44 #13
Minęło kilka godzin od bitwy. W obozowisku w końcu zapanował względny spokój, uratowani uzyskali pomoc, zostali rozlokowani i przy odrobinie szczęścia nie będą sprawiali problemów, przynajmniej chwilowo.
Zespół medyczny nadal miał pełne ręce roboty, członkowie grupy przeznaczonej do ataku i władcy marionetek zaszyli się w swoim kącie obozowiska i najprawdopodobniej padli na twarz w chwili, gdy ich uwaga nie była już konieczna do przetrwania. Pozostali sprzątali na plaży, pieczętując co ciekawsze trupy w zwojach. Te znajdujące się w stanie mniej sprzyjającemu transportowi zostaną przeanalizowane w miarę możliwości na miejscu, a następnie bardzo starannie zniszczone. Na samym końcu plażę odwiedzi Gaara, żeby przywrócić jej naturalny wygląd i zamaskować pozostałości po bitwie.
Sam Kazekage nie miał czasu na złapanie tchu. Moment po tym, jak medyk uporał się z opatrzeniem jego ręki, a on sam wszedł do swojego namiotu, zaczęły napływać raporty. Wolał się z tym uporać teraz, kiedy jeszcze mógł zapobiec jakimś poważniejszym problemom. Duża grupa ludzi w jednym miejscu zawsze była źródłem kłopotów. Duża grupa ludzi, która nie znała się nawzajem z całą pewnością zostanie źródłem wielu różnych kłopotów.
Uchodźcy, kiedy tylko odeśpią wyczerpanie i napełnią żołądki czymś ciepłym, zaczną czuć się niepewnie i podejrzliwie łypać na jego ludzi, spodziewając się złych rzeczy. Dosyć naturalny odruch, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej znajdowali się do tej pory. I jak wielką przewagę wszyscy inni mieli ponad nimi. Mogli się spodziewać w zasadzie czegokolwiek, z zakuciem kajdany i wystawieniem na targu niewolników włącznie. Idiotyczna wizja, ale polityka Yagury wpływała znacząco na rozwijanie w sobie paranoi. Prawdę mówiąc ta w świecie ninja stanowiła nawet coś w rodzaju pożądanej zalety. Czujny shinobi oznaczał przygotowanego na wszystko shinobi. I żywego.
– Lordzie Kazekage? – Baki uchylił poły namiotu i wszedł do środka.
– Nowe raporty, czy coś się stało? – zapytał Ryoshi z westchnieniem.
– Chcą z tobą porozmawiać – powiedział Baki.
– Jakieś podejrzenia, co do tematu tej rozmowy? – Ryoshi uniósł lekko brew i oderwał wzrok od zwoju. Rozwijanie tego tałatajstwa używając tylko jednej ręki było koszmarne.
– Nie wydawali się knuć niczego... nieprzyjemnego – stwierdził Jonin. – Sprawiają za to wrażenie, jakby chcieli się dowiedzieć, jak w zasadzie wygląda ich położenie.
– To zrozumiałe – westchnął ponownie Ryoshi i pozwolił zwojowi na powrót zwinąć się w rulonik. – Im prędzej odbędę z ich przywódcą tę rozmowę, tym szybciej rozładujemy napięcie. Oni mają w ogóle kogoś, kogo funkcja odpowiada chanowi szczepu? Czy mam się przekrzykiwać z masą ludzi?
– Mają przywódcę – zapewnił go Baki, mając trochę głupi wyraz twarzy. Nawet uciekł spojrzeniem gdzieś w bok.
– Skąd ta mina? – zapytał Ryoshi, wstając. Nie miał zamiaru przywoływać nikogo przed swoje oblicze i umniejszać jego pozycji. Takie zachowanie wzbudziłoby podejrzliwość i niechęć w kimś, kto był przyzwyczajony wyglądania niebezpieczeństwa z każdego kąta. Spotkanie się z nim na zewnątrz, sugerowało przyznanie mu takiej samej pozycji. Nawet, jeżeli zdawał sobie sprawę z tego, że każdy gest był elementem politycznej gierki, podświadomość zrobi swoje. Ryoshi kupi w ten sposób wystarczająco dużo zaufania, by przynajmniej uniknąć problemów na samym początku. Przerażeni, niepewni ludzie mogli popełniać głupie błędy. Trochę wystraszeni, onieśmieleni, ale posiadający względne poczucie bezpieczeństwa ludzie starali się nie popełniać błędów. Za bardzo bali się konsekwencji i utracenia tej odrobiny komfortu, którą jeszcze posiadali.
