Pozdrawiam wszystkie osoby, które były na Coperniconie i pytały dream team Lobo&Negu o autografy (czemu nie moje?), aktualizacje (wbrew obiegowym opiniom Lobo nie wie, kiedy nastąpi następny rozdział, ba, ja również tego nie wiem; mogę przewidzieć, kiedy skończę klikać tłumaczenie danego rozdziału, ale przed publikacją musi on jeszcze zostać przeczytany przez dwie inne osoby, a wiecie, beta może zająć trochę czasu, wszyscy mamy życie) (podobno) i moje ratowanie świata (byłam wolontariuszem na Poznań Pride Weeku, pomagałam też w organizacji tegorocznego Marszu Równości z wielką asową flagą na policzku, jeśli Was nie było, to żałujcie serdecznie!).
Dziękuję Abu za cierpliwość wobec moich anglicyzmów w tłumaczeniu tego rozdziału!
…
Biuro Tony'ego Starka – Stark Industries
– Muszę przeprosić za prośbę o przybycie tutaj tak szybko, agencie Coulson. Nie wspominając o drobnych problemach z ochroną przy bramkach. Nie zdawałam sobie sprawy, że nosi pan przy sobie broń.
– To w naszym przypadku standard, panno Potts, i to taki, który rzadko znajduje zastosowanie. Nie różni się dla mnie niczym od krawata czy dobrego zestawu spinek do mankietów.
– Cóż, jestem przekonana, że nasz personel dobrze się nią zajmie podczas tej rozmowy. – Pepper otworzyła drzwi przed agentem Coulsonem, gestem wskazując szerokie biurko i stojące przed nim krzesło. – Proszę, niech pan usiądzie.
– Wciąż nie powiedziała mi pani, o co w tym wszystkim chodzi – zauważył Coulson spokojnie, rozpinając marynarkę i siadając na wskazanym krześle. Biurko wyglądało niczym dzieląca ich wypolerowana wyspa. – Wydawało mi się, że Tony Stark nadal ma status zaginionego.
– Dla reszty świata tak – przyznała Pepper. Jej palce nie drgnęły nawet odrobinę, luźno splecione na biurku. – Niemniej, twierdzenie, że jest zaginiony, sugerowałoby, że nie wiadomo, gdzie się znajduje. Według pewnej bardzo zainteresowanej osoby trzeciej pan i pańscy ludzie macie całkiem dobre pojęcie o tym, co się z nim stało.
Grzeczny uśmiech Coulsona nie poruszył się o jotę.
– Pracujemy nad tym, panno Potts, tak jak i pani. W naszym własnym interesie leży znalezienie pana Starka żywego i w dobrym stanie. Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że zechciałaby nam pani pomóc w tej kwestii. – Mimo tej całej pełnej respektu postawy i wyrozumiałego uśmiechu Pepper dostrzegła w jego oczach błysk wyrachowania. Stawała się coraz lepsza w rozpoznawaniu tego cienia. – Posiadamy wiele środków, które dzięki pani szczegółowemu sprawozdaniu, co się stało w Kanionie Przesilenia, mogłyby zostać użyte, aby dotrzeć odrobinę bliżej prawdy.
Pepper uśmiechnęła się.
– To wspaniale, że posiadam pańskie wsparcie, agencie, ale zaprosiłam pana tutaj, ponieważ potrzebuję, aby skontaktował mnie pan z pewną osobą. – Przesunęła w jego stronę po biurku cienką teczkę, wyglądającą jak wszystkie inne teczki tego świata. Coulson otworzył ją i natychmiast zastygł bez ruchu. – Spotkał ją pan już kiedyś, prawda?
Coulson odchrząknął lekko, po czym zamknął teczkę i wstał, zapinając marynarkę zręcznym, niespiesznym ruchem.
– Obawiam się, że nie mogę pani pomóc w tej kwestii. – Wyciągnął rękę, aby uścisnąć jej dłoń. – Ale życzę pani szczęścia…
– Znam już miejsce pobytu doktor Foster – przerwała mu Pepper, a uśmiech znikł z jej ust. – Prawdę mówiąc, wymieniłam z nią kilka wiadomości dzisiaj rano. Chciałam tylko sprawdzić, co pan zrobi. Z taką twarzą mógłby pan grać w pokera, agencie. Dyrektor Fury powinien dać panu podwyżkę.
Twarz Coulsona równie dobrze mogłaby być wyciosana z kamienia.
