Na właściwej wyspie pojawili się tylko komentatorzy, Casper ze swoją sojuszniczką oraz Nesdro.
- Mam pewne pytanko. Nie powinno nas być... Nieco więcej? - Zapytał nieco znudzonym głosem.
- Wiń Shane'a i jego niesamowite skąpstwo. - Odparła Cassandra. - To normalne, że coś po raz kolejny się zepsuło.
- Coś w tym jest. - Dodał Fergard, przysiadając na kamieniu. Półdemon powiódł wzrokiem najpierw po zebranych, później po okolicy. Dostrzegł starego znajomego Nesdro, który jakby był nieco bardziej rozluźniony niż przed teleportacją - Co mogło mieć związek z tym, że nigdzie nie było widać jego przeciwnika. Gorgutz nie zwracał uwagi na to, co dzieje się dookoła, wpadając w jakiś tok rozmyślań. Cassandra była zirytowana zaistniałą sytuacją, co było widać po tym, że nieco się nastroszyła i zaczęła chodzić nerwowo w kółko. Casper zaś mówił coś do swojej towarzyszki. Fergard przyjrzał się jej dokładnie - Niesamowite, ale nie potrafił jej skojarzyć. Kojarzył elementarnego samuraja Marcusa, karciarza Rattenbergera, uzdrowicielkę Kate i białowłosą Bell. Ale za cholerę nie potrafił skojarzyć aktualnej sojuszniczki Caspra. Dziewczyna ta była krótko ściętą blondynką o błękitnych oczach, średniego wzrostu. Na sobie miała różową bluzę od dresu, dżinsy, białe adidasy oraz białe rękawice ze stalowymi ćwiekami. Fergard zauważył, że na czubkach jej adidasów również znajdują się - nieco mniejsze i mniej zaostrzone - ćwieki. W jej spojrzeniu była czysta pewność siebie wymieszana z niegasnącym optymizmem. Starszy Stratoavis jednak nie słyszał, o czym obydwoje mówili.
- Dzięki za wsparcie. - Mruknął okularnik.
- Nie ma sprawy. Czego nie robi się dla dobrego przyjaciela? - Odparła blondynka, uśmiechając się lekko. - Ach, tego mi było trzeba: Porządnego rozwalania cudzych łbów.
- Kiedy do ciebie dzwoniłem, w pewnym momencie przeszło mi przez głowę, że mogło cię to znudzić. W końcu dla kogoś, kto pokonał Szablę w walce 1 na 1, nie znajdziesz już równiejszego przeciwnika.
- Zapominasz o tych wszystkich magach, którzy chowają się za tymi swoimi magicznymi tarczami. - Dziewczyna skrzywiła się. - Nie, magowie nie są porządnymi przeciwnikami. Ich największą wadą jest to, że nigdy nie walczą fair.
- Być może.
- Ale swoją drogą nie spodziewałam się zobaczyć tu ciebie. Nie sądziłam, że...
- Bawią mnie podobne widowiska? Może odrobinę. Ale po coś tu przybyłem.
- Ach, te twoje idealistyczne poglądy. - Blondynka uśmiechnęła się krzywo. - Niech zgadnę: Coś, co jest w stanie choć odrobinę cię wesprzeć w twojej samotnej krucjacie?
- Possible. - Odparł w elfickim Stratoavis. - Wracając do tematu, zanim ponownie się spotkaliśmy, wszędzie było słychać o "Niezwykle utalentowanej w sztukach walki nastolatce, która wyzywa każdego na pojedynek i następnie wgniata go w ziemię". Jednocześnie jednak można było usłyszeć o "Niezwykle utalentowanej w sztukach walki nastolatce, która ponownie uratowała niemowlę z płonącego budynku".
- Widzisz w tym coś dziwnego?
- Nie, mogę za to stwierdzić, że zaimponowałaś mi. Do tej pory myślałem, że by być największym postrachem wrogów, nie można być największym wolontariuszem.
