INFORMACJA

Kolejne rozdziały niniejszego tłumaczenia będą publikowane w różnych odstępach czasu, a częstotliwość ich ukazywania się jest w znacznej mierze uzależniona od aktywności czytelników. Aktywność czytelników jest zaś mierzona liczbą konstruktywnych komentarzy do danego rozdziału. Więcej szczegółów można znaleźć w moim profilu, pod spisem tłumaczeń.


oryginał: In Blood Only (link w moim profilu)

autor: E.M. Snape (link w moim profilu)

Tłumaczenie za zgodą autorki.



Rozdział czternasty

Nowości



Harry praktycznie zdębiał, gdy dostał prezent gwiazdkowy od Tonks.

Przez kilka długich minut wlepiał tępy wzrok w książkę o pojedynkach, zastanawiając się, czy to możliwe, że wysłała mu prezent zanim trafiła do Azkabanu. Potem przeczytał notkę, datowaną na dwudziesty czwarty grudnia, i zrozumiał, że tłustowłosy sukinsyn go okłamał.

Tonks nie siedziała w więzieniu. Wszystko u niej było w porządku, poza tym, iż była tak zajęta ściganiem mrocznych czarodziejów, że musiała przełożyć ich randkę na styczeń. Chciała wiedzieć, co sądził o niedzieli, piątego.

Ulga, którą poczuł, była tak wszechogarniająca, że musiał się mocno skupić, aby przywołać słuszny gniew, kiedy wpadł do gabinetu Snape'a.

- Dlaczego skłamał pan o Tonks? - rzucił.

- Bądź tak miły i pukaj zanim wejdziesz, Potter! - warknął Snape. Machnięciem różdżki sprawił, że drzwi za plecami Harry'ego zamknęły się z hukiem.

- Dostałem od niej list - powiedział Harry przez zaciśnięte zęby, czując świeży przypływ furii spowodowanej Snape'owym unikaniem tematu. Tak, teraz całym sercem czuł wściekłość. - Okłamał mnie pan! Ona wcale nie jest w Azkabanie!

Snape uśmiechnął się złowrogo.

- Mogę skontaktować się z Ministerstwem i to naprawić, skoro ci tak zależy.

Harry patrzył na niego gniewnie zmrużonymi oczyma.

- Nigdy im pan nie powiedział.

Starszy mężczyzna założył ramiona na piersi i Harry po raz kolejny odniósł wrażenie, że jest obserwowany niczym jakiś robal.

- Nie - przyznał Snape. - Moim zamiarem było unaocznienie ci, jakie mogą być potencjalne konsekwencje twojego zachowania. Zdaje się, że zadziałało, biorąc pod uwagę, jak strasznie rozpaczałeś przez tych parę ostatnich dni.

Harry gapił się na niego. Ten facet był taki... Wredny dupek. Nic dziwnego, w końcu był opiekunem Ślizgonów.

- Więc ten list jest od panny Tonks? - upewnił się Snape lodowatym tonem.

Harry miał ledwie sekundę na uświadomienie sobie, że nie powinien był zabierać pergaminu do gabinetu Snape'a, zanim profesor skierował na niego różdżkę.

- Incendio!

Harry krzyknął, przestraszony nagłym ukłuciem gorąca, i momentalnie upuścił list. Jeszcze w powietrzu pergamin całkowicie spłonął; na podłogę opadł w postaci popiołu. Gryfon przytulił poparzoną dłoń, z przerażeniem patrząc na czarną smugę na podłodze.

- Zakończysz ten romans, Potter - zagroził Snape cicho - albo, zapewniam, w przyszłości skończę z pustymi ostrzeżeniami.

Harry poczuł, jak ogarnia go fala gniewu, stłumił ją jednak pośpiesznie. "Daje mi wybór." Nienawidził tego wrednego sukinsyna, który nim manipulował, nienawidził go za to, że kazał mu myśleć, iż Tonks cierpi w Azkabanie. I nienawidził go za mieszanie w jego życiu. A jednak nie doniósł na Tonks. Tylko to się liczyło. Z Tonks wszystko było w porządku. Była bezpieczna.

Przełknął z trudem.

- Dobra.

Zadziwiające, ale Snape wyglądał na zdumionego jego ustępstwem. Czego właściwie się spodziewał? Że weźmie na siebie ryzyko wtrącenia Tonks do więzienia?

Musiał zaczekać jeszcze tylko rok. Jeden rok więcej. Skończone siedemnaście lat oznaczało w magicznym świecie pełnoletność, a później Snape nie będzie mógł już nic zrobić. Zresztą może się z nią widywać. Nie mogliby uprawiać seksu, ale nadal byliby w stanie...

Nagle Snape zdrętwiał, prawie niedostrzegalnie, a wyraz jego twarzy zmienił się w coś paskudnego i budzącego grozę.

Rzucił okiem na Harry'ego, po czym doskoczył do niego w dwóch krokach. Harry krzyknął, przestraszony, gdy Snape złapał go za ramię i wyciągnął na korytarz.

- Co, do diabła...

- Cisza! - ryknął Snape, niewiarygodnie mocno zaciskając palce.

Harry potknął się, próbując nadążyć za wlokącym go Snape'em. Kilka chwil później, po bezceremonialnym popchnięciu, przewracając się, wpadł do swojej sypialni.

Podniósłszy się na nogi, posłał Snape'owi wściekłe spojrzenie. O co mu, do diabła, chodziło? Jakie to niby wykroczenie popełnił Harry tym razem? Do kurwy nędzy, w jednym momencie zachowywał się normalnie, a w następnym...