– Panno Potts, proszę przestać szukać. Dla pani własnego dobra. Świat nie jest gotowy na wiedzę, co istnieje poza nami. – Jego dłoń, kiedy Pepper ją uścisnęła, była zupełnie sucha. – A nie jest pani gotowa na chaos, jaki nastąpi, jeśli ten dzień nadejdzie szybciej, niż planowaliśmy.
– Proszę przestać prowadzić obserwację domu Tony'ego – powiedziała Pepper zimno. – Proszę zabrać waszych źle zamaskowanych ogrodników, przechwytującą dane sieć i nieudolne hakerstwo, a następnie upchnąć to w tym wielkim pustym miejscu, gdzie powinny być wszystkie wasze informacje o Zamku Zlodowaciałego Serca. Te, których nie macie.
Brwi Coulsona podjechały do jego linii włosów. Chwilę mu zajęło, zanim był w stanie sformułować zdanie.
– Cóż, to zawstydzające. Wszyscy to wytrenowani specjaliści, a ich przykrywki spaliła…
– Radziłabym uważać na słowa.
– …utalentowana i wysoce inteligentna kobieta ze środkami, żeby zdobyć to, czego pragnie – dokończył, wbrew sobie zdradzając rozbawienie nikłym uśmiechem. Odkaszlnął dyskretnie, kiedy spojrzała na niego karcąco. – W porządku, wycofam wszystkich naszych ludzi. Szczerze mówiąc, nie uzyskaliśmy nic, od kiedy odcięto prąd. Sygnatura energii w Kanionie Przesilenia odpowiada pracom Foster. To wszystko, co mogę pani powiedzieć.
– Dziękuję ogromnie za tę pomoc – odparła Pepper sucho. – Tyle już wiedziałam.
– Domyślałem się. – Coulson zamilkł na chwilę. – Czym jest Zlodowaciałe Serce? Zgaduję, że pan Stark nie jest w ciepłej złotej krainie, jak założyliśmy.
Ciepłej? Złotej? To dopiero nieporozumienie. SHIELD musiało mieć jeszcze mniej informacji niż ona.
– Zimnej i ciemnej, agencie. Dokładnie tak jak w żadnej reklamie. Tony zawarł bardzo głupią umowę z bardzo głupim stworzeniem. – Uśmiechnęła się. – To wszystko, co mogę panu powiedzieć.
– Touché. – Co dziwne, Coulson wbrew wszystkiemu zdawał się ocieplić swój stosunek do niej po tej drobnej słownej potyczce. – Nie wiem, czy to coś dla pani znaczy, ale mam nadzieję, że go pani znajdzie. Nie byliśmy w stanie skontaktować się z naszym lokalnym ekspertem od tego typu spraw w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Foster może pani pomóc, ale ma też własne tajemnice. Nawet nam nie udało się z niej wydostać za wiele, a to my znajdowaliśmy się w strefie zero, kiedy wszystko się posypało za pierwszym razem.
– Zaryzykuję. Dziękuję za przyjście, agencie Coulson.
– Myślę, że powinna się pani do mnie zwracać po imieniu – odparł z najmniejszym z uśmiechów. – Proszę dać mi znać, gdyby była pani zainteresowana zmianą posady. Przydałby nam się ktoś taki jak pani.
Pepper ułożyła swoje papiery, ukrywając w nich teczkę.
– Dziękuję za ofertę, Phil, ale nie byłoby was na mnie stać. – Pepper zamknęła szufladę Tony'ego, po czym wyprostowała się i uśmiechnęła. – Czy powinnam cię odprowadzić do wyjścia?
Robię się w tym coraz lepsza, stwierdziła Pepper, prowadząc mocno wstrząśniętego Phila przez budynek. Kłócenie się z mężczyznami, którzy sądzili, że są zbyt cholernie bystrzy dla osobistej asystentki szukającej swojego szefa. Od kiedy Rhodey podłożył tablet z JARVISem gdzieś zeszłej nocy, miała dostęp do większej ilości informacji, niż podejrzewała, że SHIELD sądzi, iż mogłaby dotknąć. JARVIS nawet oznaczył jej kilka dziwnych rzeczy, żeby się nimi zajęła w przyszłości, bo mogły ją zainteresować.
Nie miała pojęcia, czemu miałby ją niby zaciekawić facet zahibernowany w lodzie, ale nauczyła się już ufać przeczuciom JARVISa.
…
Zamek Zlodowaciałego Serca
Tony rzucał kamieniami w wilki.
