Will siedział w samochodzie wpatrując się tępo w szybę. Był blady, a na jego twarzy lśniły kropelki krwi Jame'a Gumpa. To wszystko miało wyglądać inaczej. Nie on miał walczyć. Gump miał mieć tylko Catherine Martin. Nie było mowy o nikim więcej. Hannibal Lecter nie powiedział mu nawet słowa, że w środku była jeszcze jedna dziewczyna...

- Skurwysyn – wyszeptał pod nosem.

Obserwował jak Jack Crawford machał rękoma i komenderował policjantami. Buffalo Bill zbiegł, ale miał postrzelone ramię. Zaraz zaczną się poszukiwania. Kilkudziesięciu policjantów będzie przeczesywać lasy, informacje pójdą w media, psychol będzie osaczony i ranny. To kwestia godzin, kiedy go złapią.

Z domu Gumpa technicy właśnie wynosili owinięte czarnym workiem kobiece ciało. Kimkolwiek była bezimienna ofiara to zmarła zaledwie kilka godzin wcześniej. Pewnie i tak nie zdążyliby jej uratować, ale… skrzywił się ze złości. Wyciął skórę z pleców. Will widział ją, delikatną i zaróżowioną, rozciągniętą na stole do garbowania. Wiedział, że należała do zmarłej i czuł wstręt.

Kiedyś potrafił wczuć się w umysł psychopatów takich jak Buffalo Bill, teraz… teraz był ponad to. Wiedział czemu ten sadysta to zrobił, rozumiał go, ale nie współczuł mu. Chciał go dorwać i oskórować. Zebrać skalp z jego szalonego umysłu i rozwiesić go między drzewami. Zadbać, by każdy mógł to zobaczyć…

Uratowali natomiast Catherine Martin. Wysoka, brązowowłosa dziewczyna wyglądała na przeraźliwie zmęczoną, ale poza tym chyba była zdrowa jak ryba. Uśmiechnęła się nawet do Grahama, kiedy go mijała idąc z uczepioną do niej Clarice. Obie siedziały teraz w karetce pogotowia. Starling cały czas mówiła, jakby próbowała za wszelką cenę wyrzucić z siebie wszystko, co w niej siedziało. Pewnie przepraszała, że nie wyciągnęła Martin kiedy uciekała. Słodka, mała latynoamerykaneczka.

- Dorwiemy go do wieczora – warknął mściwie Jack wsiadając do samochodu. – Chory psychopata. Jak można… - kręcił z niedowierzaniem głową.

Will wiedział o czym mówił. Obaj to widzieli. Obaj widzieli kombinezon z kobiecych skór. Obaj widzieli narzędzia, których używał do zdzierania skóry, obaj widzieli krew ofiar. Nawet te cholerne ćmy widzieli razem.

Graham nie przypuszczał, że Jame Gump musiał mieć trzecią wyschniętą studnię, tym razem w piwnicy własnego domu, w której trzymał dziewczynę przygotowaną do rzezi.

- Zastanawiam się, czy nie powinniśmy przyjechać wcześniej. Jak tylko stanęła w drzwiach mojego domu – wyrzucił z siebie pod nosem. – Wtedy ta miałaby szansę.

- Dasz radę wejść tam jeszcze raz? – zapytał Crawford kompletnie ignorując jego słowa.

- Po co?

- Żebyś zobaczył coś co się może przydać w śledztwie.

- Na miłość boską, zlituj się, Jack! – jęknął oburzony. – Ja już nie jestem policyjnym profilerem. Chcesz pomocnika? Niech tam włazi Clarice!

- Starling nie będzie obiektywna! Ona była przez niego więziona. Żaden sędzia nie uzna jej zeznań.

- Zapomniałem, że jestem bardzo wiarygodnym świadkiem – sarknął zły.

- Nie robisz tego dla mnie, ale po to, żeby go złapać – cholerny argument, z którym nie dało się wykłócać.

Will łypnął na niego spode łba i pokiwał powoli głową.

- Ale potem odwozisz mnie prosto do mojego domu. Będę potrzebował odpoczynku. Może pojadę na ryby? Może zniknę na parę dni? – wzdrygnął się.

Przed oczami miał domek w lesie należący do ojca Abigail. Pamiętał poroża. Mnóstwo poroży. Powinien zabrać tam Hannibala. To było dobre miejsce, żeby go zarżnąć. Pewnie skurwysyn dobrze się bawił na myśl o tym, że brązowowłosy znowu badał sprawę nie znając połowy faktów.

- Żadnych kontaktów, żadnych wiadomości, żadnych telefonów… - wyliczał. – I żadnych odwiedzin.

