Nick Fury już od dawna przygotowywał się na ten dzień. Wiedział, że nastąpi już w chwili, gdy projekt Avengers zaczął dawać śladowe znaki powodzenia. Potem wystarczyło już tylko trochę poczekać. W końcu znał się na ludziach. Dlatego właśnie zaplanował na ten dzień zebranie najbardziej kłopotliwej i zarazem najbardziej obiecującej grupy nastolatków, z jaką miał nieprzyjemność pracować.

A mimo to, nie do końca tak się tego spodziewał.

Przede wszystkim oczekiwał, że owiani zasłużoną sławą mściciele nie będą mogli się powstrzymać, aby nie pojawić się w siedzibie w pełnej chwale, w tych ich kostiumach i najlepiej obwieszeni trofeami z bitew. To wydawało mu się bardzo w stylu Iron Mana i Thora. Rogers i Banner, oraz oczywiście dwójka jego zaufanych agentów, w jego wizji trzymali się nieco z tyłu, ale generalnie przesłanie miało być jasne.

W tym spektaklu miało brakować tylko fanfar i dziewczynek w białych sukienkach, rzucających im pod stopy płatki kwiatów.

Nic, z tego. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażał.

Przede wszystkim nie przyszli do niego w pełnym składzie. Tylko Tony Stark i Steve Rogers. Samo w sobie było to niezwykle zaskakujące, bo nie spodziewał się, że ta dwójka w ogóle będzie w stanie ze sobą współpracować. Ale wydawali się całkiem zadowoleni z życia i żaden nie wyglądał, jakby robił coś wbrew sobie.

Nie mieli też na sobie swoich kostiumów, tylko bardzo drogie garnitury, co w połączeniu z ich szampańskimi humorami mogło wycisnąć z Fury'ego tylko jeden komentarz:

- Trzeba było jednak zamówić te dziewczynki z kwiatkami – syknął Hill na ucho.

- Myśli pan, że…

- Wolę o tym w ogóle nie myśleć – westchnął, po czym zwrócił się głośniej do swoich gości. – Panie Stark, kapitanie Rogers.

- Dyrektorze Fury – Steve zasalutował mu nieco niedbale, lecz z szacunkiem.

- Co słychać, Nick? – Stark nawet nie próbował być poważny, ale to akurat było plusem tej sytuacji. Fury widział, jak „poważnie" rozwiązał sprawy doktora Bannera z generałem Rossem. Tak, zdecydowanie wolał go w tej idiotycznie beztroskiej wersji.

- To zależy od tego, czy jesteś pewny swojej decyzji.

Ramię Rogersa otarło się lekko o bark Starka, na co brunet uśmiechnął się tak szeroko, że Hill musiała udać atak kaszlu, aby ukryć swój śmiech. Powinni chociaż spróbować zachowywać się bardziej dyskretnie. Jeśli nie rzucą dzieciaków na kolana swoim profesjonalizmem, to smarkacze mogliby wciąż być na jego głowie.

- Nigdy nie byłem niczego bardziej pewien – wyznał radośnie i nagle Fury coś sobie uświadomił.

Jeszcze nigdy aż do tej pory nie widział Starka naprawdę szczęśliwego. Zupełnie jakby tylko udawał beztroskiego miliardera, a teraz naprawdę był beztroskim miliarderem. Różnica była bardzo subtelna, ale każdy, kto znał go choć trochę nie mógł jej nie dostrzec.

Nagle za jego plecami rozległo się zduszone i pełne zachwytu westchnienie. Przez chwilę miał nadzieję, że coś się zmieni, że będzie lepiej, że wreszcie banda dzieciaków zmieni się w dojrzałych młodych ludzi.

A potem wszystko wróciło do normy.

- Tylko nie popuść ze szczęścia, pajączku.

- Przymknij się, wiadrogłowy.

- Myślicie, że będę mogła zobaczyć reaktor łukowy?

- Przecież już nie używa go jako rozrusznika. Będziesz musiała poczekać póki nie wpuszczą nas do swojej bazy.

- Myślicie, że nas wpuszczą?

- Myślicie, że pozwolą mi się siłować na ręce z Kapitanem Ameryką? Mógłbym mu chyba coś uszkodzić…

- Rozum ci odjęło? Zesrałbyś się, a nic byś mu nie zrobił!

- Uważasz, że jestem słaby?

- Prawdziwa siła nie jest tym, co można ocenić wzrokiem.

Fury odchrząknął, aby ich uciszyć. Teraz jemu samemu ten pomysł przestał się podobać. Czy naprawdę oddanie tej bandy dzieciaków pod skrzydła drugiej bandy odrobinę przerośniętych dzieciaków było jedynym rozwiązaniem? Możliwe, że właśnie popełniał jeden z największych błędów w swoim życiu. Istniało też prawdopodobieństwo, że właśnie robił coś dobrego dla całego świata, czego oczywiście nie mógł zupełnie wykluczyć.

Postanowił, że jednak da im wszystkim szansę.

- Kim są Tony Stark i Steve Rogers pewnie już wiecie – zwrócił się do nastolatków, po czym chciał przedstawić swoich podopiecznych, ale ktoś go uprzedził.

- Och, daj mi zgadnąć! White Tiger czyli Ava Ayala, Power Man to Luke Cage, Iron Fist – Danny Rand, Nova – Max Alexander i w końcu jako Spider Man – Peter Parker – wyrecytował Stark, aż nieprzyzwoicie z siebie zadowolony.

- To wcale nie było zgadywanie – skarcił go Rogers, przewracając przy tym oczami. – Pobrałeś te informacje z bazy danych TARCZY gdy tu jechaliśmy.

