Cóż... tak jak się spodziewałam, to nie wyrobiłam się z tym do Halloween.
Może do przyszłego przełomu października i listopada się wyrobię XD
Ale w sumie nie zakładałam, że mi się uda, więc nawet nie jestem na siebie zła.
Zła jestem na siebie o coś innego, ale o tym sobie trochę popaplam na końcu :v
Była sobota.
31 października.
Halloween.
Dzień tej nieszczęsnej imprezy.
Toris leżał w swoim łóżku, wpatrując się w sufit i po raz kolejny zadając sobie pytanie jakim cudem dał się w to wciągnąć. Miał na to tym mniejszą ochotę, że z tego co wiedział były duże szanse na to, że Owen też tam będzie, a po tym co działo się w czwartek… wizyta u dyrektora, później informacja od Feliksa, że ktoś na niego doniósł i teoria, którą wysnuli wspólnie z Elizabetą, że to też sprawka Blevinsa…
No i jeszcze to, że w piątek na treningu kosza zaczepił go trener i zadał mu kilka pytań na temat tego jakoby kogoś pobił, napomknąwszy mimochodem, że w jego drużynie nie ma miejsca dla pospolitych bandytów, nawet jeśli mają talent do gry. Ponadto do tego dochodziło jeszcze to, że Alfred zachowywał się już najzwyczajniej w świecie podejrzanie i miał co do tego złe przeczucia. Odbył również swoją ostatnią lekcję tańca, przy czym Elizabeta wyglądała na poważnie zirytowaną… zapewne dlatego, że tym razem Feliksa nawet nie było. Po ostatniej lekcji został „porwany" przez profesora Königa, w celu omówienia kilku dodatkowych kwestii odnośnie zadania które nauczyciel mu zlecił.
Poza tym było wyjątkowo spokojnie… co było niejaką ulgą, ale też budziło w nim niepokój, bo wątpił żeby Owen stwierdził że mu odpuści, więc spodziewał się, że w końcu spotka go naprawdę niemiła niespodzianka.
Jego albo Feliksa.
A skoro o Polaku była mowa, to zastanawiał się, czy on też miał cichą nadzieję na to, że Alfred i Elizabeta doznają małego zaniku pamięci i zapomną zaciągnąć ich na imprezę. Chyba było już na tyle późno, że mógł zaryzykować wysłanie mu wiadomości…
Do: Feliks
Jaką mamy szansę na to, że Alfred i Elizabeta o nas zapomną?
Od: Feliks
Wiesz, o ile Alfred jawi mi się na taką osobę, która byłaby w stanie zapomnieć o tym, żeby zatargać swojego mrukliwego kumpla na „jedną z najlepszych imprez jakie czekają nas w szkole średniej", o tyle prędzej piekło zamarznie, niż Lizzie zapomni.
Toris miał zamiar zapytać o co blondynowi chodziło z tym „mrukliwym", ale zanim zdążył sformułować wiadomość, dostał kolejnego SMSa od Feliksa.
Od: Feliks
Tyle dobrego, że udało mi się wynegocjować to, że sam sobie ogarnę przebranie. Swoją drogą za co masz zamiar się przebrać?
Do: Feliks
Jak to „przebrać się"?
Od: Feliks
O chłopie… ja wiem jak to się skończy i już ci współczuję.
Na kolejnego SMSa, Polak nie odpowiedział, ale Litwin bardzo szybko przekonał się, co miał na myśli. Ledwie zdążył zwlec się z łóżka, umyć się i ubrać, jak ktoś zaczął dobijać się do drzwi jego pokoju. Na początku semestru miał współlokatora ze starszego rocznika, ale ów jegomość dość szybko stwierdził, że woli poszukać sobie innego lokum, niż mieszkać w akademiku. Nie potrafił tylko dociec, czy chodziło mu o mieszkanie z młodszym uczniem, w ogóle mieszkanie z kimś, czy sam akademik mu nie odpowiadał.
