Bardzo Was przepraszam za to, że nie wstawiłam w zeszłym tygodniu rozdziału. Każdy jest mniej lub bardziej zapracowany, a ja to już w ogóle ledwo mogę pogodzić naukę z tłumaczeniem. Mam jednak zamiar do Nowego Roku kontynuować regularne aktualizacje - co będzie potem, zobaczymy. :)
Pierwszy gościu, szczerze mówiąc - nie myślałam szczególnie dużo nad tym, jaki kolejny tytuł wybrać do tłumaczenia (o ile w ogóle postanowię coś jeszcze przetłumaczyć). "Harry Potter i zejście w mrok" to całkiem ciekawe opowiadanie, czytałam je również w oryginale. Może rzeczywiście powinnam to rozważyć? Tylko wydaje mi się, że jest jeden problem: oryginał też został porzucony (chociaż chyba w dalszym momencie, niż sięga tłumaczenie). Chociaż mogę mylić opowiadania - już trochę czasu minęło, od kiedy to czytałam i pewne rzeczy mi się zlewają. Jeżeli się mylę, niech mnie ktoś poprawi, proszę. Wracając do tematu - nie wiem, czy w takim razie jest sens dalej tłumaczyć... ;) Dziękuję za miłe słowa. :) Drugi gościu, naprawdę przepraszam za opóźnienie. Ale cieszę się, że ludzie czytają to opowiadanie - mało tego, podoba im się opisywana historia (a także jej tłumaczenie). Postaram się więcej tego nie powtórzyć i będę Was informować, jeżeli będę planowała jakieś przerwy. :) Trzeci gościu, bardzo podoba mi się Twój entuzjazm. ^^ Dzięki takim komentarzom widzę, że naprawdę zrobiłabym wielu osobom przykrość, gdybym postanowiła porzucić tłumaczenie - postaram się więc tego nigdy nie zrobić. Dziękuję za dobrą opinię o mojej (oraz bety) pracy. :)
W przyszłym tygodniu rozdział powinnam wstawić w weekend, czyli normalnie. Jeśli jednak pojawi się jakieś opóźnienie, nie przejmujcie się - na razie z pewnością nie zamierzam zaprzestać tłumaczenia.
Betowała Panna Mi.
Tom wpatrywał się w potłuczoną na kawałki filiżankę i gdyby tylko był do tego zdolny, czułby się równie zdruzgotany.
Jego kontrola zdawała się być w podobnym stanie, a także miał wrażenie, że jest porównywalnie... rozbity. Nie było to znajome mu uczucie, ale nie mógł też przyznać, żeby coś go to obchodziło.
Harry, oczywiście, wszystko kompletnie źle zrozumiał. W jego słowach absolutnie nie było żadnej prawdy – były absurdalne. Chłopiec był dzieckiem, dopatrywał się zbyt wiele, a jednocześnie nic nie rozumiał.
To nie strach sprawiał, że Tom do nikogo się nie przywiązywał. Osoby, które go otaczały zwyczajnie wzbudzały w nim wstręt... Ludzkość z całą tą swą żałosną słabością. Troska była zobowiązaniem, stała czarodziejom na przeszkodzie, a przecież mogliby wznieść się ponad wszystkich, gdyby tylko byli w stanie uwolnić się od tych śmiesznych ograniczeń, które sami na siebie nakładali.
Miłość była niepotrzebna, odpychająca. Tak długo, jak udawało mu się osiągnąć to, do czego dążył, nie obchodził go sposób, w jaki to zrobił. Nie potrzebował miłości, to respekt był najważniejszy. Może dawno temu, kiedy był jeszcze młody i naiwny, marzył lekkomyślnie o miłości i akceptacji, ale na tym się skończyło.
Nie bał się odtrącenia, był z nim za pan brat – po prostu nie widział sensu w wysilaniu się dla tego godnego pożałowania świata, skoro ten nigdy nie wysilał się dla niego.
