- Czas na walkę nr 11! - Zakrzyknął Art. - Mogę stwierdzić, że mam faworyta tej walki!

- Mogę stwierdzić, że jesteś stronniczy. - Odciął się Skrash. - Ale co ja tam wiem... Panie i panowie... Kat i Edgar kontra Shadow i Silas! - Trybuny zaklaskały grzecznościowo. Pierwsi pojawili się Silas z Shadowem. Pierwszy z nich - Gremlin, agent TWS o spokojnym spojrzeniu. Przez bark miał przewieszone SMG. Drugi z nich - Mobianin(Jeż o czarno-czerwonym futrze) mierzył lodowatym wzrokiem trybuny. Zaraz po nich pojawili się Edgar i Kat. On był gnollem o białym w futrze. Miał na sobie samurajską zbroję, do pasów przytroczone dwie katany i proporzec rodowy za plecami. Obszarpana flaga ozdobiona była wizerunkiem róży skrzyżowanej z mieczem. Był niesamowicie spokojny, co innego Kat - Kij trząsł się w jej rękach. Widząc to, Shadow uśmiechnął się z politowaniem. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Edgar powoli dobył katan, czekając na ruch adwersarzy. Jeż natomiast mruknął cicho:

- Obawiam się, że będzie to walka dwóch na jednego. - Stwierdził, patrząc wymownie na Kat. Silas błyskawicznie pochwycił pomysł Najdoskonalszej Formy Życia.

- Prawdopodobnie. - Rzucił niedbale.

- Nie gadajcie bzdur. Was dwoje kontra ja i panna Vance. - Odparł Edgar.

- Chciałeś chyba powiedzieć: Was dwóch kontra ty? - Mruknął Shadow. Silas zachichotał.

- Ty szowinistyczna... - Zaczął wzburzony samuraj, ale gremlin przerwał mu ruchem ręki:

- Mój uczony kolega miał raczej na myśli to, że twoje wsparcie jest niewiele warte, zważywszy jego... Stan psychiczny. - Silas miał rację: Kat trzęsła się lekko. Teraz zagryzała wargi z nerwów.

- Wielce prawdopodobne, że podczas walki upuści swoją broń. - Rzucił beznamiętnie Shadow. - Bądź co gorsza: Uderzy niewłaściwą osobę. - Dziewczyna opuściła głowę. Edgar popatrzył na nią z lekkim wahaniem, ale szybko odrzucił swoje rozterki i warknął:

- Bredzicie. Usiłujecie wytrącić ją z równowagi. Ja jednak w nią wierzę. - Gnoll odetchnął. - Cokolwiek się stanie, będziemy zwycięzcami.

- Usiłujesz dodać jej odwagi... Ale spójrz prawdzie w oczy. - Mruknął Silas. - Twoją sojuszniczką jest dziewczyna, która trzęsie się na myśl o walce. Pogódź się z tą myślą i stawaj do... - Agent TWS nie dokończył. Nie miał takiej okazji, bowiem Kat - znerwicowana i wściekła jednocześnie - trzasnęła gremlina z całych sił swoją bronią. Jej adwersarz upadł jak rażony gromem. To jednak nie wystarczyło kotce. W przypływie frustracji, wściekłości i nerwów zaczęła okładać gremlina po twarzy prostymi, brutalnymi ciosami. Trwało to 5 minut. Shadow wpatrywał się w to lekko zaskoczony, natomiast Edgar popadł w konsternację po obejrzeniu tego ataku furii. W końcu Kat zatrzymała kij w powietrzu. W jej oczach płonęły ogniki wściekłości. Silas był nieprzytomny i posiniaczony. Shadow nie czekał ani chwili dłużej.

- Włócznia Chaosu! - Warknął, posyłając w stronę swojej przeciwniczki kilkanaście pocisków energii. Drogę zastąpił im Edgar, odbijając je wszystkie swoją kataną. Jeden z pocisków uderzył w podbrzusze jeża. Wydawał się być zaskoczony tym, że dostał własnym pociskiem. Upadł na ziemię... I już się z niej nie podniósł.