- Masz nie wychodzić z tego pokoju - warknął Snape. - Masz nie wydawać najmniejszego dźwięku. Jeśli nie usłuchasz, niesamowicie tego pożałujesz!

Harry był w stanie jedynie gapić się na niego bez słowa, gdy starszy czarodziej z łopotem szat wracał na korytarz. Drzwi zamknęły się za nim z hukiem.

"Znowu ma zamiar mnie zamknąć?" - pomyślał Harry z desperacją, zastanawiając się, co takiego w ich wymianie zdań mogło spowodować nieoczekiwany napad wściekłości u Snape'a.

Sprawdził, czy drzwi są zamknięte. Były. Robił to co parę minut, aż w końcu zwinął się na łóżku w żałosny kłębek. Patrzył, jak niebo coraz bardziej ciemnieje nadchodzącą nocą, tęskniąc za światem na zewnątrz. Norcia miała go dzisiaj zabrać do ogrodu...

Leżał tak całą wieczność. Wreszcie usłyszał szczęk - Snape wrócił.

Harry obrzucił wchodzącego czarodzieja ponurym spojrzeniem, wciąż na niego wściekły, ale jednocześnie po części zrezygnowany. Nie dało się ukryć, że dopóki nie wróci do Hogwartu, będzie na łasce Snape'a. Ten facet mógł z nim zrobić dosłownie wszystko, a on nie miał jak temu zapobiec.

- Co ja znowu takiego zrobiłem? - spytał Harry posępnie.

Drugi raz tego samego dnia Snape wydawał się zaskoczony, lecz szybko mu przeszło.

- Nie ma na to czasu.

Pośpiesznie przeszedł przez pokój, wyciągając różdżkę. Harry cofnął się jak mógł najdalej przed tym, co nadchodziło. Snape znieruchomiał, dłuższą chwilę patrząc spokojnie Harry'emu w oczy.

- Potter - powiedział w końcu ostrożnie - zamierzam przełamać zaklęcie maskujące.

Wzrok Harry'ego wędrował od różdżki Snape'a do jego twarzy i z powrotem.

- Tym razem bez eliksiru?

Snape szorstko pokręcił głową. Jednocześnie wyciągnął rękę, złapał Harry'ego za brodę i uniósł twarz chłopca.

- Nie ma czasu.

Harry wyrwał się z uścisku Snape'a.

- Myślałem, że nie może pan tego zrobić różdżką!

- Niespodziewany prezent gwiazdkowy od dyrektora. Ośmielę się wyrazić przypuszczenie, że nie była to informacja, którą załączył celowo - stwierdził Snape, przeciągając samogłoski. Ponownie chwycił Harry'ego za podbródek i odchylił jego głowę do tyłu. - Śmierciożerca przełamał osłony kiedy rozmawialiśmy - poinformował chłopca, machając różdżką w tę i nazad, jakby zastanawiał się, w co ją wycelować. - A mnie najwyraźniej powierzono opiekę nad tą osobą. Możliwe, że Czarny Pan monitoruje sieć Fiuu; gdybym miał pewność, że tak nie jest, natychmiast odesłałbym cię do Hogwartu. - Zacisnął palce na brodzie Harry'ego, a jego czarne oczy błyszczały groźnie. - Gdy skończę, będziesz wyglądał inaczej, lecz wciąż nie będziesz bezpieczny. Masz się nie rzucać w oczy.

Harry przytaknąłby, ale silny chwyt Snape'a mu to uniemożliwiał. Dziwił się, że Snape w ogóle zawracał sobie głowę przekazywaniem mu tych wszystkich wiadomości.

- Nie ruszaj się - polecił Snape, po czym zaczął wymawiać formułę czaru.

Harry zamknął oczy, czując dziwne mrowienie na skórze. Wrażenie wkrótce minęło, a on nadal tam stał, ale nie ośmielił się otworzyć oczu. Dopiero gdy Snape znowu zaczął wymawiać te same słowa, powieki Harry'ego uniosły się niemal bez jego udziału.

- Dlaczego robi pan to kolejny raz?

Snape obdarzył go poirytowanym spojrzeniem.

- Muszę pooddzielać różne fragmenty zaklęcia maskującego jeden po drugim. - Następnie dodał, przyglądając się Harry'emu od góry do dołu: - Zdaje się, że zostałeś obdarzony rodzinnym niedoborem melaniny.

Harry wlepił wzrok w swoją skórę. Biała. Prawie ziemista, jak Snape'a. Zrobiło mu się trochę niedobrze, kiedy Snape w kółko powtarzał formułę, a czar budził mrowienie w różnych częściach jego ciała, aż w końcu znikł na dobre.

- Chyba skończyliśmy.

Snape cofnął się nieco i przez dłuższą chwilę badał go wzrokiem. Harry wzdrygnął się z obrzydzeniem, widząc go przed sobą i wyobrażając sobie, jak sam może teraz wyglądać.

Snape'a orał go wzrokiem jeszcze trochę. Później jego oczy pociemniały, a mina zmieniła się w coś przypominającego kamienną rzeźbę o ostrych rysach.

- Nie ma żadnego podobieństwa.

Bezlitosne szyderstwo w głosie Snape'a nie powinno poruszyć Harrym; z całą pewnością nie chciał wyglądać jak Snape. A jednak w tym spostrzeżeniu było coś takiego, co sprawiło na nim wrażenie, jakby Snape po raz kolejny go odrzucił. Zupełnie jak tego dnia w klasie, kiedy głosem pełnym nieskrywanej odrazy i obrzydzenia Snape powiedział mu, że są ojcem i synem.