Zacisnął szczękę.
Akceptacja była rezygnacją, ustępstwem, którego nikomu nie dawał, ani nawet nie oferował. Akceptacja oznaczała, że zgadzał się na coś, co nie było perfekcyjne, co miało jakieś niepożądane cechy, z jakimi musiał się pogodzić – ale czemu w ogóle powinien? Był od nich wszystkich o wiele lepszy, to oni powinni starać się dostosować do jego wysokich standardów, zamiast próbować sprowadzać go na swój żałosny poziom.
Harry po prostu stawał w obronie swoich własnych życzeń, starając się żałośnie go uczłowieczyć bądź coś w tym stylu.
Przestał być człowiekiem w momencie, w którym rozerwał swoją duszę i nie miał żadnego zamiaru wracać do tego jakże kruchego stanu.
Z trudem stłumił w sobie chęć natychmiastowego pójścia za chłopcem, zniszczenia zarówno go, jak i wszelkiego oporu, chęć agresywnego zareagowania – ponieważ nie potrzebował akceptacji dzieciaka, tylko jego posłuszeństwa...
Ale, koniec końców, akceptacja stworzyłaby znacznie ciaśniej oplatającą sieć, praktycznie nierozerwalną. Posłuszeństwo mogłoby zniknąć, gdyby chłopiec jakimś przypadkiem znów zaczął się buntować... A raz danej akceptacji nie da się tak łatwo cofnąć.
Nie, mimo że Harry niewątpliwie zostanie ukarany za swoje zachowanie, nie zrobi tego w ten sposób.
Potrzebował subtelniejszego planu.
I wiedział już dokładnie, na czym będzie on polegać.
Severus Snape uniósł wzrok, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. Zainteresowanie, jakim ostatnio się cieszył, naprawdę zaczynało go denerwować. Przyjmowanie gości podczas wakacji nie było dla niego czymś zwyczajnym – i bardzo dobrze – a to była już trzecia wizyta w ciągu ostatnich dwóch dni.
Szybkim gestem nakazał Blackowi się ulotnić. Na szczęście mężczyzna posłuchał się go – choć Severus podejrzewał, że zrobił to raczej z obawy przed zostaniem złapanym i ponownie wysłanym do Azkabanu, niż w ramach prawdziwej chęci wypełnienia jego polecenia.
Z wymalowanym na twarzy grymasem otworzył drzwi, ale zawahał się, gdy zobaczył przed sobą zimną, imponującą sylwetkę Lucjusza Malfoya. Klnąc cicho, oczyścił się z emocji. Nie był to odpowiedni moment na jakąkolwiek wizytę, a tym bardziej niezapowiedzianą.
– Lucjuszu – przywitał go zwięźle. – Czemu zawdzięczam tę przyjemność?
– Severusie – odpowiedział mężczyzna, przekrzywiając delikatnie głowę. – Musimy porozmawiać na wyjątkowo poważny temat. Mogę wejść?
– To nie jest dobry czas. – Pragnął, żeby mężczyzna zwyczajnie zostawił go w spokoju i odpuścił sobie... Podejrzewał jednak, że będzie zupełnie inaczej. Lucjusz nigdy tak nie robił – jeśli Malfoy czegoś chciał, dostawał to, bez względu na to, co inni mieli na ten temat do powiedzenia. A co najgorsze, mistrz eliksirów nie mógł pozwolić sobie na bycie oziębłym i nieprzyjaznym, jeśli jego podejrzenia co do powodu wizyty blondyna były słuszne.
– Źle mnie zrozumiałeś, stary przyjacielu – odparł Lucjusz, a bezwzględność w jego głosie kłóciła się z fałszywą tkliwością. – To pilna sprawa, która nie może czekać. – Jego ton nie pozostawiał miejsca na sprzeciw, lecz Severus i tak miał ochotę przekląć mężczyznę. Nienawidził, kiedy zwracał się do niego w ten sposób.
