Disclaimer: I don't own Harry Potter.


Autor oryginału: Vekin87

Link do oryginału: s/5785145/1/Albus-Potter-and-the-Rise-of-the-Dark-Alliance

Zgoda na tłumaczenie: jest


Rozdział 14

Zgubiony pierścień


Ferie zimowe ciągnęły się w nieskończoność. Nie były przyjemne. Wspomnienie Fairharta znacznie wydłużyło mu przerwę świąteczną. Albus raz za razem, dzień po dniu, odtwarzał w głowie okrucieństwa, jakie zobaczył w myślodsiewni. Jego sny przestały mu jednak sprawiać problem – teraz, zamiast w nocy, spał za dnia, śniąc na jawie.

Błąkał się po domu niczym cień, zdając sobie sprawię, że z minuty na minutę coraz bardziej przypomina Rose. Jego ojciec ciągle go unikał, przez co nie zauważył zmiany w jego zachowaniu oraz – co lepsze – nie zauważył, żeby ktoś myszkował mu w szafce. Matka z kolei miała wrażenie, że jest po prostu chory. Nikt nie widział nic podejrzanego. Albus nabawił się także tiku nerwowego - wzdrygał się za każdym razem, gdy ktoś wymawiał imię jego siostry. Na to też nikt nie zwracał uwagi.

Ostatecznie Fairhart osiągnął swój cel, uświadomił sobie pewnego dnia Al. Pokazał chłopcu prawdziwą naturę Zbawienia Różdżek. Dzięki temu wyrobił sobie na ich temat opinię - nie wspiera ich w żadnym wypadku oraz nie chce mieć z nimi nic wspólnego. Za nic w świecie nie wróci do ich kwatery głównej. To jednak nie pozwoliło mu uciec od niezaprzeczalnej okrutnej prawdy, jakiej doświadczył. Dowiedział się jakim człowiekiem był kiedyś Fairhart...

Co z tego, że wkroczył wtedy do akcji? Co z tego, że się wtrącił? Pierwszy raz tak postąpił, prawda? Przez ile takich sesji tortur Fairhart po prostu stał i patrzył na cierpienie niewinnych? Od ilu dzieci odwrócił głowę? I co jeśli to faktycznie wydarzyło się już dawno temu? Czy to go usprawiedliwia…?

Chłopiec próbował zracjonalizować w jakiś sposób widzianą w myślodsiewni scenę ale po prostu nie mógł. Tym, co go tak naprawdę przeraziło – choć starał się o tym zbyt wiele nie rozmyślać - było to, co teraz wyczyniał Fairhart. Kiedy Albus widział go ostatnim razem, ten znów miał na sobie te przeklęte szaty. We wspomnieniu był Renegatem. Czy teraz też nim był? Czy może tak być, że właśnie w tym momencie mężczyzna przygląda się czyjemu morderstwu?

Jak tylko Al próbował wyrzucić z głowy te natrętne, przerażające myśli, w jego umyśle odtwarzały się raz za razem jeszcze gorsze szczegóły tamtych tortur. Po wysłuchaniu krzyków tamtej biednej dziewczynki, wizualizowała się przed nim pewna kobieca twarz.

Blackwood.

Jak się okazało, Fairharta i Blackwood nie łączyła tylko przynależność do jednej organizacji. Najdziwniejsza w scenie między nimi, była jednak różnica w sposobie ich komunikacji. Fairhart zwracał się do niej jak ojciec do córki, patrzył na nią jak na własne dziecko. Blackwood z kolei mówiła do niego, jakby byli kochankami i łączyła ich jakaś intymna relacja. Posunęła się nawet do uderzenia go.

Co się za tym kryło? Ich relacja – jakakolwiek by nie była – utrzymała się przez te wszystkie lata. Jeżeli Fairhart naprawdę był szpiegiem w szeregach Zbawienia Różdżek, to po której stronie tak właściwie opowiadała się Blackwood? Czy stała za organizacją, której jest częścią czy za mężczyzną, którego błagała, żeby nie odchodził?

Najbardziej jednak dobijającym elementem wspomnieniem, który nie odstępował go na krok, była wzmianka o Lucjuszu Malfoyu. Ostatni element układanki, którego rozwiązania tak bardzo nie chciał zobaczyć Albus, ujrzał światło dzienne. Dziadek jego przyjaciela był mordercą. Blackwood nienawidziła Scorpiusa, ponieważ jego dziadek zamordował jej rodziców. Znęcanie się nad Scorpiusem w klasie było dla niej czymś w rodzaju sesji tortur. Było jej zemstą. Chłopiec wiedział, że myślenie w ten sposób było pokręcone i poniekąd niewłaściwe, ale… było mu żal tej kobiety.

- Dwóch na dwóch, Al? - usłyszał podekscytowany głos obok siebie.

Albus zamrugał zdezorientowany. Siedział na ogromnym polu, które nazywali podwórkiem. Został do tego zmuszony przez matkę, która kazała mu zaczerpnąć świeżego powietrza. Właścicielem rozentuzjazmowanego głosu (zgodnie z jego przewidywaniami) był Hugo.

- No nie wiem - mruknął, przyglądając się uważnie chłopcu. Wujek Ron poubierał go w poduszki, mające służyć za ochraniacze, tak na wszelki wypadek. Patrząc na ich ilość, Albus doszedł do wniosku, że jego kuzyn i tak został ubrany za „grubo" jak na standardowego gracza. Taka ilość potencjalnych amortyzatorów mogła być nawet niebezpieczna, tak w gruncie rzeczy.

Hugo w ręce trzymał swoją nową miotłę.

- Och, no daj spokój. Potrzebujemy jeszcze jednego gracza! - powiedział, patrząc za siebie na wujka Rona i Jamesa. Gryfon pochylił się nieco do przodu i uśmiechnął przebiegle. - Możesz być w moim zespole - dodał.

Albus spojrzał przeciwników. Wujek był już w powietrzu, sadowiąc się wygodniej na miotle, a James tradycyjnie się popisywał. Turlał sobie kafla z ręki na kark i z powrotem. Od czasu do czasu obracał piłkę i robił z nią coś, na co Ślizgon nigdy nie miałby nawet nadziei. Dzięki tym prostym kalkulacjom, oszacował że nie mają najmniejszych szans. Potrząsnął więc głową w odmowie.

- Może później - skłamał, łapiąc się za brzuch, by podkreślić wagę swojej nieszczerości. - Nadal nie czuję się zbyt dobrze. Nie powinienem ryzykować.

Bycie chorym podczas podróży okazało się szczęściem w nieszczęściu. Koniec końców, stanowiło to cudowną wymówkę, z której od czasu do czasu korzystał. Zastanawiał się nawet, dlaczego nie używał jej częściej. Była naprawdę nieoceniona – teraz mógł to powiedzieć głośno.

Uśmiech zniknął z twarzy Hugona.

- W porządku - stwierdził wyraźnie rozczarowany. - Może później... - mruknął, odchodząc do swojego taty i Jamesa. Nawet oni wyglądali na trochę pokonanych. Hugo nieumiejętnie ustawił swoją miotłę i wskoczył na nią, unosząc się odrobinę w górę przy asekuracji wujka Rona. Wujek na sto procent będzie dawał mu dalsze instrukcje.