- Cieszę się, że nieco zmieniłam twój wzór patrzenia na świat.
- Nie zmieniłaś. Postrzegam twój przypadek jako ewenement, jedyny i niepowtarzalny. - Casper odchrząknął. - Ze wszystkich tak potężnych wojowników, jakich znam(Wyłączając siebie), absolutnie żaden nie oddaje się pomaganiu niewinnym. Szabla, Alvin, o Nekrosie czy Mercilessie nie wspomnę... Choć nie, oni posługują się magią.
- Szabla także.
- Fakt, aczkolwiek preferuje on nade wszystko swoją "Radę Pedagogiczną" - To wielkie bydlę z obsydianu. - Mruknął kwaśno chłopak, mówiąc o dwuręcznym mieczu Szabli. - Ale gdy patrzę na ciebie, dochodzę do wniosku, że absolutnie się nie zmieniłaś. Wciąż jesteś pomocna, lubisz rywalizację, no i świetnie wyglądasz.
- W przeciwieństwie do ciebie.
- Że źle wyglądam?
- Nie. Zmieniłeś się... Sama nie wiem, czy nie na gorsze. Ten chłód, który bije z całej twojej sylwetki...
- Można się przyzwyczaić. - Do dwójki rozmawiających podszedł Nesdro.
- Ekhem... Mogę go na chwilkę zabrać? - Zapytał niepewnie, wskazując na Caspra.
- Nie widzę przeciwwskazań. - Stwierdzili równocześnie Casper i jego towarzyszka.
- Jeszcze raz dzięki za pomoc, Kim. - Mruknął dodatkowo okularnik do dziewczyny.
- Luzik. - Blondynka mrugnęła do niego porozumiewawczo, po czym, wykręciwszy wcześniej salto do tyłu, wylądowała miękko na pobliskim głazie. Gorgutzowi chyba odpadł ten mechaniczny kawałek szczęki...
- A więc, w czym ci jestem potrzebny, liszu? - Zapytał młody Stratoavis, patrząc na znerwicowanego nieumarłego.
- Dobrze znasz Negę? - Zapytał niepewnie.
- Taak... - Brew Caspra uniosła się lekko.
- Czy możesz... Podać mi jakąś skuteczną taktykę na tego potwora? - Chłopak parsknął śmiechem.
- Skuteczną taktykę na Negę?! - Okularnik otarł łezkę, wciąż krztusząc się ze śmiechu. - On jest równie nieprzewidywalny co ja, nawet bardziej. A ty chcesz, bym streścił ci jakąś skuteczną taktykę? - Casper spoważniał. - Jedyne, co ci mogę doradzić, to trzymać dystans, i ZA ŻADNE SKARBY ŚWIATA się do niego nie zbliżać. Fakt faktem, Nega używa magii, więc i z daleka potrafi ugryźć, ale to - powtarzam - jedyna rada. - Lisz już chciał poprosić o następną, ale nagle z gęstwiny lasu wybiegł Balor. Wyglądał... Źle: Był zakrwawiony, obity, zaś w lewej ręce trzymał swoją prawą rękę. Odciętą. No i był biały jak kreda.
- P...Po...Popo... - Goblin wywrócił białkiem oka, po czym padł na ziemię, nieprzytomny.
- Ktoś ma jakiś pomysł? - Zapytał Fergard beztrosko. Nim ktokolwiek zdążył się naradzić, z lasu wypadła Lassie. Wyglądała nieco lepiej niż jej poprzednik: Przede wszystkim jej jedyną raną było głębokie nacięcie na brzuchu. Oddychała ciężko. Cassandra nie czekała już na czyjś plan, tylko pośpieszyła w jej stronę.
