Rozdział XIII: Rozstania i powroty


Po odlocie Vegety, w Crescent zapanował względny spokój… O ile można mówić o takim stanie w tej placówce. Na pierwszy rzut oka, w życiu jej mieszkańców nie zaszła żadna istotna zmiana. Aarin, Kuhl i Yale dzielili swój czas między wypełnianie codziennych obowiązków, patrole oraz treningi. I choć wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku, cała trójka czuła się niczym osaczone zwierzęta. Po powrocie z fabryki, Yale streściła przyjaciołom swoją podróż, oraz poinformowała ich o zainteresowaniu Zakonu Vegetą. Kuhl na to oświadczenie prawie wpadł w szał, wyrzucając Amon-shi zbytnią ufność i naiwność oraz obiecując, iż jeśli Saiyanin ją zdradził, Biali Bracia nie zdążą jej tknąć, bo on ją wcześniej ukatrupi. Aarin jakimś cudem zdołał ułagodzić wrzeszczącą i powarkującą na siebie dwójkę, choć jeszcze przez jakiś czas atmosfera między nimi była dość napięta. Sam Gend uważał, iż ta niespodziewana interwencja Zakonu, może przysporzyć im jedynie kłopotów. Podczas wspólnej narady ustalili, iż na jakiś czas muszą zawiesić dodatkową działalność na rzecz podziemia i poczekać, aż cała sprawa przyschnie. Póki co należało udawać obowiązkowych i sumiennych żołnierzy, i nie wychylać się ze swojej kryjówki.

Jak to w życiu bywa, łatwej było powiedzieć, niż zrobić…


Z gęstej, naturalnej zasłony stworzonej przez zarośla, widać było tylko parę błyszczących, szmaragdowozielonych oczu. Spojrzenie zielonych tęczówek utkwione było w znajdującym się kilka metrów od kryjówki stworze, przypominającym skrzyżowanie pumy z człowiekiem. Bestia pochłonięta była całkowicie konsumpcją obiadu, składającego się z martwego kadeta. Dellron przeczuwała, iż wysłanie młodych uczniów Akademii Wojskowej w roli ochrony ekspedycji, było poważnym błędem. Tym większym, iż celem ich podróży była wschodnia część Crescent. Minęło zaledwie dwa dni, odkąd stracili kontakt z grupą badawczą. Razem z Aarinem, Dellron od razu wyruszyła na poszukiwania zaginionych, zaś Kuhl pozostał w bazie, na wypadek gdyby ktoś z ekspedycji powrócił. Amon-shi od samego początku miała złe przeczucia, jeśli chodziło o akcję ratunkową. Stwór, powoli przeżuwający szczątki jednego z żołnierzy dowodził, iż miała rację. Dziewczyna opanowała nerwowe drgnięcie, kiedy wiatr powiał z przeciwnej strony. Zdusiła w sobie cisnące jej się na usta przekleństwo. Wcześniej zajmowała pozycję pod wiatr tak, by bestia nie zwietrzyła jej zapachu. Teraz było kwestią sekund, kiedy jej obecność zostanie odkryta. Nie było czasu do namysłu, należało działać. Yale szybko poderwała się z ziemi, jednocześnie wyjmując nóż do rzucania. Zanim stwór zorientował się, co się dzieje, Dellron płynnym ruchem posłała w jego kierunku ostrze. Niestety nóż, choć dziewczyna celowała dokładnie między oczy, jedynie ześlizgnął się po płaskiej czaszce, niegroźnie rozcinając skórę. Bestia zawyła, bardziej z gniewu niż z bólu, kiedy z rany popłynęła obficie ciemnoczerwona krew. Szmaragdowooka wydostała się ze swojej kryjówki, w dłoniach trzymając lekko zakrzywione sztylety. Jednym susem znalazła się przed swoim przeciwnikiem. Potwór dopiero teraz zauważył dziewczynę. Wściekły ruszył na nią, pokonując dzielącą ich odległość dużymi susami. Dopiero, kiedy dzielił ich niecały metr, Yale błyskawicznym, prawie niezauważalnym ruchem, usunęła mu się z drogi, wbijając przy tym jedno z ostrzy w bok stwora. Nóż wszedł aż po samą rękojeść. Dellron nie zważając na przeraźliwe wycie jej przeciwnika, wskoczyła mu na plecy, wolną ręką chwytając za łeb potwora. Zwierzołak, nie zwracając uwagi na ból, jaki przy każdym ruchu musiał mu sprawiać wbijając się coraz głębiej nóż, starał się za wszelką cenę zrzucić Yale na ziemię. Dziewczyna syknęła, kiedy jedna z uzbrojonych w ostre pazury łap, przeorała jej ramię. Nie zwlekając już dłużej, wzmocniła uścisk, po czym szybkim ruchem poderżnęła potworowi gardło. Ciepła posoka momentalnie chlusnęła z rany, ochlapując jej dłoń. Amon-shi zeskoczyła i przeturlała się po ziemi. Zaraz jednak poderwała się do pionu, przyjmując postawę obronną. Była pewna, że po tym ciosie jej przeciwnik raczej nie wstanie, ale ostrożności nigdy za wiele. Nie odrywała wzroku od ciała potwora, aż to przestało dygotać w agonii. Dopiero, gdy stworzenie znieruchomiało, podeszła by wyciągnąć swój nóż. Kiedy wycierała ostrza o trawę, kątem oka zauważyła, iż zwierzołak ulega transformacji. Zaczęły zanikać jego cechy zwierzęce, i po chwili zwłoki budzącego grozę potwora zmieniły się w ciało mężczyzny w średnim wieku. Yale westchnęła, cofając się po pozostawiony w kryjówce plecak. Wyciągnęła z niego pled, którym nakryła zwłoki mężczyzny.