Harry poczuł gwałtowny przypływ potężnego gniewu.

- Nie wyglądam jak pan? - spytał zjadliwie, spoglądając Snape'owi w oczy; cały aż gotował się z nienawiści. - Dzięki. Bogu.

Snape skrzywił usta ze wstrętem. Harry nie miał pojęcia, czy była to reakcja na jego wypowiedź, czy może na przywołanie mugolskiego bóstwa.

- Pozwoliłem sobie ukryć twoją bliznę. Nie wychodź z pokoju.

Mistrz Eliksirów obrócił się na pięcie i ruszył ku drzwiom.

- Który śmierciożerca? - zawołał za nim Harry.

Snape odwrócił się powoli i spojrzał mu w oczy.

- Dlaczego pytasz?

Harry uparcie milczał. Poczuł charakterystyczne wtargnięcie legilimencji starszego czarodzieja, zerwał się kontakt wzrokowy i zaczął się uważnie przyglądać szatom Snape'a.

Snape odpowiedział głosem pełnym pogardy.

- To nie twój problem. Nie wyjdziesz z pokoju, Potter. Jeżeli jednak to zrobisz, mój gniew będzie najmniejszym z twoich zmartwień.

***

Im dłużej Harry czekał w pokoju, tym bardziej był przekonany, że to Bellatriks Lestrange ukrywa się pod dachem Snape'a. W końcu Snape odmówił ujawnienia tożsamości tej osoby, a niby jakiego innego śmierciożercę mógł chcieć chować przed Harrym? Snape wiedział przecież, że to ona zabiła Syriusza...

Chyba, że...

Chyba, że to był Draco Malfoy albo któryś z pozostałych Ślizgonów. Harry wiedział, że Voldemort werbował kogo się dało; może młode pokolenie dostało już Mroczne Znaki?

Ciekawość zżerała go od środka, podobnie jak ponura nadzieja, że to jednak Bellatriks Lestrange przebywa w tym samym domu, co on.

Czemu nie miałby spojrzeć tylko raz...?

Pomasował palcami czoło i wyczuł pod nimi gładką skórę w miejsce blizny. Snape rzeczywiście nieźle ją zamaskował. Następnie zwrócił uwagę na swoją bladą rękę - wyciągnął ją przed siebie, przyglądając jej się badawczo. Skoro wyglądał jak ktoś zupełnie inny, dlaczego nie miałby rzucić okiem na twarz śmierciożercy? Było nie było, nawet gdyby został zauważony, nic teraz nie zdradzało faktu, że Snape udzielał schronienia Chłopcu, Który Przeżył. Zresztą nawet jeśli Snape zaraz po przybyciu skonfiskował jego pelerynę-niewidkę, to Harry miał wystarczające doświadczenie w skradaniu się, aby móc zaufać swoim zdolnościom szpiegowskim. Nie zamierzał pchać się śmierciożercy w oczy, chciał ją po prostu zobaczyć.

Albo jego, oczywiście.

Snape musiał go uważać za idiotę: skoro nie wyglądał jak Harry Potter, czemu ktokolwiek miałby myśleć, że jest Harrym Potterem? Najwyraźniej profesor sądził, że wda się w żartobliwą pogawędkę i głupio mu się wymsknie coś na temat jego prawdziwej tożsamości. (- Rany, to pewnie dlatego, że jestem Chłopcem, Który Przeżył: zawsze myślałem... Ups, proszę zapomnieć, że powiedziałem coś takiego!) Snape uważał go za kompletnego durnia.

Harry unikał wcześniej patrzenia w lustro, przerażony perspektywą ujrzenia gapiącej się na niego miniaturki Snape'a. Teraz jednak uniósł dłonie do twarzy, aby delikatnie zbadać palcami obce rysy. Duży nos, fakt - ale nie jakiś niezwykle wielki. Wargi wydawały mu się cieńsze, kiedy ich dotykał, a łuk kości policzkowych ostrzejszy. Gdy mrugał, miał wrażenie, jakby rzęsy bardziej dotykały skóry. Wreszcie odważył się na wycieczkę do łazienki i rzut oka w lustro.

Ze szklanej tafli patrzył na niego ktoś zupełnie obcy. Harry musiał dotknąć swojej twarzy, aby upewnić się, że to rzeczywiście on.

Stał przed nim blady chłopak o czarnych jak smoła włosach, po raz pierwszy w życiu leżących płasko na głowie, których długość jednak pozostała bez zmian. Były one niemal zbyt czarne w zetknięciu z prawie białą skórą, a błyszczące, zielone oczy kontrastowały z jednym i drugim tak, że bardziej by chyba nie mogły. Miał wąskie wargi; kiedy zacisnął je posępnie, kości policzkowe uniosły się pod skórą nieco bardziej pociągłej niż przedtem twarzy. Poza tym jego kanciaste oblicze było raczej delikatne, wielkie, lśniące oczy czyniły go nieomal ślicznym jak laleczka. Harry nie uważał tego określenia za szczególnie pochlebne w stosunku do chłopca.

Odwrócił głowę w lewo i w prawo, widząc teraz wyraźnie odbicie twarzy matki w swoich rysach. Stwierdził, że, paradoksalnie, wolałby odrobinę bardziej przypominać Snape'a. Pamiętał, jak dziewczyny w wieży Gryffindoru drwiąco nazywały Dracona "lalusiem" - miał przyprawiające go o mdłości wrażenie, że obecnie znakomicie pasowałoby to do niego. Ładne, delikatne rysy twarzy i gęste, czarne rzęsy prawie dawały się sklasyfikować jako kobiece.

