Z dedykacją dla Anjo-san,
dzięki której czułam, że mam dla kogo pisać :)
Cztery drewniane ściany, bezcenna klepka na podłodze i jeszcze bardziej bezcenne maty tatami rozłożone na niej. Mała łazienka z drewnianą balią do gorących kąpieli po długich, bezkąpielowych misjach, niskim stołeczkiem i kostką szarego mydła.
Kuchnia, w której podłogą był beton i kilka obrobionych desek ułożonych wzdłuż blatów, żeby stopy nie marzły podczas bosego przygotowywania posiłków. Na drewnianych ścianach porozwieszane były wszelkiej maści obrazki, zdjęcia, okładki magazynów dla miłośników broni, proste przepisy, których nigdy nie zapamiętała, kalendarz z ilustracjami przedstawiającymi nocne niebo. Dwa palniki, jakiś metr blatu, zlew i lodówka. Wszystko niemiłosiernie zagracone. Kopie raportów z misji walały się pod oknem wśród mieszanki przypraw, które oryginalnie znajdowały się w osobnych, stosownie opisanych słoiczkach. Teraz stanowiły coś pomiędzy zestawem przypraw do curry, a idealną mieszanką do mięsa na grilla. Dalej leżały bandaże (w różnym stopniu porozwijane) , jeszcze trochę broni, a na podłodze dwa zwoje, które wypadły zapewne z kuchennej szafki (po latach mieszkania w tej klitce, TenTen odkryła, że zwoje idealnie wkomponowują się w wolną przestrzeń między wokiem a garnkami).
Z kuchni przechodziło się prosto do pokoju, który w żartach nazywała sypialno–bawialnym. W ciągu dnia pokój z powodzeniem służył do przyjmowania gości (zwykle nieproszonych, zdumionych metrażem i jednorazowych), zaś na noc rozkładała w nim futon. Musiała za każdym razem bardzo uważać, żeby nie porozcinać go o walającą się po podłodze broń. Ze szczególnym trudem przychodziła jej ta sztuka, gdy wykończona wracała po misji i marzyła tylko o tym, żeby położyć się i zasnąć.
Swoją drogą – określenie „walająca się po podłodze broń" mogło niezwykle trafnie służyć jako zwięzły opis jej mieszkania. Przyglądając się teraz tym trzem pomieszczeniom, które stanowiły do tej pory całe jej życie… Nie mogła się nadziwić, że utrzymywanie porządku w domu Kou przychodziło jej z taką łatwością.
Z nostalgią zapakowała tę niewielką ilość rzeczy pierwszej potrzeby, które posiadała: kilka zmian ubrań, bielizna, pluszowa panda, którą miała od dziecka. Powiodła wzrokiem po arsenale, który dawno temu miała zapieczętować w zwojach i przeklinała się w duchu za to, że nie zrobiła tego wcześniej. Teraz nie miała czasu, żeby zrobić to porządnie. Pozostało jej więc tylko mieć nadzieję, że zbrojownia przy bazie na zachodzie jest dobrze zaopatrzona. Jeśli nie… To już ona dopilnuje, żeby tak się stało!
.
.
Zawiał chłodny, zachodni wiatr i nadął smolisto czarne ślubne szaty. Neji zatrzymał się na krótką chwilę i spojrzał w niebo, mimo wuja delikatnie acz stanowczo popychającego go w stronę świątyni. Gęste chmury kłębiły się nad Konohą. Z kołysanych wiatrem koron drzew unosiły się ptaki i odlatywały. Dokąd? Zapewne w poszukiwaniu szczęścia.
Rzucił tęskne spojrzenie ku zachodowi. Ona prawdopodobnie nie zdążyła jeszcze opuścić wioski, jednak to nie przeszkodziło mu poczuć się tak samo jak wtedy, gdy jako dziecko dowiedział się, że nigdy więcej nie zobaczy swego ojca. Poczucie osamotnienia było jeszcze silniejsze i bardziej uderzające niż przed laty.
W końcu odważył się ruszyć w stronę świątyni. Jeżeli nie skupi uwagi na czymś innym niż odejście TenTen, łzy z pewnością popłyną z białych oczu i będzie mógł pożegnać się z własną godnością już na zawsze.
Przed świątynią czekała na niego narzeczona oraz wszyscy zaproszeni (i zniecierpliwieni zwłoką pana młodego) goście w osobach prawie całego klanu Hyuuga oraz rodziny Kimiko. Uwadze Nejiego nie uszło krnąbrne spojrzenie tejże. Narastał w niej bunt, którego on sam już od dawna nie wyczuwał w sobie. Nagle Neji poczuł wstyd. Kiedy on, wysokiej rangi szanowany, zaprawiony w bojach jounin już się poddał, zarzucił walkę i potulnie robił co mu kazano, ona, kobieta, cholerna księżniczka, wciąż miała siłę się buntować. Świadomość ta uderzyła go tak nagle, że aż zatrzymał się na chwilę, tuż przed korowodem, na czele którego stał kapłan.
W końcu, gdy udało się go ustawić w poprawnym i zgodnym z tradycją miejscu, rytualnie przemaszerowali przez przyświątynny ogródek zen do bezpośredniego wejścia do wnętrza chramu. Goście przeszli na dwie strony świątyni, a on i Kimiko podążyli samym środkiem aż do dwóch niskich stojących obok siebie stołeczków, na których mieli zająć miejsca. Na pulpitach przed nimi stały czarki na rytualne sake.