- Zmówiłabym za ciebie modlitwę, ale ta planeta jest od dawna zapomniana przez bogów, więc pewnie to i tak by nic nie dało – mruknęła pod nosem. - Tak, więc obyś znalazł się w lepszym miejscu, o ile w takie wierzyłeś.

Po tych słowach, z poczuciem spełnionego obowiązku, zajęła się własnymi obrażeniami. Rany wyglądały gorzej niż były niebezpieczne, niemniej jednak dziewczyna dokładnie je zdezynfekowała i opatrzyła. Potem zbliżyła się do zmasakrowanego ciała kadeta. Przez jej twarz przeszedł grymas obrzydzenia na widok tego, co zostało z jednego z „najbardziej obiecujących obrońców planety". Dellron niechętnie zbliżyła się do zwłok. Kucnęła, przekręcając je twarzą do góry. Na szczęście stwór rozpoczął swoją ucztę od nóg, dlatego ocalał korpus, a wraz z nim nieśmiertelniki. Zdjęła je ostrożnie z szyi umarłego i schowała do plecaka.

„Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał je odzyskać" – pomyślała, wstając z klęczek.

Wyciągnęła z bocznej kieszeni plecaka skauter i założyła go na głowę. Nie lubiła korzystać z tego urządzenia, dlatego na czas tropienia go zdjęła. Teraz wcisnęła kilka przycisków. Po chwili w słuchawce usłyszała głos Aarina:

- I jak? Udało ci się coś znaleźć?

- Nawet więcej niż „coś". Mam jednego nadgryzionego trupa z eskorty. Dopadł go jeden ze zwierzołaków*.

- Cholera, myślisz, że od jak dawna nie żyje?

- Sądząc po stanie spożycia od około godziny. Zdążył jedynie go napocząć, a ciało jeszcze nie zastygło.

- Nie ma takiej możliwości, żeby zwierzołak natrafił przypadkiem na te zwłoki?

- Raczej nie. To był typ łowcy, a one nie jedzą padliny. W każdym bądź razie, wydaje mi się, że jestem na dobrym tropie. A tobie się poszczędziło?

- Nie, nie znalazłem niczego wartego uwagi. Podążaj dalej tym samym śladem, może natrafisz na resztę ekspedycji. Bez odbioru.