- I jak tam stary? Gotów na wypasioną imprezkę? - zapytał rozpromieniony Alfred, wparowując do pokoju jak tylko Litwin otworzył drzwi.
- Nie i podejrzewam, że choćbym miał dwa lata na przygotowania to nadal nie będę gotowy na przyjęcie na które nie chcę iść – odparł Toris, tłumiąc ziewnięcie.
- Nie chodzi mi o twoje podejście, bo o tym to wiem, że się nie zmieni. Chciałem zobaczyć twoje przebranie – oświadczył Amerykanin, patrząc na swego przyjaciela z wyczekującym uśmiechem. Po kilku minutach milczenia, jego uśmiech przerodził się w spojrzenie z gatunku „chyba sobie żartujesz".
- Na swoją obronę mogę powiedzieć, że nie mówiłeś mi, że trzeba jakieś mieć – powiedział Toris, unosząc dłonie w obronnym geście.
- Myślałem, że to oczywiste! To jest Halloween!
- Taka drobna uwaga, która być może cię zaskoczy: Na Litwie nie obchodzi się Halloween. Nawet lepiej, w większości krajów Europy nie obchodzi się tego święta, a jeśli już to raczej nie w takim stylu jak w Stanach Zjednoczonych.
- Dobry Boże, trzeba ci coś natychmiast ogarnąć – westchnął Alfred, kręcąc głową z niedowierzaniem, nie zwracając zbytniej uwagi na słowa swojego kumpla. - Zbieraj się, idziemy!
Ostatnia wiadomość, jaką Feliks odebrał od Litwina, nie była specjalnie długa. A mianowicie jej treść brzmiała „Ja pierdolę...", uznał więc, że jego przewidywania były jak najbardziej słuszne i że pewien Amerykanin w ostatniej chwili ogarnął, że pasowałoby się upewnić, iż jego najlepszy kumpel ma jakieś przebranie. Dzięki temu jeszcze bardziej podziwiał się za to, że wynegocjował z Lizzie, że sam sobie ogarnie kostium. Początkowo miał zamiar namalować jakąś durnie wyglądającą twarz na papierowej torbie, założyć ją sobie na głowę i iść w dżinsach, oraz t-shircie z napisem „I was born like that". Doszedł jednak do wniosku, że Elizabeta nie doceni jego wysiłku i wspaniałego poczucia humoru i zabije go na miejscu, jak się jej tak pokaże wieczorem. Ale całe szczęście wpadł na inny pomysł… taki za który Węgierka zabije go trochę później. Swoją drogą musiał przyznać, że Halloween w Stanach to było… naprawdę coś.
Obserwowanie jak z każdym kolejnym dniem przybywa halloweenowych dekoracji, było całkiem fascynujące… nie wspominając o tych osobach, które swoje domy udekorowały grubo przed czasem. A dziś oczekiwanie osiągało punkt kulminacyjny, jeszcze nie wybiło południe, a już, wedle relacji Lizzie, niektórzy ludzie łazili poprzebierani w swoje stroje. Zwłaszcza małe dzieci nie mogły się już doczekać i tak oto po ulicach panoszyły się grupki małolatów, omawiając swoje plany na tradycyjną zabawę w „cukierek albo psikus" z godnym podziwu podejściem strategicznym.
W sumie przemknęło mu przez myśl, czy nie dobrym pomysłem byłoby wymknięcie się z tej całej imprezy i wkręcenie się do jakiejś grupy dzieciaków. Nie pogardziłby gdyby udało mu się zgarnąć trochę słodyczy za darmo i wyjątkowo pobłogosławiłby swój nieszczególnie imponujący wzrost, dzięki czemu taka sztuczka mogłaby mu się udać. Chyba wzięcie ze sobą jakiejś reklamówki albo czegoś w tym stylu nie było złym pomysłem… tak na wszelki wypadek. Ale to należało do tej kategorii rzeczy, które mógł sobie ogarnąć już przed samym wyjściem. Do tego momentu zostało sporo czasu, więc na spokojnie z niego korzystał i to nawet w pożyteczny sposób, a mianowicie siedział sobie nad tymi flagami, które zlecił mu König. Wyjątkową rzeczą było to, że miał wszystko ładnie uporządkowane… no może poza przyborami artystycznymi, ale poza tym panował wyjątkowy ład, miał listę z pozycjami do odhaczenia, miał teczki podzielone kontynentami, w których składował gotowe prace… sielanka.