– Zły zaimek, Lordzie Kazekage – poinformował go Jonin.
– Oh? – Ryoshi uniósł z pewnym zainteresowaniem brwi. Nieczęsto zdarzało się, żeby kobiety dzierżyły stanowiska dowódcze, nawet jeżeli od kilku stuleci nikt nie miał szczególnego problemu z przyjmowaniem ich do armii. Kunoichi były utalentowanymi wojownikami, a często pojawiające się wśród kobiet predyspozycje od genjutsu stanowiły z nich nadzwyczaj cenny materiał na członków jednostek dywersyjnych i tych odpowiedzialnych za zwiad. Zwiadowcy jednak nie stanowili za dobrego materiału na wodzów, zwyczajnie nie posiadali odpowiedniego doświadczenia, stąd różnica w obsadzeniu stanowisk.
– To może być nawet interesujące – kontynuował Baki. – Kekkei Gekai, chociaż ciężko stwierdzić, co ona konkretnie robi. Pierwszy raz w życiu widzę takie oczy.
Ryoshi skinął głową, wdzięczny za subtelną przestrogę. Kekkei Gekai miało tendencję do nadawania użytkownikowi dosyć niepokojącego wyglądu, a sytuacji wcale nie poprawiał fakt, że bardzo często pojawiało się w okolicy oczu lub bezpośrednio na tęczówce. Mogło to prowadzić do dosyć niezręcznych sytuacji, a na takie raczej nie mógł sobie pozwolić.
Na zewnątrz, zgodnie z jego przewidywaniem, znajdowała się mała, zwarta grupka ludzi. Nie widział pomiędzy nimi zbyt wielu kobiet i mógł dostrzec tylko jedno dziecko. Więc miał do czynienia z shinobi lub przynajmniej z ludźmi, którzy mieli coś do powiedzenia w małej społeczności, która zdołała umknąć. Obrońcami pozostałych.
– Jesteśmy wdzięczni za waszą pomoc – odezwała się kobieta, która wystąpiła naprzód. Jej urodę można było nazwać przynajmniej egzotyczną. Białe włosy, idealnie układające się, z prawej strony ślizgające się po obojczyku, z drugiej przycięte krótko, tak że loczki odsłaniały ozdobione kolczykami ucho, okalały surową twarz o mocno zarysowanych kościach policzkowych i pełnych, bladych wargach. Najbardziej niesamowite jednak były jej oczy, o bardzo długich, białych rzęsach, które wydawały się oplecione drobną pajęczynką szronu, tak samo jak białka oczu. Tęczówki miała, tak jasne, że wydające się białe, podobnie jak u klanu Hyuuga pozbawione widocznych źrenic. Jakby dla podkreślenia tego, jej skóra była kontrastująco ciemna, złocisto–brązowa. Baki miał rację, wygląd kwalifikował się jako bardzo… specyficzny.
– Nie mam pojęcia, jak bez was dalibyśmy sobie radę – kontynuowała, pochylając głowę w geście szacunku. Jej głos był dosyć niski i nosowy.
– Obiecałem wam pomoc – powiedział spokojnie Ryoshi. – Wywiązuję się ze swoich zobowiązań.
– Więc ty jesteś Kazekage – zmarszczyła lekko brwi, a jej spojrzenie skierowało się na jego rękę. – Nie spodziewałam się, że przybędziesz we własnej osobie, a tym bardziej...
Urwała, kiedy zauważyła, że mało kulturalnie przewrócił oczyma.
– Czy powiedziałam coś nie tak? – zapytała, spoglądając na niego i jednocześnie zastanawiając się, czy powinna czuć się urażona.
– Raczej nie do końca rozumiesz – mruknął zniecierpliwiony.
– Więc wyjaśnij mi, proszę.