- Nie możesz znowu się zamykać. Znajdę ci nowego psychiatrę.

Graham przewrócił oczami.

- Poproś Alanę. Na pewno zna jeszcze jakiegoś seryjnego mordercę kanibala.

- Tym razem…

- Nie – przerwał mu cicho. – Po prostu nie, Jack.

Will patrzył na niego z napięciem dopóki Crawford nie przyznał mu racji. Potem wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku domu Jame'a Gumpa. Inspektor poczuł się tak, jakby obaj cofnęli się w czasie. Obok niego znowu był stary, lękliwy Graham, który nienawidził przemocy. Odrobinę spocony i mocno przygarbiony wszedł do środka.

Musiał zrozumieć i zobaczyć. Wyjaśnić im wszystkim to szaleństwo, które ogarnęło Buffalo Billa.

Clarice wynurzyła się z karetki i najwidoczniej chciała iść za swoim mentorem, ale Jack w porę zdążył zainterweniować. Złapał młodą policjantkę za ramię.

- To zadanie Willa – powiedział tylko.

- Jame Gump był moim zadaniem – sprostowała rozzłoszczona.

- Dopóki nie wykazałaś się wyjątkowym brakiem inteligencji i nie postanowiłaś samodzielnie go schwytać.

- Will powtarzał, że to moje śledztwo!

- A ja ci mówię, że właśnie zostałaś odsunięta.

- O-odkryłam kim jest Buffalo Bill! – wyrwała mu się wściekła.

Clarice chciała uciec od tego wszystkiego. Gniew powodował, że miała ochotę udusić inspektora, złość wrzała jej w żyłach a w uszach huczało. Miała dość tego jak była traktowana przez Jacka. Nie zrobiła nic złego! Chciała tylko się przydać i o to, jak została potraktowana!

Will na pewno sam nie chciał tam iść. To Crawford po raz kolejny zmuszał go do robienia rzeczy, których ten nie lubił…

Latynoamerykanka nie zauważyła stojącej nieopodal Freddie Launds, która przyglądała jej się z zainteresowaniem. Chwilę później zrobiła ukradkiem kilka zdjęć.

- o o o –

Willa odwieziono dobrze po południu. Hannibal obserwował jak młodszy mężczyzna idzie w kierunku domu i czuł, że stało się coś złego. Już kiedyś widział te sztywne kroki, mocno wyprostowaną sylwetkę i matowe oczy utkwione w jednym, dalekim punkcie.

Skrzypnęły drzwi. Brązowowłosy przez chwilę chodził nerwowo po domu, zanim w końcu znalazł psychiatrę.

- Bawiło cię to? – warknął na wstępie.

Lecter zmrużył oczy nie rozumiejąc o co chodzi. Wyczuwał od Willa słodkawy zapach potu i mdławy zaschniętej krwi. Młodszy mężczyzna stał przed nim wściekły i jednocześnie taki kruchy, jak porcelanowa filiżanka.

- Co się stało? – zapytał ostrożnie.

- Nie powiedziałeś nawet słowa, że Buffalo Bill miał jeszcze jedną dziewczynę – wysyczał były profiler dokładnie obserwując reakcje Hannibala.

Wiedział, że psychiatra był doskonałym kłamcą, ale wierzył też, że będzie potrafił odczytać prawidłowo jego mimikrę. Cholerny, pieprzony… był zaskoczony, ale czy autentycznie?

- Nie wiedziałem. Zaufaj mi, nigdy…

- WŁAŚNIE W TYM PROBLEM, ŻE CI NIE UFAM! – wykrzyczał Will zanim zdołał się powstrzymać, potem wyminął Lectera i zamknął się w łazience.

Psychiatra słyszał jak przekręcił zamek w drzwiach. Tyle razy próbował odzyskać zaufanie młodszego mężczyzny a ten dalej mu nie ufał. To zawsze miało tak wyglądać? Jeśli coś pójdzie nie po myśli brązowowłosego zawsze winny będzie on?

Will brał prysznic. Hannibal słyszał jak szoruje swoje ciało, czuł zapach mydła zmieszanego z gorącą wodą. Pocieszał się w myślach, że przynajmniej nie kazał mu spieprzać do piwnicy. To zawsze było już coś. Albo nic.

Rankiem psychiatra najpierw był dziecięco zachwycony tym, że brązowowłosy nie zostawił żadnych, nawet prowizorycznych zabezpieczeń, potem dotarło do niego, że to wcale nie musiała być oznaka ocieplenia uczuć. Być może Graham po prostu zostawił wszystko otwarte bo chciał by psychiatra odszedł.