Przynajmniej do czasu, kiedy jego telefon znów zawibrował, informując go o nowych wiadomościach.
Od: Tetris
Jezu Chryste pomocy.
Do: Tetris
Jak chcesz pisać z Jezusem to sorki, ale pomyliłeś numery.
Od: Tetris
Bardzo zabawne, ja tu serio potrzebuję pomocy. Okazuje się, że kiedy w grę wchodzi przebranie na Halloween, to Alfred zmienia się w krytyka mody. Przeszliśmy już chyba ze trzy sklepy, a ten dalej twierdzi, że nie weźmiemy byle czego...
Do: Tetris
To trochę jak iść z mamą na zakupy ubraniowe... No ale wiesz, Amerykanie podchodzą do tego bardzo poważnie. Nawet poważniej niż do tej pory sądziłem.
Od: Tetris
Ale że aż tak? Już pominę fakt, że to ma być kostium dla mnie a nie dla niego, a mnie to wisi za co się przebiorę. Do: Tetris
Nie oglądałeś nigdy żadnego filmu/serialu, nie czytałeś książki etc. w których przewinąłby się chociażby fragment o Halloween? Podsłuchałem wczoraj rozmowę kilku dzieciaków i doszedłem do wniosku, że ich poziom planowania strategicznego odnośnie wyprawy po cukierki jest o wiele bardziej ogarnięty niż manewry wojsk NATO.
Od: Tetris
Oglądałem różne filmy/seriale, czytałem różne książki i żadna z tych rzeczy nie przygotowała mnie na Alfreda. Poza tym wyobraź sobie, że niektóre przedstawione w dziełach popkultury rzeczy nie do końca zgadzają się z rzeczywistością. Przykładowo przerwy pomiędzy lekcjami w amerykańskich szkołach o dziwo nie ciągną się w nieskończoność, tak jak sugeruje wiele z tych dzieł.
Do: Tetris
Okej, punkt dla ciebie, mnie też moja wiedza na temat Węgier i mieszkańców tego kraju nie przygotowała na starcie z Lizzie. Ale mimo wszystko o konieczności wykombinowania sobie przebrania powinieneś wiedzieć.
Od: Tetris
Nikt mi nie powiedział, że to będzie impreza-maskarada! Dlaczego tylko ja znowu o czymś nie wiem?!
Do: Tetris
A tego to ja ci już nie powiem. Chociaż mam teorię, że to przez pewną różnicę pomiędzy naszymi osobistymi kuratorami socjalnymi. Lizzie jak już mnie w coś wkręca, to dba o to, żebym znał niezbędne szczegóły, chyba, że planuje jakąś niespodziankę. Alfred z kolei wychodzi z założenia, że albo już wszystko wiesz, albo sam się domyślisz/dowiesz, nawet jeśli masz to w kompletnym poważaniu i nie podejmujesz żadnej inicjatywy żeby zdobyć odpowiednie informacje.
Od: Tetris
Weź się zamień.
Do: Tetris
Pffff, chyba cię chłopcze pojebało. Lizzie przynajmniej przyjmuje do wiadomości niektóre fakty i chociaż część moich postulatów, oraz ewentualnych protestów. Alfred jest jak amerykańska demokracja, z buta wjeżdża i nie patrzy czy masz jakieś „ale". Na niego potrzeba naprawdę solidnych argumentów.
Od: Tetris
Na przykład?
Do: Tetris
Osobiście polecałbym cegłę i szybki powrót na Litwę, zanim delikwent odzyska przytomność.
Od: Tetris
… A coś mniej drastycznego?