- Bez odbioru – Yale wyłączyła urządzanie, po czym ponownie je schowała. – Nigdy nie przyzwyczaję się do noszenia tego dziadostwa – mruknęła, zaczynając badać pozostawione na polance ślady.

Już po kilku minutach, udało jej się zidentyfikować kierunek, z którego przyciągnięto zwłoki. Trop znaczył szeroki pas wygniecionej trawy, zaznaczony skrzepniętą już krwią. Dellron zarzuciła sobie plecak na ramię, po czym ruszyła tym śladem w nadziei, iż zaprowadzi on ja do ich zguby. Niestety, po niecałej godzinie przedzierania się przez chaszcze, ślad nagle się urwał. Wpatrzona cały czas w ziemię dziewczyna, podniosła teraz wzrok, prostując swoją sylwetkę. Przeszła jeszcze kilka metrów w tym samym kierunku w nadziei, iż trop tylko miejscowo był urwany, lecz nie znalazła niczego. Wróciła do punktu wyjścia, penetrując obie strony swej dotychczasowej ścieżki. To jednak również nie podpowiedziało jej, w którym kierunku ma dalej iść. Podirytowana dziewczyna oparła się o drzewo, krzyżując ręce na piersi i rozmyślając nad całą tą sytuacją.

Kap.

Yale zmarszczyła brwi, wpatrując się w czerwoną kropkę, która pojawiła się na jej dłoni.

Kap.

Kolejna, ciężka kropla pacnęła w dłoń dziewczyny, rozmazując się na jej skórze. Dellron zadarła głowę do góry, mrużąc oczy.

Kap.

Trzecia kropla trafiła ja dokładnie w czoło. Szmaragdowooka wzdrygnęła się odruchowo, odsuwając się od drzewa. Opuszkiem palca zebrała trochę cieczy, po czym polizała palec. Płyn miał dobrze znajomy, metaliczny posmak…

- Krew - mruknęła pod nosem, spluwając.

„Pytanie, skąd się tu wzięła?"

Było tylko jedno wyjście, pozwalające uzyskać odpowiedź. Yale zręcznie zaczęła wdrapywać się na drzewo, bez większych problemów znajdując w grubej, chropowatej korze oparcie dla palców i stóp. Po chwili wspinaczki dotarła na pierwsze piętro gałęzi. Mocno chwyciła się jednego konara i, odpychając się od pnia, wskoczyła na grubą gałąź. Jedna stopa poślizgnęła jej się w czasie tej akrobacji i dziewczyna przez parę sekund starała się złapać utraconą równowagę. Nie miała najmniejszej ochoty, na upadek z takiej wysokości. Odgarnęła włosy z czoła, rozglądając się dookoła, za owym „kapiącym" czymś. Nie musiała długo szukać. Niechętnie ponownie sięgnęła po swój skauter.

- Aarin, chyba znalazłam pozostałych…


Musieli przyznać, iż dowództwo zareagowało wyjątkowo szybko. Zaledwie cztery godziny później, na miejscu pojawiło się grono „ekspertów" mających przejąć sprawę. Yale i Aarin nadzorowali całą pracę i służyli za przewodników, jako osoby najlepiej znające ten teren wraz ze wszystkimi jego niebezpieczeństwami.

- Piętnaście. Wygląda na to, że mamy wszystkich – odezwał się starszy mężczyzna, ocierając pot z czoła.

Ponurym wzrokiem obrzucił rząd czarnych, foliowych worków, leżących na ziemi.

- Trudno uwierzyć, że nikt nie ocalał – mruknął, kręcąc z rezygnacją głową.

- Byli świadomi ryzyka, jakie niosła za sobą ta misja – Gend skrzyżował ramiona, obserwując żołnierzy „sprzątających" pobojowisko.