No, niezupełnie. Byłby dość dziwacznie wyglądającą kobietą. Co nie zmieniało faktu, że z tą twarzą gapiącą się na niego z lustra czuł się bardzo nieswojo.

Snape przynajmniej wyglądał jak mężczyzna. Paskudny, zły, tłustowłosy mężczyzna, ale nadal mężczyzna.

Harry Potter również szybko zmierzał do osiągnięcia męskości. Dosyć zaniedbany, rozczochrany osobnik, niezdarnie posługujący się wychudzonym ciałem, to prawda, lecz z pewnością nie delikatny, lizusowaty laluś pokroju Dracona Malfoya... Definitywnie zupełnie niepodobny do Harry'ego Snape'a, jak się okazało.

Wzdrygnął się. Harry Snape. Przyrzekł sobie w duchu, że prędzej urwie własne jądra niż ponownie nazwie się w ten sposób.

No cóż, może niekoniecznie, ale poświęciłby chociaż rękę czy stopę.

Odsunął na bok nieistotne w tej chwili myśli, żeby skupić się na znacznie ważniejszych sprawach. Wydostać się z pokoju i dostać się tam, gdzie Snape gościł śmierciożercę. Sięgnął do okularów, zastanawiając się, czy nie mógłby przetransmutować ich kształtu... Zdążył wziąć różdżkę i skierować ją na chłodną, metalową oprawkę, zanim zdał sobie sprawę z ryzyka takiego rozwiązania. Mógł w ten sposób stracić szkła.

Z głębokim rozczarowaniem ponownie wsunął różdżkę do kieszeni. Czyli z transmutacji nici.

To może czar iluzyjny?

Kilka minut później, już po rzuceniu zaklęcia, stał przed drzwiami prowadzącymi na korytarz, przyglądając im się wrogo. Zdążył wypróbować parę podstawowych czarów niszczących i otwierających, przestransmutował nawet czasowo podręcznik do obrony przed czarną magią w drewniany młot, próbując rozbić drzwi, lecz nic nie odniosło pożądanego skutku. Snape nie wpadł do pokoju, pewnie więc przebywał poza zasięgiem słuchu.

Harry zorientował się, jak mocno zaciska zęby, kiedy zaczęła go boleć szczęka. To go wręcz doprowadzało do szaleństwa! Ukrył okulary przed cudzym wzrokiem, nauczył się kilku sprawiających ból klątw na wypadek, gdyby to rzeczywiście Bellatriks Lestrange mieszkała teraz w domu Snape'a, jak również wprawił się w stan umysłu niezbędny do ostrożnego wejścia w niebezpieczną sytuację. Wszystko na marne i to z powodu cholernych drzwi.

Och, jak on nienawidził Snape'a. Przez niego wszystko przepadło! Nie mógł zamieszkać z Syriuszem po trzeciej klasie przez Snape'a, Dumbledore nie znalazł na czas Barty'ego Croucha seniora, dlatego że Snape koniecznie musiał się kłócić z Harrym, Syriusz zginął, ponieważ Snape porzucił szkolenia z oklumencji...

A teraz Bellatriks Lestrange jadła pewnie kolację w towarzystwie Snape'a, plotkując z nim nad parującymi filiżankami herbaty, całkowicie bezpieczna, bo Snape zamknął Harry'ego na klucz!

Nienawiść i determinacja spowodowały, że aż przymknął oczy, rozmyślając o luksusach, z których wiedźma korzysta pod tym samym dachem. Pewnie śmieje się razem ze Snape'em z Syriusza. Zupełnie tak samo, jak śmiała się tamtej nocy...

Drzwi rozpadły się na kawałeczki.

Harry długą chwilę gapił się na nie w milczeniu, w oszołomieniu mrugając oczyma i z niepokojem wspominając dzień, gdy nadmuchał ciotkę Marge. Następnie zaś z kwaśnym uśmiechem uznał, że nie ma sensu zastanawiać się nad szczęśliwymi przypadkami spontanicznej magii, po czym wymknął się z pokoju.

Czy Snape mógł coś usłyszeć?

Nie sądził. Gdyby tak było, już by się na niego zwalił...

Ze zdumieniem stwierdził, że nie czuje znajomego mrowienia tarcz ochronnych, kiedy skradał się schodami. Żadne drzwi na korytarzu, do których najpierw przykładał ucho, a później ostrożnie otwierał, nie były zamknięte. Śmierciożerca rzeczywiście przełamał osłony. Albo może Voldemort zrobił to dla niego.

Dlaczego Voldemort miałby niszczyć środki bezpieczeństwa swego porucznika? A może podejrzewał Snape'a?

Harry właśnie zaczął kwestionować sens swoich wysiłków, kiedy usłyszał cichy pomruk głosów. Nie znał tej części domu zbyt dobrze; Snape nigdy nie wypuścił go poza te kilka pokoi, które uznał za wystarczająco niewinne, aby nie uległy skażeniu obecnością Harry'ego. Przyklejony do ściany, rzucił kilka błyskawicznych spojrzeń do sporego pokoju położonego za pokrytym ornamentami łukiem, gdzie zaprowadziły go głosy. Czegoś w rodzaju salonu.