- Naprawdę nie powinieneś tego robić - odezwał się znacznie mniej podekscytowany głos tuż przy uchu Albusa.

Rose. Jeśli chłopiec miał być szczery, to nie miał nawet pojęcia kiedy do niego podeszła. Równie dobrze mogła towarzyszyć mu już od jakiegoś czasu. Obecnie snuła się po domu niczym cień. Skradała się i nawet oddychała płycej niż zazwyczaj. Albus przypuszczał, że tym razem dorównuje jej w depresyjnym nastroju. Nawet Teddy to zauważył i nadał im przygnębiające przezwiska*.

- Co takiego? - zapytał.

Gryfonka westchnęła.

- On zawsze próbuje do ciebie zagaić. Serio tego nie dostrzegasz?

- On tak ma z każdym - odpowiedział, całkowicie zaskoczony tą rewelacją.

- Z każdym o imieniu Albus - powiedziała, wyginając lekko usta. Był to grymas najbliższy uśmiechowi, jaki pojawił się na jej twarzy od momentu tamtej katastrofalnej randki.

- Przestań. Co niby jest we mnie takiego wyjątkowego, co?

- Jesteś moim opozycjonistą - przyznała szczerze. Al wiedział, że jego kuzynka naprawdę ma na myśli to, co mówi. Będąc w takim nastroju, nie miała ochoty nawet na przekomarzanie się. – Jesteś inny od nas wszystkich. Wyjątkowy. No wiesz, Slytherin i te sprawy...

- Co? Hugo ci to powiedział? - zapytał, szukając kuzyna wzrokiem. Chłopiec był wysoko w powietrzu, próbując utrzymać się na miotle.

- Nie musiał - skomentowała. - To oczywiste, że Hugo cię obserwuje. Widać to gołym okiem.

Albus spojrzał na Rose. Na jej twarzy wciąż wypisany był smutek, nawet jeśli była odrobinę żywsza niż przez ostatnie tygodnie. I pomyśleć, że on się do tego przyczynił…

- Nie powinien tego robić – odpowiedział cicho, spuszczając głowę.

Pomimo faktu, że jego ojciec często pojawiał się w rezydencji z masą ciekawych i ważnych informacji (które oczywiście były przeznaczone tylko dla uszu dorosłych czarodziejów), niewielka ich ilość docierała do Ala. Dopiero kilka dni przed końcem przerwy świątecznej wydarzyło się coś interesującego.

- Albusie! – zawołała go matka, gdy robił kolejne kółko po olbrzymim podwórku. Aktualnie był bardzo zajęty łapaniem świeżego powietrza.

- Tak? – odkrzyknął jej ponuro, czując się skołowanym przerwaniem mu tej czynności. Akurat, gdy udało mu się złapać tak dobre tempo…

- Uważaj na swój ton! – krzyknęła. – Przyszedł do ciebie list od jednego z twoich przyjaciół!

Chłopiec pozbierał się i wszedł do domu, gdzie Ginny podała mu kopertę. Nieskazitelne pismo poinformowało go, że list jest od Scorpiusa. Nie musiał nawet otwierać koperty, żeby to zrozumieć. Rozpakował go więc na spokojnie w swoim pokoju.

Al,

Jak mijają twoje ferie?

Nie jestem do końca przekonany, czy ta wiadomość dotrze do ciebie, biorąc pod uwagę obecną pogodę. Nawet jeśli by się to udało, to zapewne twój odzew usłyszę dopiero w Hogwarcie, bo pewnie zdążymy już tam wrócić. Mimo to zdecydowałem, że napisze do ciebie i podpytam jak tam się sprawy mają. Morrison pisał mi, że jego ferie są po prostu koszmarne.

Moje są w porządku. Spokojne. Sam doskonale wiesz, jak to zazwyczaj jest podczas jakiekolwiek przerwy od szkoły. Zostawię w domu moje małe urządzonko, tak chyba ogółem będzie bezpiecznej.

To niesamowicie dziwne – mój dziadek jest ostatnio bardzo miły. Wypytuje o moje lekcje i wycieczki. O dosłownie wszystko. Wydaje się być tym bardzo zainteresowany, wiesz? Normalnie jak nigdy!

W każdym razie, piszę do ciebie, żeby dowiedzieć się czy masz jakieś ciekawe informacje na temat naszej małej operacji. Tej dotyczącej naszego uroczego kwiatu.

Odpisz, jeśli starczy ci czasu.

Scorpius

Albus przyjrzał się temu pozornie nic nieznaczącemu listowi i zmrużył oczy. Nie mógł się zdecydować, co było zabawniejsze – określenie „nasze małe urządzonko" czy „naszego uroczego kwiatu". Przyjaciel brzmiał, jakby obawiał się przechwycenia tej notki i wyglądało na to, że był naprawdę ciekawy, jak się czuje Rose.

Chłopiec westchnął i złożył list, po czym rzucił go na zaskakująco brudną podłogę. Typowy Scorpius. Ostatnim razem, gdy się z nim widział, był bliski zwymiotowania ale Malfoy najwidoczniej wywnioskował, że już czuje się na tyle dobrze, żeby znowu trochę powęszyć. Do głowy od razu przyszła mu jego rozmowa z Rose w Boże Narodzenie. Czy nadal powinien pomagać Scorpiusowi w tej sprawie? A co jeśli ta sytuacja jeszcze bardziej się pogorszy?

Opadł na łóżko z szeroko rozłożonymi rękami, po czym zamknął oczy. Niespiesznie powtarzał w myślach wersy listu. „To niesamowicie dziwne – mój dziadek jest ostatnio bardzo miły." Albus przekręcił się na bok, powstrzymując się od zwrócenia na podłogę. Gdyby tylko Scorpius wiedział jaki miły był jego dziadek...

Zamrugał parokrotnie, czując jak coś zimnego opada mu w żołądku. A co jeśli on wie? Czy powinien mu o tym powiedzieć? A może lepiej dla wszystkich będzie, jak ukryje prawdę? Scorpius już teraz miał wiele na głowie i czy naprawdę potrzebował przypominania mu, jak okropny był kiedyś jego dziadek? Dlaczego większość czarodziejskiego świata uważała jego nazwisko za tak obrzydliwe? Ta informacja jednak dostarczyłaby mu pewnych odpowiedzi na pytanie, będące do tej pory jedną wielką niewiadomą - dlaczego profesor Blackwood tak źle go traktowała... Uświadomi sobie, że najprawdopodobniej był w niebezpieczeństwie…

Natychmiast podniósł się do siadu. Jego przyjacielowi grozi niebezpieczeństwo! Miał ochotę walnąć się w głowę, że wcześniej o tym nie pomyślał. W tym tygodniu był tak zaaferowany tym, co zobaczył w myślodsiewni, że zapomniał o tym, jak to wspomnienie wpływało na toczące się wokół życie. Powinien powiedzieć o tym komuś. Musiałby zignorować osobistą bitwę ze swoim ojcem…

Jego gorączkowe rozmyślania przerwało nagłe pukanie do drzwi.