Do: Tetris
Nie wiem. Twój najlepszy kumpel, twój największy problem. Chociaż gdybym był na twoim miejscu, to na tym etapie najpewniej po prostu przeszedłbym w tryb „mam wyjebane" i grzecznie poczekał, aż mój oprawca wybierze mi jakieś wdzianko (oczywiście w granicach zdrowego rozsądku), bo zapewne tak to się skończy. Także ten, powodzenia, ja mam randkę z flagą Turkmenistanu i wyciszam telefon, bo to będzie ciężka przeprawa.
Od: Tetris
Tak swoją drogą, poważnie König kazał ci samemu namalować flagi wszystkich państw na świecie? To nie jest jakaś nowoczesna odmiana niewolnictwa?
Do: Tetris
Raczej odmiana skrajnego masochizmu z mojej strony, bo profesor powiedział, że jeśli chcę to mogę sobie znaleźć kogoś do pomocy. Rozważę tą opcję, jeśli będę miał realne obawy, że się do Bożego Narodzenia nie wyrobię, a póki co mam świetną wymówkę, żeby siedzieć w pokoju, a Lizzie nie mogła się tego uczepić.
Od: Tetris
Uh huh... całkiem sprytne, ale mimo to też uważam, że powinieneś chociaż wyjść na spacer od czasu do czasu. Zgnijesz w tym pokoju.
Do: Tetris
Brzmisz jak moja mama, pozwól jednak, że oleję twoje uwagi. Ciebie, w przeciwieństwie do Lizzie i mojej mamy, się nie boję.
Od: Tetris
Udowodniłeś to przed tą lekcją angielskiego, na której dowiedziałem się, że stolica mojego kraju jest strefą erogenną Europy.
Od: Tetris
Uh… Alfred chyba zorientował się, że zajmuję się czymś innym, niż szukaniem perfekcyjnego przebrania na wieczór…
Do: Tetris
I dobrze ci tak, za przerywanie mojej namiętnej randki z turkmeńską flagą i powątpiewanie w moje słowa. Nie boję się ciebie, ale nie zamierzam dać sobie przywalić, żeby to udowodnić.
- A teraz grzecznie schowaj telefon i idziemy szukać ci kostiumu – zarządził Alfred, stając przed Torisem i zakładając ręce za siebie z miną godną nauczyciela, który przyłapał ucznia na używaniu telefonu na lekcji.
- Czemu sam tego nie możesz zrobić? - burknął Litwin, chowając urządzenie do kieszeni.
- Bo to ma być kostium dla ciebie, swój już mam.
- To skoro to ma być kostium dla mnie, to dlaczego nie pozwoliłeś mi kupić czegoś z tego co wypatrzyłem wcześniej?
- Bo to były chyba najbardziej oklepane przebrania w historii Halloween! A jakby tego było mało, to w budżetowej wersji, a ja nie zamierzam pozwolić na to, żeby mój najlepszy kumpel wybrał się na imprezę w byle czym!
- Alfred… - Toris wziął głęboki wdech, przykładając sobie dłoń do czoła. - Korona mi z głowy nie spadnie, jeśli moje przebranie, skoro już się uparłeś że musi być, nie będzie najwyższej klasy. A jeśli tobie ma spaść, to mogę się nie przyznawać, że się znamy.
- Ty nic nie rozumiesz – westchnął Alfred, kręcąc głową.
- No nie, nie rozumiem, a ty wcale się nie starasz, żebym zaczął – przyznał brunet. - A i jest jeszcze coś. Z takich bardziej przyziemnych powodów, najzwyczajniej w świecie nie mam kasy na to, żeby kupić sobie jakiś super wypasiony kostium, który zapewne założę raz w życiu. - Toris był niemal pewien, że Alfred prędzej by go zastrzelił, niż pozwolił mu założyć ten sam kostium dwa lata z rzędu.
- A o to nie musisz się martwić, bo od tego ja tu jestem – oświadczył Amerykanin, wskazując na siebie z dumnym uśmiechem. - Jak znajdziemy coś fajnego, to ci do tego dołożę.