To była bolesna, ale całkiem logiczna myśl.

Więc był ktoś jeszcze w domu Jame'a Gumpa? Lecter wiedział o istnieniu trzeciej dziury (bo nie nazwałby rozpadliny w piwnicy studnią), ale w jego pamięci pozostała ona jedynie miejscem zawalonym barachłem. Mylnie założył, że skoro nic się nie zmieniło w stodole, to również nic się nie zmieniło w domu Buffalo Billa.

Przyczaił się przy drzwiach do łazienki. Powinien jak najszybciej wszystko wyjaśnić z Willem. Były profiler nie powinien obwiniać go o coś, na co tak naprawdę, Lecter nie miał żadnego wpływu… Ba, jeśli tylko brązowowłosy będzie chciał to może zrobić wszystko (w granicach rozsądku) byleby tylko ten mu zaufał.

Hannibal wiedział, że przegrywał w porównaniu z Clarice Starling i do pewnego stopnia był nawet w stanie zaakceptować jej istnienie, ale dlaczego przegrywał też z jakimiś wyimaginowanymi krzywdami, które zadał? Tym razem naprawdę nie zrobił nic złego. Ba, szczerze mówiąc zachował się zaskakująco normalnie, sprawiedliwie i wspaniałomyślnie. Powinien zostać za to chociaż odrobinę nagrodzony.

Szum wody umilkł i Will najwidoczniej zakończył prysznic. Lecter wiele by dał, żeby teraz obserwować brązowowłosego. Nie musiał nawet go dotykać. Wystarczyłoby, że mógłby tak po prostu popatrzeć, mieć młodszego mężczyznę trochę bardziej na własność.

- Naprawdę nie wiedziałem, że Gump ma kogoś jeszcze – wyrzucił z siebie Hannibal, kiedy Will wyszedł z łazienki.

Ubrany był jedynie w zwykły niebieski t-shirt i czarne bokserki. Kropelki wody lśniły w jego włosach. Widząc psychiatrę pokręcił głową ze złością. Nie zadając sobie trudu by odpowiedzieć poszedł do sypialni. Lecter nie mógł się powstrzymać przed chłonięciem widoku jego ciała. Najchętniej złapałby teraz Willa i trzymałby go mocno, bardzo mocno, ale nie miał śmiałości by to zrobić. O wiele łatwiej było sterować związkiem, kiedy samemu pozostawało się niezaangażowanym a druga strona była wyraźnie oczarowana. Tyle, że teraz był na pewno bardziej zaangażowany i nawet nie wiedział, czy ich „relację" można było w jakimkolwiek stopniu nazwać związkiem.

- Ja naprawdę nie wiedziałem – powtórzył z uporem wchodząc do sypialni.

Graham zdążył w tym czasie nałożyć spodnie. Grzebał teraz w szafie szukając jakiegoś swetra.

- Zdjąłem pościel jak prosiłeś.

- Dlaczego miałbym ci wierzyć? – zapytał w końcu.

- Will, nigdy świadomie bym cię nie skrzywdził.

Graham zachichotał.

- Zapomniałem, że zamordowałeś Abigail całkowicie nieświadomie – wycedził zimno.

- Nie zmienię już tego chociaż bardzo żałuję.

- Jasne. Wrobienia mnie w swoje zbrodnie i zamordowania Georgii też żałujesz? – ironizował.

- Wtedy wydawało mi się to właściwe – przyznał ostrożnie psychiatra.

- Właśnie to różni cię od normalnych ludzi. Normalny człowiek, kiedy się kimś zauroczy zaprasza drugą osobę na kawę, ty mordujesz żeby zwrócić na niego swoją uwagę – ostatnie zdanie wypluł z odrazą. – Skąd mam wiedzieć, że teraz mówisz prawdę? Może znowu byłeś ciekawy? Może znowu chciałeś po prostu zobaczyć co się stanie i jak zareaguję.

- Wtedy nie ratowałbym Clarice – bronił się.

- Albo zrobiłbyś to, żeby uśpić moją czujność.

- Uratowałem ją, bo chciałem to zrobić dla ciebie – takie wyznania były trudne. Jak dobitniej powiedzieć komuś, że się go kocha? Jak zrobić to nie mówiąc „kocham cię"?

- Powinieneś powiedzieć mi, że znałeś Buffalo Billa. Wtedy moglibyśmy przesunąć całą akcję o ponad dobę. Uratowalibyśmy Clarice, Catherine i tą nieszczęsną dziewczynę. Prawdopodobnie też zatrzymalibyśmy Gumpa – wyjaśnił zimno.