Snape milczał przez chwilę, zanim w końcu ustąpił – musiał przyznać, że był równie ciekawy, jak i ostrożny w kwestii tego, jak rozwinie się ta sytuacja. Miał swoje podejrzenia, wiadomo, ale...
– Oczywiście – zgodził się. – Wejdź do środka. Chcesz się czegoś napić?
– Coś mocniejszego, jeśli to nie kłopot, byłoby mile widziane.
Powstrzymał się przed uniesieniem brwi. Malfoy musiał być naprawdę roztrzęsiony, skoro otwarcie to okazywał – nawet jeśli robił to w towarzystwie tak dobrego przyjaciela jak Severus.
Zaprowadził mężczyznę do salonu, ignorując jego przepełnione obrzydzeniem spojrzenie. Podejrzewał, że wydarzyło się coś poważnego, skoro Lucjusz nie zaczął męczyć go pytaniami o to, czemu wciąż tu mieszka, ani nie próbował go przekonać, że byłby nad wyraz szczęśliwy, gdyby mógł pomóc mu w zmianie wystroju jego domu.
– Myślę, że uda mi się znaleźć coś odpowiedniego – odpowiedział. – Usiądź, zaraz wrócę.
Wyszedł szybko z pokoju, kierując się do barku. Zacisnął usta, kiedy Black niemal natychmiast znalazł się tuż przy nim i złapał go za ramię.
– Co się dzieje? – zażądał cichym i ostrym głosem były więzień, którego tak nienawidził. – To Malfoy? Czego chce ten wstrętny picuś-glancuś?
Snape wbił w niego wściekły wzrok.
– Dowiem się, jeśli mnie puścisz i pozwolisz mi się tym zająć – wysyczał lodowato. Black odwzajemnił jego gniewne spojrzenie, ale zabrał swoją rękę, zaciskając pięści i napinając ramiona. Severus zwrócił się do niego pogardliwie: – A teraz idź do swojego pokoju i się stamtąd nie ruszaj. Jeśli okaże się, że jest to sprawa, która dotyczy nas obu, poinformuję cię o dalszym przebiegu wydarzeń... Chyba że pragniesz się ujawnić? W takim wypadku nie będę cię chronił przed dementorami.
Mężczyzna zbladł. Rozeźlony, zacisnął zęby i wszedł na górę po schodach – przynajmniej nie będąc na tyle głupim, żeby wydawać przy tym jakieś dźwięki i narzekać na głos, choć wyraz jego twarzy wyraźnie zdradzał, że w myślach klął na mistrza eliksirów.
Severus wziął ze sobą butelkę rosyjskiej Lodowej Wódki – siostrę Ognistej Whisky – i wrócił do salonu, po czym napełnił oba kieliszki.
Stuknęli się nimi w niewypowiedzianym toaście i duszkiem wypili ich zawartość.
Severus czuł, że tego potrzebował. Mimo że „przesłuchanie" się jeszcze nie zaczęło, już teraz czuł się nim zmęczony.
Usiadł na kanapie naprzeciwko i w ciszy czekał, aż Lucjusz się odezwie.
– On wrócił – powiedział w końcu Malfoy, opierając się o sofę. Severus zesztywniał. On, czyli...
– Czarny Pan? – upewnił się, a krew zamarzła mu w żyłach. – Jak to? – Jego Znak wcale nie sczerniał, nie było ku temu żadnych przesłanek. – Jesteś pewien?
– Spotkałem się z nim – odparł spokojnie Lucjusz. – To z pewnością on... ale jest inny.
– Inny? – Severus pragnął wstrzymać oddech. – Inny, w sensie... młodszy?
– Tak – przyznał mężczyzna, mierząc go podejrzliwie niemal lodowatym wzrokiem. – Też miałeś okazję go zobaczyć? Czy może ta wiedza wynika z twoich kontaktów z Albusem Dumbledore'em?