Tak po prawdzie to rzucał kamieniami w drzewa przy otwartych wrotach, ale nie minęło dużo czasu, a wilki podbiegły z lasu na sztywnych nogach, obserwując złotymi ślepiami, jak wyładowuje swoją frustrację. Od czasu do czasu jeden z nich robił unik, żeby nie stać na drodze kamieniowi lecącemu w jego stronę. Wydawały się zainteresowane bezowocnymi wysiłkami Tony'ego, który próbował się zmęczyć, tak jakby pozbycie się całej energii miało jakkolwiek, do cholery, pomóc i odciągnąć jego uwagę od tego, co niedługo się stanie.
Za kilka godzin Loki wprowadzi w życie swój plan wielkiej ucieczki. Odleci w nieznane, przyklejony do jakiegoś magicznego młotka. Tony rozebrałby tę teorię na części pierwsze, gdyby nie to, że udawał obecnie faceta zajętego unikaniem wszystkiego i wszystkich. Loki próbował im powiedzieć, wytłumaczyć, że jego ucieczka przed byciem wygnanym oznaczała, że wciąż mógł znaleźć drogę do domu, póki wszystkie ścieżki nie zostały unicestwione. Jakby to był jeden, jedyny możliwy dobry skutek.
Więc Loki nawiewał. Wyłamywał kraty więzienia, nie przekraczał startu, nie pobierał dwustu dolarów, zamiast tego wybierał życie wiecznie na gigancie. Cóż za wspaniała recepta na osiągnięcie prawdziwego szczęścia. Następny kamień, którym rzucił Tony, odbił się od drzewa i uderzył wilka w grzbiet. Zwierzę zaskomlało ze zdziwienia.
– Wybacz – powiedział bezmyślnie Tony. Wilk tylko prychnął z bólem i pobiegł polować na niegrzeczny kamień. – Hej, w sumie, kto jest teraz basiorem? Znam go? – Uszy drgnęły, a głowy się przechyliły. Czy w wilkach było więcej rozumnego życia niż wcześniej, czy też tylko mu się to wydawało? – Prawdopodobnie nie powinniście szukać kogoś na ten wakat. Zaraz stracicie pracę.
Teoria była taka, że kiedy Loki zniknie, wszyscy będą mogli odejść i nikt nie będzie ich zatrzymywał. Wilki prawdopodobnie się rozwieją jak mgła, gdy zaklęcie nie będzie miało na kogo oddziaływać, ale nawet jeśli tak się nie stanie, Tony podejrzewał, że nie zostaną zmuszeni do pozostania w zamku.
Po pierwsze, ten cholerny kruk wszędzie za nim latał, od kiedy Loki przeczytał tamtą wiadomość. To dopiero fatum. Inni go nie widzieli, nawet Loki, który wiedział więcej o magii i zaklęciach, niż Tony nauczyłby się w ciągu całego swojego życia. Ptaszysko obserwowało ich wszystkich uważnie i najwyraźniej kontrolowało wilki do jakiegoś stopnia, ale sposób, w jaki patrzyło na Tony'ego, przekonywał go, że działo się coś, o czym nie wiedział. Wplątał się niechcący w jakąś magiczną politykę czy co?
– Nie obchodzi mnie to – oznajmił Tony wilkom, zrzucając kilka ostatnich kamieni z mostu zwodzonego. – Oficjalnie pragnę ogłosić, że chuj mnie obchodzi Zlodowaciałe Serce, wilki czy stalkerskie ptaszyska, bo ja sam widocznie gówno to miejsce obchodzę. Dziękuję, skończyłem.
Chciał tego. Naprawdę. Miło byłoby nie przejmować się w cholerę tym, co się miało wydarzyć. Fajnie byłoby cieszyć się z powrotu do domu, ale miał związane z tym złe przeczucie, które siedziało mu na klatce piersiowej i sięgało swoimi nieprzyjemnymi szponami aż do żołądka. Nawet gdyby Loki nie zostawił go, jakby znudził się już swoją najnowszą zabawką, wyczerpawszy cały jej rozrywkowy potencjał, i tak w całej sytuacji coś by mu nie grało. Nie znajdowała się w parametrach planu.
– Wydawało mi się, że wszystko zmienię – powiedział Tony watasze wilków. Jakoś nie złapały dowcipu. – Wydawało mi się, że jest jakiś wzór, że ja jestem jego częścią. Mogłyście mi powiedzieć, że wszyscy jesteśmy tylko przypadkowymi nitkami.