- I... Koniec. - Mruknął Skrash lekko zaskoczony i niepocieszony jednocześnie, że walka rozstrzygnęła się tak szybko. Art zaś wpatrywał się w to, co zobaczył, jak w jakiś hipnotyzujący obrazek. Tymczasem Kat osunęła się na kolana. "Pozwoliłam się ponieść emocjom... Jestem potworem...", pomyślała w niewysłowionym smutku.

- W porządku? - Zapytał Edgar. Nawet na nią nie patrzył. Mówił spokojnie, chłodnym głosem.

- Tak sądzę. - Odparła Kat cicho.


- Wiesz... Nie wychodzi mi bycie komentatorem. - Mruknął zakłopotany Art.

- Nie próbuj wymigiwać się od roboty. - Odparł Skrash nieco ostrzej niż zamierzał.

- Muszę znaleźć pewnego pingwina... - Zaczął mężczyzna niepewnie, ale szkieletor mu przerwał:

- Pip miał pecha minąć się w korytarzu z Nekrosem. Biedaczek chyba wciąż tam leży. Leć po niego. - Skrash zachichotał perfidnie. - Masz szczęście, że mam alternatywę od miejsca na drugiego komentatora. - Skrash nachylił się do mikrofonu i mruknął:

- Uwaga, drugi Lodowy Upiór z areny, którego imienia nie pamiętam, a który na pewno siedzi na trybunach i kibicuje Nekrosowi niech zgłosi się się do kabiny komentatorskiej. - Nagle w kabinie zrobiło się bardzo zimno.

- To może ja sobie pójdę. - Mruknął Art. Błyskawicznie wypadł z kabiny. Chwilę po nim w drzwiach pojawił się Lodowy Upiór. Wyglądał nieco jak Nekros, z tym że na okolonej błękitnymi płomieniami czaszce trzymała się lodowa korona.

- Zapamiętaj. Moje imię to Nehr'zul! - Warknął Lodowy Upiór.

- A tak tak, Nefryt. - Odparł Skrash. - No dobra... Zawarliśmy niepisane porozumienie(Przy Żniwiarzu, który doglądał całego procesu), więc nadszedł czas na odrobinę tego lodowatego głosu, o którym tyle słyszałem.

- Niech będzie. - Mruknął Nehr'zul, nazywany także Królem Liszem. - Ale to ty będziesz zapowiadał zawodników. Ja mogę co najwyżej skomentować to i owo.

- Dobre i to.


- A więc... Już ze zmienionym składem w kabinie komentatorskiej zaczynamy dwunastą walkę! - Ryknął jak zwykle entuzjastycznie Skrash. - W tym pojedynku młody szaman stanie ramię w ramię z wampirem. Zmierzą się oni ze Zwiastunem i tajemniczym wojownikiem z demoniczną ręką. Panie i panowie... Vokial i Yoh kontra Nero i Midnight! - Trybuny zaklaskały cicho. Pierwsi pojawili się Midnight i Nero. Ten pierwszy był Mobianinem(jeżem) o sierści czarnej jak noc - Stąd zapewne jego imię. Jego oczy były dla odmiany białe jak śnieg(świetnie kontrastowały z futrem). Wszelką broń chował za krwawoczerwonym płaszczem. Nero również miał na sobie czerwony płaszcz. Na nogach miał skórzane i solidne buty. Jednakże jego najbardziej charakterystycznymi cechami były siwe włosy i demoniczna ręka, przypominająca ludzką z tą różnicą, że była bardziej... Wypalona. Na plecach trzymał słusznych rozmiarów miecz. Z drugiej bramki wychynął Vokial. Na jego twarzy nie malowało się nic, oprócz stoickiego spokoju. Miał na sobie czarny strój z dołączoną krótką peleryną. Przy pasie miał krótki, wysadzany rubinami sztylet, natomiast w dłoni ściskał sękatą laskę. Jednakże Yoh wciąż się nie pojawiał.