– Jestem Kage i osobiście zgodziłem się przyjąć was, dać wam schronienie i dom – powiedział, patrząc na nią chłodno. – W tym samym momencie, w którym to zrobiłem, staliście się obywatelami Suny, a jako Kage mam obowiązek chronić wszystkich ludzi z Suny.
Oh, Jiraiya go śmiechem zabije za te wszystkie naiwne hasełka po raz kolejny w użyciu. W zasadzie nie miał najmniejszego pojęcia, kiedy w ogóle zdanie Pustelnika zaczęło dla niego cokolwiek znaczyć. Nie znosił starego erotomana i chętnie nie zobaczyłby go już nigdy więcej. Jedynie jego fujinjutsu sprawiało, że mężczyzna był użyteczny… Ryoshi uznał, że mniejsza o zabijanie śmiechem. Ważne, że ludzie jakimś magicznym sposobem taką szczytną, pełną idealizmu przemowę przełykali zdumiewająco gładko.
– Nawet jeżeli nie są tym, czego się spodziewałeś? – zapytała, a w jej to nie można było dosłyszeć gorzką nutę.
Uniósł lekko brwi, czekając na wyjaśnienia.
– Najprawdopodobniej oczekiwałeś zdolnych do walki ninja, nie gromadki dzieci, kilku dorosłych i garstki shinobi tak wyczerpanych, że nie byli w stanie sami przedostać się na ląd – kontynuowała. – Zrozumiałabym, gdybyś pozwolił nas po prostu wybić, bycie dobrym człowiekiem nie należy do obowiązków przywódcy.
Ryoshi uśmiechnął się krzywo. Miło z jej strony, że w ogóle przyznała się do kłamstwa.
– Mam wrażenie, że twoja opinia na mój temat jest bardzo niska – skomentował. – Nie jestem typem marzyciela, nie spodziewałem się niczego specjalnie efektownego. Gdyby liczba shinobi, jakimi dysponujecie odpowiadała temu, o czym mówiliście, to nie mielibyście powodu, aby uciekać.
– Też prawda – zgodziła się oszczędnie.
Na samym początku, kiedy dopiero nawiązano kontakt i pojawiła się desperacka prośba o pomoc, uchodźcy z Kirigakure twierdzili, jakoby byli zwartą grupą składającą się jedynie z shinobi, a każdy z nich miałby mieć jakiś wyjątkowy talent. Naturalnie zamiast tego byli garstką wyczerpanych ninja i grupą cywili z małymi dziećmi. To akurat i on i jego doradcy zakładali z góry, planując całą akcję na plaży.
– Teraz, kiedy mamy za sobą pierwsze wrażenie... – mruknął Ryoshi. – Powinniście odpocząć. W tym czasie moi ludzie przeczeszą raz jeszcze okolicę. Upewnimy się, że jesteśmy sami i dopiero jak wszyscy będą w stanie iść, ruszymy w drogę.
Skinęła głową.
Nie nalegała na kontynuowanie rozmowy, co uznał za dobry znak. Chociaż dla pewności nakazał małej grupie shinobi obserwować gości. W życiu wszystko było możliwe, szczególnie w życiu ninja. Ryoshi zdecydowanie preferowałby mieć z przybyszami możliwie najbardziej przyjacielskie stosunki. Nawet, jeżeli w większości nie nadawali się do walki, to ich świeża krew w większości niosła ze sobą cenne i niezwykle rzadkie w Kraju Wiatru powiązanie z żywiołem wody. Nie wspominając o bardzo interesujących Kekkei Gekai. Nawet mając w garści jedynie kilku posiadających pełne spektrum umiejętności lub jedynie nosicieli cech recesywnych, to istniała wcale spora szansa na odzyskanie nadzwyczajnych zdolności w przyszłych pokoleniach.
xxx
Następny dzień nastąpił stanowczo zbyt szybko.
Ryoshi stracił całą noc na kontynuowaniu przedzierania się przez raporty, ocenie sytuacji, w jakiej się znajdowali i przemaszerowaniu przez obozowisko. Wolał sam ocenić wszystko naocznie jeżeli tylko miał na to okazję. Znacznie ułatwiało to ogarnięcie umysłem rzeczywistej sytuacji i zdecydowanie się na to, co powinno się zrobić później. Poza tym dzięki temu ludzie czuli jego obecność, wiedzieli, że jest gdzieś obok. W ich świadomość zapadała informacja, ze czuwał nad nimi, wypatrywał niebezpieczeństwa, zawsze był obok.
