Czternastego grudnia, w przeddzień wyprawy do Posem, Hermiona była bardzo rozdrażniona. Ferie świątecznie miały nadejść dopiero za kilka dni, więc będzie zmuszona opuścić, oczywiście za decyzją Dumbledore'a, wiele lekcji, a przecież Sumy miała pisać już za kilka miesięcy.
- Hermiono, przecież nie ma w świecie magicznym rzeczy, której byś nie dała rady opanować, daj spokój – pocieszali ją przyjaciele, gdy siedziała w bibliotece nad książkami. - Poza tym powinnaś odpocząć, a nie siedzieć tutaj.
- Nie mówcie mi teraz, co powinnam, błagam – dziewczyna z irytacją zatrzasnęła książkę, którą próbowała czytać. Niestety. Nie umiała się skupić.
- Jedyny plus twojej wyprawy jest taki, że wraz z tobą wybywa Snape, dlatego kilka eliksirów nam przepadnie.
- Ron, jestem pewna, że dla waszego dobra, Snape to z nami odrobi, uwierz mi. Żebyś się nie zdziwił, jak po naszym powrocie będziemy spędzać soboty w klasie od eliksirów.
- Nawet sobie nie chcę tego wyobrażać – powiedział Harry, gdy wychodzili z biblioteki, by udać się do Wielkiej Sali na obiad.
- Poszedłbym na skargę do McGonagall – wyznał śmiało Ron.
- Tak, McGonagall na pewno by ci pomogła. Śmiem nawet twierdzić, że sama byłaby w stanie nakłonić Snape'a żeby zrealizował dodatkowe lekcje – stwierdziła Hermiona.
Gdy dotarli już do Wielkiej Sali, usiedli przy końcu stołu, by móc w spokoju rozmawiać.
- Nie wiem jak my bez ciebie tu wytrzymamy – rzucił Harry, nakładając sobie na talerz ziemniaki z sosem.
- Dacie radę. W ogóle to jestem ciekawa, ile ja tam będę musiała być...
Była to rzecz, której Hermiona się obawiała. Czas. Nie wiedziała, ile będzie musiała wytrzymać od przyjaciół, wykonując nieznane jej zadania, w towarzystwie nielubianego Severusa Snape'a.
- A nie jesteś ciekawa, jak on będzie się zachowywał w twoim towarzystwie? - zapytał Ron.
- Nie jestem ciekawa. Wiem przecież, że będzie zachowywał się tak jak tutaj.
- I nie boisz się tego? - Harry uniósł brwi.
- Harry, ja się nigdy nie bałam Snape'a. To ty go nienawidzisz. Dla mnie jest po prostu wymagającym, czasem traktującym ludzi zbyt z góry, nauczycielem. I tyle. Dam radę. Poza tym jeszcze dzisiaj po obiedzie mam iść z nim rozmawiać. Jakoś się nastawić, że jutro wyruszamy.
- Wyruszacie dzisiaj.
Hermiona odwróciła się i zobaczyła zdyszaną profesor McGonagall, której szczęka lekko drżała. Ścisnęła nerwowo dłoń na ramieniu Hermiony.
- Nie wiadomo dlaczego, teleport pojawił się przed chwilą – powiedziała szybko.
- Ale jak to?! - Hermiona wstała. - Miał pojawić się jutro o dziewiątej rano!
- Powiedziałam! Nie wiadomo dlaczego!
Hermiona nagle stała równie zdenerwowana, co McGonagall, której żyłka na czole zaczęła pulsować.
- Na co czekasz, Granger? Do gabinetu! - warknęła, chociaż nie było w jej głosie ani odrobiny surowości. Odwróciła się i pospiesznym krokiem ruszyła.
- Ale... - Hermiona szybko odwróciła się do przyjaciół, łapiąc się za głowę.
Harry ani Ron nie czekali. Obydwoje wstali, złapali dziewczynę za rękę i pociągnęli ją za sobą do gabinetu Dumbledore'a.
- Pożegnajcie się tutaj – zadecydowała McGonagall, gdy dogonili ją tuż przy kamiennym gobelinie, wiodącym do okrągłego pomieszczenia.
Hermiona uścisnęła mocno najpierw Harry'ego, potem Ronalda, a gdy chciała jeszcze im coś powiedzieć, dodać jakieś słowa otuchy, zapewnić, że wszystko będzie dobrze, opiekunka Gryffindoru pociągnęła ją za rękę i wskazała kamienne schody, po których sama zaczęła się już wspinać.