- Proszę! - zawołał.

- Wszystko w porządku? - zapytała mama, wchodząc do jego pokoju i omiatając wzrokiem leżący na podłodze pergamin.

- Jest okej - odpowiedział - Właśnie przeczytałem list. Tata jest w domu?

- Właśnie wyszedł - stwierdziła, marszcząc brwi. - Najprawdopodobniej przegapi obiad ale na pewno później już będzie w domu. Dlaczego pytasz?

Albus położył się znowu na łóżku.

- Po prostu chciałem z nim porozmawiać.

- Dam ci znać, kiedy już wróci, dobrze? - zapytała mama. - To coś ważnego? – dodała, unosząc brwi. - Ze mną też możesz zawsze porozmawiać.

Albus przeciągnął się.

- To nic takiego - skłamał. Naprawdę nie chciał, by wielu ludzi wiedziało coś na ten temat. Poinformowanie taty było koniecznością. Ojciec był przecież kiedyś Szefem Departamentu Aurorów, znał się na kwestiach bezpieczeństwa - mógłby w jakiś sposób pomóc Scorpiusowi. Jego matka nie miała takiej mocy sprawczej.

- Jesteś pewien? - zapytała, siadając obok niego. - Wydaje mi się, że masz teraz sporo na głowie.

- Nic mi nie jest, naprawdę.

- Nigdy się tak nie zachowywałeś - powiedziała twardo, patrząc na niego wyczekująco. - Snujesz się wokół jak jakiś wampir.

Chłopiec spróbował się uśmiechnąć, ale nie potrafił.

- Wciąż nieco niezbyt dobrze się czuję - skłamał ponownie.

Matka spojrzała na niego surowo.

- Jesteś całkowicie zdrowy, Albusie - powiedziała. - Oboje jesteśmy tego świadomi. Możesz oszukiwać w ten sposób swojego brata, siostrę i kuzynostwo, ale wiem, kiedy moje dzieci są chore, a kiedy zestresowane. Al, jesteś chory ze zmartwienia.

Chłopiec westchnął ciężko, żałując, że nie udawał, że śpi, gdy matka zapukała.

- Może i mam nieco na głowie - przyznał, mając nadzieję, ją tym uspokoi.

- Co takiego? – dopytywała.

- Trochę szkolnych pierdół – powiedział, ale gdy spojrzała na niego wyczekująco, kontynuował. - I to całe zamieszanie na zewnątrz.

- Jakie zamieszanie na zewnątrz? - spytała uspokajająco.

- Ech...

Pomiędzy nimi zapadła chwila ciszy, podczas której Albus odwrócił wzrok. Mama nigdy nie była aż tak dociekliwa - zazwyczaj wydawała się po prostu wszechwiedząca. Dopiero teraz, gdy zobaczył ją siedzącą tak blisko niego, ze swoimi rudymi włosami, okalającymi jej twarz oraz wąskimi ustami, uświadomił sobie dlaczego w ogóle ze sobą rozmawiają na ten temat. Mama wiedziała, że ciężko mu się odezwać do ojca.

- Chodzi o tatę - powiedział. - I tą całą sprawę... z Aresem i Renegatami… - przerwał ostrożnie. Nie chciał ujawnić za dużo informacji. Zwłaszcza czegoś bardzo istotnego.

Ginny kiwnęła jednak głową.

- Wiem - odpowiedziała. – Sprawy nie mają się teraz za dobrze - dodała, klepiąc go po nodze. - A czy wiesz, dlaczego Lily i James tak bardzo się nad tym nie zastanawiają?

Potrząsnął przecząco głową.

- To dlatego, że się tak w to nie angażują. Wiedzą, że cokolwiek się teraz dzieje, to nie jest ich wina i że nie powinni się tym przejmować – wyjaśniła na spokojnie. - Spróbuj zrobić to samo, Al. Nic z tego wszystkiego nie powinno mieć na ciebie żadnego wpływu. Nie rozwódź się nad tym.

Albus spojrzał w dół. Wyglądało na to, że on jako jedyny tak bardzo niepokoi się obecną sytuacją polityczną. Zaczynając czwarty rok w szkole, był przekonany, że nie będzie sprawiedliwie traktowany przez innych, przez wzgląd na opinię swojego ojca. Był przygotowany na spadek własnej popularności. W zeszłym roku tylko on zdał sobie sprawę z prawdziwej natury nauczyciela eliksirów. Rozmyślał nad tym bardzo skrupulatnie. Był spragniony informacji, których tak naprawdę wcale nie potrzebował. Oglądanie wspomnień Fairharta doskonale to potwierdza.

A jednak dotyczyło go to. To nie Lily czy James zostali zaciągnięci do kwatery głównej Zbawienia Różdżek. To nie oni budzili się każdego ranka spoceni i ledwo oddychający, z trudem próbując przypomnieć sobie chociaż ułamki tego snu. To nie jego rodzeństwo wściekle mrugało ze świadomością, że ich oczy mogą za chwilę zmienić swój naturalny kolor. To wszystko miało na niego wielki wpływ – jeśli byłoby inaczej… wtedy mógłby się tym nie przejmować.

Nie mógł jednak powiedzieć o tym matce. Postanowił się więc wycofać.

- W porządku, postaram się – powiedział. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Miał nadzieję, że był wystarczająco przekonujący.

Ginny popatrzyła na niego przez moment, po czym wstała.

- Chcesz się zdrzemnąć teraz? - zapytała.

- Tak - odpowiedział, zamykając oczy. Potrzebował samotności bardziej niż czegokolwiek innego teraz. Liczył, że ten gest wystarczy.

- W porządku - stwierdziła cicho. - Powiem ci, kiedy wróci ojciec.

Po chwili Albus usłyszał trzask zamykanych drzwi. Nie otworzył jednak oczu, żeby się upewnić. Leżał w ciepłym łóżku, próbując oderwać się od galopujących myśli lub zostawić jedną natrętną, by móc przejść do kolejnej. Nie potrafił się określić – w jednym momencie pragnął rozmyślać nad tym wszystkim, w drugim całkowicie o tym zapomnieć. Chciał, by jego umysł choć trochę opustoszał. Raz tak, raz tak. Jeszcze nigdy nie był taki niezdecydowany. A potem poczuł, że dryfuje. I nagle biegł...

Przedzierał się szaleńczo przez ciemność, która nie miała żadnego końca. Obejrzał się za siebie, dysząc z wyczerpania. Nie widział też żadnego początku swojego maratonu. Dokąd zmierzał? Od czego uciekał?

Nawet w tej ciemności wiedział, że biegnie po twardym gruncie. Oprócz swojego ciężkiego oddechu słyszał tylko i wyłącznie echo czyichś kroków. Każdy kolejny wydawał mu się głośniejszy, bliższy. Kontynuował swój miarowy bieg, chociaż zaczęła łapać go kolka w boku. Gdy mimowolnie zaczął zwalniać, ciemność zaczęła pochłaniać jego stopy.