Przypomniawszy sobie wyobrażanie obściskujących się Bellatriks i Snape'a, sączących razem herbatkę i naśmiewających się z Syriusza, zagryzł zęby i przysunął się nieco bliżej. Głosy były teraz wyraźniejsze.

Bardzo słabo słyszał kąśliwy głos Snape'a. A potem odpowiadający mu arogancki głos, przeciągający samogłoski. Poczuł na szyi gęsią skórkę. Nie musiał rozumieć słów, żeby wiedzieć, kto to był.

Lucjusz Malfoy.

Malfoy, który w tej chwili powinien siedzieć w Azkabanie!

- ...Severusie, naprawdę musisz coś zrobić... bulwersujący stan twoich mebli... zdecydowanie zbyt przygnębiający.

Malfoy najwidoczniej zwiał z Azkabanu, aby pomóc Snape'owi przy wystroju wnętrz...

- Sposób, w jaki prezentuję mój dom, nie jest twoim zmartwieniem, Lucjuszu - odparł Snape niecierpliwie. Harry zakończył skradanie tuż przy łukowatym przejściu, słysząc z tego miejsca bardzo dobrze. - Prawdę mówiąc, nic pod tym dachem nie jest twoim zmartwieniem. Nie byłoby cię tutaj, gdyby nie bezpośredni rozkaz naszego Pana.

- Jakże uprzejmie traktujesz starych przyjaciół, Severusie - stwierdził Lucjusz żartobliwym tonem.

- Wiesz, jak niepewna jest moja pozycja przy dyrektorze - upierał się Snape, mówiąc coraz ciszej, z wyraźnym niezadowoleniem. - On wie, jak słabą mam kontrolę nad zaufaniem żywionym przez dyrektora. Nie mogę mogę ukrywać zbiega pod moim dachem, Lucjuszu! To jest niedopuszczalne ryzyko!

- Czyżbyś kwestionował osąd Czarnego Pana? - spytał Lucjusz jedwabistym, niebezpiecznym tonem.

Snape przez moment milczał.

- Nie - zapewnił zdecydowanie. - Nie, oczywiście, że nie. Po prostu... uważam tę decyzję za błędną.

- Nasz Pan, w przeciwieństwie do ciebie, najwidoczniej odczuwa pewne współczucie dla swych pozbawionych praw obywatelskich podwładnych. - Po krótkiej chwili ciszy głos Lucjusza był rozdrażniony. - Pomyśl, Severusie. Spośród nas wszystkich, to twoje położenie jest najpewniejsze. Dlaczego Ministerstwo miałoby kiedykolwiek przeszukać twój dom?

- To położenie niedługo pozostanie pewne, jeżeli inni wciąż będą je narażać na niebezpieczeństwo - warknął Snape. - Mam bezpośredni dostęp do Dumbledore'a; spodziewałbym się, że moje szpiegowanie warte jest większego uznania.

- Bo tak właśnie jest - zgodził się Lucjusz czarująco. - Wszyscy szanujemy to, co robisz, Severusie. Ja cię szanuję.

Snape chrząknął.

- Och, daj spokój. Nie patrz tak na mnie. Wiesz, jak wartościowy dla nas jesteś. Proszę, napij się jeszcze.

Harry usłyszał cichy odgłos nalewania czegoś. Był mocno zdziwiony, że Malfoy wierzył, iż wystarczyło wyrazić uznanie Snape'owi, aby ten poddał się jego woli. Czy on naprawdę sądził...

- Nawet jeżeli dokopie się do mojej obecności tutaj, ten stary dureń uwierzy w każdą wymówkę, jaką mu zechcesz wcisnąć. Nigdy nie pomieści mu się w głowie, że jego bezcenny szpieg mógł go zdradzić.

Serce Harry'ego przestało bić.

Snape nie odpowiedział natychmiast, pozwalając Harry'emu przez tę koszmarną chwilę myśleć, że był tak samo wstrząśnięty, jak Gryfon. Czyżby Voldemort zorientował się, że Snape go szpieguje? Czy ta cała wymiana grzeczności była tylko przykrywką, a Malfoy w rzeczywistości zjawił się tu po to, aby go zabić?

Harry ukląkł i niepostrzeżenie przedostał się do pomieszczenia z różdżką w dłoni. Nie lubił Snape'a, lecz jeśli Malfoy planował go zabić, z całą pewnością nie zamierzał stać z opuszczonymi rękoma i pozwolić na to.

Z niemałym zaskoczeniem zobaczył Snape'a rozpartego niedbale w jednym z foteli, a potem Lucjusza siedzącego wygodnie w kolejnym.

- Dziadek nadal jest przeświadczony, że szpiegujesz dla niego, czyż nie? - drążył Lucjusz delikatnie.

"Co tu się, do kurwy nędzy, dzieje?" - zastanawiał się oszołomiony Harry. - "On wie, że Snape jest szpiegiem?"

Z boku widział, jak Snape uśmiecha się szyderczo.

- Oczywiście, że jest. Byłeś pod wrażeniem listopadowych rajdów? Ten zidiociały miłośnik mugoli niewątpliwie był. - Snape pociągnął spory łyk swojego drinka. - Sądzę, że znacząco podniosłem moje notowania w Zakonie, aranżując to wszystko.

Harry nie mógł uwierzyć, że Snape opowiadał o Zakonie Lucjuszowi Malfoyowi!

- Nie przypuszczam, aby Nott był bardzo zadowolony z konfiskaty pięćset letnich pamiątek rodzinnych - zauważył Lucjusz cierpko.