Za niską cenę zdobywał ich bezwzględne zaufanie.
Był ciekaw, jak długo potrwa kupienie ufności uchodźców. Życie doświadczyło ich dosyć ciężko. Na tyle, że z tytułem Kage z całą pewnością wiązali niemiłe doświadczenia. Postanowił więc zachowywać się i rozmawiać z nimi, zupełnie jakby stali na równej stopie, wszyscy. Kompletnie mijało się to z prawdą, jednak wzmocni to w nich pewność siebie, a pewność siebie prowadziła do poczucia bezpieczeństwa. Z ludźmi nie podskakującymi na każdy szelest pracowało się o wiele łatwiej.
Żeby jednak to zrobił musiał dobrze poznać grupę. Informacji o możliwościach i wszystkim innym, co wiązało się z uchodźcami potrzebował w tej chwili bardziej, niż czegokolwiek innego. Dlatego też poprosił o rozmowę tę samą kobietę, która zabrała głos wczoraj. Tym razem oko w oko, jak przywódca z przywódcą. Nie chciała tego po sobie okazać, ale język jej ciała wyraźnie mówił o zaniepokojeniu.
Ryoshi roztarł sobie skronie w zamyśleniu. Jak ona się w ogóle nazywała? Przedstawiła się, owszem. Nie od razu. Dopiero wtedy, kiedy przypadkiem natknął się na nią w samym środku nocy. Tak samo jak on, węszyła gdzie tylko mogła, usiłując zorientować się w sytuacji jak najlepiej. Towarzyszył więc jej, albo ona jemu, wszystko jedno. Ważne, że wymienili kilka zdań, chociaż ich rozmowa brzmiała raczej jak seria półsłówek. Nie miała żadnego konkretnego znaczenia. A jednocześnie miała spore, przynajmniej z psychologicznego punktu widzenia, pomyślał, porządkując papierzyska. A raczej próbując to zrobić. Działanie tylko jedną ręką poważnie przeszkadzało w zwijaniu zwojów i zamykaniu ich w tubach, żeby nie uległy zniszczeniu w trakcie transportu. I tak przeważnie zajmował się tym Gaara.
W końcu doszło do spotkania. Kobieta, z tego co pamiętał nazywała się Shira, przez krótką chwilę stała niezdecydowana przed wejściem. Zaraz potem jednak zebrała się w sobie, wzięła głęboki oddech i przystąpiła do działania.
– Mam nadzieję, że czujesz się juz lepiej – powiedziała, wchodząc do namiotu, w którym rezydował Kage.
– Nie przypominam sobie, żebym czuł się gorzej – odparł Ryoshi. Sprawiał wrażenie, jakby zabandażowana i usztywniona ręka zupełnie mu nie przeszkadzała. Najwyżej lekko irytowała. A raczej starał się sprawiać takie wrażenie.
– To dobrze – stwierdziła, siadając naprzeciwko. – Czego chciałbyś się ode mnie dowiedzieć?
– W zasadzie to wszystkiego – uśmiechnął się krzywo. – Policzyć ludzi zdołaliśmy sami, ale cała reszta danych... limity krwi, ogólne zasady ich działania, kto i z kim jest spokrewniony.
– To całkiem sporo informacji – oceniła. Przyglądała mu się cały czas badawczo, jej dziwne oczy lśniły i wpatrywały się prosto w jego twarz. Miał wrażenie, że wychwytują każde, najmniejsze nawet drgnienie mięśni, starają zinterpretować wszystkie ruch jego ciała. Chociaż być może jedynie dlatego, że nie potrafił do końca określić, gdzie kierowała spojrzenie. Pajęczynka lśniącej bieli zdecydowanie mogła niepokoić nienawykłych do dziwnych linii krwi. W Sunie nie mieli ich zbyt wielu; krwawa historia walk między szczepami koczowniczymi a potem wojny shinobi nadciągające jedna po drugiej sprawiły, że wiele klanów przepadło nieodwracalnie, a sytuacji wcale nie poprawiał fakt, że wielu ludzi żyło nieustannie w ruchu. Nie wspominając o specyficznym podejściu do adopcji i wychowywania dzieci w ogóle, przez co drzewa genealogiczne przypominały raczej rezultat fatalnego zderzenia dwóch chwastokłębków niż cokolwiek innego. Praktycznie uniemożliwiało to odnowienie pożądanych linii genetycznych, o ile nie kontrolowało się ściśle osób o już i tak rozrzedzonej krwi. Z drugiej strony, często owocowało to w objawianiu się niespotykanych i raczej zdumiewających talentów. Albo kompletnie nieprzydatnych, jak było w przypadku Ryoshiego.