Neji przyglądał się Kimiko. Rude włosy przesłonięte były białym, okazałym tsunokakushi, spod nakrycia głowy wystawał zadarty nos i okazywało swe oburzenie światu zmarszczone czoło. Kobieta z trudem poruszała się pod warstwami spodniego, białego kimona shiromuku i przepięknego, barwnego uchikake nakładanego na wierzch. Kolorowe zdobienia wyszywane były chyba najdroższymi i najmocniej połyskującymi kolorowymi nićmi, jakie istniały w całym Kraju Ognia.
Neji nie zachwycił się ani na chwilę. Zamiast tego on i Kimiko zmierzyli się pogardliwymi spojrzeniami, nie bacząc na obserwujący ich tłum. To właśnie w tym momencie Neji zdał sobie sprawę, że nie jest jedynym poszkodowanym przez całą tę farsę. Jakoś przez ten czas ani razu nie przyszło mu do głowy, że ta kobieta może równie mocno nie chcieć poślubić jego, co on jej. Wcale mu to jednak nie pomagało. Czuł jak w jego wnętrzu zagnieżdża się coś złego. Gdy to coś dojrzeje, zapewne zacznie siać spustoszenie w jego życiu.
Chrząknięcie wuja nakazało mu usiąść na niskim stołeczku obok narzeczonej i od tego momentu okrył go płaszcz obojętności. Otoczenie robiło się cichsze i cichsze, nie słyszał szeptów ani słów kapłana, nie widział Kimiko ani starszyzny klanu. Jego myśli popędziły na zachód, tam gdzie zmierzała TenTen. Było zupełnie jakby jego dusza opuściła ciało i podążyła za tą, na której najbardziej mu zależało.
Kapłan chciał zaczynać ceremonię i chyba coś do niego mówił, ale Neji był… nieobecny. Wpatrywał się tępo przed siebie i ani drgnął, gdy podano mu czarkę z sake. Odbiór rzeczywistości zakłócił mu nagły atak paniki. Powoli docierało do niego o co toczy się gra, jakie konsekwencje niesie ze sobą bierność. Noce spędzane w towarzystwie tej kobiety, a nie TenTen. Ale to nie było najważniejsze. Odkąd pamiętał prawie każdy dzień swego życia spędził z Mistrzynią Broni. Z buntowniczą, pewną siebie, oddaną przyjaciołom TenTen. Mordercze treningi, wszystkie posiłki, misje, z których mogli nie wyjść cało, nawet wojna nie zdołała ich rozdzielić! I nagle… Jej zabrakło. Zniknęła zupełnie niespodziewanie. I to była jego wina.
Miał być niepokonanym. Właśnie pokonało go przeznaczenie. Durne przeznaczenie, w które podobno już nie wierzył. Do teraz.
Jeżeli przeznaczenie istniało, to jemu pisano bycie nieszczęśliwym.
.
.
Tak bardzo chciała, żeby zaczął padać deszcz. Miałaby powód do odwleczenia podróży. Opuszczenie wioski ani trochę nie było jej marzeniem. Nigdy. Jednak uczucie do Nejiego wykańczało ją i gdyby nie odeszła, z pewnością pogrążyłaby się w otchłani rozpaczy. A ona postanowiła sobie, że nie będzie się dłużej nad sobą użalać. Obrała dobrą drogę. Tak powinien postąpić shinobi. Walczyć, kiedy jest o co walczyć i usunąć się w cień, gdy walka nie ma sensu.
Deszcze jak na złość nie chciał spaść, pozostawało więc rzucić ostatnie tęskne spojrzenie wielkim głowom Hokage i odbyć pożegnalny marsz główną arterią niespodziewanie opustoszałej tego dnia Konohy. Plecak, który niosła wydawał się cięższy niż kiedykolwiek wcześniej, choć niekoniecznie spakowała więcej niż na przeciętną misję. Wszystko, co będzie jej potrzebne, mogą dostarczyć gennini w ramach misji zaopatrzeniowej. Z czego więc wynikało to nagle zwiększone powinowactwo plecaka do grawitacji?
Niechęć. To ona była winna. TenTen na misje chodziła z ochotą, zaś teraz w opuszczeniu wioski mogło jej przeszkodzić cokolwiek. Nawet ciężki plecak. Chciała się zatrzymać i zawrócić z powodu tego ciężaru, ale znała te gierki swojej psychiki i nie zamierzała się im poddawać. To było jak trening. Na początku zawsze wydaje się, że nie zdoła się zrobić następnego kroku. Jednak im dłużej trenować, tym prostsze okazuje się to, co na początku wydawało się nie do zrobienia. Tak właśnie TenTen postanowiła potraktować swoje odejście z wioski. Jak trening. Trening silnej woli.
Nagle poczuła uderzenie w bok, potem w drugi (tym razem ze strony podłoża), usłyszała huk wysypującego się z plecaka bagażu i przepraszające mamrotanie. A potem ten, kto na nią wpadł, rozpoznał ją.
– TenTen?! Co ty tu do jasnej cho…
– Naruto – mruknęła, rozmasowując bolący bark. Bolące barki, bo obydwa oberwały. Jeden od Naruto, drugi od podłoża. – Nie jesteś na ślubie?