- Ale ja nie chcę wyciągać od ciebie kasy – upierał się Toris. - Po prostu wezmę coś co wygląda w miarę, a przy okazji nie kosztuje dużo i… - westchnął ciężko na widok miny Alfreda. - Nie ma takiej opcji, prawda?
- Nie – odparł krótko Amerykanin, poprawiając okulary. - A teraz skończ marudzić i idziemy.
- A za co ty się przebierasz? - zapytał Litwin z rezygnacją, w duchu przyznając Feliksowi całkowitą rację. Z jedną drobną poprawką. Jeśli Alfred na coś się uparł, to nawet najcięższe argumenty nie działały. Chociaż cegły w sumie jeszcze nie próbował...
- Za Kapitana Amerykę.
- To może pomaluję twarz na czerwono i zostanę Red Skullem – mruknął Toris, przewalając oczyma. Wybór Alfreda jakoś go nie dziwił, a przebranie się za głównego wroga Kapitana pasowało mu do sytuacji w której się znajdował. W końcu źli kolesie zawsze przegrywali, a on przegrał kolejną batalię w dość krótkim odstępie czasu. Najpierw próba przekonania Amerykanina, żeby nie umawiał go z żadną dziewczyną bez jego wiedzy, potem pójście na to nieszczęsne przyjęcie, powiązane z lekcjami tańca, a teraz przegrał z kretesem bitwę o wybranie sobie przebrania.
- Co? Nie! Mój ziomek nie może przebrać się za arcywroga postaci za którą ja chcę się przebrać! - Toris tylko westchnął w duchu. Nie miał pojęcia jaką logiką Alfred kierował się tym razem, ale po raz kolejny jego próba odhaczenia kostiumu, przy rozsądnym dysponowaniu budżetem, została zniweczona.
- Hmm… chociaż… - Litwin spojrzał na swojego przyjaciela z zaniepokojeniem, gdy ten zrobił zamyśloną minę, zastanawiając się co też tym razem wpadło mu do głowy. Wzdrygnął się mimowolnie, gdy Alfred pstryknął głośno palcami i złapał go za ramię uśmiechając się szeroko. - Toris, jesteś geniuszem!
- Eee… dzięki? Tak myślę? - wydukał brunet niepewnie – Co takiego genialnego wymyśliłem?
- Swój kostium, który będzie totalnie cool! - oświadczył Amerykanin, ciągnąc go za sobą. - I nawet widziałem w którymś sklepie coś co nie zalatywało tandetą, kiedy szukałem czegoś dla siebie! Chodźże w końcu, jak jeszcze go nie kupili, to będzie ekstra, a jak będziemy mieć pecha, to trzeba będzie improwizować!
Jedyne co pozostało Torisowi, to modlić się, żeby kostium o którym mówił Alfred nie był jakoś kosmicznie drogi. No i że jeszcze był w sklepie, bo nie chciał wiedzieć, jak wyglądałaby ta „improwizacja" ze strony Amerykanina.
- Gdzie on się podziewa? - zamruczała gniewnie Elizabeta, zerkając ze zniecierpliwieniem na komórkę. Już od dobrych piętnastu minut czekała aż Feliks raczy się zjawić, zaczynając czuć się jak idiotka, stercząc przed czyimś domem w stroju zakonnicy, w którym sądząc po przytłumionym dudnieniu muzyki, impreza trwała w najlepsze. Ideę modnego spóźnienia się potrafiła zrozumieć, ale Polak powoli zbliżał się do limitu czasu, w którym ten zabieg nie był jeszcze zupełnym brakiem taktu.