- Będzie dobrze! Do zobaczenia! - rzuciła przyjaciołom Hermiona, znikając na szczycie schodów.
Gdy weszła, bez pukania, wraz z profesor McGonagall do gabinetu dyrektora, już zastała tam Snape'a, o którym z tego wszystkiego już zapomniała. Dumbledore także tam był.
- Teleport otwarty jest tylko pięć minut – powiedział dyrektor tak cicho, jakby nie chciał, żeby sam znajdujący się zaraz obok niego teleport, który był wielką, jasnoróżową poświatą, wiszącą kilka cali nad posadzką, to usłyszał. - Nie wiem dlaczego nie pojawił się o umówionej z królową Posem porze. Zniknie prawdopodobnie za dwie minuty. Nie ma czasu – powiedział to z dużym naciskiem, zerkając na Severusa, który zrozumiał o co chodzi.
Stanął tuż przed teleportem, ściskając w dłoni różdżkę. Nagle, bardzo gwałtownie, odwrócił się w stronę stojącej niepewnie Gryfonki, która z przerażeniem spojrzała na McGonagall.
- Masz różdżkę? - zapytał, widząc, że dziewczyna nie ma na sobie szaty, tylko zwykłe ubranie.
- Mam – odparła, wyciągając ją z tylnej kieszeni. Teraz już sama zadecydowała, że nadszedł czas, a stanie w miejscu jest póki co niewłaściwe. - Do widzenia, pani profesor.
- Wszystko się uda. Trzymajcie się razem – powiedziała starsza kobieta, delikatnie ściskając dziewczynę, co było dla niej lekkim zaskoczeniem.
- Do zobaczenia – dyrektor zaczął iść w jej stronę, a gdy znalazł się już przy niej, położył dłoń na jej ramieniu. - Nie martw się o nic. Harry i Ron na pewno sobie poradzą.
Dziewczyna spuściła wzrok i pokiwała głową. Gdy poczuła na sobie spojrzenie Snape'a, uniosła hardo głowę do góry, i uśmiechając się lekko do Dumbledore'a, podeszła do teleportu i stanęła obok Severusa.
- Do zobaczenia Severusie – usłyszeli głos McGonagall, lecz już nic więcej, bo wykonali wspólnie krok naprzód, czując, jak pochłania ich różowa poświata, a świat wokół zaczyna wirować.
Hermiona czuła, że spada. Zdziwiło ją to, że pomimo długiego wirowania, nie czuła żadnych mdłości, co było u niej raczej naturalne. Zastanawiała się, co zastanie, gdy poczuje grunt pod nogami. I właśnie gdy przestała o tym myśleć, poczuła go. Bała się otworzyć oczy. To inny świat.
- Granger, co z tobą? - usłyszała głos, który przez najbliższy czas na pewno będzie słyszeć często.
Otworzyła oczy. Trawa, drzewa, złoty pałac, łąki, kwiaty. Wszystko to przepływało do jej świadomości bardzo szybko. Wykonała pełny obrót wokół własnej osi, mając tę świadomość, że widzi przed sobą cały ten świat, nie licząc głębi wielkiego lasu.
- U nas jest tak chłodno... - zaczęła podwijać rękawy granatowego swetra, gdy uderzyło ją panujące tu ciepło.
- Nie ma czasu na rozmowy o pogodzie – Snape zaczął już iść w stronę pałacu. Znajdowali się od niego jakieś piętnaści minut drogi. Musieli przebyć całą polanę, nim się do niego dostaną.
- Nie rozmawiam o pogodzie, profesorze – powiedziała spokojnie, ruszając za nim. - Stwierdzam tylko fakt, że u nas jest chłodno.
- Cóż za spostrzegawczość, panno Granger! - mruknął ironicznie.
- Dziękuję – odparła uprzejmie.
- Naprawdę zamierzasz być taka irytująca cały czas?
Stwierdziła w myślach, że tak, dlatego nie odpowiedziała na pytanie.
- Nie przeginaj, Granger – usłyszała po chwili.
Gadaj sobie, gadaj, pomyślała.
- Granger, mówię do ciebie – spojrzał na nią, odgarniając sobie z twarzy włosy, które zaczął szarpać wiatr.
- Doprawdy? Nie może mi pan odjąć punktów za ciszę, tak myślę. A myślę nawet więcej...
- To dobrze, że myślisz – wtrącił sarkastycznie.
- A to, że więcej, to już w ogóle! - uśmiechnęła się do niego, i ku swojemu zdumieniu dostrzegła w jego twarzy delikatnie rozbawienie. - Tak więc myślę więcej – chyba w ogóle nie może mi pan odejmować tutaj punktów. Jesteśmy w innym świecie.