Przyspieszył. Ziemia przed nim zaczęła się rozchodzić, rozdzielać. Nie potrafił się bezpiecznie przez to przeprawić. Nie mógł też w żaden sposób spaść…

Nagle, parę metrów przed nim, pękła ziemia. We wszechobecnej ciemności pojawiło się coś, co wyglądało jak szczelina. Była widoczna tylko i wyłącznie dzięki niesamowitemu, czerwonemu światłu, które emitowała. Szczelina zaczęła się jeszcze bardziej powiększać, tworząc pewnego rodzaju otwór. Albus stanął jak wryty, gapiąc się na niego wielkimi oczami. Wydawało mu się, że słyszy wydobywający się z niego głos.

- Co? - zapytał tępo w tą czerwoną dziurę. Jego głos odbił się echem. Dziura coś odpowiedziała. Chłopiec nie usłyszał tylko, co konkretnie. Czy powinien podejść bliżej? Może ta dziwaczna szczelina pojawiła się, żeby mu pomóc? Może ma do niej wpaść, żeby uciec ciemności?

Zrobił więc krok do przodu. Głos wydawał się być zniekształcony – tak jakby jego właściciel miał usta wypełnione wodą. Albus opadł na kolana, czując się niemal oślepionym przez to czerwone światło.

- Co? - zapytał ponownie.

Głos odpowiedział. Wydobywał się ze szczeliny.

- Zdejmij maskę

Albus spojrzał na nią uważnie. O czym ona mówiła?

- Zdejmij maskę – powtórzyła, brzmiąc jak świszczący oddech.

- Nie noszę żadnej maski! - krzyknął.

- Masz ją teraz na sobie!

Z pęknięcia wystrzeliła dłoń - sucha, cała w strupach, z widocznym czymś, co mogło być kością. Zwisało z niej postrzępione ciało. Gwałtownie odskoczył, ale ręka złapała go za nadgarstek i zanim mógł zrobić cokolwiek innego, do jego uszu dobiegł głośny trzask…

Albus niemal wyskoczył ze swojego łóżka. Trzaśnięcie dobiegało z dołu. Matka coś krzyczała. Był jednak zbyt oszołomiony, by dotarł do niego sens jej słów. O czym śnił? Dlaczego tak intensywnie tarł swój nadgarstek?

Rzucił okiem na okno i zobaczył ciemne niebo. Noc? Ile godzin przespał? Nie minęła minuta, kiedy z dołu dobiegł go kolejny głośny trzask i kolejne krzyki mamy.

- Harry, przestań! To nie twoja wina!

Albus wyczołgał się z łóżka, wciąż będąc nieco zdezorientowanym. Przez chwilę pokrzątał się niemrawo po swoim brudnym pokoju, po czym wyszedł i zobaczył, że na szczycie schodów siedzi Lily. Miała na sobie koszulę nocną a jej włosy były potargane - najprawdopodobniej ją też obudzono.

- Gdzie są wszyscy? - zapytał ją, podchodząc bliżej. - Która godzina?

- Prawie północ – odpowiedziała, patrząc na niego. - James śpi jak zabity. Rose i Hugo wyszli niedawno ale wujek Ron nadal może tutaj być.

- A kiedy tata wrócił?

- Przed sekundą - stwierdziła przestraszona. - Jest bardzo zły...

- Wiesz dlaczego? - spytał, zerkając na dół. Wszystkie światła były zapalone. Dziewczynka potrząsnęła głową. - Jest zły na mamę? Bo pewnie ostatnią rzeczą, jakiej teraz mu potrzeba, jest Upiorogacek…

- Nie, już przyszedł taki zły - powiedziała Lily. - I chyba jest też zmartwiony.

Albus zmarszczył brwi.

- Może znowu go ktoś uderzył - mruknął pod nosem.

- Co? – zapytała zdziwiona.

- Wróć do łóżka. Spróbuję się dowiedzieć, co tam się dzieje.

Lily nie wykonała jednak żadnego ruchu - zamiast tego zdecydowała się poczekać na szczycie schodów. Albus westchnął cicho i zszedł na dół, przecierając zmęczone oczy i ziewając szeroko. Przez moment rozważał wstąpienie do łazienki, ochlapanie twarzy wodą i pomruganie przed lustrem, żeby upewnić się, czy jego oczy aby na pewno są normalnego koloru. Ciekawość jednak okazała się niekwestionowanym zwycięzcą w tym boju i chłopiec ominął toaletę. Kiedy tylko przekroczył próg salonu, oczywiste stało się to, jak bardzo zły jest tata. Niektóre bibeloty z szafek i półek leżały na ziemi, a kilka obrazów wiszących na ścianach było popękanych. Harry ewidentnie czymś rzucał po kątach. Albus momentalnie się zatrzymał. Do głowy mu nie przyszło, że w ojcu siedzi taki szaleniec. Co się stało?

Do kuchni wszedł w milczeniu. Nikt nie zauważył jego obecności. Wujek Ron rzeczywiście wciąż był u nich - siedział przy kuchennym stole, plecami do niego. Naprzeciwko niego siedział ojciec – wciąż go nie widział. Ramionami obejmował położoną na blacie kuchennego stołu głowę. Wyglądał jakby cicho szlochał. Matka także była odwrócona tyłem do Albusa. Była zajęta przygotowywaniem herbaty.

- Przykro mi, Harry - powiedziała. - Nie możesz już z tym nic zrobić, musisz to zrozu... - przerwała, gdy odwróciła się i skrzyżowała spojrzenie ze swoim synem. W jednym momencie wujek Ron także się obrócił, a tata podniósł głowę.

Albus uważnie spojrzał na każdego z nich z osobna, nagle żałując, że nie został w swoim łóżku.

- Co się tutaj dzieje? - zapytał.

- Przepraszam - powiedział od razu ojciec. - Musiałem cię obudzić...

- Wcale nie spałem - skłamał i postanowił przyjąć inną taktykę. Obrócił się do wujka Rona - może od niego uda mu się wyciągnąć bardziej bezpośrednią odpowiedź. - Co się stało?

Wujek westchnął.

- Coś bardzo złego, Al. Możemy o tym porozmawiać już rano. Wszyscy potrzebujemy teraz snu.

Albus spojrzał na nich jeszcze uważniej.

- Czyli nie mogę się dowiedzieć, dlaczego nasz salon wygląda tak jak wygląda...?

- Albusie - przerwała mu stanowczo, choć spokojnie matka. - Chciałeś porozmawiać o czymś z ojcem, prawda? Nieco wcześniej?

Chłopiec zamilkł i podrapał się za uchem. W międzyczasie ojciec upił łyk herbaty, którą wręczyła mu mama. Ta prosta czynność wydawała się stanowić dla niego duży wysiłek. Nie omieszkał jednak rzucić mu zaciekawionego spojrzenia. A może było to po prostu smutne spojrzenie?

- To nic takiego - powiedział szybko, próbując się wycofać z kuchni.