- Co się stało? - Zapytała, porządnie znerwicowana. Jej rozmówczyni w odpowiedzi opluła swoją krwią jej twarz, po czym szepnęła:
- Gwardia... Space Marines. - Gorgutz nie wahał się ani chwili dłużej. Z donośnym "WAAGH!" na ustach rzucił się w stronę lasu, wymachując kończynami. Dołączył do niego Nesdro, także Fergard ruszył za wielkim orkiem. Casper oparł się o pobliskie drzewo, po czym zaczął nucić pod nosem "Time to Say Goodbye" Andrey Bocelliego. W międzyczasie Cassandra i Kim przeniosły zarówno Lassie, jak i Balora w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
- Dobra, chodźmy tam. - Okularnik wyprostował się, po czym dobył obu mieczy. - Przynajmniej będzie się działo coś ciekawego.
- Mógłbyś włożyć w to nieco więcej serca i uwagi. - Stwierdziła kwaśno Kim.
- O, wybacz. - Casper nabrał powietrza, po czym wyrzucił z siebie donośnym, patetycznym głosem:
- W imię prawości i dobra, idźmy tam i zgniećmy siły zła! - Cass mimowolnie parsknęła śmiechem. Tymczasem wciąż widowiskowo napuszony Stratoavis wkroczył dostojnym krokiem między zieloną gęstwinę lasu.
- Gah, zapomnij, że cokolwiek mówiłam. - Stwierdziła dobiegająca do niego blondynka. Casper w odpowiedzi uśmiechnął się lekko, po czym ruszył biegiem w stronę odgłosów walki. Po drodze minęli się z Nesdro(Który niósł ze sobą nieprzytonego Marcusa) i wypadli wprost na polankę, gdzie Adeon, Kate, Gorgutz, Fergard, Murphy i Luna odpierali ataki kilkudziesięciu Gwardzistów, kilkunastu Marine(Casper zauważył, że mają na swoich zbrojach znaki Space Wolves) oraz sporadycznie przejeżdżającej przez pole bitwy "Chimery". Gdzieś między drzewami usłyszał głuchy huk. Snajper. Nie czekając na swoją sojuszniczkę, ruszył biegiem w kierunku ostrzeliwujących się Gwardzistów. Ktoś tam krzyknął, żeby uważać i zmienić cel, ale było już za późno - Stratoavis widowiskowo dokonał rzezi nieprzygotowanych żołnierzy, tnąc dookoła.
- Do diabła, sprowadzili posiłki! - Warknął Marine bez hełmu, chyba przywódca grupy uderzeniowej. Mruknął do słuchawki:
- Ten w okularach jest twój.
- Przyjąłem, Bracie - Sierżancie. - Odparł cicho głos z słuchawki. Tymczasem nagłe przybycie wsparcia chyba nieco zwiększyło morale osaczonych.
- Hej, zakute łby! - Warknął Murphy, odbezpieczając jedną z "puszek". - Łapcie! - Ghul rzucił nibybombą w środek Marines.
- Wszyscy do tyłu! - Wrzasnął przywódca. Każdy z nadludzi znalazł jakieś schronienie, przejeżdżająca obok "Chimera" miała mniej szczęścia. Potężny wybuch wywrócił ją na bok, zaś chwilę później cała maszyna zajęła się ogniem. Kierowcy cudem udało się ją opuścić. Płonąca sylwetka z wrzaskiem na ustach zaczęła miotać się po polu bitwy. Jego cierpienia skrócił nieco Adeon, trafiając go strzałem z remingtona w głowę.
- Adeon - 1, Marines - 0. - Stwierdził, wracając do sączenia papierosa pod skałą. Kate opatrywała Gorgutza i Lunę, Fergard walczył z trzema Marines, Murphy przeładowywał swoje pistolety strzałkowe za drzewem, Kim wyszukiwała słuchem zakamuflowanego snajpera, zaś Casper brutalnie dekapitował ostatniego pozostałego przy życiu Gwardzistę. I wtedy padł strzał. Podłużny pocisk poszybował w stronę chłopaka, trafiając go w plecy. Ktoś tam krzyknął, zaś Stratoavis osunął się na kolana, zamroczony. Sytuację wykorzystał Sierżant rozbitej już grupy, odpinając od pasa miecz i unosząc go w górę.