- To było normalnie do przewidzenia... - Stwierdził podenerwowany Skrash. Nehr'zul nic nie mówił, ale było widać, że bawią go momenty, gdy coś idzie nie po myśli szkieletora. - 30 sekund albo walkower! - Warknął. 30 sekund minęło, a partner Vokiala nie pojawił się. Midnight uśmiechnął się lekko. Bądź co bądź, ale był najemnikiem. Jeżeli walczyć, to na wszelkie sposoby.

- No nic. - Stwierdził beztrosko Nehr'zul - choć w jego wykonaniu beztroski ton brzmiał nieco jak głos największego ponuraka racjonalisty. - Mamy kolejny walkower. A tym razem ofiarą jest Vokial. Nero i Midnight wygrywają. - Nero był wyraźnie niepocieszony, natomiast Midnight uśmiechnął się niedostrzegalnie. Vokial zaś warknął coś niezrozumiałego i opuścił arenę.


- Kolejna walka przed nami. - Mruknął nieco mniej entuzjastycznie Skrash. - Pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie walkoweru.

- Ale może być za to nieco jednostronna. - Dodał Nehr'zul. - Dwóch popaprańców będzie walczyć z dwoma Mobianinami. Mimo ponaddźwiękowej szybkości i zabójczych kopnięć nie mają szans z Najpoważniejszym Człowiekiem Świata i Wybrańcem Matki.

- Panie i panowie... Sonic i Rouge kontra Serious Sam i Sephiroth! - Trybuny ryknęły ogłuszająco, słysząc, że ich ulubieniec pojawił się na arenie. Pierwsi jednak pojawili się Sonic i Rouge. On - Pogodny i beztroski jak gdyby nigdy nic, ona - Skupiona i mierząca swoich adwersarzy protekcjonalnym wzrokiem. Tymczasem z drugiej bramki wychynęli Sam i Sephiroth. Ten pierwszy uśmiechał się lekko, machał do publiczności, rzucał kiepskiej jakości teksty i generalnie rzecz biorąc miał swoich rywali w głębokim poważaniu. Sephiroth zaś nie na darmo nosił miano czubka - Dzikie, niemalże zwierzęce spojrzenie było serwowane wszystkim w zasięgu jego wzroku. Mężczyzna miał długie, srebrne włosy i trzymał w ręku przerażająco wielką katanę. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Sam zachował się przewidywalnie: Wyciągnął z kieszeni technologicznie pomniejszoną broń. Ta jednak szybko urosła do naturalnych rozmiarów i wszyscy mogli zobaczyć, że mają do czynienia z półautomatyczną strzelbą. Rouge tymczasem zdążyła wyskoczyć w górę, a Sonic - Zniknąć gdzieś w ponaddźwiękowej smudze. Sephiroth zaczął machać swoją kataną na oślep, usiłując trafić któreś z nich. Dość szybko dostał butem od nietoperzycy, a następnie od jeża. Cofnął się kilka kroków i wpadł prosto na Sama, który... No cóż, zareagował dość nerwowo i zrobił z Sepha sito.

- Oj. - Wymamrotał. - No, ale mogło być gorzej, prawda? - Trybuny zachichotały cicho.

- Miałeś rację. To idiota. - Mruknął Nehr'zul, patrząc z politowaniem na Poważnego Sama. Skrash tylko przytaknął skwapliwie.

Tymczasem Rouge i Sonic wymierzali - albo raczej usiłowali wymierzyć - cios. Sam jednak albo miał niesamowite szczęście albo w porę unikał ciosu(To pierwsze znacznie częściej). On sam najczęściej strzelał, gdzie popadnie, okazjonalnie trafiając w trybuny. Tymczasem Sephiroth powoli zaczął się wykrwawiać.