– A ty? – odparł, a TenTen dałaby słowo, że jego źrenice zamieniły się w małe pytajniki, gdy wpatrywał się w jej plecak i jego zawartość. – Babcia Tsunade naprawdę dała ci misję DZISIAJ!? – wypalił.
Dwa koczki odwróciły się gwałtownie w stronę Naruto, co niechybnie świadczyło o tym, że ich właścicielka patrzyła w stronę zupełnie przeciwną. W praktyce – TenTen nie chciała rozmawiać, w związku z czym obróciła się do blondyna tyłem i pakowała swoje (teraz już niestety mocno zakurzone) rzeczy z powrotem do płóciennego, zielono-słomkowego plecaka.
– TenTen? – powtórzył Uzumaki już spokojniej, dotykając jej ramienia i delikatnie zmuszając ją do odwrócenia twarzy w jego stronę. – Powiesz mi co się stało?
– Biegnij na ślub – odmruknęła, zwijając zwój, który rozwinął się w czasie wypadku.
– I tak już nie zdążę, a coś mi podpowiada, że nie powinienem tam wpadać w środku ceremonii – Naruto podrapał się po brodzie w zamyśleniu. – Nie wpadłem na to sam, nie myśl sobie. Po prostu nie raz i nie dwa dostałem po głowie za… wpadanie w środku ceremonii. – Blondyn podniósł się i w kilku sprawnych ruchach pomógł ociągającej się TenTen wrzucić resztę rzeczy do plecaka. – Wiem, że nie możesz pić w czasie misji… Ale coś mi podpowiada, że to nie jest misja. Więc nie zrobi ci chyba różnicy wskoczenie do baru na piwo czy dwa, nim podążysz w stronę zachodzącego słońca?
.
.
– Czekaj, czekaj, bo… Ja wiem, że w tej wiosce nie jestem sławny z powodu moich zdolności intelektualnych czy coś. I że kumanie nie jest raczej moją mocną stroną. Ale jestem pewien, że tego nie zrozumiałby nawet Shikamaru. Więc w skrócie… Odchodzisz z wioski, bo ty i Neji kochacie się, ale on właśnie wychodzi za inną laskę, tak? I ani przez chwilę nie rozważaliście odwołania tego cyrku, stwierdzenia, że ślubu nie będzie, bo Nejiego dopadła grypa sercowa z opóźnionym zapłonem i narzeczona się zdezaktualizowała?
– Naruto – jęknęła, upijając łyk swojego piwa. Dobrze, że podawali je mocno rozrobione z wodą. Pewnie dlatego było takie tanie. Ją i Naruto łączyło wiele rzeczy, a na polu wybierania knajp do upicia się, szczególnie wygodny był podobny fundusz, który mogli przeznaczyć na picie w miejscach publicznych pod koniec miesiąca. – Kiedy siedzi się w środku tego zamieszania, jest to bardziej dramatyczne.
– Więc dlaczego się nie pobierzecie?
– On mnie nie chce jako żony.
– Tylko?
– Jako kochankę. Nie taką od rodzenia dzieci i pokazywania światu.
– Czemu?
– Bo jego mama miała ciężkie życie w klanie Hyuuga.
– Czyli wszystko to przez pieprzone przeznaczenie?
Z zaskoczeniem spojrzała w niebieskie, nagle przepełnione poirytowaniem oczy blondyna. Niepewnie skinęła głową. Naruto poderwał się w tym samym momencie, niemal przewracając stolik i rozlewając piwo.
– Nie odchodź nigdzie – poinstruował ją. – Poczekaj tu, proszę cię! A ja jednak przebiegnę się na ten ślub. Hyuuga aż się prosi o powtórkę z lekcji sprzed lat!
Naruto wybiegł z baru, zostawiając zaskoczoną TenTen z dwoma niedopitymi kuflami piwa, bagażem i niezapłaconym rachunkiem. Wiedziała co Naruto chce zrobić, ale była zbyt oszołomiona tym pomysłem, żeby go zatrzymać. Kiedy już oswoiła się z myślą o tym, że na ślubie jej przyjaciela za chwilę wybuchnie skandal, niespiesznie dopiła piwo swoje i blondyna, uiściła rachunek i wyszła z powrotem na główną arterię, którą szybko podążyła w stronę zachodniej bramy.
.
.
Po trzykroć uniósł czarkę z sake do ust i upił po łyku. To samo uczyniła ona. Potem znowu on i znowu ona. Gdyby komuś wydawało się, że to koniec zabawy… Bynajmniej. Gdy narzeczeni rytualnie zaspokoili swe pragnienie, sake nalano gościom i oni również wypili po łyku. Potem Nejiemu kazano odczytać słowa przysięgi.
Kou z niedowierzaniem przyjmował do wiadomości fakt, że Neji naprawdę zamierza poślubić tę całą Kimiko. Dla kogoś, kto nie był klanowym geniuszem, sytuacja była co najmniej niezrozumiała. Kou miał ochotę wstać i wykrzyczeć temu idiocie prosto w twarz, żeby zabierał się z tej świątyni, bo jego miejsce jest gdzie indziej. Dlaczego był tak wściekły na kuzyna? Neji mógł mieć wszystko, ale zamiast korzystać z tego przywileju, skromnie… Tak, Kou chciał wierzyć, że tamtym kierowała skromność. Neji skromnie to wszystko odrzucał. Tak, tak należało to sobie tłumaczyć, żeby nie zwariować.