– W tej chwili są niezbędne – mruknął. – Nie chcę rozdzielać rodzin, szczególnie tych obdarzonych limitem krwi. Wśród nas nie ma nikogo, kto nauczyłby dzieciaki korzystania ze swoich wyjątkowych zdolności, a eksperymentowanie na własną rękę byłoby niebezpieczne.
– Rozdzielać? – podchwyciła.
– Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że jeżeli wszyscy jednocześnie pojawią się w Sunie, to bardziej, niż rzuci się w oczy. Yagura może spróbować czegoś niebezpiecznego i w rezultacie wywołać kolejną wojnę, co nieszczególnie mi się uśmiecha.
– Więc?
– Więc znikniecie, wraz z koczownikami – uśmiechnął się lekko. – Wszyscy są związani z Suną i mają swoich przedstawicieli w Radzie. To będzie nawet wygodniejsze wyjście, prawdopodobnie ze względu na wasze powiązanie z wodą możecie mieć trudności z dostosowaniem się do warunków w Sunagakure.
– To prawdopodobne – zgodziła się w końcu, odrobinę niechętnie. – Przygotuję dla ciebie listę.
– Dobrze – skinął głową. – Znajdź też kogoś, kto będzie zdolny do kontrolowania sytuacji za ciebie.
Uniosła lekko brwi.
– Chciałbym mieć cię w zasięgu ręki i najlepiej w Radzie. Ktoś musi dbać o interesy nowej grupy, przynajmniej do momentu, w którym reszta nie oswoi się z waszą obecnością – Uśmiechnął się krzywo.
Przygryzła wargę. Należała do tych osób, które wśród piasków pustyni zdecydowanie nie będą się czuły za dobrze, z drugiej strony musiała wiedzieć, że Ryoshi miał rację. Jako ta, która do tej pory nieoficjalnie pełniła rolę przywódcy, powinna wziąć odpowiedzialność w swoje ręce. Zacisnęła pięści. Najwyraźniej podjęła decyzję.
– Domyślam się, że mogą nastąpić trudności – kontynuował Kazekage, wbijając w nią spojrzenie. – Więc większość czasu będziesz spędzała w posiadłości leżącej w okolicy oazy, blisko Suny, mam nadzieję, że to nie będzie problem.
Odetchnęła z ulgą.
– Mam taka nadzieję – powiedziała, uśmiechając się lekko. – Ale czy budynki tego typu nie należą do kogoś...?
– Ogólnie, to do mnie – przyznał. – Ale ja nie mam czasu na rekreację nad zbiornikiem wodnym, a mój następca prędzej dałby się pociąć niż dobrowolnie zatrzymałby się w okolicy zbiornika wodnego. A ty potrzebujesz wody, czyż nie?
– Następca? – zamrugała, zmieniając pospiesznie temat. Czyli Ryoshi poprawnie ją rozszyfrował, nie chciała rozmawiać o swoich słabościach. Sytuacja musiała być naprawdę desperacka, skoro zdecydowała się uciec na tak niegościnną dla niej ziemię.
– Mój trzeci syn – wyjaśnił. – Tymczasowo jest to nieoficjalne, ze względu na jego wiek, ale to kwestia czasu, zanim mnie nie przerośnie.
Nie miał najmniejszego pojęcia, kiedy w jego głowie zakwitła myśl o tym, że to akurat Gaara zostanie Piątym, ani co było jej źródłem. Po prostu zaczął się pojawiać w jego gabinecie i pomagać, a Ryoshi jakoś tak odruchowo zaczął go uczyć. Po jakimś czasie po prostu myśl o tym, że to on będzie następcą wydawała się absolutną oczywistością dla wszystkich.