- Tłumaczyliśmy, iż próba spenetrowania o tej porze wschodniej części Crescent nie jest dobrym pomysłem – wtrąciła Yale. – Jednak zignorowano nasze ostrzeżenia. Zbliża się **Lammas wszystkie stworzenia zamieszkujące tę dżunglę są rozdrażnione zmianami. Atakują bez powodu, nawet, jeśli ma to oznaczać ich śmierć.

- To według ciebie, starszy szeregowy Dellron, jaka jest najlepsza pora na ekspedycję?

Cała trójka odwróciła się na pięcie w stronę Białego Brata, który pojawił się za nimi jakby znikąd.

Yale zerknęła na trzymany przez mężczyznę czarny kostur, zakończony głownią z perłowobiałym kamieniem.

„Egzekutor…" – przemknęło przez głowę Amon-shi.

- Jeśli pytasz o moje zdanie, to według mnie żadna… sir – odpowiedziała wypranym z emocji głosem.

Aarin poczuł na plecach dreszcz, kiedy jego przyjaciółka zawahała się przy ostatnim zwrocie. Formalnie armia i Zakon byli na równych prawach i nie obowiązywał żaden dodatkowy protokół, opisujący wzajemne relacje pomiędzy ich podwładnymi. W praktyce jednak przetrwała tradycja traktowania członków Zakonu jak oficerów wyższych rangą. Nie wszystkim żołnierzom odpowiadał taki stan rzeczy, ale jeszcze nikt nie odważył się tego wprost zanegować.

- Pogańskie zabobony – prychnął z pogardą Egzekutor. – To właśnie przez nie ta część Crescent nie został jeszcze poznana.

- To właśnie dzięki nim, wiele osób ocaliło życie, wycofując się w odpowiednim momencie – zripostowała automatycznie Yale. – Te „zabobony" nie wzięły się z powietrza i jak się okazuje słusznie należy się obawiać mroków prastarej część dżungli. Nawet autorytet Zakonu musiał się ugiąć, przeciwko „pogańskim" siłom – Dellron ruchem głowy wskazała jeden z czarnych worków, w który przed chwilą „zapakowano" ciało Białego Brata, stojącego na czele pechowej ekspedycji.

Egzekutor poczerwieniał z gniewu. Amon-shi ze stoickim spokojem wpatrywała się w niego szmaragdowozielonymi oczyma, w których dostrzec można było wyzwanie. Zanim jednak ich spór przerodził się w coś poważniejszego, Aarin stanął między dwójką dyskutantów.

- Wybacz, panie, ale musimy wracać do swoich obowiązków, a zapewne i tobie zależy na jak najszybszym zamknięciu tej sprawy.

Egzekutor opanował nagły atak gniewu, ponownie zakładając tak charakterystyczną dla Zakonu maskę spokoju.

- W rzeczy samej, kapitanie. Każde z nas niech zajmie się swoimi obowiązkami i miejmy nadzieję, że już nigdy więcej nie dojdzie do tego typu wypadków.

Biały Brat skinął im na pożegnanie głową, po czym oddalił się, by dalej kontynuować nadzór nad zabezpieczaniem zwłok. Aarin chwycił Yale za łokieć, odciągając ja na bok.

- Co ci odbiło, żeby kłócić się z Egzekutorem? I to jeszcze po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło! – syknął jej wściekle do ucha. – Nie powinnaś wcale rzucać im się w oczy, a ty aż prosisz się o kłopoty!

Dziewczyna w odpowiedzi prychnęła podirytowana.

- Po pierwsze, wcale się z nim nie kłóciłam, jedynie wymienialiśmy się „poglądami". Po drugie, to on zaczął. Nikt mu nie kazał się wtrącać do naszej rozmowy. A po trzecie, przestań mnie wlec jak worek ziemniaków!

Aarin, nie zwracając najmniejszej uwagi na protesty przyjaciółki, zaciągnął ją pod swojego spindla. Siłą wpakował Yale do pojazdu, wydając jej przy tym rozporządzenia:

- Wrócisz do strażnicy i napiszesz raport z przebiegu poszukiwań oraz z odnalezienia ciał. Ja zostanę tutaj i będą miał na wszystko oko. Jestem pewien, że na jakiś czas mamy spokój, z tego typu wycieczkami, ale dowództwo musi mieć pewność, iż z naszej strony nie było żadnego uchybienia, a pełna odpowiedzialność za to, co się stało, ponosi Zakon. I żeby nie było niedomówień – to jest rozkaz.