- Nie – zatrzymał go tata, przeczesując dłońmi zmierzwione włosy. - Mów śmiało. Nie przejmuj się tym bałaganem – dodał, kręcąc głową. - Co tam?

- Chodzi… chodzi o szkołę - stwierdził, nie do końca mając pomysł jak wytłumaczyć fakt, iż Blackwood chce zamordować Scorpiusa.

W kuchni zapadła chwilowa cisza.

- No wyduś to z siebie, mały - naciskał wujek.

- Ron! – zganiła swojego brata matka.

- Może… może nie konkretnie o szkołę - poprawił się szybko Albus. - Bardziej o nauczyciela.

Tym razem moment ciszy był dłuższy. Och, tak bardzo teraz żałował, że po drodze jednak nie wstąpił do tej łazienki i nie sprawdził się w lustrze. Mógłby wtedy przy okazji poćwiczyć to wyjaśnienie.

- Mamy nowego nauczyciela Eliksirów - kontynuował odważnie. - Profesor Blackwood.

Ojciec i wujek wymienili między sobą dziwne spojrzenia, które zdecydowanie bardziej zdradzały ich ciekawość.

- Co z nią? - zapytał Ron.

- Ona… - Albus przerwał i natychmiast zauważył błąd mężczyzny - najwidoczniej wujek już znał płeć wykładowczyni. Powiedział "ona" zamiast "on". A przecież nie wspominał, że ów nauczyciel był kobietą…

- No? - pogonił go ojciec.

- No tak. Profesor Blackwood - zaczął. – Wi... Widziałem ją jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. Na tych zamieszkach na Pokątnej. Pomagała Wa… Waddlesworthowi. Myślę... że jest Renegatem, czy coś w tym stylu… - powiedział, mając nadzieję, że niezbyt pewnie. Postanowił dodać do tego wzruszenie ramion, by nadać temu stwierdzeniu naturalności. Zdecydował się nie wspominać o małej wycieczce do jej gabinetu i obejrzeniu wspomnienia Fairharta. Nie chciał narazić się na dodatkowe kłopoty, a i tak miał już wystarczająco dużo dowodów na jej winę.

Ojciec westchnął głośno a matka zacisnęła usta, nie mówiąc nawet jednego słowa. Wujek przeczesał włosy ręką i wydał z siebie dziwny dźwięk, który Albus zinterpretował jako cichy, urywany śmiech.

- Daj dzieciakowi szansę, Harry - powiedział, zwracając się do swojego szwagra. - Jest bystry. I ma wiele racji, prawda? Jest zupełnie taki jak jego staruszek.

- Co? – zapytał chłopiec. Dlaczego żadne z nich nie było zaskoczone?

- Doszedłeś do tego wszystkiego na własną rękę, Al? Całkiem imponujące... Zgadza się. Blackwood jest Renegatem. Jest wysoko postawionym członkiem Zbawienia Różdżek.

- Wiedzieliście? - zapytał, patrząc na wszystkich po kolei. – To skoro wiecie, że rani ludzi to dlaczego pozwalacie jej pracować w Hogwarcie?

- Profesor McGonagall zapewniła mnie, że nie wyrządzi żadnemu uczniowi krzywdy - powiedział ojciec.

- Nawet jeśli pała do jakiegoś wielką nienawiścią? - zapytał, nie mogąc się powstrzymać. Chyba zbyt się pospieszył z tym stwierdzeniem.

- Do kogo? - zapytał wujek. – Kogo tak bardzo nienawidzi?

Albus rzucił mu uważne, kalkulujące spojrzenie.

- Nikogo - stwierdził defensywnie. – To znaczy… to czysto hipotetyczne pytanie. W końcu pracuje przecież dla ZR i w ogóle. Ja bym jej nie zatrudnił.

- Ja też nie - odpowiedział Harry. - Ale nic z tym nie możemy zrobić. Nie prosiła o tę pracę - została jej narzucona.

- Co? Przez kogo? – zapytał, zastanawiając się kto podjął tak głupią decyzję.

- Przez Waddleswortha - powiedział ojciec. - Technicznie rzecz ujmując, przez Kingsleya. Naprawdę trudno to wyjaśnić. To skomplikowana sprawa.

Albus wbił w tatę stanowcze spojrzenie. Nie chciał, żeby Harry zamknął tym stwierdzeniem cały temat.

- W lecie Zbawienie Różdżek podpisało z Kingsleyem wiążący kontrakt. To coś na kształt… współpracy.

- Współpracy? – powtórzył chłopiec. – A czy przypadkiem ZR nie pała nienawiścią do Ministerstwa?

- Masz rację. Nienawidzi rządu. Tak właściwie, to jest to w pełni odwzajemnione - potwierdził wujek. – Ale pomimo tego uczucia, ZR jest jednocześnie naszym cennym sprzymierzeńcem. Współpracujemy z nimi w podobny sposób, jak po wojnie z Voldemortem.

Albus przypomniał sobie pewne słowa - "Potter i Warren mają chwiejny sojusz". O ile się nie mylił, była tam mowa jeszcze o trzymaniu się na dystans.

- W jaki sposób przebiega ta współpraca? - zapytał, ważąc słowa.

- Nie wydaje mi się, żeby Albus musiał tego słuchać - wtrąciła się Ginny.

- W porządku, Gin. Chłopak jest po prostu ciekawy - odparował jej szybko wujek Ron.

Harry przypatrywał mu się uważnie przez dłuższą chwilę. Kiedy w końcu zdecydował się odezwać, jego głos był dość niski.

- Zbawienie Różdżek przekracza granice, których Ministerstwo nie może. Wielu mrocznych czarodziejów i czarownic mieszka obecnie poza naszym krajem, poza naszym zasięgiem. ZR to nie obchodzi. Odnajdują ich, sprowadzają tutaj i przekazują ich nam. W zamian Ministerstwo przymyka nieco oko na łagodniejsze występki członków tej organizacji.

- Co? - niemal krzyknął. - Tak po prostu pozwalacie im mordować i...

- Poczekaj, Al - powiedział wujek. – Nic z tych rzeczy. Mowa o pierdółkach, za które mniej więcej jest miesiąc Azkabanu. To naprawdę niewielkie przestępstwa. Weźmy dla przykładu takiego Młota - tego wielkiego, głupiego facet. Wypuściliśmy go w zamian za nazwiska, mimo że dopuścił się aktów przemocy. Nie mamy żadnego dowodu, że popełnił jakieś morderstwo.

Albus wpatrywał się w nich wszystkich tępo. Jego oczy pociemniały z gniewu. On wiedział – miał niezbity dowód.

- Brzmi to gorzej, niż wygląda w rzeczywistości - argumentował ojciec. – Wiem, co sobie teraz o tym myślisz. Musisz jednak zrozumieć, że takie rzeczy nie dzieją się codziennie. Kiedy dochodzi do pewnych incydentów, jesteśmy zmuszeni do takiej współpracy. Zazwyczaj trzymamy się od siebie z daleka.

- To znaczy? – zapytał Albus. – Jakie incydenty?