Mężczyźnie takiemu jak Kou ciężko jest strawić fakt, że kobieta zostawiła go dla innego. Gorsza mogła być tylko świadomość, gdy tamten drugi mężczyzna nią wzgardził. Neji wzgardził kobietą, która dla Kou była całym światem. Zostawiał ją tak po prostu za progiem tej cholernej świątyni. Teraz żaden z nich nie będzie jej miał.
Kou chciałby wiedzieć co kryło się w odmętach umysłu Nejiego. Czy to możliwe, żeby klanowy geniusz w rzeczywistości był zupełnym kretynem? Jaka kolejna, chora filozofia kuzyna, kryła się za jego postępowaniem?
– HYUUUUU…
.
.
– …UUUUGAAAA!
Jakieś sto par białych oczu skierowało się na stojącego w drzwiach świątyni Uzumakiego, który walczył z niegodną shinobi zadyszką. Para niebieskich oczu wpatrywała się w tamtych sto par w oszołomieniu. Naruto zdał sobie nagle sprawę z tego, że wołanie Nejiego po nazwisku podczas jego uroczystości klanowej lekko mija się z celem.
– Neji. Hyuuga Neji – dodał, jakby licząc, że teraz wszystkie te pary oczu się odwrócą, zabierając ze sobą rozdziawione w oszołomieniu buzie. Nic takiego jednak się nie stało.
– Naruto–kun – usłyszał zamiast tego jęknięcie Hinaty, która tuż po tym osunęła się na ziemię. Nie był pewien kiedy ostatnio Hinata zemdlała na jego widok. Chciał rzucić się jej na ratunek, ale… Ktoś go zastąpił. A on wciąż miał swoją misję do wykonania.
– Naruto – lodowaty ton Nejiego wcale nie zaskakiwał. – Zdradzisz nam powód, dla którego ośmielasz się zakłócać mój ślub?
– TY KRETYNIE – warknął Naruto.
– …I pozwalasz sobie na impertynencje.
.Rzucił się do przodu, szybko mijając tłum oniemiałych gości i zatrzymał się dopiero przed samym Hyuugą. Minęły już czasy, kiedy Neji górował nad Naruto. Teraz panowie byli sobie równi i mogli rozmawiać jak równy z równym.
– NAPRAWDĘ ZAMIERZASZ POZWOLIĆ JEJ ODEJŚĆ!?
– Słyszę cię, Naruto – warknął Neji. – Nie musisz krzyczeć – dodał, zbliżając się do blondyna. – Mógłbyś nie wściubiać tego przeklętego lisiego nosa w nieswoje sprawy!? I skąd ty właściwie… – chciał dodać, ale nie zdołał.
– Odejść!?
To Kou powstał z tłumu gości i zmierzał w ich stronę, a Naruto nie potrafiłby opisać swojej wdzięczności względem niego za to, że teraz to kaleki Hyuuga zwrócił na siebie spojrzenia tych ponad stu par białych oczu.
– Kou – żachnął się Neji, gdy zdał sobie sprawę, że i ten zamierza się nad nim pastwić.
– Czy ty doszczętnie postradałeś rozum?
– Nie chciałeś inpretynec… coś tam, to masz – mruknął Naruto, udając urażonego.
Neji dokonał szybkiej analizy sytuacji. Sprawa wyglądała tak, że nie musiał nawet patrzeć na Kimiko, żeby wyczuć jej entuzjazm. Wolałby też nie patrzeć na starszyznę swego klanu i rodzinę daimyo, których zdziwienie zaczynało przechodzić w oburzenie. Dodatkowo nie dostrzegał dobrego wyjścia z tej sytuacji. Nawet jeśli zdoła odprawić tych dwóch niby zbawicieli, to i tak nie wyobrażał sobie wznowienia ceremonii.
– Kou, nieuświadomienie Naruto w pewnych sprawach jest oczywiste, ale akurat ty powinieneś znać konsekwencje.
– Konsekwencje czego!? – krzyknął Kou. Klanowe plotki głosiły, że Kou krzyczał ostatnio, gdy stracił nogę podczas bitwy. Nigdy potem nikt nie słyszał, żeby podniósł głos. Aż do teraz.
– Kochasz ją – jęknął Naruto. – Tak czy nie?
– Tak, ale…
– Kochasz ją!? – Kou krzyknął znowu. Nagle zdał sobie sprawę, że tych rewelacji nie musieli anonsować całemu klanowi właśnie w tym momencie. Ściszył ton. Teraz krzyczał… szeptem. – Kochasz ją i…!?
– I pozwala jej odejść! – dodał Naruto, który niestety nie doszedł do tych samych wniosków co Kou i wcale nie zamierzał schodzić z tonu.
– Dlaczego!?
Neji wpatrywał się w nich z niemą pogardą podobną do tej, którą żywił względem swej niedoszłej małżonki. Czy naprawdę musiał się przed nimi tłumaczyć? Czy musieli to utrudniać? Nie miał wyjścia. Przemyślał to dziesięć razy. Gdyby istniało prostsze wyjście…
– Nie pozwolę jej zamknąć w tej samej klatce, w której obydwaj siedzimy, Kou – wycedził przez zęby, zaciskając pięść na materiale kimona opinającym pierś kuzyna.