- Stop! - Zagrzmiał gromki głos. Rouge i Sonic zatrzymali się natychmiast, Sam nieco później(Zdążył jeszcze postrzelić Nocnego Strzelca). Na arenę wbiegli sanitariusze i błyskawicznie zabrali Sephirotha z areny.

- Dobra... Niech walka zacznie się na nowo! - Zakrzyknął ten sam gromki głos. Sonic i Rouge błyskawicznie przeszli do ofensywy. Nietoperzyca posłała adwersarzowi solidnego kopniaka. Sam poleciał pod ścianę. Dostał w nos. Teraz niewielka plamka krwi skapnęła mu z nosa na koszulkę.

- Cholera... To była moja najnowsza koszulka! - Ryknął niczym ranny zwierz.

- Przecież wszystkie są takie same. - Odparł Sonic beztrosko.

- Ale ta była NAJNOWSZA! - Warknął, po czym po raz kolejny sięgnął do kieszeni. Na jego ręce pojawiła się zielona papuga kakadu z przyczepioną do szyi bombką. - Poczuj nieco Poważnej Siły Ognia! - Wrzasnął, wysyłając swojego podopiecznego w kierunku jeża. Ten beztrosko nadstawił pierś(Hit me)... I zdziwił się niepomiernie, bowiem papużka po kontakcie z nim eksplodowała w krwawym rozbryzgu, odsyłając Sonica pod ścianę. Jeż jęknął z bólu: Miał szeroką ranę biegnącą przez pierś i brzuch i okrwawioną twarz. Oczy zaszły mu mgiełką. Stracił przytomność. Rouge cofnęła się nieco. I słusznie: Sam był teraz w "Serious Damage Mode". Warknął wściekle, po czym zaczął zasypywać nietoperzycę gradem ołowianych łusek z miniguna. Dziewczyna skutecznie lawirowała między pociskami, choć ograniczały one znacznie jej możliwości lotu. Zniżyła lot do poziomu ziemi i niskim kopnięciem wywróciła swojego adwersarza. Sam zarył twarzą o ziemię i skrzywił się z bólu: Zetknięcie z nią nadłamało mu nos. Podniósł się chwiejnie i zaczął bacznym wzrokiem wypatrywać swojej przeciwniczki. Kiedy po około minucie nie wypatrzył jej, zaczął pruć z miniguna na oślep, trafiając wszystko i wszystkich.

- Kryć się! - Zakrzyknął ostrzegawczo Skrash. Trybuny z nielicznymi wyjątkami(Niech za dobry posłuży Nekros) rzuciły się w dół, unikając śmiercionośnych kawałków ołowiu. Paru osobom jednak udało się uniknąć deszczu śmierci bez padania na twarz. Axem zaczął kręcić swoim toporem niczym wiatrakiem, odbijając pociski gdzieś do sufitu. Nekros zmroził je w locie. Big Show niewzruszenie czekał, aż kanonada się skończy. W końcu minigun ucichł. Sam zwyczajnie wypstrykał się z pocisków. Rouge wykorzystała ten moment, by nadlecieć z końca areny i zadać kończący cios. Przeliczyła się. Sam w ostatniej chwili wyszarpnął zza pasa magnum, po czym mruknął:

- Nie tym razem. - I wystrzelił. Kula przestrzeliła skrzydło Rouge i sprawiła, że nietoperzyca wylądowała na ziemi nieco wcześniej niżby chciała. Teraz zwijała się z bólu. Poważny Sam zakręcił bronią w ręce i sprawnym ruchem schował ją z powrotem za pas. Było po walce.

- Koniec! - Zakrzyknął Skrash. - Sam i Sephiroth(A właściwie tylko Sam) pokonują Sonica i Rouge w tej dość zakręconej walce. - Tymczasem Najpoważniejszy Człowiek Świata wrócił do siebie, bowiem znowu zarzucił jakimś kiepskim tekstem i uśmiechnął się bezczelnie.