- Słowo daje, jeśli uznał, że może tak po prostu olać sprawę i poszedł spać, to go tutaj własnoręcznie przytargam, choćby w piżamie! - warknęła cicho, chowając urządzenie do kieszeni. Obejrzała się przez ramię, słysząc czyjeś kroki, ale zamiast Feliksa, ujrzała jakiegoś dzieciaka w… no chyba właśnie w piżamie. Kombinezon-szkielet nie kojarzył jej się z niczym innym, wyglądało jednak na to, że był częścią kostiumu, jeśli dodać do tego czaszkową maskę i czarne trampki z motywem kości. - Och… cześć… - mruknęła, nie poświęcając chłopakowi więcej uwagi. Bardziej zajęta była planowaniem tego co zrobi Feliksowi, jak już go dorwie. Stała i tak sobie rozmyślała, w towarzystwie tego przebranego za szkieleta dzieciaka, jeszcze przez kilka następnych minut, póki z zamyślenia nie wyrwały jej znajome głosy.
- Podsumowując, cały dzień ciągałeś mnie po sklepach, żeby znaleźć mi idealne przebranie, a koniec końców spóźniliśmy się przez ciebie…
- Ziomuś, wcześniej nie zauważyłem, że mój kostium ma dziurę! Swoją drogą, dzięki za pomoc, nie wiedziałem, że umiesz szyć.
- Jakoś muszę się spłacić, ten mój „idealny kostium" kosztował krocie.
- Mówiłem ci już, że nic nie musisz spłacać!… Potraktuj to jako prezent na gwiazdkę.
- Okej, dam tej sprawie spokój, o ile na święta faktycznie nic od ciebie nie dostanę.
- Cześć chłopaki – przywitała się Elizabeta, odwracając się w stronę zbliżających się Alfreda i Torisa. Amerykanin zatrzymał się gwałtownie w miejscu, z miną jakby właśnie zobaczył ducha. - Niezłe kostiumy.
- Chryste… Lizzie... - syknął Alfred, chwytając się za serce. - Aleś mnie wystraszyła.
- Uznam to za komplement, trochę siedziałam nad tym kostiumem – uznał Węgierka, z wdzięcznym uśmiechem.
- To z tego nowego horroru, prawda? Rany, jak się uśmiechasz, to wygląda jeszcze gorzej.
- Cóż, film nie był najwyższych lotów, ale pomysł na przebranie mi się spodobał. Widzę, że wy poszliście w motyw superbohaterów… Kapitan Ameryka i Zimowy Żołnierz? Ciekawe.
Toris spojrzał z ukosa to na Alfreda, to na Elizabetę. Z jego perspektywy wyglądało to trochę tak, jakby dwóch znanych projektantów mody spotkało się przy kawie na ploteczki i dyskusję o swoich najnowszych projektach. Co do swojego kostiumu, musiał przyznać, że mu się podobał. Nie był krzykliwy i był na tyle dobrze zrobiony, że „metalowe" ramię nie było wykonane ani z materiału, ani z tandetnej folii, ani nawet z plastiku, tylko z prawdziwych, metalowych, polerowanych blaszek naszytych na materiał, była nawet maska w zestawie. Tylko przez tą dbałość o szczegóły kostium kosztował krocie, zwłaszcza dodając do tego kilka ekspresowych przeróbek, których trzeba było dokonać, żeby na niego pasował. Alfred pozostawał głuchy na argumenty cenowe, w rezultacie wywalając na niego dobrych kilkaset dolarów, pozostawiając go z zajebistym kostiumem i wyrzutami sumienia. Nie lubił dostawać drogich prezentów nie mogąc się zrewanżować, a za to jedno głupie przebranie zapewne nie da rady się odegrać przez całą karierę w tej szkole.
- A skoro już przy kostiumach jesteśmy, widzieliście gdzieś Feliksa? - zapytała Elizabeta, wyraźnie zirytowana. - Nie mówił mi za co się przebiera więc..
- A to nie on stoi obok ciebie? - zapytał Alfred ze zdziwieniem, wskazując na szkieleta.
- Nah, to tylko jakiś dzieciak…
- Patrzcie ją, ubrała jakieś koturny czy inne szpilki które dodały jej parę centymetrów i już wyzywa ludzi od dzieciaków – stwierdził szkielet, głosem który bez wątpienia należał do Feliksa.