– Albus Dumbledore – będący idiotą, skoro obdarza mnie zaufaniem – pomógł mi uniknąć Azkabanu. W przeciągu ostatnich kilku lat dowiedziałem się wielu rzeczy i udało mi się wkupić w jego łaski. Jestem pewien, że mój prawdziwy pan zrozumie motywy, które mną kierowały, a moje czyny okażą się dla niego przydatne.
Wiedział, że Lucjusz uzna, iż jego „prawdziwy pan" to Lord Voldemort, ale równie dobrze mógł odnosić się do Dumbledore'a. Zanim jednak stanie ostatecznie po którejś ze stron, zamierzał przyglądać się dalszemu rozwojowi sytuacji – jakkolwiek bardzo chciałby, aby Czarny Pan był martwy za to, co zrobił Lily.
– Masz zamiar kontynuować szpiegowanie dla Mroku? – zapytał stanowczo nieugięty Malfoy. – Podejrzewam, że przyniosłoby mu to pewne korzyści, jeśli tylko będziesz przy tym ostrożny. Zresztą jestem pewien, że Czarny Pan tego właśnie od ciebie oczekuje. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – spotkałeś go? Czy może to starzec powiedział ci o jego powrocie?
Severus ostrożnie dobierał słowa.
– Dumbledore ma poważne podejrzenia, ale w tym konkretnym przypadku postanowiłem poczekać, aż pojawią się kolejne dowody.
– Zawsze byłeś ostrożnym człowiekiem, Severusie – zauważył Lucjusz i nalał mechanicznie wódki do swojego kieliszka, zdradzając tym samym, że robił to w przeszłości już wiele razy. Oczy mężczyzny były zimne i bezlitosne, pozbawione choćby krztyny życzliwości. Jego znajomość z Malfoyami zawsze była ślizgońska, opierała się na polityce i wygodzie, a potem także na wspólnych doświadczeniach w służbie Czarnemu Panu. – Jednakże – kontynuował mężczyzna – wierzę, iż znów będziesz wspierał panowanie Mroku? Nie chciałbym, aby Wielka Brytania straciła swojego najmłodszego mistrza eliksirów.
Severus zachował spokój, nie wzdrygając się na tę groźbę. Słyszał już o wiele gorsze.
– Oczywiście... chyba że powątpiewasz w moją lojalność? – odpowiedział delikatnie. – Nie tobie to oceniać, pozostaw to Czarnemu Panu.
– Wiadomo, że nie powątpiewam. – Lucjusz uśmiechnął się blado, nie uzewnętrzniając swoich odczuć. – Nie jesteś na tyle głupi, aby stanąć po złej stronie, która z góry skazana jest na porażkę.
Malfoy wprawnie opróżnił kolejny kieliszek, zanim wstał płynnie, strzepując z siebie nieistniejący kurz i wygładzając swoją zbytkowną szatę z jedwabiu. Wcale nie zachowywał się jak człowiek, który wypił właśnie w krótkim czasie dwie kolejki wódki, ale Lucjusz od zawsze przybierał różne maski, a swoje uczucia zamykał w pozłacanej klatce.
Severus również się podniósł i bez żadnego wyrazu przyjął z powrotem kieliszek, kiwając głową w podziękowaniu.
– Ma dla mnie jakieś zadanie do wykonania? – zapytał.
– Podejrzewam, że niedługo się z tobą skontaktuje – odparł Malfoy. Severusa ścisnęło w żołądku, a jego ogarnięte przerażeniem serce zaczęło bić nerwowo.
– Zrozumiałem... Pewnie mogę mniemać, że powierzył ci misję zebrania starego towarzystwa?
Czemu Czarny Pan nie używał Znaku? To właśnie w tym wszystkim było najdziwniejsze. Był pewien, że Albus miał swoje własne teorie na ten temat, jednak już zupełnie inną kwestią było, czy postanowi się nimi podzielić.