– Ty ciągle sądzisz, że czegokolwiek nie zrobisz, koniec zawsze będzie ten sam – wyrzucił z siebie Naruto. – Pamiętasz naszą walkę, kretynie? Jakieś tam rody przyboczne, uboczne, ten teges, nic mnie nie obchodzą!
– Czy ty w ogóle potrafisz sobie wyobrazić…
–… co oznacza los człowieka noszącego na swoich barkach klątwę, której nigdy się nie pozbędzie?* Sądziłem, że mamy tę lekcję już za sobą. – Naruto złapał Nejiego za poły kimona i przyciągnął do siebie, ze zdumieniem stwierdzając, że ten się nie opiera. – Ale jeśli nie, to ci przypomnę. Spójrz na mnie. Przypatrz mi się dobrze. Przypatrz się chłopcu, którego wszyscy spisali na straty. Chłopcu, któremu powiedziałeś, że jego przeznaczeniem jest przegrać. – Naruto cedził słowa przez zęby, zupełnie zapominając o widowni. – Może chcesz zmierzyć się ze mną jeszcze raz? Czy mam cię znowu pokonać, żebyś przypomniał sobie, że to gadanie o przeznaczeniu to straszne BREDNIE?
– Naruto…
– Nie chcesz się ze mną mierzyć, Neji. Idź i zmierz się z nią, zmierz się w końcu ze swoim życiem, przestań uciekać bo mnie okropnie wkurzasz. Nie zasłaniaj się znowu cholernym płaszczykiem przeznaczenia!
– Naruto, nie wypada przeklinać w świątyni – mruknął Kou. – Ale kontynuuj.
– Więc skończ to, do cholery.
– Naruto.
– I idź do niej!
– Naruto! Nie mogę!
Uzumaki złapał Młodego Geniusza za ramiona i potrząsnął nim tak mocno, że ten prawie się przewrócił.
– Wychodź stąd i idziemy się bić. Na śmierć i życie – wykrzyczał, prawie opluwając Hyuugę.
– NARUTO–KUN – to Hinatę w końcu udało się ocucić i usłyszała tylko słowa o walce na śmierć i życie. To jej wystarczyło, żeby mimo nadwątlonych sił zainterweniować.
– Neji, rozumiem co masz na myśli – zaczął Kou, korzystając z chwilowego rozproszenia krzykliwego blondyna. – Nie rezygnuj z niej, Neji – wyszeptał, opierając dłoń na ramieniu kuzyna. – Ja też bałem się wcielać swą ukochaną żonę do naszego klanu. I tak, moja sytuacja ma się nijak do twojej. Twoja jest lepsza, Neji! Nigdy w historii gałęzi naszego klanu nie było nikogo, kto byłby tak istotny dla trzonu jak ty. Nigdy nikt nie osiągnął tyle co ty, nie sprzeciwił się tradycji podziału tak bardzo, nie zatarł granicy tak mocno. Co się z tobą stało, Neji? – Kou wziął oddech i spojrzał mu prosto w oczy. – Neji, nie porzucaj jej, błagam, nie pozwalaj jej odejść. Z szacunku do mnie, Neji. Nazwałem syna twoim imieniem. Nie dawaj mu złego przykładu. Nie odrzucaj kobiety, która jest dla jego ojca całym światem.
– COOO?!
– Naruto, przecież wszyscy wiedzieli, że Kou-san i TenTen-san… – to Hinata jak zwykle zmuszona była wszystko blondynowi tłumaczyć.
Pomruk przeszedł po sali i po chwili znowu wszystko ucichło. Goście zamienili się w widownię, a ślub Hyuugi w dramat. Komediodramat konkretnie.
– Kou, ja…
– Nie daj jej odejść, Neji. Będziesz żałował do końca życia. Nie zasługujesz na to. Jeśli ją kochasz tak jak mówisz, udowodnij albo walcz też ze mną. – Kou uśmiechnął się pobłażliwie. W walce z Nejim nie miał większych szans. Mógłby tylko mieć nadzieję, że Naruto jednak zapragnie walczyć pierwszy. Wtedy prawdopodobnie Kou nie miałby już z kim walczyć.
– Zacznij być panem swojego życia, Neji.
Niespodziewanie oczy osaczonego Hyuugi zaszkliły się i w kącikach zebrały się łzy, które szybko spłynęły po policzkach.
– Kocham ją – wyszeptał, rozsuwając Kou i Naruto na boki.
Kochał ją. Czy naprawdę potrzebował tej sceny, żeby zdać sobie z tego sprawę? Jak mógł chcieć zrobić coś tak głupiego jak poślubienie innej kobiety? Jak mógł znowu uwierzyć, że przeznaczenie w ogóle istnieje i kieruje jego życiem? Co się z nim do cholery działo?
– Zostawiłem ją w barze przy głównej arterii – powiedział Naruto.
Chwilę potem Hyuugi już nie było. Rozpłynął się w powietrzu, nim ktokolwiek zdołał go zatrzymać.
.
.