- Tak - zgodził się Snape. - Zapewne nie był. Jednak Czarny Pan rozumie, że muszę mieć wyniki. Ten staruch nie jest aż tak głupi. Jeśli niczego nie osiągnę...

- Wiem, wiem - przyznał Malfoy, machając ręką, po czym znowu nalał sobie ognistej whisky do szklanki. - Wszyscy musimy ponosić ofiary. Sam Merlin wie, że ja też zapłaciłem swoją cenę. - Przerwał na chwilę, a następnie dodał złowrogo: - Równowartość sześciu miesięcy.

Harry znieruchomiał w swojej kryjówce, próbując poukładać to, czego się dowiedział. Dumbledore był głęboko przekonany, że Snape szpiegował Voldemorta. Teraz okazało się, że śmierciożercy są znakomicie świadomi tego, że Snape dla Dumbledore'a szpieguje przeciw Voldemortowi.

Czy to znaczyło... Czy to mogło oznaczać...

Och, do diabła, czy Snape przez ten cały czas pracował dla Voldemorta?

Przeczył temu zdrowy rozsądek. Dlaczego Snape miałby mu ratować życie w pierwszej klasie?

"Nie miał wtedy pojęcia, że Voldemort wciąż żyje..."

Dlaczego Snape próbował nauczyć go oklumencji?

"Nie próbował. Sprawił raczej, że stałem się bardziej wrażliwy na ataki..."

Dlaczego Snape teraz utrzymywał go przy życiu? Przecież z łatwością mógł go oddać w ręce śmierciożerców...

Nie chodziło o ojcowską miłość, tego był pewny. Więc o co? "Dlaczego?" I jakim cudem udało mu się tak długo oszukiwać Dumbledore'a?

Tego rodzaju pytania dręczyły go, kiedy się przysłuchiwał, jak mężczyźni rozmawiają o postępach Dracona w szkole i poglądach Narcyzy na dobre rozplanowanie wydatków.

- Trzy tysiące galeonów za broszkę? - szydził Lucjusz. - Wiedziałem, że ta kobieta straci panowanie nad sobą, gdy tylko na chwilę się oddalę, ale, na litość Merlina...

"Nie, Snape nie mógłby być zdrajcą" - myślał Harry. - "Po prostu nie może nim być. Gdyby był, już bym nie żył. Zabiłby mnie z łatwością."

A jednak dręczyło go to. Ogromnie dręczyło.

Snape dawał schronienie Lucjuszowi Malfoyowi... Czemu zwyczajnie nie doniósł na Malfoya, a potem nie zrzucił winy na przypadkowe przeszukanie Ministerstwa? Czemu go chronił?

Harry potrzebował tylko jednej rozmowy z Dumbledore'em. Musiał to po prostu wyjaśnić. Potrzebował zapewnienia...

- Powiedz mi, Severusie, co to za chłopiec czai się przy wejściu?

Harry zamarł na ułamek sekundy, po czym, spojrzawszy w rozbawione oczy Malfoya, poderwał się na nogi.

Nagłe przerażenie pomogło mu bardzo jasno pojąć, że "Jeśli Snape naprawdę jest po stronie Voldemorta, zabije mnie choćby dlatego, że usłyszałem, o czym ci dwaj mówili."

Później, widząc, szok, a następnie czystą wściekłość na twarzy Snape'a, zrozumiał, że Snape najpewniej zabije go bez względu na cokolwiek.

Nie było sensu ociągać się i pozwolić mu na to. Wybrał więc najmniej typowe dla Gryfona rozwiązanie.

Uciekł.



KONIEC
rozdziału czternastego



Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk

Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).

Siean Riley Nie ma za co, wszystkim odpowiadam na komentarze :-D. No, chyba że uda mi się któryś przez przypadek przegapić i na niego nie odpowiedzieć, ale nigdy celowo nie pozostawiam komentarza bez odpowiedzi. Cóż, nie za bardzo mogę się wypowiadać o podejściu Rowling do psychiki postaci, ponieważ nie brakowało mi tego w powieściach. Fanfiki, jak to fanfiki - chyba do każdego dzieła znajdzie się kilka lepszych od pierwowzoru fanfików. Przy tylu osobach, ile je pisze... Jeśli chodzi o Severusa, zgodzę się. Lubię go w powieściach, od pierwszego tomu do ostatniego, pod każdym możliwym względem, również tymi, na które tak wielu fanów narzeka (wątek Lily chociażby). Autorka miała prawo wykreować swoją postać według własnego widzimisię i przyjmuję ją do wiadomości taką, jak ją wyczytałam. Znaczy jego. Z drugiej strony, jakby się tak zastanowić, ten tu Severus jest gorszy niż w kanonie chyba głównie dlatego, że... jest go tu znacznie więcej. W powieściach pojawiał się o wiele, wiele rzadziej, nie mieliśmy też wglądu w jego myśli, więc nie robił aż tak paskudnego wrażenia (a i tak wystarczyło, żeby na niektórych czytelnikach zrobił dostatecznie okropne :-P). Ja też nie chciałabym kogoś takiego spotkać, a tym bardziej z nim mieszkać lub - Merlinie broń! - mieć za ojca. Pewnie długo byśmy nie pożyli: on by w ataku wściekłości zabił mnie (baaardzo ugodowa ze mnie osoba, oj tak...), a potem zgnił w kiciu :-P. Cóż, pewnie więc lepiej, że się osobiście nie znamy ;-).