- Aczkolwiek wciąż jestem twoim nauczycielem, kretynko.
- Jednak są to sprawy Zakonu Feniksa, a nie Hogwartu. Nie jesteśmy tutaj z powodu tego, że szkoła chce, aby jeden z jej nauczycieli oraz uczennica wspólnie wybrali się w podróż do innego świata.
- Proponuję, żebyś się przymknęła, i chociaż próbowała teraz zachować pozory dobrze wychowanej – powiedział, gdy znaleźli się już blisko zamku.
- Proszę mnie nie obrażać! - oburzyła się dziewczyna.
Snape nie mógł jednak nic już na to odpowiedzieć, ponieważ z pałacu wyłoniła się jakaś postać. Zaczęła iść w ich stronę.
Był to wysoki mężczyzna, o brązowych, długich włosach, związanych z tyłu głowy. Miał na sobie błękitną, bardzo luźną koszulę, wciągniętą w białe spodnie. Hermiona stwierdziła w myślach, że wygląda bardzo dziwnie, natomiast Snape zdążył w swojej własnej głowie powyzywać go już od „nieszykownego o niekreślonej płci tępaka".
- Witajcie – jego głos był bardzo głęboki. - Jestem posłańcem królowej Kate. Królowa pragnie się z wami widzieć oraz wyjaśnić wam niespodziewane pojawienie się teleportu dzień przed umówionym terminem. Jejmość już przed widzeniem pragnie wyrazić głęboki wyraz ulgi, że zdążyliście się przenieść. Proszę uprzejmie za mną.
Gdy odwrócił się i zaczął iść w stronę pałacu, Hermiona i Snape wymienili między sobą takie spojrzenia, że na pewno każdy ich znajomy wybuchłby na ten widok niekontrolowanym śmiechem. To były spojrzenia prawdziwie mówiące „co z nim jest, cholera, nie tak?" i „czy każdy w tym świecie to totalny idiota, czy może to z nami jest coś nie tak?".
- Zanim jednak znajdziemy się w pałacu, pragnę oznajmić panu, że jestem mężczyzną, i nie widzę podstaw, aby uważał mnie pan za tępaka – głos posłańca nie był już taki uprzejmy i, prawdę mówiąc, udawany. Był po prostu luźny. - A jeśli chodzi o panią – spojrzał przez ramię na Hermionę, która teraz spanikowała, że jej myśli także zostaną odczytane. Swoją drogę cieszyła się, bo chyba o bezpłciowym tępaku nie pomyślała – wygląda pani całkiem normalnie i... ładnie.
- Dziękuję bardzo i nawzajem – odparła, a było jej tak głupio, jak jeszcze nigdy.
- Dlaczego czyta pan w naszych myślach bez naszej zgody i wiedzy? - zapytał wściekle Snape, próbując zachować resztki cierpliwości, zwracając się grzecznościowo.
- Taki mały test na sam początek – odrzekł posłaniec, a Hermiona posłała Snape'owi przerażone spojrzenie. No pięknie. Świetnie zaczęli.
- Czy każdy potrafi tutaj czytać w myślach? - zapytał z niepokojem w oczach Snape.
Jeśli by tak było, chyba by od razu rzucił na siebie zaklęcie uśmiercające. Jak niby miał nie krytykować, nie obrażać, nie wyzywać w myślach innych?! Już i tak przerażał go sam fakt, że nietaktownie jest to robić na głos.
- Niestety nie. Chociaż może dla was... Na szczęście nie.
Hermiona z lekkim poczuciem ulgi spojrzała na swojego profesora, lecz on rzucił jej spojrzenie, które mówiło coś w stylu, żeby w to nie wierzyć. Po dłuższym przemyśleniu doszła do wniosku, że tak naprawdę wcale nie miała podstaw, by komukolwiek tu zaufać i uwierzyć, że faktycznie nie wszyscy potrafią kontrolować tutaj myśli. Snape ma rację.
Gdy doszli wreszcie do złotego pałacu, Hermiona zauważyła wychodzącą z lasu kobietę, o nienagannej figurze, długich włosach, ale wyjątkowo pomarszczonej twarzy. Zaczęła zastanawiać się, jak wygląda ta cała Kate.