Próbował dojść do wniosku, jakie są szanse, że uda mu się ominąć całą tę dramę z ucieczką Lokiego, jeśli będzie siedział w tym samym miejscu aż do zachodu słońca, a potem jeszcze trochę, kiedy coś nagle odbiło się od jego buta. Tony zerknął na to coś i zmarszczył brwi. To był kamień. Jego kamień. Po drugiej stronie wciąż otwartych wrót wilk, który przez przypadek oberwał, wydał z siebie przeciągłe skomlenie, po czym spojrzał na kamyk, a następnie na Tony'ego. Jego złote ślepia wydawały się niesamowicie pełne oczekiwań.
Tony podniósł kamień.
– Jesteś wilkiem. Podłym, pożerającym ludzi wilkiem. Miej trochę szacunku do samego siebie. – Ale rzucił kamyk daleko w las tak czy siak, patrząc z zakłopotaniem, jak cała wataha rzuca się do biegu, jazgocząc w swoim dziwnym wilczym języku, walcząc ze sobą. Tony szybko został sam na śniegu, kompletnie wprawiony w stupor. – Chciałbym, żeby to była najdziwniejsza rzecz, jaka mi się dzisiaj przytrafiła. Ale nie. Spadające z nieba młoty. Co za chujnia.
Loki prawdopodobnie nie był wart rozpamiętywania przez całe popołudnie ani tym bardziej jego ponurego wyrazu twarzy. Jeszcze mu tak zostanie i co wtedy? Było cholernie zimno, a poza tym nie miał już tego zielonego płaszcza, bo oddał go Lokiemu gdzieś pomiędzy „wracam do domu" a „życzę sobie samotności". Tony nie chciał zbytnio myśleć o tej odprawie, bo był pewien, że jeśli zacznie, to skończy się to na rozpamiętywaniu poprzedniej nocy i wszystkiego, co sobie wtedy powiedzieli. Zabawne, jak łatwo było zapomnieć wszystkie te obietnice, kiedy tylko wolność wychynęła zza węgła i puściła zalotnie oczko. Czuł się jak jakiś cholerny idiota.
Ale kogo niby oszukiwał? Nikt nie wybrałby go zamiast wolności, zamiast możliwości powrotu do domu. Nie mieli pewności, że daliby radę złamać klątwę na czas, że pęknięcie karwaszy oznaczało coś więcej niż tyle, że metal zaczynał rdzewieć. Tylko dlatego, że Tony czuł płomień inspiracji, palące gdzieś za żebrami poczucie celu i potrzeby zmian, nie musiało to znaczyć, że wszyscy inni też rzucą się walczyć z wiatrakami. Może Loki po prostu rzucił się złapać najlepszą i jedyną szansę powrotu do domu.
Tony wciąż wpatrywał się w opustoszały las, kiedy usłyszał zbliżające się ciężkie kroki.
– A założyłbym się, że o tej porze będziesz już na dachu, odliczając minuty. – Nie było nic, co mógłby zrobić, żeby zmienić ton swojego głosu, pełen arogancji i strzelający słowami jak z broni. – Pozostała ledwo godzina do zachodu słońca, jak zgaduję.
– Miałem nadzieję, że może chciałbyś mnie pożegnać – powiedział spokojnie Loki. – Zamiast tego znalazłem cię tutaj, kuszącego samą śmierć otwartymi wrotami.
– Muszę cię poprawić, bawię się w aportowanie. – Tony nie obrócił się, nadal opierając się o zawiasy wrót. Założone na piersi ręce nie pomagały za bardzo w obronie przed zimnem, ale przynajmniej wyglądał na mniej więcej tak wściekłego, jak się czuł. – Kiedy niby miałem się z tobą pożegnać? Miałem krzyknąć za tobą rozpaczliwie, jak tylko rzuciłeś się biegiem pakować to swoje jabłko?
Podchodząc do Tony'ego, żeby stanąć z nim na równi, Loki spojrzał na las, jakby utrwalał sobie w pamięci ten widok. Nie zerknął na Tony'ego nawet kątem oka.
– Wyczuwam bez problemu twoją dezaprobatę, Stark. Niemniej pragnąłbym, abyś sobie przypomniał, który z nas ucieka w stronę domu, a który w przeciwną. – W jego słowach było tak wiele pełnej wyższości zjadliwości, aż Tony zacisnął zęby.