Zmarszczyła brwi.
– Czy on przypadkiem... nie jest taki, jak Yagura?
– Nie będzie zabijał ludzi dla rozrywki, jest też zbyt inteligentny, żeby wbić sobie do głowy jakaś bzdurę z rodzaju tych w które wierzy Mizukage.
– Nadal, uważam, że to niebezpieczne.
– Niebezpieczne było też przyjęcie was – Wzruszył ramionami. – W przeciwieństwie do Konohy nie podkuliliśmy ogona pod siebie.
– Przepraszam, że oceniam tak surowo kogoś, kogo nie znam, ale... muszę przyznać, że odczuwam pewien niepokój.
– Jeżeli chcesz wyrobić sobie o nim opinię, to najlepiej by było, gdybyś z nim porozmawiała osobiście – stwierdził Kazekage. – Jeżeli uznasz, że to dobry pomysł, spróbuj u medyków, prawdopodobnie weźmie nocną wartę.
– Medyków? – zamrugała.
– Nie wiem, skąd mu to się wzięło, ale zainteresował się medycznym jutsu – pokręcił głową z pewnym rozbawieniem. – I już mu tak zostało.
xxx
Shira stała przez dłuższą chwilę wpatrując się w większy od pozostałych namiot, wykonany z jasnej tkaniny, która sprawiała wrażenie, jakby była dużo lepszej jakości od innych i najprawdopodobniej wzmocniono ją chakrą.
Zdawała sobie sprawę, że powinna wejść do środka i na własne oczy przekonać się, kim był trzeci syn Kazekage, który został jednoznacznie określony jako Piąty przez swojego ojca.
Jednak wewnątrz niej czaiła się obawa, że kiedy wejdzie do środka, zastanie przyjaźnie uśmiechniętego Yagurę, po którego rękach spływała krew jej rodziny i wielu innych niewinnych ludzi, których jedyna przewiną było to, że wywodzili się z rodu obdarzonego limitem krwi.
Nie wolno jej było dopuścić, żeby historia się powtórzyła, ale jednocześnie nie potrafiła wyobrazić sobie jakiegokolwiek Jinchuriki, który nie byłby żądną krwi bestią, dokładnie taką samą, jak Yagura. Suna nie utrzymywała bliższych kontaktów z nikim, może poza Konohą, ale mroczne historie o demonicznym chłopcu, który znajdował radość w miażdżeniu ludzi z własnej wioski przy pomocy piaskowych ramion sięgały daleko. Na świecie krążyły opowieści o niemowlęciu, które nawet nie narodziło się człowiekiem, które było bardziej demonem i ucieleśnieniem Shukaku niż synem swojego ojca.
Z drugiej strony, chłopiec, o którym była mowa to tylko dziecko. Drżenie niczym liść osiki przed chłopaczkiem, który nawet nie wszedł w wiek nastoletni, wydawało się bardziej niż głupie.
– Jeżeli będziesz przez dłuższy czas stać na zewnątrz, to prawdopodobnie się przeziębisz. – Prawie podskoczyła, kiedy usłyszała za sobą monotonny, pozbawiony emocji głos.
Odwróciła się powoli, a jej umysł nadal płatał figle, wywołując obraz potwornego Mizukage, który na pierwszy rzut oka wyglądał wręcz łagodnie, niewinnie...
Za nią, zgodnie z przewidywaniem, stał Jinchuriki.
Był drobnej budowy, miał tak koszmarnie podkrążone oczy, że wyglądał jakby bawił się kosmetykami matki i wtarł w siebie cały zapas jej cieni do powiek. W dodatku lekko się garbił, a pyzate policzki dodawały uroku i sprawiały, że wyglądał po prostu słodko. W dodatku wywoływał w niej gwałtowną potrzebę objęcia i wyściskania tego szczeniaka, a potem wręczenia mu kubka ciepłego mleka i odesłania do łóżka.
Mimowolnie zastanowiła się, jakim sposobem Kazekage nie robi z siebie publicznie idioty, mając takiego dzieciaka u boku.