Klio Niespodzianka, że był nowy rozdział, czy niespodzianka, że go zauważyłaś na Mirriel? Bosz, dziewczę drogie, a kiedy Ty nie jesteś gotowa na więcej tego fanfika? :-D Jest moim nieulubionym pod kilkoma względami, z których głównym jest ból głowy przy tłumaczeniu. No, ale to już mój problem i moja głowa. Ból też mój. Sama chciałam, co nie? OK, zmiana tematu. Pod Twoim upragnionym fanfikiem jakieś kilka godzin temu pojawił się dziesiąty konstruktywny komentarz, więc jest nadzieja, że aktualizacja nastąpi dość niedługo. Może za tydzień, bo wciąż jeszcze nie zaczęłam tłumaczyć następnego rozdziału, a na oko licząc, zajmie mi to plus minus trzynaście godzin. Zdaje się, że pisałam Ci już o tym na PW na Mirriel ;-). A urażaniem mnie nie musisz się martwić: mnie urażają głównie komentarze typu "kiedy będzie następny rozdział", jeśli tylko - lub głównie - z tego się składają. Mogę tylko powiedzieć, że to nie moja wina, iż komentujący upodobali sobie właśnie "Jedynie poprzez krew", podczas gdy pozostałe tłumaczenia są przez nich dość mocno zaniedbane. Cóż, Wasza wola. Po to zresztą jest ten system komentarzy, abym wiedziała, na tłumaczeniu których fanfików najbardziej Wam zależy. Przechodząc do treści poprzedniego rozdziału: śladowe ilości ciepła w czarnym serduszku Snape'a są na tyle... śladowe :-P, że Harry ma teraz przechlapane. Ale przeżyje, bez obaw. Przynajmniej na razie :-P. Chwilowo Snape raczej w ogóle nie jest gotowy się zmienić. Jednak, jak to często bywa, wystarczy mu impuls. Z tym, że w jego przypadku będzie musiał to być naprawdę mocny impuls... Przyznam, że nie pamiętam, czy Harry znajdzie coś ciekawego w książce... czy w innym źródle. Lecz znajdzie, to nie ulega wątpliwości. Musi przecież coś robić przez ten kolejne z górą trzydzieści rozdziałów...

Natalia Uprzejmie dziękuję za uprzejmy meldunek :-D. No cóż, "ten trzeci" raczej właśnie przestał być szyfrem. A za ożywienie, które wniesie, z pewnością serdecznie podziękowałby nie tylko Harry, ale również Severus. Ja na pewno bym podziękowała, gdybym była na ich miejscu. Już wolałabym spędzić nudne święta niż mieć taką rozrywkę...

Esien Ueee... A ja lubię, kocham! UBÓSTWIAM!!! Severitusy! :-D I pragnę zauważyć, że część z nich nie zaczyna się po kilku latach szkoły, czyli całych latach wzajemnej niechęci (delikatnie mówiąc), chociaż rzeczywiście takich jest więcej. To prawda, że Severus w kanonie był wredny, jednak ja naiwna jestem i wierzę w ludzi, nawet wrednych, więc łatwo mi przychodzi przyjęcie do wiadomości, że wredny Snape może się zmienić w kochającego ojca. Może nie pełnego czułości, rozciapcianego tatusia, chociaż to też zależy od okoliczności, ale w Snape'a - kochającego ojca wierzę całym sercem. Pewnie moje słodkie puchoństwo przeze mnie przemawia :-D. Cóż, takie dziwadła też po tym świecie chodzą ;-).

Szczuras Wspomnienia zwykle taką właśnie funkcję pełnią, szczególnie w świecie HP :-D. Snape... Snape chyba nie jest do końca takim pokopanym człowiekiem, żeby nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest okropny. On wie, że jest okropny, i sprawia mu to przyjemność - zarówno bycie okropnym, jak i wiedza o tym. Ten typ tak ma ;-). No pewnie, że rozpuszcza Harry'ego, przecież jego krewni trzymali go w ciasnej komórce pod schodami, a nie w obszernym, luksusowym apartamencie, i jeszcze pozwalali mu łazić po domu (no, nie całym, ale zawsze), przesiadywać w sowiarni i czytać książki! Harry w domu ojca jest rozpieszczany jak dziadowski bicz! Severus powinien go trzymać zdecydowanie krócej, nie wypuszczać, może w ogóle wrzucić do szafy, zamknąć i zapomnieć... Chyba tylko w ten sposób Harry mógłby sobie nie narobić kolejnych problemów o_o.

duszek_zły Ach, jak to dobrze nie studiować i nie mieć szowinistycznych dziadów za promotorów... :-D Życzę zatem piątki na dyplomie i najlepszej pracy w instytucie. Kiedy kończysz, w tym roku? Pewnie tak, skoro piszesz pracę... Duszuś, nie chodzi o sowie odchody, tylko o wrażenie wolności, swobody, jakie daje w miarę otwarta przestrzeń sowiarni. Względnie o manifestację poczucia uwięzienia, bo chyba równie dobrze Harry mógłby czytać we własnym pokoju przy otwartym oknie. Snape, jak widać, już się wyleczył od poprzedniego rozdziału, więc nie musisz się denerwować. Nawet Snape może mieć czasem chwilę słabości, co nie? To w końcu też człowiek... wbrew pozorom :-P. Cóż, a ja uwielbiam czytać Wasze komentarze. O! :-D