Amon-shi wydęła buńczuczo policzki, ale posłusznie uruchomiła pojazd, nakręcając w miejscu. Bądź, co bądź, to Gend był dowódca jej jednostki, i miał prawo wydawać jej polecenia… Spindle pomknął jak wystrzelony z pracy między drzewa. Aarin odwrócił się na pięcie, wracając do krzątających się żołnierzy…


Vegeta obrócił się, sięgając po leżący obok komunikator. Po raz kolejny tego dnia, wyświetlił wiadomość od Yale. Jej treść była wyjątkowo krótka – zawierała jedynie datę. Mimo to dla księcia wszystko było jasne.

„Więc termin kolejnego spotkania został wyznaczony, co?"

Saiyanin wyłączył urządzenie. Miał trzy dni, żeby wymyśleć odpowiedni pretekst, tłumaczący jego wyprawę na Toril. Nie miał zamiaru wzbudzać niczyich podejrzeń. Jeszcze tego mu brakowało, żeby ktoś zaczął go śledzić!

Vegeta zerknął na zegarek na skauterze.

- No dobra, koniec przerwy – mruknął do siebie, podrywając się na nogi i wznawiając trening.


Yale po kilku minutach wariackiej jazdy, zaparkowała pod strażnicą. Wyskoczyła z pojazdu, energicznym krokiem wchodząc do strażnicy. W samych drzwiach zderzyła się z Kuhlem, który wyszedł jej na spotkanie.

- Wariatka – burknął olbrzym, łapiąc dziewczynę, nim ta upadła. – Gdzie ci się tak śpieszy?

- Lecę pisać raport – odpowiedziała przesłodzonym głosem Amon-shi. – Dostałam super ważny rozkaz, mający na celu jak najszybsze oddalenie mnie od Egzekutora – wyjaśniła, kierując się w stronę biura łączności.

Zegrith podążył szybko za nią.

- To Zakon już się pojawił? – spytał zaskoczony.

Szmaragdowooka uruchomiła komputer i usiadła przy biurku.

- Pewnie, ta cała „ekspedycja" musiała być dla nich bardzo ważna – odparła ,zaczynając stukać w klawisze.

Kuhl przysunął sobie drugie krzesło, siadając obok niej.

- Jak myślisz, czego szukali po wschodniej części dżungli?

- Wszystkiego, albo niczego… - mruknęła pod nosem Dellron.

- Yale!

- A skąd mam to wiedzieć? Może spodziewali się znaleźć jakieś pozostałości po Amon-shi? A może chcieli zapolować na jakieś magiczne stworzenie? Z drugiej strony może chodziło im o to, by udowodnić, iż tak naprawdę nie ma czego się bać, ponieważ większość niebezpiecznych stworzeń wyginęła dzięki Zakonowi. To by tłumaczyło tę idiotyczna porę, jaką sobie wybrali na podróż. Jeśli w czasie największej aktywności magicznej nic by im się nie stało, sądzę, iż większość społeczeństwa poczułaby się tym znacznie ośmielona.

Dellron umilkła i przez następne kilka minut nie słychać było niczego, poza uderzeniami w klawiaturę. W końcu dziewczyna odsunęła się od biurka, przecierając zaczerwienione oczy.

- Nienawidzę komputerów – mruknęła czując, jak zaczynają jej napływać łzy.

- Echem… Yale – mężczyzna ostrożnie poklepał Amon-shi po ramieniu.

- Co?

Kuhl w odpowiedzi podał jej bez słowa lusterko. Yale wzięła je od niego, zerkając na swoje odbicie, po czym syknęła, dusząc w sobie przekleństwo.