– Powinnaś wejść do środka – kontynuował, a w jego głosie nadal nie było śladu emocji. Wydawał się nie ruszać w ogóle, stojąc w kompletnym bezruchu, nie błądził też spojrzeniem, tylko patrzył prosto na nią. Spojrzenie miał niepokojące, chłodne oczy nie zdradzały absolutnie niczego. Shira po raz pierwszy poczuła to samo, co jej rozmówcy.
– Chyba masz rację – westchnęła lekko. – Wybacz mi, jestem nieswoja.
– To zrozumiałe. – Ledwo zauważalnie skinął głową. Ruszył za nią, zachowując odstęp kilku kroków, niezbyt wielki jednak, żeby nie mieć trudności w usłyszeniu tego, co mogłaby powiedzieć.
– Boisz się – stwierdził nagle.
– To nie tak... – wymamrotała. Zanim jeszcze otworzyła usta wiedziała, że to błąd, kolosalny błąd. Ale była wycieńczona ucieczką, długotrwałym pościgiem przez wodę, gdzie każdy, kto był w stanie używać jakiegokolwiek pomocnego przy zwiększaniu prędkości jutsu dawał z siebie wszystko, a jej percepcja była zaburzona przez powietrze, w którym było o wiele mniej wilgoci niż nad potężnym zbiornikiem wodnym.
– Masz prawo do strachu, to naturalne – kontynuował chłopiec swoim beznamiętnym głosem. – Dużo bardziej niebezpiecznym byłoby, gdybyś nie odczuwała strachu. To świadczyłoby o zbytniej pewności siebie. Lub głupocie.
– Zawsze miałam wrażenie, że to synonimy – pozwoliła sobie na lekki uśmieszek.
– Nie zawsze – odpowiedział. – Czasami zdarzają się ludzie, którzy mają pełne prawo do uczuć tego typu.
– Należysz do nich?
– Nie sądzę – pokręcił głową. Bardzo oszczędnie. Każdy ruch, jaki wykonywał był minimalny.
– Musisz mi wybaczyć – westchnęła. – Ale przez sytuację z Yagurą... on nie był od samego początku złym tyranem, inaczej nie zostałby wybrany na Mizukage...
– Rozumiem – przerwał jej. – Ale nie musisz się bać, że pójdę tą samą drogą i postanowię was zniszczyć. Jeżeli okażę się niestabilny to ja zostanę unicestwiony.
Spojrzała na niego ze zdumieniem, ale spokojna twarz dziecka nie mówiła jej więcej ponad to, co właśnie usłyszała. I w co nie chciała uwierzyć. Nie zgadzało się to kompletnie z tym, co do tej pory słyszała o mentalności ludzi z Kraju Wiatru. Szczególnie tych ze szczepów koczowniczych. Wiedziała, że obecny Kazekage był z urodzenia koczownikiem, swego czasu przejęcie przez niego władzy wywołało wiele kwaśnych komentarzy.
– Jesteś synem Kage – powiedziała ostrożnie.
– To nie ma znaczenia, kim jestem – odpowiedział, nie tracąc swojego nienaturalnego spokoju. – Powodem istnienia funkcji Kage jest ochrona wioski przed jakimikolwiek zagrożeniami, zewnętrznymi i wewnętrznymi.
– Zgadzasz się z tym?
– Jak można się z tym nie zgadzać? – Przechylił lekko głowę. – Najpierw jest się Kage. Dopiero potem następuje miejsce na cokolwiek innego.
Jeżeli to, co mówił chłopak było prawdą, rzeczywiście stanowiło część filozofii Suny, to naprawdę mogła czuć się bezpiecznie. I jednocześnie mogła mieć świadomość, że zawarła pakt z diabłem nad diabłami.
A/N: Głupio mi to trochę pisać, ale czasami zaglądam w statystyki i widzę, że ten tekst czytuje całkiem spore grono. To fajnie. Ale jeszcze fajniej byłoby poznać opinie tego grona na temat tekstu. Naprawdę nie chcę jęczolić o komcie, ale bardzo brak mi jakiegoś komunikatu z zewnątrz i mam wrażenie, jakbym pisała do ściany. Czy coś. R&R, pretty please?