- Chciałem udowodnić… - Hannibal zmarszczył brwi i zamilkł pochłonięty własnymi myślami.

Chciał pokazać Willowi, że mu na nim zależy. I chciał zrobić to tak, żeby młodszy mężczyzna był mu wdzięczny. Tak, tak naprawdę wszystko sprowadzało się do wymuszenia na nim wdzięczności w nadziei, że dzięki temu brązowowłosy spojrzy na niego przychylniej.

- Wtedy w kuchni – nigdy nie rozmawiali o tamtych wydarzeniach i Lecter wiedział, że raczej balansuje na granicy niż faktycznie porusza się po bezpiecznej drodze. – Powiedziałeś, że udało ci się mnie zmienić. A ja… próbowałem udowodnić ci, że się myliłeś i zabiłem Abigail. Nie myliłeś się – zakończył cicho. – Od początku się nie myliłeś.

Will patrzył na niego dziwnym wzrokiem. Chciał go rozszarpać? Powiedzieć coś okrutnego? Psychiatra odwrócił się z zamiarem wyjścia z pokoju.

- A gdybym teraz postanowił cię zabić? – usłyszał cichy głos brązowowłosego za swoimi plecami.

- Zrób to – zgodził się łagodnie. – Zrób to bo zmieniłeś mnie.

Słyszał kroki młodszego mężczyzny gdy ten do niego podszedł. Zaskoczony poczuł jak Graham obejmuje go ramieniem i powoli prowadzi w kierunku kuchni.

Nagle Hannibal pomyślał, że to wszystko jest banalnie proste. Wystarczyło pójść tam z nim. Stanąć niedaleko zlewozmywaka i pozwolić się zarżnąć. Jego filiżanka została rozbita i już nie mogła się scalić ale kubek Willa nadal istniał. Był nadpęknięty, może wyszczerbiony, ale cały. Wystarczyła tylko śmierć psychiatry by w cudowny sposób zniknęły na nim wszystkie pęknięcia i rysy.

Obserwował bez ruchu jak brązowowłosy otwierał szuflady w poszukiwaniu odpowiedniego noża. Mógł mu nawet podpowiedzieć, który powinien wybrać, ale był zbyt zdruzgotany własną porażką, żeby zareagować. Gdzieś w jego środku kipiał ból, wściekłość i porażka. I głupia myśl, że być może za kilka chwil przestanie istnieć.

W końcu Will wybrał ostry nóż do filetowania ryb. Obracał w rękach ostrze przyglądając mu się z fascynacją.

- Jeszcze możesz uciec – powiedział cicho, ale Hannibal nie poruszył się.

Zamiast wziąć nogi za pas dumnie uniósł podbródek wskazując na miejsce, gdzie brązowowłosy powinien ciąć. Zamknął oczy czując jak młodszy mężczyzna stanął za nim. Wstrzymał oddech, gdy cienka stal dotknęła jego gładkiej szyi.

- Nie będziesz się bronił? – wyszeptał cicho Graham.

Lecter nie odpowiedział. Psychiatrze przyszło nawet do głowy, że powinien odrobinę pomóc i samemu nadziać się na ostrze. Wbrew wszystkiemu poderżnięcie gardła nie było aż tak bolesne jak się zwykło o tym myśleć.

Poza tym było w tym coś straszliwie erotycznego. Will stał za jego plecami i obejmował go lewą ręką w pasie. Mocno dociskał do swojej klatki piersiowej. Psychiatra czuł bijące od niego ciepło. Nawet dłoń z nożem dotykała barków Hannibala.

Chwilę później nóż upadł z brzękiem na podłogę a on sam został odwrócony i objęty. Silne ramiona brązowowłosego zacisnęły się kurczowo.

- Nie mogę tego zrobić – wymamrotał młodszy mężczyzna. – Po prostu nie mogę.

- Nie możesz czy nie chcesz? – zapytał cicho psychiatra otwierając oczy.

Graham obejmował go tak mocno, że Lecter prawie nie mógł oddychać. Nieśmiało odwzajemnił uścisk. To było takie dobre czuć bliskość Willa.

- Nie mogę i nie chcę – westchnął ciężko. – Może gdybyś się bronił albo walczył – szeptał gorączkowo. Hannibal czuł jego gorący oddech tuż przy swoim uchu. – A może pozwoliłbym ci się zabić? – nerwowo gładził włosy starszego mężczyzny.

- Zaufaj mi.

- Już ci ufałem.