- Może to dlatego, że przyszedłeś w… czy to jest piżama? - zapytał Toris, unosząc brew.
- To jest mój kostium – oznajmił Polak uroczystym głosem, uderzając się pięścią w pierś. - Jestem trupem.
- Trupem to ty dopiero będziesz… i to takim martwym trupem – wycedziła przez zęby Elizabeta, odwracając się powoli w stronę Polaka.
- O co ci chodzi? - zapytał Feliks, zakładając ręce za siebie.
- Kostium – powiedziała Węgierka, prostując jeden palec. - Spóźnienie – dodała prostując drugi.
- No okej, nie będę zaprzeczać, że się spóźniłem, ale powinnaś docenić fakt, że jednak przyszedłem, zamiast olać sprawę skoro i tak jestem spóźniony. No i nie mam pojęcia co ci nie pasuje w moim kostiumie.
- Na przykład to, że ufałam że włożysz w to chociaż minimalny wysiłek!
- No i włożyłem – stwierdził Feliks, wznosząc oczy ku niebu. - Poszedłem na zakupy, to już jest jakiś wysiłek. No i jest jeszcze jeden plus, dziś mam kostium, a już następnego dnia będę miał fajną piżamę, przynajmniej nie wywaliłem kasy na coś, czego nie będę zbyt często używał.
Toris tylko westchnął w duchu, z trudem powstrzymując się od posłania Alfredowi bardzo wymownego spojrzenia. Niby był w nieco lepszej sytuacji od Alfreda, bo jego kostium ze względu na kolor, oraz odpinane rękawy, można było na upartego nosić na co dzień. Ale jednocześnie wciąż był na tyle… inny, że niezbyt wpasowywał się w jego styl ubierania się.
- Dobra… na razie pal licho tą nieszczęsną piżamę – powiedziała Elizabeta, pocierając palcami skrzydełka nosa. - Kiedy indziej zmyje ci za to głowę jak należy… Wróćmy do kwestii tego, że skoro już raczyłeś się pojawić, to mogłeś chociaż dać znać, że to ty! A nie sterczę tu jak idiotka i czekam na ciebie, a ty stoisz sobie obok, podczas gdy już dawno moglibyśmy być w środku!
- Ale ja tam nie chcę iść – odparł z uporem Feliks. - To raz, a dwa, to po tym „cześć" z twojej strony byłem pewny, że się domyśliłaś że to ja! Myślałem, że po prostu czekamy na nich! - stwierdził, wskazując na Litwina i Amerykanina. - Znaczy, może nie koniecznie na nich, ale na kogoś na pewno.
- Mam propozycję – odezwał się nagle Alfred. Odniósł wrażenie, że Feliks i Elizabeta dopiero się rozkręcają, a on chciałby w końcu dotrzeć na przyjęcie. - Dokończycie tą rozmowę w środku, dobra? Impreza trwa w najlepsze, a my zamiast dobrze się bawić, stoimy po ciemku na środku ulicy.
- Nikt wam nie zabronił po prostu nas zignorować i wejść do środka, ale masz rację, chodźmy już – zgodziła się Węgierka, ruszając w stronę drzwi. - Później się policzymy – rzuciła przez ramię do Feliksa, posyłając mu przy tym mordercze spojrzenie.
- I weź tu zrozum kobiety, nie mam pojęcia o co ona się tak ciska – burknął Polak. Chcąc nie chcąc powlókł się za Alfredem i Lizzie, w towarzystwie Torisa. Twarz Litwina przybrała taki wyraz, jakby już był całym tym przyjęciem zmęczony, mimo że „zabawa jeszcze się nie zaczęła", więc uznał, że powinien chociaż częściowo go rozumieć. - Mogła chociaż zapytać: „Hej, czy to ty, Feliks?"…
- Myślę, że w najbliższej przyszłości wypunktuje ci wszystko co jej nie pasowało – stwierdził Toris, wzruszając ramionami. - W sumie też spodziewałem się, że twój kostium będzie bardziej ambitny. Coś mi mówi, że następnym razem Lizzie nie da ci wolnej ręki w tej kwestii.