Trzasnął drzwiami baru. Nie było jej tam. Była wcześniej, ale wyszła tuż po Naruto. Oszołomiony nagłą zmianą swojej sytuacji Neji przez krótki moment nie wiedział co ma robić. Serce chciało wyskoczyć mu z piersi – biło szybko jak nigdy wcześniej. Chciał płakać jak dziecko, choć zamierzał w końcu zachować się jak mężczyzna.
Czy już odeszła? Iść do jej domu czy raczej ku zachodniej bramie? Jeśli była w domu, to tak szybko nie odejdzie. Jeśli zaś opuściła wioskę, strażnicy z pewnością mu powiedzą.
Pełen obaw, potykając się o poły długiego, ciężkiego kimona, popędził na zachód w nadziei, że zdoła ją odzyskać.
.
.
Pozostawiwszy za sobą strażników, bramę wioski i samą wioskę, w końcu poczuła ulgę. Zdołała to zrobić. Przestąpiła metaforyczny próg Konohy i zmierzała do siedziby straży granicznej na zachodzie. Tam miał być jej nowy dom. Jako, że granice były raczej spokojne, liczyła że będzie mogła w końcu poświęcić się treningowi. Bez niepotrzebnych rozterek, bo rozpaczy, bez uczuć. Będzie trenować do utraty tchu. Zacznie życie od nowa. Z daleka od Nejiego Hyuugi i jego przeklętej małżonki. Z daleka od Kou Hyuugi i jego syna. Z daleka od całego cholernego klanu Hyuuga, który tak sobie upodobała. A może to klan Hyuuga upodobał sobie ją?
Niepotrzebnie wdała się w rozmowę z Naruto. Trzeba go było zbyć. Problem polegał na tym, że ten wieczny dzieciak był nie do przegadania. Jego otwarte na innych, przyjazne serce zdawało się nie uznawać sprzeciwu. Żałowała teraz, że nie zatrzymała go, choć wiedziała co zamierza zrobić. Wyobrażała sobie zamieszanie, które Uzumaki mógł spowodować na ślubie Nejiego. Jedyne na co miała nadzieję to, że gdy wróci do wioski, sprawa ucichnie i wszyscy zapomną o jej w tym udziale. Właściwie to… O ile wróci do wioski.
Zabudowania Konohy oddalały się coraz bardziej, a ona nieświadomie przyspieszała kroku. Las wokół niej zagęszczał się, aż w końcu mogła swobodnie skakać po drzewach, przemieszczając się jeszcze szybciej. Siedziba była oddalona o jakieś półtora dnia drogi. Liczyła, że uda jej się skrócić ten czas i to znacząco.
Nie lubiła podróżować sama. Była typem człowieka potrzebującym towarzystwa i basta. Tę drogę musiała jednak odbyć samotnie. Bez oglądania się za siebie i zbędnej nostalgii.
– TenTen!
Mało nie spadła z gałęzi, od której akurat chciała się odbić. Zachwiała się niebezpiecznie, ale w porę przypomniała sobie o utrzymaniu chakry w podeszwach stóp i w efekcie udało jej się zapobiec upadkowi.
Równowaga zachowana, przyszedł czas na zmierzenie się z właścicielem głosu, który mało nie doprowadził do jej upadku. Odwrócenie się upewniło ją w przekonaniu, że to nie były omamy. W jej kierunku zmierzała postać w czarnym, ślubnym kimonie, które chybotało w powietrzu wraz z kolejnymi skokami tego kto je nosił. We włosy zmierzającego ku niej Nejiego wplątała się pojedyncza mała gałązka, która w każdym innym momencie wydałaby jej się zabawna. Teraz ledwie ją zauważyła. I zignorowała. Uwagę odwracały zdeterminowane, zaczerwienione oczy Nejiego i wyraz twarzy, którego nigdy wcześniej u niego nie widziała. To było coś pośredniego między rozradowaniem a przerażeniem. Szeroko otwarte przeszklone oczy, usta zaciśnięte w cienką linijkę, wysunięta do przodu żuchwa, ramiona chyba bezwiednie wyciągnięta na przód. Ramiona, w które ją pochwycił i nagle – pociągnął za sobą na ziemię.
– Co ty wyprawiasz, Neji? – wydusiła z siebie, starając się odgarnąć czarny materiał, który niespodziewanie otoczył ją i przy okazji przesłonił widok.
– Nie mam pojęcia – przyznał. Jego stopy dotknęły ziemi. – Chyba… Chyba cię porywam.
– Tylko nie mów, że Naruto cię przeko…
Rumieniec oblał białą jak mleko twarz Hyuugi. Zawstydzony spuścił wzrok i chyba nie wiedział co ma powiedzieć. Ona również zamilkła, nie mogąc wydusić z siebie choć słowa. W ich głowach kłębiły się pytania, setki pytań, jednak spośród nich wybijało się jedno zasadnicze: Co dalej?
Ujęła twarz Nejiego w swoje dłonie, zmuszając go, żeby na nią spojrzał. W jej spojrzeniu krył się spokój, którym pragnęła dodać mu otuchy.
Podziałało. Rozchylił lekko usta, ale głos uwiązł mu w gardle. Odchrząknął i…
– Wyjdziesz za mnie?
.
.
