Od autorki: No niestety, to nie Mendoza nakrył naszych szantażystów. Sierżant wrócił nieco później i teraz ma poważne zmartwienie. Na szczęście także przyjaciela, gotowego mu doradzić ;-)
Rozdział 14. Dobry przełożony
– Na co czekasz, kapralu? – Alcalde zaczyna tracić cierpliwość. – Strzelaj!
Jakkolwiek wiele można zarzucić Luisowi Ramone, tak nie okrucieństwo wobec swoich żołnierzy. Mimo że zwykł wygrażać podwładnym, nigdy nie podniósł ręki na żadnego z nich. Bez mrugnięcia okiem wysyłający na szafot zalegających z podatkami mieszkańców pueblo, przewinienia lansjerów karze obniżką żołdu, musztrą czy dodatkowym patrolem. Ostatnie mordercze treningi należały do najsurowszych z kar.
Również teraz Ramone pozwala zrehabilitować się Gomezowi.
Wówczas najgorsze z potencjalnych przestępstw, jakich może dopuścić się żołnierz, nie pozostawiło alcalde wyboru. Przyłapani na szantażowaniu kolegi szeregowi Perez i Sanchez przyrzekali wprawdzie, że powodem ich oskarżeń są osobiste zatargi, zaś podejrzeniom daleko do pewności, jednak Ramone nie dał się zbyć i zarządził natychmiastowe przeszukanie kwatery Gomeza. Na swoje nieszczęście kapral nie dość dokładnie zmył ślady krwi.
O dziwo, alcalde nie wpadł w furię. Lodowato ponurym tonem wydał rozkaz aresztowania podwładnego i z budzącym grozę spokojem wysłuchał wyjaśnień Pereza i Sancheza o utrudniającej rozpoznanie sylwetek odległości, ciemności i „lekkim" rauszu, do jakiego umniejszyli swój stan z tamtej nocy. Przyjął je bez wnikania w szczegóły i, ku nieopisanej uldze szeregowych, ukarał ich jedynie czasowym zawieszeniem w prawach i obowiązkach. Świadomi, co grozi za ukrywanie przestępstwa i że upiekło im się tylko dlatego, że alcalde nie mógł sobie pozwolić na stratę tylu ludzi ze skromnego garnizonu, zdali broń i z pełnym zaangażowaniem zajęli się pracami, uważanymi w wojsku za uwłaczające godności munduru.
Gomez nie przyznał się do winy. Podczas przesłuchania w celi był jednak za bardzo przerażony, by wydobyć z siebie coś więcej niż samo zaprzeczenie zarzutom. A dowody były zbyt poważne, by alcalde mógł uwierzyć niczym niepopartym słowom kaprala. To nie było niewinne podbicie ręki trzymającej broń, na jakie pozwalał sobie Mendoza. Jawna zdrada, pomoc udzielona przestępcy, nie mogła zostać ukarana krzykiem i obelżywymi epitetami, mozolnymi ćwiczeniami, czy choćby dożywotnim obejmowaniem warty w pełnym słońcu. Karą za zdradę jest śmierć i Ramone nie mógł wydać innego wyroku. Nie, jeśli chciał zachować posłuch i autorytet wśród podwładnych oraz skutecznie przestrzec ich przed sprzyjaniem Zorro. Fakt, że Gomez nie miał zostać powieszony, a rozstrzelany, zaś egzekucja, zamiast na głównym placu pueblo, miała się odbyć za zamkniętą bramą koszar, był w tej sytuacji świadectwem wielkiej wyrozumiałości alcalde.
Teraz Ramone także okazuje łaskę. Niestety to, co jest wielkodusznością w oczach tyrana, oznacza dramat dla poczciwego człowieka. Sierżant Mendoza rozumie opór kaprala przed pociągnięciem za spust. I czuje się winny. Gdyby nie argument, że może pomóc tylko pozostając wolnym od zarzutów, gdyby nie świadomość, że sam nie sprosta próbie lojalności... Mimo przerażenia byłby gotów zastąpić podwładnego. Chciał wziąć na siebie odpowiedzialność już po tamtym aresztowaniu Gomeza, skutkiem czego zapewne obaj byliby dziś martwi, gdyby nie...