- Druga runda zbliża się ku końcowi. A tymczasem... Nadszedł czas na walkę nr 14! - Zakrzyknął entuzjastycznie Skrash. - Zabójca Legend i Róża zmierzą się ze Spalaczem Dusz i Tamaranką.

- Nie muszę mówić, która drużyna jest moim faworytem. - Stwierdził beznamiętnie Nehr'zul. Gdzieś na trybunach zamarzł milkshake Balora.

- Ja z kolei uważam, że ta walka będzie co najmniej wyrównana... - Odparł Skrash. - Panie i panowie... Nekros i Starfire kontra i Amy Rose! - Trybuny zaklaskały uprzejmie, choć sektor nieumarłych klaskał nieco głośniej. Pierwsi pojawili się Orton i Amy: Ona pewna siebie z uśmiechem na twarzy(Choć był to wymuszony uśmiech), bojowo kręcąca swoim młotkiem. Natomiast Orton kręcił swoim nowym mieczem beznamiętnie. Nie dało się zauważyć efektu przymusu umysłowego. Tuż po nich pojawili się Nekros i Starfire: On lodowatym wzrokiem mierzący swoich adwersarzy, ona dokładnie na odwrót - Wzrokiem skupionym, ale jednocześnie radosnym przyglądała się trybunom, potem przeciwnikom, by znowu przenieść swój wzrok na trybuny. Przeciwnicy stanęli naprzeciw siebie. Zabrzmiał gong. Nekros machnął ręką dokładnie w tej chwili, gdy Orton wykonywał zamach mieczem. Zero absolutne i ta druga energia, której nazwać się nie da, zderzyły się ze sobą. Wybuch odrzucił Amy i Starfire pod ściany, Zabójca Legend i Miażdżący Czaszki natomiast wytrwali na swoich miejscach.

- Coś mi się widzi, że to będzie walka ego kontra lód. - Rzucił beztrosko Skrash.

Tymczasem Nekros i Orton krzyżowali swoje miecze raz za razem. Przecinacz Żywotów Nekrosa krzesał lodowate iskry po każdym następnym uderzeniu w nienazwany miecz Randy'ego. W pewnym momencie ostrze Lodowego Upiora musnęło bark "The Legend Killera". Skóra pokryła się warstwą szronu, ale nie zamarzła.

- Co do...? - Zaczął zaskoczony Nekros(Bądź co bądź, ale zero absolutne nie ma prawa nie zamrozić żywej tkanki), nie skończył jednak, bowiem cios Ortona powalił go na ziemię.

- Twoje tanie sztuczki są mało efektywne, truposzu. - Parsknął wzgardliwie Zabójca Legend, machając mieczem. Ten w jednej chwili wyskoczył z jego ręki i zamienił się w dziwaczne, demoniczne ptaszysko o skrzydłach z ostrzy. Potwór zakrakał wściekle.

- A niech mnie! Gladius! - Sapnął Skrash do mikrofonu. Istotnie, podobne demony nazywa się Gladiusami. W międzyczasie Orton dobył swojego drugiego miecza.

- Nie bez kozery nazywają mnie Zabójcą Legend! - Warknął, szarżując na lekko zamroczonego Lodowego Upiora. Ten jednak błyskawicznie odzyskał sprawność. Wykręcił rękę swojego adwersarza, po czym walnął jego twarzą o ziemię. Czyli zaczął się klasyczny wrestling. Orton zatoczył się. Nekros uderzył raz jeszcze, po czym ciął Przecinaczem Żywotów. Śmiertelny atak w porę został zablokowany przez nadlatującego Gladiusa. Demon odbił jakimś cudem atak Nekrosa, co dało chwilę Ortonowi. Zabójca Legend wbił ostrze w pierś Lodowego Upiora. Niesamowite, ale nie powstrzymał go napierśnik.