Neji Hyuuga zniknął. Jego czarne szaty zdematerializowały się w ułamku sekundy. Pozostawił oniemiałych gości samych sobie. Pozostawił starszyznę swego klanu na pastwę rodziny daimyo. Pozostawił Naruto i Kou na pastwę Hiashiego Hyuugi, którego wściekłe spojrzenie w równej mierze dotyczyło jednego i drugiego. W końcu – pozostawił Kimiko, która oniemiała siedziała na swym stołeczku, nie wiedząc jak powinna zareagować.
Wyobrażała sobie ten dzień setki razy. Miała również sto różnych scenariuszy zapobieżenia tej tragedii, jaką było dla niej zamążpójście. Może ktoś mógłby wpaść do świątyni i próbować zamordować jej dziadka? Nie powinna mu tego życzyć, ale… Zmuszając ją do małżeństwa, sam się prosił. Może kapłan mógłby złamać nogę po drodze? Może ją dopadłaby jakaś ciężka choroba?
To co się stało, przeszło jej najśmielsze wyobrażenia. Nie sądziła, że Neji zrezygnuje ze ślubu. Nie wiedziała nawet, że mógłby to rozważać. Sądziła, że w jego oczach ich los jest przesądzony. Jakże bardzo się pomyliła. Nie miała mu za złe, że zostawił ją w trakcie ślubu, wystawiając na publiczne pośmiewisko. Pieprzyć jego i całą tę cholerną rodzinę. Ojcze, dziadku, chodźmy stąd i nigdy nie wracajmy!
– Co to miało znaczyć, Hiashi? – usłyszała głos swego dziadka. Zadrżała.
Podniosła się gwałtownie z krzesła. Ci dwaj mężczyźni, którzy namówili Nejiego, żeby zostawił ją w spokoju, posłali jej przestraszone spojrzenia. Odpowiedziała im wdzięcznym uśmiechem, z satysfakcją przyjmując zdziwienie, które odmalowało się na ich twarzach.
Podążyła w stronę dziadka, po którego minie widziała, że szykował się do nałożenia sankcji na kogoś. Na Hyuugów? Na całą Konohę? Shinobi byli dla jej rodziny klasą robotniczą, wszyscy im podlegali. Uzasadnione było więc przerażenie w oczach starszyzny Hyuugów, a także tej blondynki o ogromnych piersiach, która była Hokage. Kimiko lubiła ją, choć znała głównie z opowiadań. Tsunade była dla niej dowodem na to, że będąc kobietą w świecie zdominowanym przez mężczyzn, można coś osiągnąć i wspiąć się na sam szczyt. Ciekawe czy dałoby się to przełożyć na jej świat. Życie shinobich rządziło się zupełnie innymi prawami. Marzeniem Kimiko było udowodnienie, że jest warta tyle samo albo i więcej co każdy inny mężczyzna.
–…ani grosza, a teraz idźcie i… Och – jej obecność nareszcie została spostrzeżona. – Kimiko, obiecuję ci, że ten skandal nie zostanie im zapomniany, kazałem już…
– Nie! Dość, wystarczy! – krzyknęła, zwracając na siebie uwagę wszystkich. – Nie zamierzam udawać, że jest mi przykro!
– Kimiko!
– Nikt nie będzie zmuszał Hyuugi do ślubu ze mną. A tym bardziej nikt nie będzie zmuszał mnie do poślubienia kogoś takiego!
– Kimiko, nie wypada…!
– Nie poślubię Nejiego Hyuugi – powiedziała wolno, akcentując każdą sylabę z osobna. – Skoro on się sprzeciwił, ja też mogę. Doprawdy, aż tak bardzo pragniecie mego nieszczęścia?
– Kimiko, zachowuj się! – zganił ją tym razem ojciec.
– Nie! Mam dość życia pod wasze dyktando! Jeżeli… Jeżeli nie przyjmiecie tego do wiadomości, możecie mnie wydziedziczyć. Jeżeli tego nie zrobicie, mogę sama zrzec się rodzinnego dziedzictwa. Chcę… Chcę być wolna, chcę się uczyć, pracować z ludźmi, przestać żyć na uwięzi! Nie chcę być zamknięta w złotej klatce!
.
.
– Czy to nie ty… nie chciałeś tego… dla nas? – spytała, choć jej serce biło tak mocno, że prawie straciła oddech i kolejne słowa ledwo przechodziły jej przez gardło.
– Ja… – zawahał się.
– Neji. Kocham cię. Zawsze będę kochać, nawet jeśli dopełnisz swego obowiązku wobec klanu, rozumiesz? Nie chcę… Nie chcę być szacowną osobą ukrytą w głębi domu. – Coś w niej pękło. Czara się przelała, piórko spadło na szalę i ją przeważyło. O ile wcześniej nie chciała odchodzić, tak teraz pragnęła, żeby zostawił ją w spokoju. – Sam mówiłeś, że nie chcesz tego dla mnie, że nie mogę być żoną Hyuuga, że wykluczy mnie to jako shinobi, pamiętasz? – Mówiła szybko, podniesionym tonem. – A teraz nagle chcesz sam o wszystkim zadecydować? Wystraszyłeś się i biegniesz do mnie, przejmując się tylko sobą, prawda?
– TenTen…! – krzyknął, łapiąc ją mocno za ramiona i kucając tak, żeby móc spojrzeć jej prosto w oczy. – Kocham cię, rozumiesz?