– Możesz – odpowiedział krótko Lucjusz.
To potwierdziło rzeczywisty powód wizyty głowy rodu Malfoyów; został sprawdzony pod kątem lojalności względem Mroku, a także przeszedł wstępny test wcielający go ponownie do służby Czarnemu Panu.
Snape skinął głową, zastanawiając się, czy powinien zwyczajnie się pożegnać, czy...
– Jaki on jest? Czy oprócz wyglądu coś się w nim zmieniło? I... co z Potterem?
Lucjusz posłał mu ostre, przenikliwe spojrzenie, ale Severus pozostał opanowany, pozwalając tylko, żeby na jego twarzy ukazała się ciekawość.
Wyglądało na to, że przeszedł kolejną próbę, ponieważ po kilku sekundach Lucjusz znów się zrelaksował, porzucając podejrzliwość.
– Muszę zebrać więcej informacji, żeby móc w pełni go ocenić, ale z tego, co zdążyłem zauważyć, wydaje się być taki sam jak wcześniej, poza znacznie młodszym wyglądem.
– Ile byś mu dał?
– Siedemnaście albo osiemnaście lat. Jest przystojny, oczywiście.
– Bellatriks będzie nim zachwycona – zauważył oschle Snape.
Usta Malfoya nie skrzywiły się w uśmiechu, ale przez bardzo krótki moment jego oczy rozbłysły ze szczerym rozbawieniem.
– W rzeczy samej.
– A Potter?
– Czarny Pan przejawia zainteresowanie nim oraz śledztwem w jego sprawie, ale nie mówił nic więcej na ten temat. Miłego dnia, Severusie.
Lucjusz ponownie lekko schylił głowę i pewnym krokiem wyszedł z domu, znikając bez słowa.
Snape zamknął drzwi.
Niemal w tej samej chwili wyskoczył zza niego Syriusz, wyłaniając się z cienia i wbijając w niego dzikie spojrzenie.
– Wrócił? Voldemort wrócił? Kiedy?! – zażądał odpowiedzi Black, przypominając głosem bardziej warczące zwierzę aniżeli człowieka. Snape od razu wyciągnął różdżkę i cofnął się, zaciskając szczękę.
– Trzymaj się ode mnie z daleka, Black – ostrzegł, nie chcąc odpowiadać na pytanie, dopóki mężczyzna nie zachowa między nimi odpowiedniego dystansu – takiego, aby Severus poczuł się bardziej komfortowo. Na chwilę obecną nie darzył jego stanu psychicznego zaufaniem – o ile dobrze wiedział, wpływ dementorów mógł zaburzyć stabilność emocjonalną jego wroga z dzieciństwa, a nawet odebrać mu poważne ilości zdrowego rozsądku.
Najlepiej było zachować bezpieczną odległość, tak jak w obliczu wściekłego psa.
– Odpowiedz mi! – warknął Syriusz, robiąc krok w tył. W geście poddania podniósł ręce, próbując załagodzić sytuację.
– Mówił ci ktoś kiedyś, że nieładnie jest podsłuchiwać, Black? Twoja matka musi być z ciebie bardzo dumna. A skoro bez wątpienia zuchwale strzygłeś pod drzwiami uszami, nie potrzebujesz mojego potwierdzenia, aby wiedzieć, że Czarny Pan powrócił. Dumbledore uważa, że stało się to pod koniec roku szko...
– Wtedy, kiedy zniknął Harry – dokończył blady jak ściana Syriusz, którego oczy rozszerzyły się. – Myśli, że Harry jest z... z nim... Och, Merlinie, musimy go stamtąd wydostać!
– Podejrzewałem, że taki właśnie może być generalny plan – powiedział ze śmiertelną powagą Snape. Syriusz przeszył go miażdżącym spojrzeniem.