- Ale wtedy jeszcze mnie nie zmieniłeś – Psychiatra wiedział, że mówi głupstwa, ale jednocześnie w nie wierzył.

Kiedy tylko poznał Willa za wszelką cenę chciał go zdominować i przeciągnąć na swoją stronę, ale kiedy tylko dostrzegł piękno Grahama – jego siłę, inteligencję i urok, zmienił zdanie. Zakochał się w nim już na początku znajomości, ale pokochał dopiero wtedy, gdy go poznał.

- Naprawdę nie wiedziałem, że Buffalo Bill ma kogoś jeszcze – powtórzył z uporem. Delektował się zapachem brązowowłosego.

- Wierzę ci - młodszy mężczyzna w końcu odsunął się od Hannibala. – I chciałbym ci zaufać.

- o o o –

Clarice spieszyła się do domu. Co prawda Catherine Martin nie potrzebowała już zupełnie jej obecności, ale latynoamerykanka do pewnego stopnia czuła się za nią odpowiedzialna. Chciała jej pomóc dojść do siebie po porwaniu przez seryjnego mordercę. Wiedziała, że to głupie, ale do pewnego stopnia wierzyła, że dzięki temu „umilkną owce wewnątrz niej". I tak, brzmiało to dziwacznie, ale…

Po tym jak wyszła ze szpitala musiała jeszcze udać się na komendę by zdać raport o stanie zdrowia córki senator Crawfordowi. Powinna też uczestniczyć w poszukiwaniach Buffalo Billa, ale wyglądała na tak przemęczoną, że inspektor kazał jej zmiatać do mieszkania i wrócić z samego rana.

- Przepraszam, Clarice Starling? – usłyszała nagle za swoimi plecami śpiewny, kobiecy głos.

Odwróciła się zaskoczona i stanęła oko w oko z Freddie Launds. Dziennikarka ubrana była dokładnie tak, jak młoda policjantka nigdy się nie ubierała, czyli drapieżnie i ekstrawagancko.

- Tak – odpowiedziała chłodno. – Czego pani chce?

- Proszę nie być dla mnie tak zimną – uśmiechnęła się czarująco. – Jestem zachwycona twoim sukcesem. Taka młoda i już udało ci się złapać najbardziej poszukiwanego przestępcę w Stanach Zjednoczonych.

Latynoamerykanka zmarszczyła brwi zanim zrozumiała, że najwidoczniej macki redaktorki Tattlera nie sięgnęły tak daleko by dowiedzieć się, że Jame Gump uciekł.

- Udało mi się uratować córkę sentaor Martin – sprecyzowała ostro.

- Jestem zachwycona. Powiedz mi, Clarice, jak to jest współpracować z człowiekiem, którego niektórzy oskarżają o… - urwała obserwując gwałtowną reakcję młodziutkiej policjantki.

- Nie waż się! – przerwała jej ze złością. – Nie waż się źle mówić o Willu Grahamie!

Freddie uśmiechnęła się triumfująco.

- Ach, zapomniałam, że on ma skłonność do… bardzo emocjonalnego związku ze swoimi stałymi współpracownikami. Czy skończył już rozpaczać po Hannibalu Lecterze?

- Jak śmiesz…

- Nie żartuj, że nie chciałabyś go pocieszyć – znowu się uśmiechnęła. – A może nie? – dodała pytająco.

- Will Graham to najbardziej inteligentny, czarujący, mądry i dobry człowiek jakiego znam – powiedziała z przekonaniem Clarice. – Gdyby nie jego pomoc… - zająknęła się wiedząc, że powiedziała za dużo. – Jest dla mnie ogromnym wsparciem. Był jednym z moich nauczycieli w Quantico.

- Jest też bardzo niebezpiecznym człowiekiem, naiwna dziewczynko – warknęła Freddie nagle zupełnie zmieniając ton. – Jakbyś nie pamiętała prawie wszyscy jego współpracownicy źle skończyli. Łącznie z Lecterem, którego pewnie wystawił. Ciebie też pewnego dnia wystawi. Może nawet już to zrobił?

Dziennikarka przyglądała się jak Starling spurpurowiała na twarzy. Jej oczy ciskały gromy a usta zacisnęły się mocno. Były już prawie przy bloku, w którym mieszkała więc latynoamerykanka przyspieszyła, otworzyła drzwi i zamknęła je przed nosem Launds z hukiem.

Freddie znowu się uśmiechnęła. Wyciągnęła z torebki dyktafon i przesłuchała ich rozmowę. Wbrew temu co mogło się wydawać, Clarice powiedziała o wiele więcej niż chciała…