Weszli do pałacu. W środku było równie pięknie, co na zewnątrz. Lśniące posadzki, wysokie kolumny, wielkie balkony, mosiężne drzwi, których było naprawdę bardzo, bardzo wiele po bokach, i to prawdopodobnie na wszystkich piętrach, a pałac liczył ich na pewno bardzo sporo. Marmurowe schody rozciągały się po dwóch stronach, i zbiegały się w górze. Pod nimi natomiast, na wprost wejścia, znajdowało się wielkie pomieszczenie, z sufitem kończącym się aż przy czubku najwyższej wieży pałacu.
- Proszę za mną, do sali tronowej – usłyszeli głos posłańca, którego ton znów był uprzejmy, ale bardzo sztuczny.
Poszli posłusznie za długowłosym mężczyzną. Posadzka była tak czysta, że Hermiona patrząc na nią, dostrzegła samą siebie, oraz idącą obok niej, ciemną postać Severusa. Po chwili znaleźli się w sali tronowej. Ściany tego pomieszczenia były szklane, podobnie jak drzwi wiodące do ogrodu znajdującego się za pałacem. Ogród ten był tak cudowny, że Hermiona nie mogła oderwać od niego wzroku. Za ogrodem rozciągał się ten tajemniczy las, który otaczał wszystko, co znajdowało się w zasięgu wzroku.
- Witajcie – usłyszeli.
Dopiero teraz Hermiona dostrzegła idącą w ich stronę kobietę.
- Jestem królowa Kate.
Królowa miała niebieskie włosy, sięgające aż do samej podłogi. Ubrana była w białą suknie, ciągnącą się za nią po posadzce, podkreślającą jej niezwykle głęboką talię, która wydawała się być aż nienaturalna. Kobieta była wysoka niczym Snape. Jej usta były złote. Naprawdę złote. Nie mógł to być żaden odcień szminki. Żaden kosmetyk nie dawałby takiego efektu. Oczy miała takiego samego koloru, jak włosy. Na czubku jej głowy lśniła mała, złota korona.
Złoty świat. Dosłownie.
- Hermiona Granger.
Hermiona przedstawiła się i zdając sobie sprawę, że stoi przed królową świata, w którym właśnie przebywa, ukłoniła się. Snape z wielką niechęcią zrobił to samo.
- Cieszę się, że zdążyliście przenieść się na miejsce, mimo że teleport pojawił się znacznie przed czasem. Było to zaplanowane przeze mnie. Musicie bowiem wiedzieć, że wy dwoje przybyliście tutaj dzięki przepowiedni. Gdy profesor Dumbledore poprosił mnie o pomoc, za pomocą mojej magicznej kuli zbadałam jego cel, który był całkowicie szczery. Musiałam się jednak upewnić – zaczęła przechadzać się wokół nich, dokładnie badając ich wzrokiem. Jej głos był niezwykle płynny i czysty, taki przyjemny dla ucha... - Zobaczyłam w kuli postać wysokiego mężczyzny o czarnych włosach sięgających do ramion oraz młodej kobiety, z czekoladowymi oczami i burzą loków na głowie. Przekazałam Dumbledore'owi, że to macie być właśnie wy – Hermiona zmarszczyła brwi. No tak, teraz już wiedziała, skąd Dumbledore wiedział o jej rzekomej chęci do wyprawy. Wcale nie podsłuchiwał ani nie szpiegował jej rozmów z Harrym i Ronem, tak jak to Harry podejrzewał. To wszystko było z góry zaplanowane. - I przysłał mi was. Kula dzisiaj przekazała mi, że macie przybyć dzisiaj. Dzisiaj ma się to wypełnić. Nie jutro – dodała ostro.
- Więc jesteśmy – odezwał się po dłuższej chwili Severus. - Czego od nas, wasza wysokość, oczekujesz?
- Dowiecie się w odpowiednim czasie, panie Snape. Teraz możecie zapoznać się ze swoimi komnatami. Ladislao – wskazała na posłańca, który przyprowadził ich tutaj – zaprowadzi was do nich. Do zobaczenia.
- Do zobaczenia – odparli, i ukłoniwszy się, opuścili salę tronową.
Udali się za mężczyzną, który zaprowadził ich do komnat znajdujących się na piątym piętrze. Mieli je obok siebie, chociaż nie planowali żadnych spotkań ani rozmów. Nie odzywali się do siebie od czasu spotkania z królową ani słowem. Hermiona znikła w swojej komnacie, a Severus w swojej. Nie wiedzieliby nawet, o czym mają z sobą porozmawiać. Wszystko to wydawało się jednocześnie zbyt proste, i zbyt pomieszane. A najgorsza była ta niepewność.