Jej tęczówki z pięknej, szmaragdowej zieleni przeszły w jadowitą zieleń, zaś źrenice powoli zaczynały robić się pionowe…


Rozwiązanie problemu Vegety, niespodziewanie pojawiło się samo.

Saiyanin tylko, co zdążył wziąć szybki prysznic po treningu, gdy otrzymał polecenie natychmiastowego pojawienia się przed obliczem Freezera. Książę pośpiesznie przywdział zbroję, ruszając na spotkanie z Tyranem. Changellina znalazł w głównej sali, gdzie siedział w swoim latającym fotelu popijając wino, i wpatrując się w rozciągającą się przed nim czarną, kosmiczną przestrzeń, gdzieniegdzie przetkaną srebrnymi gwiazdami, niczym drogocennymi kamieniami. Vegeta stanął za Freezerem, nie zdążył się jednak odezwać, gdyż Tyran go uprzedził:

- Dobrze, że już jesteś, Vegeta. Mam dla ciebie zadanie – powiedział, nie odrywając się od kontemplacji widoku.

- Bezzwłocznie udasz się na Toril. To ta mała planetka, na której się ostatnio rozbiłeś – dodał lekceważącym tonem.

Saiyanin zacisnął mocno szczęki, starając się zachować milczenie.

Oczywiście, Freezer nie mógłby przepuścić okazji do wytknięcia mu jego ostatniego „wypadku".

- Ta banda idiotów, Zakon, podobno natrafili na całkiem ciekawe znalezisko – kontynuował, jak gdyby nigdy nic Changellin. – A raczej na lokalizację owego przedmiotu. Niestety, ci słabeusze nie potrafią go samodzielnie wydostać. Leć tam i dowiedz się, w czym dokładnie jest problem i pomóż go rozwiązać. O szczegółach zostaniesz poinformowany na miejscu. A, i dla przykładu pokaż, co robimy z ludźmi, którzy nie są w stanie wywiązać się z poleconych im zadań – dorzucił po namyśle.

Książę nie mógł się powstrzymać od złowieszczego półuśmieszku na myśl, jaki to „przykład" ma dać. Z doświadczenia wiedział, iż Freezer lubił duże ilości przykładów. Złożonych z jednostek ludzkich, uśmierconych w efektywny sposób na oczach całej zbiorowości…

- O jaki konkretnie artefakt chodzi, panie? – spytał Vegeta.

Freezer odwrócił się powoli w jego stronę.

- Chyba ci powiedziałem, iż o szczegółach zostaniesz poinformowany na miejscu. Teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie, niż rozmowa z tobą – prychnął Changellin, ruchem dłoni nakazując Vegecie opuścić pomieszczenie.

Saiyanin sztywno odwrócił się na pięcie i sztywno wymaszerował z sali. Irytacja zachowaniem Freezera szybko ustąpiła, gdy uświadomił sobie, iż Tyran nieświadomie wywabił go z kłopotów. Na samą myśl o tym, że Changellin pomógł mu w zdobyciu siły, która kiedyś go zmiażdży, na twarzy księcia pojawił się wredny półuśmieszek. Zatopiony we własnych myślach nawet nie zauważył idącego z naprzeciwko Kuwi.

- Proszę proszę. Komuś najwidoczniej dopisuje dzisiaj humor – zaczął fioletowoskóry z perfidnym uśmieszkiem, zastępując drogę Saiyaninowi. – Co, Vegeta, Freezer nie zrugał cię dzisiaj jak psa, tak jak to było ostatnim razem?

Książę podniósł wzrok – na jego twarzy malował się grymas obrzydzenia.

- Z drogi, miernoto, albo będą cię musieli zeskrobywać ze ścian – warknął książę, mijając żołnierza Changellina.

- Osz ty…

Kuwi zamachnął się do ciosu, lecz czarnowłosy wojownik był szybszy. Vegeta szybko odwrócił się w stronę fioletowoskórego kosmity, łapiąc jego pięść, po czym jednym, płynnym ruchem wykręcił mu boleśnie rękę do tyłu.