- Nie wiem czy pamiętasz, ale dążę do tego, żeby drugiej takiej okazji nie było...
Litwin ledwie powstrzymał się od uwagi, że marnie mu idą te dążenia i ponownego wyrażenia swoich wątpliwości, czy blondyn aby na pewno chce wylecieć z UWHS. Nie chciał po raz kolejny zirytować Feliksa i stracić potencjalnego towarzysza do podpierania ścian na imprezie.
-… W każdym razie, nie chciało mi się zbytnio wysilać.
- To widać… przyszedłeś tylko w piżamie?
- Nie wiem czemu tak cię to interesuje i czy powinienem się martwić tym że o to pytasz, ale nie, mam pod spodem coś jeszcze.
- Dlaczego co chwilę insynuujesz mi, że mam jakieś podejrzane intencje? - westchnął Litwin.
- Bo masz tendencje do zadawania dziwnych pytań – odparł uprzejmie Polak. - Ja tam uważam, że moje przebranie jest perfekcyjne. Nie wymagające wiele wysiłku i zwiększające bezpieczeństwo. Mam maskę, piżamka ma kaptur, a jeśli moje założenia okażą się słuszne i w środku będzie co najmniej kilkanaście innych szkieletów, to nie będę się bardzo wyróżniał. Czyli jest mniejsza szansa, że ktoś mnie rozpozna, więc może uda mi się gdzieś przycupnąć i nikt nie będzie mnie zaczepiał. No i... wiesz, tak sobie pomyślałem, że skoro wedle relacji wszystkich to ma być taka super wypasiona biba, to na pewno będą na niej wszyscy „najfajniejsi" i najpopularniejsi uczniowie, więc wolałem zmniejszyć ryzyko, że Owen, albo któryś z jego znajomych postanowi umilić mi wieczór.
- Och… - mruknął Toris, czując nagły przypływ zdenerwowania. Musiał sobie zanotować, żeby przy następnej takiej okazji dowiedzieć się, czy Feliks nie zna więcej podobnych sztuczek. - Cwane…
- A dziękuję, mam sporą wprawę w unikaniu ludzi, z którymi nie chcę mieć do czynienia.
Litwin nagle odniósł wrażenie, że ta impreza może okazać się bardziej męcząca niż do tej pory zakładał. Zerknął ukradkiem w stronę maski kostiumu, którą miał przy pasku, zastanawiając się czy jednak nie zrobić z niej użytku.
Jakby kogoś interesowało, to wyszłam z założenia, że maska Feliksa wygląda jak maska Duskulla XD
I jakby co, to zdaję sobie sprawę, że Halloween robi się coraz popularniejsze i nie tylko w Stanach obchodzą to święto, ale USA to jednak USA tam to mają solidny rozmach. W sumie jak tak o tym myślę, to mi się przypomina tegoroczny odcinek South Park na ten temat...
Z spraw bieżących... jest śnieg! Tylko czemu zaczął padać, jak muszę robić za kierowcę, a jazda w tych warunkach do najprzyjemniejszych nie należy :'D
Mam tylko nadzieję, że na święta magicznie nie stopnieje, żeby pojawić się po Sylwestrze... No i że nie wjadę do rowu.
Co do tego o co jestem na siebie zła... cóż, o to, że się ostatnio nasłuchałam soundtracku z Wieśka 3. No i w związku z tym, myśli moje oczywiście pognały do myślenia nad kolejnym AU...
Ale spokojnie, nie zamierzam się pakować w kolejne opowiadanie, przed skończeniem któregoś z obecnych. Aczkolwiek napomknę, że już wcześniej o tym myślałam, podczas grania w tą piękną grę... kurczę muszę ją w końcu dokończyć :v
A tymczasem pozdrawiam cieplutko i na zapas życzę Wesołych Świąt.
Bo z moimi przypływami weny to bywa różnie.