Zamilkła. Nie spuściła z niego spojrzenia ani na sekundę, lustrowała jego twarz kawałek po kawałku.
Chciała być jego żoną. Bogowie wiedzieli jak bardzo tego pragnęła. Tyle że TenTen miała wiele marzeń. I była sobą. Była TenTen. Od zawsze niezależną, miała swoje plany i swoje priorytety. I nie zamierzała z żadnej z tych rzeczy rezygnować, nawet dla Nejiego Hyuugi, który na liście najważniejszych dla niej osób był pierwszy. Nawet dla niego nie zrezygnowałaby ze swojego życia w postaci takiej, w jakiej było do tej pory.
– Nie dam się zamknąć w domu, Neji – powiedziała w końcu, ciszej niż wcześniej, z powagą, tak, żeby na pewno zrozumiał. – Nie chcę tylko wychowywać dziecka, gotować obiadów, sprzątać i ładnie wyglądać na twoich klanowych uroczystościach, rozumiesz? Jeżeli mam wybierać między tobą a byciem shinobi, wybieram to drugie.
Jej słowa nie wywarły na nim takiego wrażenia, jakiego oczekiwała. Nie zacisnął ust w wąską linijkę, nie ściągnął brwi, nie zmarszczył czoła, nie patrzył na nią z góry, najwyraźniej nie był oburzony jej sprzeciwem. Zamiast tego kąciki jego ust powędrowały lekko w górę, wargi wykrzywiały się bardziej i bardziej aż chyba wygięły się w najszerszy uśmiech, na jaki potrafił się zdobyć Neji.
– Naprawdę sądzisz, że chciałbym cię za żonę, gdybyś miała przystać na którąkolwiek z tych ról? Że zakochałbym się w kobiecie, która porzuciłaby życie shinobi dla zostania pełnoetatową żoną?
– To czego ty tak właściwie ode mnie chcesz?
– Żebyś pozostała moją towarzyszką. Tą samą, którą zawsze byłaś. Nie bacząc na mój klan i jego zasady, biorąc pod uwagę tylko to co nas łączy, patrząc przez pryzmat uczucia, które zrodziło się między nami zapewne lata temu, mając w pamięci wszystkie te chwile, w których pragnęliśmy poświęcić swe życie jedno dla drugiego. – Zatrzymał się, żeby zebrać myśli. Potarł twarz dłońmi, jakby zmęczony nagłą wylewnością. Wypowiadanie na głos tego co czuje, nie było dla niego codziennością. Właściwie… Chyba nigdy tego nie robił. – Byłem głupcem. Pozwoliłem, żeby mary o przeznaczeniu znowu mną zawładnęły. Zapomniałem, że mogę decydować o własnym życiu, że wszystko co się wydarzy, zależy wyłącznie ode mnie. Od nas. – Wziął głębszy oddech, próbując powstrzymać cisnące się do oczu łzy. – Będziemy żyć wedle własnego uznania. Tak, jak będziemy chcieli. Jeśli poprosisz, odetniemy się od mojego klanu, dobrze? Jeśli będą sprawiać problemy… Coś wymyślimy. Wymorduję ich wszystkich, jeżeli od tego będzie zależeć twoja odpowiedź, rozumiesz?
– Neji! – krzyknęła, wyrwana z transu przez jego ostatnie stwierdzenie.
– Powtórzę raz jeszcze. Czy mimo moich oczywistych wad, chwil słabości i nie najłatwiejszego charakteru… Czy mimo tego wszystkiego, co o mnie wiesz i mając w pamięci wszystko to, co przed chwilą powiedziałem… Czy uszczęśliwisz mnie raz jeszcze i zgodzisz się zostać moją żoną?
Odpowiedziało mu nerwowe mruganie. Orzechowe tęczówki raz po raz wyłaniały się na światło dzienne, żeby znowu schować się pod powiekami. Ciężko się dziwić. Był to chyba jedyny raz, kiedy Neji Hyuuga wypowiedział tyle słów na raz. A na pewno był to pierwszy raz, kiedy otworzył swe serce i pozwolił sobie mówić wprost z niego, bez zatajania czegokolwiek, bez fałszu, bez ukrytych intencji. Bez oporów.
– O niczym innym nie marzę.
.
.
*Cały tekst z tego fragmentu napisany kursywą, pochodzi z 12 tomu mangi, rozdziału 113 bodajże, w translacji polskiej. W skrócie – są to dokładnie te same słowa, które panowie wypowiedzieli do siebie podczas swojej walki w czasie egzaminu na chunnina.
N/A
O Boże… Nareszcie koniec.
Ja nie marudzę. Tylko Was cytowałam ;) Jak Wam się podobał rozdział? Pewnie niektórzy liczyli, że nie będzie happy endu. Pffff! Co to za romansidło bez happy endu?
Napisanie tego opowiadania zajęło mi dwa lata. Aż wstyd się przyznać, w końcu to tylko 14 rozdziałów tak na dobrą sprawę. Z jednej strony cieszę się, że je skończyłam, a z drugiej – będę tęsknić za tym konkretnie wcieleniem Nejiego i TenTen.
No to do zobaczenia. To koniec historii, ale ja wciąż jestem i wciąż zamierzam pisać. Dużo pisać :)
