
31 Grudnia 1942rok — Nieznana lokalizacja.
Młody, przystojny chłopak o morderczych oczach siedział na fotelu czytając grubą księgę bez tytułu. Po chwili zmienił pozycję, bo zrobiło mu się niewygodnie i przełożył nogę na nogę, wtapiając się jednocześnie w wygodny fotel. Mimo, że w pokoju paliło się tylko kilka świec, które nie dawały wiele światła to on, wydawał się dobrze widzieć małe literki księgi. Po chwili oderwał od niej wzrok i spojrzał na drzwi, które zaraz się otworzyły.
— Spóźniłeś się. — powiedział spokojnym głosem i nawet wyraz jego twarzy nie był nerwowy — Gdzie byłeś?
— Zawsześ taki ciekawski, dzieciaku. Powinieneś przestać wpychać nochal w moje sprawy i zająć się swoją edukacją. — pouczył go i otworzył barek, później nalał im do kieliszków alkohol — Masz, dzisiaj zrobię wyjątek. — rzekł a młody odebrał od niego trunek.
— Coś wesoły jesteś. — zauważył — Stało się coś dobrego?
— Dobrego? — zapytał zaskoczony — Ha! Ty w ogóle znasz znaczenie tego słowa, psycholu? — młody zmrużył oczy i przybrał wściekły wyraz twarzy, ale starszy czarodziej w ogóle się tym nie przejął — Swoją drogą… Czy ty nie powinieneś być teraz w szkole?
— Szkoła… — powtórzył chłopak — Nie uważam tego zamku za moją szkołę. Nie nauczą mnie już niczego pożytecznego. Przerobiłem już cały materiał, który mieliśmy przerobić w ciągu siedmiu lat. Teraz jedyną osobą, która może mi pokazać coś więcej jesteś ty. Dlatego niema mnie w szkole.
— Nieźle dzieciaku. Jednak czy mój kochany Dumbeldore cię nie pilnuje? — młody ponownie zmrużył oczy — Dobra, zapomnij. Skoro tutaj jesteś, to wierzę, że znalazłeś jakiś sposób, żeby go wykiwać.
— Ten staruch zbyt ufa swojej mocy i jest…
— Ucisz się. — przerwał mu chłodno — Nigdy nie nazywaj go staruchem i nie lekceważ go.
— To go lekceważysz. — przypomniał mu popijając ognistą.
— Bo ja, mam coś, czego on niema. I to coś należy do mnie. — wzrok chłopaka zrobił się ciekawski. Widocznie bardzo chciałby wiedzieć, co to jest.
Po chwili młody ruszył za starszym mężczyzną o blond włosach i znaleźli się w bibliotece. Była ogromna i można było porównać ją do tej Hogwarckiej. Regały sięgały sufitu i wydawało się, że nie mają końca. Chłopak wszedł do pomieszczenia niewzruszony, bo to widok, który widuje dość często w Hogwarcie i tutaj. Starszy zaś wszedł uśmiechając się do siebie i bawiąc różdżką, którą po chwili szybko machnął.
— Podejdź tutaj dzieciaku, chcę ci pokazać coś wyjątkowego. — czarnowłosy podszedł i ujrzał długi kawał pergaminu, który cały jest zapisany i niema nawet jednego wolnego miejsca — To moje zaklęcie. Opracowanie go było bardzo trudne, a testy były jednym wielkim niepowodzeniem. Kilka lat temu, gdy byłeś jeszcze knypkiem, niesięgającym mi ramienia, udało mi się.
— Co to za zaklęcie? — zapytał próbując odczytać słowa, ale były nieskładne, dziwne, bez znaczenia i nakładały się na siebie.
— To unikalny urok, który może rzucić tylko osoba, która nie boi się poświęcenia i śmierci. — oczy chłopaka zabłysły — Zaklęcie jest łatwe do rzucenia, ale utrzymanie go i kontrola to wyższa liga, której nawet ja nie opanowałem do końca. Nie wiem dokładnie ile ma zastosowań, ale znam jedno. Ono zabija. Rzucającego i ofiarę. Ofiarę pokrywają ciemne pasy, a rzucający może go w pewnym stopniu kontrolować, ale to zależy od odległości między nimi.
— A rzucający? Powiedziałeś, że zaklęcie zabija.
— Stopniowo. To czarnomagiczne zaklęcie, którego formuła jest niewerbalna, dlatego ten zwoj jest ważny. Jeśli utkwi ci w pamięci, zaklęcie podziała, rozumiesz?