- Jak ty… - Kuwi rozszerzył oczy ze zdziwienia.

Poziom Ki jego i Vegety zawsze były na zbliżonym do siebie poziomie, przez co żaden z nich nie miał nad drugim nigdy całkowitej przewagi. Teraz, ta błyskawiczna reakcja Saiyanina, której nie zdążył zarejestrować, wprawiła go w osłupienie.

„Czyżby on…" – wojownik nie skończył swojej myśli, gdyż Vegeta mocniej wygiął mu rękę pod nienaturalnym kątem, jednocześnie sycząc mu do ucha:

- Co? Zdziwiony, Kuw? Nie wszyscy siedzą bezczynnie na dupie jak ty, ciesząc się swoją śmieszną siłą.

Nim kosmita zdążył mu cokolwiek odpowiedzieć, książę wziął potężny zamach nogą, po czym kopnął go w tyłek tak mocno, iż tamten z krzykiem przeleciał kilka metrów do przodu, upadając prosto na twarz.

- Ciesz się, że za bardzo mi się śpieszy i nie mam czasu się z tobą bawić, bo gorzej byś wyglądał! – krzyknął za nim Vegeta.

Kuwi powoli podniósł się na kolana. Zacisnął z całych sil pięści, aż pobielały mu knykcie.

„Nie wiem, jakim cudem stałeś się tak szybko silniejszy, ale przysięgam, że ci tego nie daruję" – obiecał sobie w duchu.

Kiedy wstawał z podłogi, po korytarzu echo wciąż niosło śmiech Saiyaninia…


Yale siedziała przed lusterkiem, nerwowo postukując paznokciami o blat biurka. Ze szklanej tafli spoglądała na nią para jadowicie zielonych oczu, na szczęście z normalną, okrągłą źrenicą. Niewielkie pocieszenie, gdyż na czole pełnym blaskiem jaśniał jej kryształ. Yale uporczywie wpatrywała się w swoje odbicie, jakby samą siłą woli, miała przywrócić swój naturalny wygląd. Nie spodziewała się, iż zachodzące w niej zmiany, zaczną następować tak szybko. Prawdę mówiąc nie wiele o tym myślała, kiedy uciekła tuż przed swoją inicjacją. Mogła usprawiedliwiać się sama przed sobą tym, iż była jeszcze dzieckiem, ale nawet jej ta wymówka wydawała się niewystarczająca. Jeśli czegoś nie wymyśli, niedługo ukrywanie się za maską zwykłego żołnierza Freezera przestanie mieć jakikolwiek sens, gdyż gołym okiem będzie widać, iż nie jest zwykłym człowiekiem… Uwagę od jej problemów odciągnęło ją popikiwanie komunikatora. Dellron sięgnęła po urządzenie, na którym pojawił się komunikat, o nowej wiadomości. Dziewczyna przycisnęła guzik, zachłannie czytając krótką treść wiadomości.

„Będę w terminie. V."

Pomimo tego, iż wiadomość była bardzo lakoniczna, dziewczyna odetchnęła z ulgą. Obawiała się, iż Saiyanin zrezygnuje z ponownego rytuału, bądź nie wymyśli dobrego powodu, do opuszczenia bazy. Książę jednak nie zawiódł jej oczekiwań. Yale odchyliła się na krześle, przymykając powieki. Jeden problem z głowy pozostało jeszcze kilka do rozwiązania, jednak wszystko w swoim czasie. Uspokojona już Amon-shi powoli wpadła w kojące ramiona snu…


*zwierzołaki – ogólna nazwa wszystkich istot ludzkich, mogących ulec zwierzęcej transformacji. Ze względu na sposób zdobywania pożywienia, dzieli się je głównie na padlinożerców ( np. szczurołaki ) oraz myśliwych ( np. wilkołaki ). Zwierzołakiem można zostać na skutek mutacji, zarażenia przez innego zwierzołaka, bądź odziedziczyć tę cechę genetycznie.

**Lammas – sabat obchodzony 1 sierpnia.