MissRosier A gdzie spotkałaś się z Evanem, że masz do niego słabość? Chętnie poczytałabym o nim więcej... No właśnie, zaklęcia sterylizujące to na nic, żadna kara właściwie, nie? Ale odpowiednia klątwa się znajdzie, jak nie w ten sposób, to w inny. Chociaż możliwe, że znacznie mniej przyjemny... O inspiracji sowimi odchodami to ja się nie wypowiem, nie miałam przyjemności. Czepiacie się biednego Severusa, no... Dajcie mu trochę poudawać człowieka, co? "Jemu też należy się." :-P O Dumbledorze to ty mi nic nie mów - nie lubię go, nawet jeśli w tym konkretnym fanfiku nie jest jakiś wyjątkowo zły. Wystarczą mi fanfiki, w których jest. Albo sam kanon, oj tak, kanon wystarczyłby mi w zupełności...

kate2805 Bardzo mi miło, że się zmobilizowałaś. Komentarze - konstruktywne, czyli takie jak Twój - pod tłumaczeniami karmią nie tyle mojego wena, ile Wasze zapotrzebowanie na nowe rozdziały :-D. Pewnie głównie dlatego, że wen do tłumaczeń zwykle potrzebny mi nie jest, wystarczy zapał i chęci, których, z kolei, do tłumaczenia tego konkretnego fanfika zwykle mi brak. Wasze komentarze dają mi i zapał, i chęci, i poczucie obowiązku - zobowiązałam się w końcu, czyż nie? Staram się, w każdym razie. Przyznam, że jestem w lekkim szoku, że jest to pierwsze fanfiction, jakie zaczęłaś czytać. No, ale w końcu od czegoś trzeba zacząć, nie da się ukryć. Przemiana Snape'a nigdy w tym fanfiku nie będzie tak całkowita, jak w wielu innych Severitusach, Sevitusach i Snape mentorem Harry'ego. Nie będzie przez to taka, jakie lubię najbardziej, ale, z kolei, będzie jedną z najbardziej prawdopodobnych. Cóż, wolę te mniej prawdopodobne ;-). A tu masz rację: siedzenie w otwartym pomieszczeniu w środku zimy, na gołej kamiennej posadzce zapewne, nie jest przejawem bardzo zdrowego rozsądku. No, ale Harry nigdy nie był przesadnie myślący. Może powinien raz kiedyś wreszcie złapać wilka?...

Amy Heh, prezent dla Harry'ego mamy w tym rozdziale. Też piękny, tylko pod innym względem :-D. Rozdziały pojawiają się i będą się pojawiać, gdy tylko nadążę z tłumaczeniem po tym, jak dacie mi upragnione dziesięć komentarzy pod poprzednim rozdziałem. Ostatnio pobijacie w tej dyscyplinie wszelkie rekordy, aż nie mogę za Wami nadążyć. Ale staram się. Ten rozdział jest zdecydowanie szybciej niż był poprzedni. Tak jak mówisz: byle tak dalej ;-).

Hakkajrii Ach, Severus może dużo z wielu powodów. Nie powiem, że go nie rozumiem, choć z drugiej strony nie chciałabym być celem jego gniewu. A tym bardziej zemsty. Bo co jak co, ale mścić to on się potrafi... Rzeczywiście, jak się tak pomyśli, to właściwie nie wiadomo, jak Snape przetrwał te - ile? trzy? - miesiące w Azkabanie. Nie miał żadnej ochrony przeciw dementorom. No chyba żeby planowanie zemsty... Śnisz. Gdybyś go przytuliła, taki komentarz mógłby być najlepszym, co by Cię spotkało. Ja bym tam raczej widziała jakieś paskudne klątwy w grze, z Sectumsemprą włącznie. Może zrozumiałabym powody, dla których Harry siedział w sowiarni - pokazanie czegoś ojcu wydaje mi się pierwszym możliwym, chociaż nie ostatnim - gdyby sam Harry cokolwiek pisnął na ten temat. A tak to się mogę najwyżej domyślać...

Cardieli Proszę. Zawsze dostaniesz ode mnie odpowiedź na komentarz w następnym rozdziale. Jak każdy komentujący :-D. Komentuj, komentuj, komentarze karmią Was nowymi rozdziałami ;-). Też się nie dziwię nastrojom Severusa przed odesłaniem do Azkabanu - w końcu miał obiecane coś zupełnie innego. I pewnie miał rację, że gdyby był jednym z Huncwotów, Dumbledore na głowie by stanął, żeby go przed więzieniem uchronić. Z drugiej strony w sprawie Syriusza - gryfona, było nie było - nie kiwnął nawet palcem, o ile mi wiadomo. Więc może wcale nie byłoby tak do końca. Harry krótko po urodzeniu, jak rozumiem, po prostu w ogóle nie był podobny do Jamesa, pod żadnym względem, a do Lily tylko trochę. Czyli, jak to się mówi, dziecko kominiarza... Nos Snape'ów, jak się okazało, nie jest aż taki zły, przynajmniej nie w wersji Harry'ego - lalusia :-P.

Madlen Nie ciesz się za wcześnie, Severus nigdy się tu nie zmieni tak bardzo, jak by mógł. Co najwyżej trochę mu przejdzie nienawiść do syna, ewentualnie zacznie czuć do niego pewne przywiązanie... i poczucie własności :-P. Harry jest, na dobrą sprawę, przystosowany do takiego Snape'a, jakiego dostaje - nie wiem, czy bardziej by go nie zniszczyło, gdyby Snape nagle zaczął być czuły i kochający. Na razie Harry jakoś sobie radzi. A Snape trochę się jeszcze poprawi; nie za dużo, lecz trochę zawsze. I tak, masz rację, traumatyczne zdarzenie będzie wchodziło w grę. Za jakiś czas ;-).