— Uczyłem się już niewerbalnych. — rzucił nieco zniecierpliwiony.
— Wiem. Wracając do rzucającego… Zaklęcie zabija stopniowo, to znaczy, że możesz rzucić je ograniczoną ilość razy zanim pasy pojawią się na twoim ciele. Oczywiście możesz je zatrzymać, ale czas twojego życia i tak zostanie skrócony. Z szesnastolatka nagle możesz zostać staruchem. Zaklęcie jest niestety nieodwracalne.
Oczy młodego chłopaka rozszerzyły się najpierw w zaskoczeniu, a później uśmiechnął się słabo. Wiedział, że to zaklęcie go nie skrzywdzi w żaden sposób. Każdego innego, ale nie jego. Nikomu się to nie uda.
— Rozumiem. A te zastosowania?
— Możesz kontrolować ofiarę, podobnie jak zaklęciem imperio, ale są odstępstwa. Sam będziesz musiał je poznać.
— Jasne.
— Chciałbym przekazać ci to zaklęcie, byś je udoskonalił. Twój potencjał jest nawet większy niż mój i ja nie dodam już nic nowego do tej klątwy. — oczy chłopaka ponownie zabłysły. Właśnie otrzymał urodzinowy prezent od swojego mistrza i będzie mógł go wykorzystać. Co więcej nikt niema pojęcia o tym zaklęciu i nikt inny nie będzie w stanie go rozpracować. To jak dołożenie dodatkowego asa do tali, by później schować go do rękawa i czekać, aż pojawi się przeciwnik, na którym będzie musiał go użyć.
Minęło kilka lat, podczas których między innymi doskonalił właśnie to zaklęcie. Spuściznę po Grindelwaldzie, którego pokonał ten starzec. Cóż Gellert wpadł we własną pułapkę. Jego nauczał, żeby nigdy nie ignorować przeciwnika, a sam to zrobił. Idiota. I ktoś taki był jego mistrzem? Człowiekiem, od którego nauczył się najczarniejszej z magii? Co prawda nigdy jeszcze nie wykorzystał klątwy pieczęci, ale dzisiaj nadszedł ten dzień. Nie dość, że ujrzy rezultaty badań, w których nawet były Czarny Pan poległ, to jeszcze będzie to cios dla Dumbeldore'a.
Była wigilia. Dzień, w którym wszystkie rodziny zbierają się razem. Głupcy. Takie dni są idealne na rzeź. Lord Voldemort spojrzał na swoich towarzyszy. Severus Snape, Lucjusz Malfoy, Tarsen Nott, Belatriks Lestrange i Regulus Black. Co do tego ostatniego, to nie był do końca pewny, czy nadaje się do wewnętrznego kręgu, ale to w końcu Black. Kiedyś będzie z niego idealny śmierciożerca.
— Nikogo nie zabijajcie. — powiedział cicho — Zbierzcie ich w jadalni i wytłumaczcie Jaron'owi, dlaczego znalazł się w takiej, a nie innej sytuacji.
Jaron Holen był zdrajcą. Kapował Dumbeldore'owi. Był szanowanym śmierciożercą, a sprzymierzył się z wrogiem. Na szczęście nie wyniósł na zewnątrz żadnej istotnej informacji i nie wie, że jego los był przesądzony, od kiedy Czarny Pan zaczął go podejrzewać i łączyć fakty. Ich informacje wyciekały akurat wtedy, gdy Jaron był na spotkaniach. Dumbeldore powinien rozważniej dobierać szpiegów, bo może się to obrócić przeciwko niemu. Stary głupiec.
Lord stał przed domem czekając, aż jego słudzy zrobią to, co nakazał. Światła przez kilka chwil rozświetlały mieszkanie i widać było je nawet przez zasłonięte firany. Gdy ustały, wiedział, że sprawa załatwiona i ruszył przed siebie. Dzisiaj użyje tego zaklęcia. Tak, to ten dzień.
Wszedł powoli do domu rozglądając się na boki. Jako pierwszego zauważył Severusa.
— Panie, Clark Holen, brat Jaron'a, zniknął. — powiedział kłaniając się.
— To tylko jeden człowiek Severusie. Jak mniemam reszta jego rodziny jest tam gdzie mają być, tak?
— Tak panie, szesnaście osób. Są w salonie, proszę za mną. — i poprowadził swojego pana do salonu.
— Witaj, Jaron. Zdrajcy nie mają lekko.
— Nigdy cię nie zdradziłem, panie. — powiedział starając się brzmieć spokojnie.