- Groźby terrorystyczne – odpowiedział tata. - Nie wiem, czy o nich czytałeś, ale najwyraźniej wysunął je Darvy.

- Darvy?

- Ares przebywa za granicą – wciąż uważamy, że czegoś szuka. Pamiętasz, co mówiłem ci ostatnio o Mrocznym Sojuszu? O małej grupie zwolenników Darvy'ego? Wykonywali swoje ruchy, grozili Ministerstwu. Niektórzy nawet rozkazują…

- Zwrócić się przeciwko tobie… - dopowiedział Albus.

Ojciec zmarszczył brwi.

- Coś w tym rodzaju – przyznał. – Autentyczność tych gróźb jest jednak bardzo wątpliwa. Co więcej, odnoszę wrażenie, że Ares trzyma swojego brata na krótszej smyczy, mocniejszej. Gdy ludzie jednak słyszą te groźby, zaczynają się martwić. ZR w takiej więc sytuacji, łapie kilku W.O., których miało już w swoich rękach wcześniej i oddaje ich Ministerstwu. Ludzie zaczynają dostrzegać, że Ministerstwo robi postępy – tak naprawdę po prostu tylko osadza schwytanych w Azkabanie.

- To straszne – skomentował Albus, wzdrygając się. Czy Ministerstwo Magii było aż tak skorumpowane i zepsute?

- Tak to właśnie wygląda - stwierdził Ron. - To jednak jedyny sposób, kiedy dzieją się takie rzeczy. Kingsley też nienawidzi tego sposobu ale rozumie, że tak trzeba. Rozumie to także kilka innych, zaufanych osób. My osobiście trzymamy się od tego z daleka – niektórzy Aurorzy wciąż mają swoją godność. Sami łapiemy nasze małe zakapturzone robaki.

- No dobrze, ale co to ma wspólnego z Blackwood nauczającą w Hogwarcie?

- To jeden z warunków Warrena – splunął ojciec. – Wprost powiedział Kingsleyowi, że chce mieć w szkole swojego człowieka. Groził, że nie będzie oferował więcej wsparcia Ministerstwu. Chciał umieścić tam Zydrunasa, znaczy tego całego Młota, ale udało się uzgodnić, że koniec końców będzie to Blackwood. Osobiście opowiedziałem się przeciwko obu tym osobom.

- Ja tak samo – wtrącił się wujek. – Nie chciałem, żeby moje dzieci uczył jakiś brzydki, brutalny półgłówek. Ten gamoń pewnie nawet nie potrafi dobrze czytać ani liczyć, nie mówiąc już o jakimkolwiek uczeniu innych magii…

- Tak wyszło, Al. Okazało się, że Blackwood najwyraźniej jest bardzo biegła w Eliksirach i po paru negocjacjach uzgodniono, że będzie to ona.

- Ale dlaczego? – zapytał chłopiec, przesuwając wzrok to z jednego, to na drugiego mężczyznę. - Dlaczego akurat w Hogwarcie? Dlaczego Waddlesworth chciał tam swojego człowieka?

- Tego nie wiemy - odpowiedział szczerze Ron. - Waddlesworth twierdzi, że chce, by jego ludzie chronili dzieci, ale wszyscy doskonale wiemy, że Hogwart jest najbezpieczniejszym miejscem pod słońcem. Jego zabezpieczenia są idealne. Nie mogłyby być już lepsze. Wydaje nam się, że poszukują o kimś lub o czymś ważnych informacji. Nie wiemy tylko, co lub kto to jest.

- I właśnie dlatego umieściliśmy szpiega w szeregach ZR - powiedział przez zaciśnięte zęby Harry.

Wujek spojrzał na niego ewidentnie zaskoczony. Wyglądał tak, jakby to jemu zdarzyła się ta niefortunna pomyłka i to on wypaplał za dużo.

- Szpiega? - zapytał Albus, udając niezrozumienie. W rzeczywistości, miał już na myśli konkretną osobę.

- Tak - powtórzył ojciec i w momencie jego twarz przybrała zrozpaczony wyraz. Wyglądał na niemal tak samo nieszczęśliwego, jak wtedy, gdy chłopiec wszedł do kuchni. - Twojego byłego nauczyciela, profesora Fairharta.

Pokiwał głową.

- Tak po prostu go wpuścili w swoje szeregi?

- Miał kiedyś już z nimi styczność. I nie na złej stopie - odpowiedział wujek.

- Jego zadaniem było dowiedzieć się, dlaczego Waddlesworth potrzebował swojego szpiega w szkole i czy ma szpiega w grupie Aresa. Bardzo potrzebowaliśmy tych dwóch informacji.

Albus zamilkł na moment, rozważając to. Coś dziwnego było w sposobie, w jaki tata sformułował to zdanie. Coś podejrzanego…

- Co masz na myśli, że to "była" jego praca?

Twarz Harry'ego ponownie przybrała żałosny wyraz. Wujek Ron odwrócił głowę. W kuchni zapanowała nagle bardzo ciężka atmosfera. Matka także odwróciła się i spuściła głowę. Następne wypowiedziane głośno słowa sprawiły, że jego brwi zmarszczyły się.

- Profesor Fairhart nie żyje, Albusie - powiedział płaczliwie ojciec.

Ślizgon poczuł, że coś w jego wnętrzu znika bezpowrotnie. Przesłyszał się? Profesor Fairhart był... martwy?

- C… co? - zapytał oszołomiony.

- Nie żyje, Albusie - powtórzył ojciec. - Przykro mi… Wiem, że bardzo go lubiłeś.

Chłopiec rzucił okiem na swoją matkę, która nadal trzymała spuszczoną głowę. Wyglądała, jakby nie mogła znieść myśli o spojrzeniu mu w twarz. Wujek także przyglądał się podłodze. Wydawało mu się, że tylko tata był zdolny do utrzymania z nim kontaktu wzrokowego. Albus nie mógł jednak teraz przyjrzeć się komukolwiek w kuchni uważniej. Nie potrafił tego zrozumieć. Fairhart był niemal niepokonany, prawda? Przecież wszyscy Renegaci w obejrzanym wspomnieniu, kulili się przed nim, bojąc się starcia. Rok temu w Ministerstwie, jego przeciwnicy padali przed nim jeden za drugim, prawda?

- Co? Jak… jak to? Kiedy? – wyjąkał.

- Właśnie się dowiedziałem - powiedział ojciec, zamykając oczy. - Nie kontaktował się z nami od kilku dni. Potem zorientowaliśmy się, że z jego domu został tylko gruz.

- Został… zaatakowany?

- Tak. Najprawdopodobniej to była sprawka Zbawienia Różdżek - powiedział wujek. - Od kilku dni wiedzieliśmy, że ZR wydało mu rozkaz zrobienia czegoś. Bardzo możliwe, że w grę wchodziło morderstwo. Nie wiemy tylko, na kogo został wydany ten wyrok. Fairhart powiedział, że nie może tego zrobić i musi się wycofać... Najwyraźniej Waddlesworthowi się to nie spodobało. Nie mógł pozwolić mu na coś takiego…

- To nie ma najmniejszego sensu! – krzyknął chłopiec tak głośno, że oczy jego matki rozszerzyły się gwałtownie. - Kto był tak silny, żeby go pokonać? Co...