Gdyby nie don Diego (niech go Bóg błogosławi!), którego spotkał zaraz po powrocie z patrolu. O wydanym na kaprala wyroku huczało wówczas całe pueblo. Widząc, że na wieść o mającej się odbyć wieczorem egzekucji, pod Mendozą ugięły się nogi, de la Vega niemal siłą zaciągnął go do tawerny i, posadziwszy przy stole w kącie sali, nakłonił do wyjawienia, co wydarzyło się w noc po postrzeleniu Zorro.
– I co mu powiecie, sierżancie? – zapytał, gdy blady jak ściana Mendoza, po krótkiej relacji, oświadczył, że musi natychmiast porozmawiać z Ramone.
– Że to nieprawda, że tamci byli kompletnie pijani...
– Jeśli alcalde da się przekonać, poniosą surową karę – stwierdził caballero. – Nie tylko oni – dodał, troskliwie spoglądając na sierżanta. – Również wy odpowiecie za tolerowanie i zatajanie pijackich wybryków.
– Mniejsza o mnie – ponuro odparł Mendoza. – Ale macie rację, don Diego. Nie mogę narażać moich ludzi. – Westchnął ciężko i zdecydował. – Wezmę winę na siebie.
– W ten sposób nie uratujecie kaprala, sierżancie – sprzeciwił się de la Vega. – Zginiecie obaj. A jeśli wierzyć słowom żołnierzy, Gomez nie przyznał się do zdrady – zauważył, wdzięczny, że lansjer nie odciął sobie drogi ratunku.
– Więc co mam zrobić, don Diego? – jęknął zrozpaczony Mendoza. – Nie mogę pozwolić...
– Myślę, że najlepiej zostawić to Zorro. Na pewno zechce odwdzięczyć się kapralowi.
– To nie wchodzi w grę. – Sierżant ze smutkiem pokręcił głową. – Zorro jest ranny.
– Nie aż tak poważnie, z tego, co mówicie. Poza tym minęło już parę dni. I znacie przecież Zorro – uśmiechnął się łagodnie – więc wiecie, że nie zawsze wybiera rozwiązania siłowe.
– A jeśli się nie zjawi? Jeśli nie zdąży? Jeśli mu się nie uda? – zamartwiał się Mendoza.
– Spróbujemy zyskać na czasie – pocieszył go caballero i, obrzuciwszy spojrzeniem salę, nachylił się w jego stronę.
Po blisko półgodzinnej naradzie nieco uspokojony sierżant skierował się do wyjścia z gospody.
– Mil gracias, don Diego – podziękował, na pożegnanie spontanicznie ściskając rozmówcę. – Que Dios lo bendiga! – Napięcie, jakie nie opuszczało go od tamtej nocy, nie pozwoliło mu dostrzec, że młody de la Vega nie wygląda ostatnio najlepiej. Tym bardziej teraz, głęboko przejęty aresztowaniem kaprala, nie zauważył lekkiego skrzywienia, które przemknęło przez twarz mężczyzny.
– Proszę się nie martwić, sierżancie – powiedział jeszcze Diego. – Porozmawiam z padre Benitezem. Na pewno zgodzi się zniknąć na kilka dni.
W rzeczywistości caballero nawet nie przystąpił do realizacji obmyślonego w tawernie planu. Znał system wartości alcalde na tyle dobrze, by wiedzieć, że niemożność pojednania się z Bogiem nie przedłuży skazańcowi życia. Zanim przekonał się o tym również Mendoza, Zorro przydybał go w pueblo i przedstawił mu własny pomysł na udaremnienie egzekucji. Odniesiona niedawno rana nie przeszkodziła banicie spłacić zaciągniętego u Gomeza długu.
Wtedy, unieszkodliwiając muszkiety zgodnie ze wskazówkami Zorro, sierżant pomógł ocalić kaprala. Drogę ratunku wskazał i teraz.
Dla żołnierza taki przełożony to prawdziwy skarb.
Cdn.