– To nie jest śmieszne! Harry może już nie żyć!
– Gdyby był martwy, wiedzielibyśmy o tym – rzucił kąśliwie Severus. – To byłby zbyt poważny cios dla Jasnej Strony, żeby chować to w sekrecie. Potter wciąż żyje. Jest najprawdopodobniej trzymany jako więzień, ale żyje. Rozumiem, że wykorzystanie choćby krztyny inteligencji jest dla ciebie niewyobrażalnie trudne, ale zrób nam obu przysługę i zacznij myśleć, zamiast panikować.
Black wyraźnie zaczął się uspokajać, masując swoje obolałe skronie i oddychając głęboko. Mistrz eliksirów niechętnie dostrzegł ten wysiłek z jego strony i kontynuował swoją wypowiedź:
– Zobaczę, co uda mi się w tej sprawie dowiedzieć, Black. Na razie nie ma nic, co ja bądź ty moglibyśmy zrobić, choć jak dotąd i tak na nic się nie zdałeś. Nie możesz udawać śmierciożercy, za którego ma cię opinia publiczna, jako że twoje zachowanie zdradziłoby cię od razu, a na dodatek my, członkowie wewnętrznego kręgu, wiemy, iż nim nie jesteś.
– To takie oczywiste, że należysz do wewnętrznego kręgu – wymruczał złowrogo Syriusz. Snape zmrużył oczy, ale zignorował go, bo Black mówił dalej: – Spróbuj coś zrobić i lepiej się pośpiesz. On nawet w tej minucie może być torturowany. Morgana wie, jakie zamiary ma wobec niego ten sukinsyn... Ja... nie sądzisz, że najlepiej jednak będzie poprosić o pomoc Dumbledore'a?
– A nie boisz się, że wyda cię dementorom? – zapytał delikatnie Snape.
Black stanowczo napotkał jego spojrzenie.
– To dla Harry'ego.
Snape odwrócił wzrok.
Kiedy gniew Harry'ego złagodniał, zmniejszając się do poziomu zwykłego zdenerwowania, w oczekiwaniu na odwet ogarnął go paniczny strach. Riddle z pewnością nie zareaguje dobrze na takie ubliżające mu słowa. Skupił wzrok na drzwiach, w każdej sekundzie spodziewając się bólu lub tego okropnego zaklęcia odcinającego zmysły.
Być może Czarny Pan po prostu przekaże go Ministerstwu, które z miejsca wyśle go do Azkabanu, albo od razu odda dementorom. Ta myśl spowodowała, że serce zaczęło walić mu jak młotem i po całym ciele przeszły go dreszcze, choć upierałby się, że to tylko wynik panującego w pokoju zimna.
Z trudem przełknął ślinę.
Nic takiego jednak się, jak dotąd, nie wydarzyło. Ani w pierwszych chwilach po incydencie, ani w ciągu kolejnych godzin. Minął obiad, a w czasie kolacji czuł już ogromny głód. Riddle wcale nie przyszedł i nie zmusił go do jedzenia – nie zrobił nic. Tak samo sprawa miała się w nocy, a potem o poranku i przez cały następny dzień.
Ani razu nie zobaczył dziedzica Slytherina, a ten nie dał mu żadnego znaku życia.
Kolejnego wieczora po kolacji – której znowu nie zjadł – zmuszony przez głód i pragnienie Harry w końcu zszedł na dół. Dostrzegł czysty, wyszorowany talerz – zapewne po posiłku Riddle'a. Nigdzie nie widział innych naczyń ani też żadnego dowodu na to, że w domu żył ktoś jeszcze.
Nalał sobie szklankę wody, poniekąd oczekując, iż Czarny Pan wyskoczy skądś nagle, zabierając mu ją oraz zakazując jakiegokolwiek jedzenia.