- Al, nie jesteśmy nawet pewni, jak do tego doszło - przerwał mu Harry. - Nie znaleźliśmy ciała. A przynajmniej nie jego. Nie zmienia to jednak faktu, że palce maczało w tym Zbawienie Różdżek…

- To może nic mu nie jest! – Albus poczuł, że jego serce robi koziołka. Poczuł przypływ nadziei. - Mógł wywalczyć sobie drogę i się ukryć!

Ojciec pokręcił smutno głową.

- Sancticus nigdy nie był tego typu człowiekiem, Albusie. Ciała, które znaleźliśmy, sugerowały, że podjęto walkę. Możemy się tylko domyślać, że ktokolwiek to nie był, dorwał go. Nawet San mógł sobie nie poradzić z ponad dwudziestoma czarodziejami…

- Mylisz się! – krzyknął chłopiec. - Nie widziałeś go w walce! Nie widziałeś, co tak naprawdę mógł zrobić! Co takiego wie! Potrafi dużo więcej, niż mogłoby ci się wydawać...!

- Znaleźliśmy to, Albusie - przerwał mu wyraźnie ojciec, sięgając do kieszeni i wyciągając pewien niewielki przedmiot. Ślizgon patrzył na niego zdezorientowany i dopiero po chwili poczuł, jak jego serce zamiera. Tata wyciągnął srebrny pierścionek. Sygnet Fairharta. - Nigdy go nie zdejmował, Albusie. Przez te wszystkie lata, nie zdjął go ani razu. Nie wiem, dlaczego dokładnie i jak wiele miał dla niego znaczenie, ale jestem pewien, że nigdy by go tam nie zostawił... Najwidoczniej musiał mu spaść podczas walki…

- Ale nie znaleźliście ciała! – krzyknął, czując jak do oczu napływają mu łzy. Ten pierścień był dla niego gwoździem do trumny. To przez niego zaczął się teraz rozklejać.

- Zbawienie Różdżek mogło je zabrać - podpowiedział wujek. - W końcu San był Aurorem. Nie zostawiliby go tak na pastwę losu.

- Po prostu się poddajecie! – powiedział dobitnie, patrząc na nich gniewnie. Łzy w końcu spłynęły mu po policzkach. Wciąż próbował zrozumieć tę sytuację. Oczywiście, że Fairhart nie był martwy. Jego wujek i ojciec byli po prostu idiotami.

- Akceptujemy prawdę, Albusie - stwierdził Harry. - Przepraszam.

- Och, powinno ci być przykro! To tyle?!

- Ścisz głos, Albusie! – upomniała go matka.

Chłopiec zignorował jednak Ginny i wściekły odwrócił się na pięcie. Ojciec był taki „dobry", że zdecydował się skazać Fairharta na śmierć – to w końcu on wydał mu rozkaz szpiegostwa ZR – a teraz odmawiał uznania tego, że Auror żyje? Nie był mu winien chociaż tyle?

Wyszedł z kuchni z zaciśniętymi zębami. Ani razu nie obejrzał się za siebie. To takie dziwne. Kilka dni temu dałby sobie uciąć głowę, że nienawidzi Fairharta całym sercem, a teraz nie pragnął już niczego więcej, jak tylko żeby ojciec przyznał mu rację. Chciał, żeby tata powiedział mu, że był w błędzie i jego były nauczyciel jest cały i zdrowy.

- Albusie, poczekaj! - krzyknął za nim Harry.

Do uszu chłopca dobiegł dźwięk odsuwanych gwałtownie krzeseł – najwyraźniej od stołu poderwali się i tata i wujek Ron. Zignorował to jednak. Nie poczekał na nich. Zdeterminowany maszerował w górę schodów, udając że nie słyszy ich nawoływań. Lily wciąż siedziała tam, gdzie wcześniej.

- Al… - zaczęła, ale nie dał jej dokończyć. Minął ją bez słowa i wszedł do swojego pokoju, głośno trzaskając przy tym drzwiami. Nie minęła chwila, gdy drzwi otworzyły się. Na korytarzu stał tata z wujkiem.

- Albusie...

- Wyjdź! – ryknął chłopiec.

- Nie, dopóki mnie nie wysłuchasz! - odkrzyknął ojciec. Jego zmęczona i zdruzgotana twarz wyglądała w tym momencie na bardziej zaciekłą i autorytarną niż ta wcześniejsza zdrowo wyglądająca. – Ron, mogę cię prosić?

Wujek kiwnął niepewnie głową, po czym opuścił jego pokój, zostawiając ich samych. Cicho zamknął za sobą drzwi.

- Wyjdź! – powtórzył Albus.

- Dlaczego? Co takiego ci zrobiłem? - zapytał ojciec głośno. – Jak myślisz, co takiego tam się wydarzyło?

- Zabiłeś go, tato! - krzyknął. – Uważam, że wepchnąłeś go do grupy bardzo niebezpiecznych ludzi, tylko po to, żeby uzyskać kilka informacji. Fairhart nawet nie spodziewał się, że rzucą się na niego i rozerwą żywcem! Sam doskonale wiesz, kim są ZR! Wiedziałeś, w co go pakujesz…

- On też był tego świadomy! – krzyknął tata. – Wydaje ci się, że zmusiłem go do zrobienia czegokolwiek? Sancticus dokonał wyboru, Albusie! Wiedział, że mógłby usiąść za biurkiem w Ministerstwie i przyglądać się jak inni ryzykują swoje życie, ale on nie był tego typu człowiekiem. Nie mógłby tak spokojnie sobie siedzieć i patrzeć na to. Podjął decyzję, Al. Miał wybór i rozumiał jego konsekwencje. Wiedział, że czasami coś jest warte więcej niż jedno życie...

- Jak co takiego? - wykrzyknął chłopiec, płacząc bardziej niż przedtem. - Co było warte porzucenia wszystkiego? Miał przecież rodzinę i...

- Rodzinę? - przerwał mu ojciec. - O czym ty mówisz, Albusie? Znałem Sancticusa kilkanaście lat, on...

- Miał własne życie, a ty mu je odebrałeś!

- Nic mu nie odebrałem! Sam dokonał swojego wyboru! - ryknął Harry. Ostatnie wypowiedziane przez niego zdanie, było niesamowicie głośne.

- Więc zdecydował się umrzeć? - zapytał nisko Ślizgon. Pod koniec zdania, załamał mu się głos.

- Oczywiście, że nie - odpowiedział twardo ojciec, oddychając ciężko. - Albusie, posłuchaj mnie, proszę.

Albus też oddychał gwałtownie. Harry zbliżył się do niego i ukląkł przed nim tak, że teraz mógł swobodnie spojrzeć mu w oczy.