- Uważasz się za władcę lodu? Co powiesz na działanie ognia? - Warknął radośnie Randy, przekręcając miecz o 90 stopni. Ostrze momentalnie zapłonęło żywym ogniem, szybko ogarniając całego Nekrosa. Lodowy Upiór krzyknął z bólu... Ci, którym było dane usłyszeć ten krzyk, mogli potwierdzić, że był to jeden z najstraszliwszych, jakie kiedykolwiek słyszeli.

- Niesamowite... - Wymamrotał Nehr'zul, podnosząc się z miejsca. - Jakim cudem taki przeciętny człeczyna może pokonać Lodowego Upiora, Spalacza Dusz i Miażdżącego Czaszki?

- Cuda się zdarzają. - Rzucił Skrash. Dla odmiany to on cieszył się z nieszczęścia Króla Lisza.

Tymczasem Orton filetował Nekrosa jak rybę. Trybuny zamarły: Wydawało się to niemalże niemożliwe. Lodowy Upiór co prawda już nie krzyczał z bólu, ale wciąż krzywił się na tyle, by każdy mógł to zauważyć.

- I co? Zamierzasz teraz spalić moją duszę? - Zaszydził Randy, spychając nieumarłego ze swojego ostrza. Co prawda Nekros nie krwawił, ale ten widok wciąż mroził krew w żyłach: Wszechmocny Lodowy Upiór pokonany przez Randy'ego Ortona.

- Jeszcze nie skończyłem... - Wymamrotał Nekros, usiłując się podnieść.

- Ale ja skończyłem. - Odparł "The Legend Killer", szykując się do zadania ostatecznego ciosu. Nagle poczuł ból w dłoni. Ktoś wytrącił mu miecz z ręki. Tym kimś okazała się być Starfire, unosząca się w powietrzu. Jej ręce błyszczały zielonym blaskiem. W końcu postanowiła włączyć się do akcji. Nie dane jednak jej było włączyć się na dłużej, bowiem Amy również wróciła do gry i mocarnym ciosem odrzuciła Starfire ponownie pod ścianę. Tym razem Tamaranka już się nie podniosła. Za to Amy wydawała się być w świetnym stanie. Ale była też wściekła. Nikt nie wiedział dlaczego. Szybko jednak prawda wyszła na jaw:

- Ta zamrażarka należy do mnie! - Wycedziła, szarżując w kierunku Nekrosa. Orton zapobiegawczo zszedł jej z drogi. Jeżyca mocarnym ciosem wbiła Nekrosa w ziemię... A przynajmniej tak to wyglądało. Rzeczywistość malowała się nieco inaczej: Nekros zdążył wystawić rękę z lodowym promieniem na końcu dłoni, by zamrozić młot przeciwniczki. Oręż Ortona był magiczny, ale TO był zwykły młotek. Udało mu się. Na twarzy dziewczyny odmalowało się zaskoczenie. Nekros wykorzystał jej broń przeciwko niej. Zakręcił młotkiem parę młynków i wyrzucił Amy wysoko w powietrze, gdzieś pod dach areny. Randy był jednak na to przygotowany. W chwili, gdy kurzawa opadła, mężczyzna wymierzył kolejny cios. Dało się słyszeć ciche stęknięcie - Nekros przyjął o jedno pchnięcie za dużo. Co prawda nie dało się go zabić, ale pozbawić przytomności - Jak najbardziej. I właśnie to udało się osiągnąć Randy'emu Ortonowi, Zabójcy Legend. Jako jeden z niewielu pokonał w otwartej walce Nekrosa Soulburnera. Na jego twarzy pojawił się dziwny uśmiech.

- I koniec. - Stwierdził niesamowicie spokojnie Nehr'zul, przyglądając się pobojowisku. - Randy Orton i Amy Rose wygrywają z Nekrosem Soulburnerem i Starfire.

- Aż trudno w to uwierzyć, prawda? - Skrash rozparł się wygodnie na swoim krześle. Po jego trzewioczaszce błąkał się uśmieszek.


- A za chwilę ostatnie dwie walki drugiej rundy! Nie odchodźcie od telewizorów!