Ale nawet kiedy przygotowywał sobie coś na ząb – na szczęście przez te wszystkie lata spędzone u Dursleyów nauczył się gotować – wciąż nic takiego się nie stało. Niemal zastanawiał się, czy może Riddle opuścił całkowicie to miejsce i zostawił go tu samego.
Nie... Był w salonie, Harry właśnie go dostrzegł. Siedział na sofie i czytał, choć raz nad niczym nie pracując. Nie uniósł wzroku, ani się nie odezwał. Tak jakby Gryfona wcale tu nie było, jak gdyby w ogóle nie istniał.
Przez kilka sekund wierzył, szczerze przerażony, że naprawdę tak było, zanim zorientował się, jak śmieszna była to myśl. Dalej jednak czuł się zaniepokojony.
– Zamierzasz tak po prostu udawać, że mnie nie ma? Serio? – sarknął. Och, mógł usłyszeć swój głos. Był tutaj, wciąż żył.
Znowu nic. Żadnej odpowiedzi, żadnych gróźb – Ślizgon nawet na niego nie spojrzał. Działało mu to na nerwy. Zrobił krok do przodu, ponownie wpadając w złość.
– Naprawdę chcesz mnie tak po prostu ignorować, Riddle? To dziecinne z twojej strony. W takim razie nie przejmiesz się, jeśli zniszczę ci gabinet albo sobie stąd odejdę?
Nic. Zero reakcji. Harry wyszedł po cichu z pokoju, nie do końca pewien, dlaczego czuł się z powodu tej sytuacji taki roztrzęsiony. Przecież to nie tak, że pragnął lub potrzebował uwagi Riddle'a – bo wcale tak NIE BYŁO, nie był aż taki żałosny, ani nie domagał się desperacko czyjegoś zainteresowania... Po prostu chciał jakiegoś zapewnienia i przypomnienia, że nie jest tylko duchem. Byłoby całkowicie w porządku, gdyby był tu ktokolwiek inny, kto tylko dałby dowód, że wciąż istnieje... Jednak nikogo takiego nie było.
W domu panowała cisza jak makiem zasiał.
Ignorowano go już wcześniej, unikano – głównie u Dursleyów, ale wtedy wystarczyło wyjść na zewnątrz, aby upewnić się, że wciąż należy do tego świata.
To miejsce natomiast ciągle było takie same. Nic się tu nie zmieniało, zgodnie z jego wcześniejszymi słowami. Mógł przestawiać rzeczy, ale atmosfera domu pozostawała taka jak wcześniej. Cokolwiek spróbowałby zrobić, nic by to nie zdziałało, ponieważ Tom jednym zamachem różdżki mógł znowu wszystko naprawić.
Bez żadnych reakcji ze strony Ślizgona, bez rozmów z nim... nic, co tutaj robił, nie miało znaczenia, niczego nie zmieniało. Wszystko pozostawało takie same niezależnie od tego, czy tu był, czy też nie. Stał się nieistotny.
Oczywiście był przyzwyczajony do bycia nieistotnym, ale nigdy wcześniej nie czuł się taki odizolowany... To było jak echo odcięcia zmysłów, którego tak bardzo się obawiał.
Był zdeterminowany, aby się nie poddać i nie przeprosić – przecież został porwany! Nie miał obowiązku bycia miłym. Zresztą wszystko, co mu powiedział, było prawdą.
Musiał już wcześniej radzić sobie samemu, a tym razem wiedział dokładnie, z czym miał do czynienia... Tak właściwie to znów mógł się odprężyć, prawda? Riddle złamie się i odezwie jako pierwszy, był tego pewien... Tyle że on mógł wyjść z domu, kiedy tylko miał na to ochotę. Mógł zabrać się stąd i porozmawiać z każdą osobą na tym świecie. Harry nie miał takiej możliwości.
Nie zamierzał się poddawać.
To była po prostu kolejna gierka, czyż nie?
Miał nadzieję, że ktoś – ktokolwiek! – w końcu go odnajdzie.