- Posłuchaj mnie bardzo, ale to bardzo uważnie - powiedział drżącym, choć spokojnym głosem. - Życie nie jest proste. Nie jest serią następujących po sobie wydarzeń, na które człowiek nie ma żadnego wpływu. Życie nie biegnie zgodnie z wyznaczonymi przez siebie zasadami. Nie jest ukierunkowane od samego początku do samego końca. Życie jest serią wyborów, z których każdy jest nieodwołalny i ważniejszy od poprzedniego. Ludzie nie podążają wyznaczoną im przez los ścieżką; robią krok, po czym rozważają następny. To z kolei sprawia, że życie jest nieprzewidywalne. Właśnie dzięki temu, bardziej je cenimy.

Albus spojrzał na tatę gniewnie. O co mu chodziło?

W międzyczasie ojciec kontynuował, teraz już niemal całkowicie spokojnym głosem.

- Podejmujemy pewne decyzje. W naszym życiu są pewne momenty, bardzo ważne momenty, które na zawsze je zmieniają. Robią to poprzez wybory, których dokonujemy. I właśnie te wybory pokazują, kim naprawdę jesteśmy… Kim jesteśmy i kim chcemy być… Fairhart mógł wycofać się w każdej chwili ale zdecydował się kontynuować swoje zadanie. Postanowił podjąć to ryzyko.

- Ponieważ czuł, że tak musiał postąpić! - zaprotestował chłopiec, ponownie czując przypływ wściekłości. - Wiedział, że nikt inny by sobie z tym nie poradził!

- Sancticus był moim przyjacielem, Albusie - powiedział ojciec. - Nigdy bym...

- I to właśnie jest twój problem! - stwierdził złośliwie. – Był twoim przyjacielem! Nigdy nie obserwujesz swoich przyjaciół, tato. Nie wiesz, co się z nimi dzieje! Może gdybyś miał oczy szerzej otwarte i uważniej przyglądał się swoim przyjaciołom, Ares nigdy by nie pociął Jamesa!

Harry'ego zatkało. Patrzył na niego absolutnie wstrząśnięty. Przez chwilę wyglądał, jakby miał zamiar coś mu odpowiedzieć, ale zrezygnował z tego. Wyprostował się i potrząsnął głową w milczeniu, po czym podszedł do drzwi. Otwierając je, rzucił mu srebrny pierścień na łóżko.

- Sancticus zawsze mówił o tobie dobrze - skrzeknął. - Chciałby, żebyś to dostał - dodał ciszej i wyszedł.

Albus poczekał, aż kroki ojca ucichną i rzucił się na łóżko.

Fairhart wiedział. Wiedział, że zostało mu mało czasu. Zrobił więc, co był w stanie – przekazał mu swoje wspomnienie. Nie było najlepsze. Przekazał mu złe, okrutne wspomnienie, żeby go ostrzec. Chciał go poinformować o wiszącym niebezpieczeństwie. Chciał też, żeby go zapamiętano. Ryzykował swoim życiem, pomagając mu i odciągając go na bok w kwaterze głównej tamtego dnia. ZR musiało się o tym dowiedzieć. Wiedzieli, najprawdopodobniej od Blackwood, że Albus utrzymywał z nim kontakt. Najwyraźniej uznali go za niegodnego zaufania (być może przez reputację samotnika) i przyszli po niego. A Fairhart się nie poddał - próbował walczyć... I przegrał to starcie…

Ślizgon oszukiwał sam siebie. Próbował wmówić sobie, że mężczyzna, będący jednocześnie jego przyjacielem, wciąż żyje i ma się całkiem dobrze. Gdy początkowy szok minął, przyszła pora na spojrzenie prawdzie w oczy. Musiał myśleć logicznie. Z bólem serca przypomniał sobie swoje ostatnie słowa, jakie do niego wypowiedział. Czy nie krzyczał wtedy gniewnie, waląc pięściami w drzwi?

Po chwili wahania wziął do ręki pierścionek, zdając sobie sprawę, że jest naprawdę mały, zupełnie jakby pasował na smuklejszy palec. Może Fairhart dostał go na wcześniejszym etapie swojego życia?

Westchnął, zrozumiawszy, że nie będzie mógł zasnąć dzisiejszej nocy. Zgasił jednak światła i wczołgał się pod kołdrę. Wtem jego pokój wypełnił się delikatnym, niebieskim światłem. Albus mrugnął zaskoczony, gdy zrozumiał, że to tajemnicze światło miało swoje źródło na jego ręce. Pochodziło od pierścionka. Wciąż go ściskał.

Zaskoczony podniósł go i obejrzał dokładniej. To nie pierścień świecił - błyszczał wygrawerowany napis na jego wewnętrznej stronie. Wcześniej litery były naprawdę maleńkie i niezbyt czytelne, lecz teraz były doskonale widoczne. Ten pierścień został specjalnie zaczarowany, żeby świecić w ciemności! Dlaczego?

Poczuł rosnące podniecenie. Jaką zagadkę zostawił mu Fairhart? Może wskazówkę? Do miejsca obecnego pobytu? Z zaintrygowaniem więc przeczytał grawerunek.

Dla Sam, za pokazanie mi prawdziwej istoty magii - San.

Albus przeczytał te słowa trzy razy, czując jednocześnie zaskoczenie i wielkie rozczarowanie. Z jego twarzy zszedł delikatny uśmiech. To nie był nawet pierścień Fairharta! Należał do kogoś innego! Najwyraźniej kogoś bardzo niezadowolonego, skoro oddał sygnet z powrotem…

Chłopiec obrócił pierścień w dłoni. Nie było na nim wygrawerowane nic innego. Kim był Sam? Z pewnością musiał być potężnym czarodziejem, skoro nauczył Fairharta podstaw magii. Momentalnie poczuł, jak do jego oczu znowu napływają łzy. Nawet by o tym nie wiedział. Nawet nie przyszłoby mu do głowy zapytanie go o to. Zupełnie tak samo, jak nigdy już nie pozna prawdy o oszpeconej twarzy byłego nauczyciela. Nigdy więcej też się od niego niczego nie nauczy. Ten pierścień był tylko kolejną tajemnicą Sancticusa Fairharta, której nigdy nie rozwiąże.

Ścisnął mocniej sygnet, widząc jak niebieskie światło wciąż przenika mu przez palce. Zamknął mokre od łez oczy i położył się z powrotem, mając świadomość, że – nawet biorąc pod uwagę te straszliwe i okropne sny - nigdy wcześniej tak bardzo nie chciał zasnąć.


* W oryginale pojawiło się określenie „Mopey Mandy and Mopey Mark" z „oczywistą zamianą płci". Słowo „mopey" znaczy przygnębionego, przybitego, zniechęconego i osowiałego człowieka. „Mark & Mandy" odnosi się najprawdopodobniej do całkiem rozrywkowej pary, która wspólnie prowadzi show telewizyjne. Skupiają się przede wszystkim na tematach dotyczących domu, wystroju wnętrza, jedzenia, zainteresowań i stylu życia. Nigdy nie oglądałam tego programu – nie jestem więc w stanie bardziej go przybliżyć i nadać tamtemu zdaniu odpowiedniego tonu. Zostawiam więc tak jak jest: „Nawet Teddy to zauważył i nadał im przygnębiające przezwiska"