- Śmierć heretykom! - Wrzasnął fanatycznie, opuszczając ostrze z impetem. Nie udało mu się jednak - Kim pokrzyżowała jego plany. Potężny kopniak wepchnął Marine na drzewo, łamiąc je niczym zapałkę(A była to palma). Blondynka skinęła na Kate, która pomogła jej przenieść półprzytomnego okularnika w bezpieczne miejsce.
- A co ty tutaj robisz?! - Zdziwiła się uzdrowicielka, widząc starą znajomą.
- To długa historia... - Odparła wymijająco Kim, unikając trafienia przez jakiegoś śmiertelnie ranionego przez Fergarda adwersarza. Tymczasem sierżant podniósł się chwiejnie, w oczach miał ogniki. - Zaraz wracam. - Blondynka zaszarżowała na nadczłowieka, który akurat zdążył założyć rękawicę energetyczną. Jak się później okazało, nie za wiele mu pomogła. Kate wymierzyła pierwszy cios, w podbrzusze(Była dużo niższa od przeciwnika), a gdy zaskoczony adwersarz się skrzywił, potężnym podbródkowym powaliła go na ziemię. W tak zwanym międzyczasie Fergard i Murphy wykończyli ostatnich Marines. Wciąż jednak pozostawał problem snajpera, który bez przeszkód szył sobie do najsłabszych ogniw obrony(vide Kate). Nagle jednak dało się słyszeć cichy jęk, po którym nastąpił rumor i odgłos szeleszczących liści wraz z łamanymi gałęziami. Po paru sekundach z jednej palmy spadł snajper, z kulą w piersi.
- Nigdy nie wycofuję się, jeśli sprawa wciąż się waha. - Stwierdził wychodzący z haszczy Nesdro, trzymając jeden ze swoich pistoletów w opancerzonej dłoni. Tymczasem Adeon beznamiętnie oglądał, jak Kim obija półprzytomnego Sierżanta. Marines odznaczają się nadludzką wytrzymałością na obrażenia, siła uderzeń dziewczyny musiała być więc równie nadludzka. Po kolejnym uderzeniu złapała nadczłowieka za szyję i szarpnęła, pociągając jego głowę na wysokość jej twarzy.
- Kto was nasłał? - Warknęła, błyszcząc oczyma. Marine uśmiechnął się.
- Zabij mnie, a i tak niczego się nie dowiesz. - Blondynka uniosła pięść do ostatecznego uderzenia, powstrzymał ją jednak Adeon, chwytając za ramię.
- Zaczekaj. - Poprosił, nachylając się nad Marine. Ten tylko splunął mu w twarz.
- Po raz kolejny ci się poszczęściło, heretyku. - Warknął. - Ale nie martw się - Po nas przyjdą następni, a za nimi stać będzie trzech za jednego.
- Zaś wrogowie odczują siłę uderzenia Dzieci Imperatora i umrą, heretykami będąc. - Odparł Falcontet, cytując jeden z ustępów "Biblii Marines".
- Zaś nieliczni, którzy zechcą odpokutować swe zbrodnie i zdradę jedynego słusznego Zbawcy Ludzkości, umrą rozgrzeszeni.
- Amen. - Uciął Adeon, pozbawiając przytomności Marine. Rzucił okiem na pozostałych, po czym zapatrzył się w dal. "Kiedyś może przyjdzie im do głowy, że źle robią", pomyślał smutno, podnosząc się.
- Trzebaby ich wszystkich pozabierać. - Stwierdziła Kate, patrząc z pewnym przerażeniem na masywnego Gorgutza.