— Pozwól, że ja to ocenie. — rzekł i wycelował różdżką. Jego więzień nie stawiał oporu i otworzył umysł, a Lord wszedł przeszukując każde wspomnienie, ale nie znalazł tego, czego szukał — Jesteś, winny. — skłamał. Wiedział, że ten mężczyzna ani jego rodzina nie są winni, ale chęć wykorzystania tego zaklęcia i pokazania swojej mocy poplecznikom przeważyła. Poza tym nie mógł im pokazać, że sie mylił. Zbliżył się do swojej ofiary i dotknął czubkiem różdżki głowy mężczyzny, a ten wydał z siebie niewyobrażalny krzyk. Jego czoło natychmiast owinęły czarne pasy, które wydawały się miażdżyć jego głowę, ale nie fizycznie. To musiało być coś, co odczuwał tylko Jaron, bo nikt nie widział, nic prócz tych pasów.
Z oczu, nosa, uszu, ust i nawet spod paznokci Jarona zaczęła wypływać krew, a on nadal krzyczał. Jego rodzina cofnęła się od przeklętego i spróbowali wstać, ale trafieni zaklęciem któregoś ze śmierciożerców, zostali na miejscu.
— Tak. To odpowiedni rezultat. — pas zaczął błyskawicznie rozprzestrzeniać się na ciało — TAK! Stań się! Stań się nim! — ciało mężczyzny było już całkowicie owinięte pasami, a on sam wyginał się w dziwny łuk i po chwili było słychać trzask kręgosłupa. Żebra mężczyzny rozerwały klatkę piersiową ukazując wnętrze i bijące ciągle serce, a czarna krew obryzgała każdego w zasięgu, czyli całą rodzinę mężczyzny. Lord Voldemort patrzył na to z zafascynowaniem, bo nigdy nie oczekiwał czegoś takiego. Mimo, że nie udało mu się osiągnąć oczekiwanego rezultatu zyskał rozrywkę.
— Cofnąć się! — nakazał, kiedy pasy zaczęły pojawiać się również na całej rodzinie i spojrzał na podwładnych. Tylko Bella miała podobny wyraz twarzy jak on. To czyniło ją wyjątkową. Była młoda, a tak bardzo żądna krwi i walki. Była mu też wierna, bo żywiła do niego uczucie. Wiedział, że ona nigdy go nie zdradzi i będzie świetną uczennicą. W końcu każdy wielki czarnoksiężnik musi przyjąć ucznia.
Wokół rodziny Hollen'ów pojawiły się wijące w powietrzu pasy, które przybierały formy. Z początku były tylko latającymi wstążkami, ale później widocznie zaczęły tworzyć czarny pierścień wokół nich, a oni krzyczeli. Te krzyki z pewnością słyszy cała ulica. Krew, kości, krzyki, śmierć. Cierpienie, ból, udręka, przekleństwo. Voldemort uśmiechnął się krwiożerczo widząc, do czego to zaklęcie jest zdolne. Z początku nie oczekiwał, że może być obszarowe i teraz ma dla niego nowe zastosowanie. Może go użyć w walce, lub jako wirus. To zaklęcie idealne. Grindelwald nie dał mu Asa, on dał mu Jokera.
— Panie, zakon może zaraz przybyć. — odezwał się niespodziewanie Nott, a Lord spojrzał na niego srogo, jednak nie ukarał. To prawda. Muszą iść, bo zakon ich zaskoczy. Czas zniknąć.
Kilka godzin później siedział w swoim gabinecie rozkoszując się wspomnieniami i snuł już nowe plany, z wykorzystaniem przekleństwa pieczęci. Gdy zakon oberwie tą klątwą, to będzie ich koniec. Nikt nie przeżyje. Zniszczy ich! Zniszczy Dumbeldore'a!
Zaśmiał się szaleńczo i jego uwagę przykuło coś na lewej stopie. Przyjrzał się dokładniej i oniemiał.
— To niemożliwe. — szepnął widząc pasy ułożone w znaki runiczne ciągnące się prawie do kolana. Nie mógł uwierzyć. — To… działa też na mnie? Przecież udoskonaliłem zaklęcie! — wywrzeszczał spanikowany i za chwilę się opanował. To nie koniec świata. Zaklęcie go nie zabije. Nie może. On jest nieśmiertelny. To nigdy się nie stanie, niepotrzebnie się przejmuje. Jednak te runy go niepokoiły. Usiadł na fotelu przekładając nogę na nogę i opierając podbródek o dłoń.
— Dorwę cię… Starcze.
I po tych słowach roześmiał się głośno.