- Włamałeś się do naszej bazy danych? – zawołała ze zgrozą Hill.

- Włamał się pan do bazy danych TARCZY? – zawołali z zachwytem młodzi bohaterowie.

- Sprawdzałem tylko stopień zabezpieczeń – Tony żachnął się niedbale. – Ulepszyłem go trochę przy okazji. Nie musisz mi dziękować.

- Nawet nie zamierzałem – sarknął Fury. – Czy chcesz ustalić coś jeszcze w sprawie przejęcia pełnego dowodzenia nad projektem Avengers?

- Chciałem się tylko upewnić, czy naprawdę zamierzasz nie wtykać już to tego swojego nosa – Tony nawet nie próbował być subtelny. – Bardzo chętnie będziemy przyjmować wszelkiego rodzaju rady i drobne sugestie, ale na pewno nie będziemy twoimi pieskami na posyłki tak jak Coulson.

Fury'emu nie trzeba było tej aluzji tłumaczyć. Stark wiedział znacznie więcej, niż był gotów przyznać. Raz obudzona podejrzliwość wobec poczynań TARCZY teraz nie dawała się niczym wyciszyć, choć zawarte między nimi porozumienia były jak najbardziej szczere. Sfabrykowana śmierć Coulsona była wisienką na tym torcie nieufności.

- Nie dysponuję odpowiednimi środkami perswazji i przymusu, abym mógł oczekiwać od was wykonywanie moich poleceń – wyznał niechętnie Fury, kątem oka dostrzegając uśmiech, który przemknął po ustach Rogersa. – W tej sytuacji mogę tylko prosić was o owocną współpracę.

- I wzajemnie. – Przez dłuższą chwilę mierzyli się chłodnymi spojrzeniami, po czym twarz Starka znów przybrała ten radośnie błogi wyraz. – Dobra, dzieciaki, zbierajcie się. Nowe roboty treningowe same się nie zniszczą, prawda?

- Naprawdę nas zabieracie? – zapytał Spider Man, nagle tracąc nieco ze swojego dawnego podniecenia. – To nie jest tylko jednorazowy plan, z którego potem się wycofacie?

- Gdybyśmy kiedykolwiek to zrobili, będzie to oznaczało koniec całego projektu Avengers. Koniec dla nas wszystkich – zapewnił ich ciepło Steve. Życzliwość w jego głosie i spojrzeniu jasno dawała do zrozumienia, że większość z tych ponurych myśli, które właśnie nawiedzały głowy jego nowych podopiecznych, sam miał już za sobą. – To nie jest kwestia ratowania czegokolwiek, patriotyzmu, czy udowadniania komuś, do czego jesteśmy zdolni. Po prostu są rzeczy, z którymi razem poradzimy sobie lepiej.

- Na przykład z niszczeniem robotów treningowych – podsunął Tony, za co Steve poczęstował go lekkim kuksańcem pod żebro.

- Nie rozumiem po co w ogóle budujesz roboty, które jesteśmy w stanie tak szybko zepsuć.

- Uwierz mi, że robię wszystko, co w mojej mocy, aby stanowiły jakiekolwiek wyzwanie dla ciebie albo Thora, ale…

- Mi oczu nie zamydlisz. Po prostu lubisz uczty, które Thor urządza aby świętować swoje zwycięstwa.

- Będą uczty? – Nova zaczął z podniecenia zataczać wokół nich coraz węższe koła.

- Będziemy mogli z wami trenować? – zapytali jednocześnie Power Man i Iron Fist.

- Udostępnicie nam też laboratoria? – White Tiger bardzo starała się nie zapiszczeć ze szczęścia, ale nie bardzo jej to wyszło.

Radość tych młodych ludzi zaczęła się udzielać ich nowym opiekunom i mentorom, którzy z każdą chwilą robili się coraz bardziej słodcy i nieprzyzwoicie szczęśliwi. Dzieciaki nie mogły być aż tak ślepe, musiały doskonale wiedzieć, co się dzieje, ale najwyraźniej wcale im to nie przeszkadzało. Ale w sumie komu przeszkadzałoby znajdowanie się pod skrzydłami dwojga ludzi, którzy byli w stanie wygenerować więcej szczęścia niż sami mogli zużyć?

Naprawdę chciał powstrzymać się od zbędnych komentarzy. Próbował z całych sił. Hill robiła, co mogła, żeby mu jakoś pomóc, na przemian szturchając go w bok i posykując ostrzegawczo, ale ona również była zupełnie bezradna. Im więcej padało okrzyków zachwytu i podnieconych pytań, tym bardziej słabło ich postanowienie, że nie odezwą się już ani słowem. Im szersze uśmiechy wpełzały na twarze tych dzieciaków, które do tej pory musiały zachowywać się bardziej dojrzale niż pozwalał im na to młody wiek, tym większym szczęściem promieniowali Steve i Tony.

Aż w końcu Peter, ściągnąwszy najpierw maskę, zapytał ich ze łzami szczęścia w oczach, czy nie chcieliby go przypadkiem adoptować.

To była właśnie kropla, która przepełniła czarę.

- A zatem mam zaszczyt ogłosić was ojcem i matką – zawołał Fury w ich stronę, po czym jak najszybciej wycofał się, aby nie mogli zobaczyć, że krztusi się ze śmiechu.


To już koniec tego opowiadania. Mam nadzieję, że się Wam podobało. Jeśli tak - to zapraszam do przeczytania jeszcze innych moich wypocin oraz do zajrzenia na profil Lycoris Caldwelli na facebooku, gdzie będę wrzucać informacje o nowych projektach.