– W stronę domu? – powtórzył. – Uciekasz jak przerażony dzieciak, próbujący uniknąć paska tatusia, zanim ten jeszcze zdecyduje, że chce go użyć. – Tony spojrzał na Lokiego krytykująco. – To oszustwo.
Loki zaśmiał się krótko i zimno, tak, że mroziło krew w żyłach.
– Może cię to zaskoczyć, ale nie jest mi obce oszustwo i zdrada.
– I czy przypadkiem nie to właśnie zaplątało cię w ten cały bałagan? Dziesięć punktów za korzystanie z umiejętności uczenia się na błędach, Smerfetko. – Wzrok Tony'ego przesunął się po linii drzew, przyglądając się grubym śnieżnym chmurom, które powoli sunęły w ich stronę nad ciemnozielonym cieniem drzew. Wilków nadal nie było w zasięgu wzroku. – Z drugiej strony, pewnie znajdę wreszcie odrobinę prawdziwego słońca. Może nawet zaryzykuję drobne szaleństwo i wezmę prysznic.
Loki ciężko odetchnął, a na jego twarzy widać było frustrację. Tony kątem oka obserwował, jak odwraca się na pięcie i robi dwa kroki w stronę zamku. A następnie się zatrzymuje.
– Czego takiego pragniesz, Tony? – spytał z desperacją i wściekłością. – Mnie, tutaj, uwięzionego i przygniecionego nieszczęściem, umilającego sobie ostatnie pięć tygodni twoją obecnością? Nie ma wystarczająco dużo czasu we wszystkich dziewięciu światach, żebym…
– Chcę, żebyś dał szansę sobie samemu! – Tony obrócił się do Lokiego i po prostu nie mógł już powstrzymać słów cisnących mu się na usta. – Chcę, żebyś odzyskał swoją cholerną wolność, serio, Loki, chcę tego. Ale chcę też, żebyś sobie na nią zasłużył. Czy naprawdę myślisz, że to takie niemożliwe?
Dłonie Lokiego pokrywały się lodem. Tony starał się nie gapić na nie, ale i tak cofnął się o krok, plecami dotykając wrót, kiedy Loki do niego podszedł.
– Niemożliwe? – zapytał Loki, brzmiąc, jakby się dusił. – Oczywiście, że to niemożliwe! Całe swoje życie spędziłem, zawodząc tego starego idiotę!
– Cóż, zaraz znowu to zrobisz! – Tony wypchnął z myśli niepewność i przysunął się do Lokiego, stając z nim twarzą w twarz. Z tej odległości widział cierpienie pod pełnym zawzięcia postanowieniem. Widział też strach. – Pokonaj go w jego własnej rozgrywce, Loki. I zrób to zgodnie z jego zasadami.
– Nie mogę. Nie rozumiesz. – Loki przełknął ślinę, odwracając wzrok jak ktoś winny. – Poznaj wartość żyć, które tak samolubnie pragnąłeś odebrać. To jego słowa do mnie. Obserwowałem cię, chroniłem cię, walczyłem dla ciebie z wilkami. Poznałem twoją historię i podzieliłem się z tobą moją. Wybaczyłem tym, którzy zadali mi ból, i w zamian poprosiłem o ich wybaczenie. Nauczyłem się ufać ci, nieważne, jak pełne wstydu były moje tajemnice, słuchałem twoich rad… Potrzebuję cię. – Przymknął oczy, kiedy Tony uniósł rękę, dotykając nią jego karku. – Stałeś się dla mnie cenny i chciwie pragnę twojego ciepła. Ale to wciąż za mało. Nigdy nie będę dla niego wystarczająco dobry.
Stali tak przez długą, zimną minutę. Nad ich głowami przesuwające się chmury przesłaniały popołudniowe światło, a śnieg znowu zaczynał padać. Tony próbował kurczowo trzymać się swojej frustracji i wściekłości, ale czuł tak naprawdę tylko smutek.
– Brzmi jak paskudny dom.
– Bo taki jest. – Zamarznięte dłonie, niepokryte już lodem, przesunęły się po pasie Tony'ego i przyciągnęły go do siebie. – To miejsce było wszystkim, co posiadałem, kiedy brakowało mi kogokolwiek, kto stanąłby u mojego boku. Te złote iglice i nieba pokryte gwiazdami jak pyłem, to one mnie wychowały. Rosłem w siłę na jego owocach i mięsach, oddychałem czystym powietrzem, przemierzałem kręte drogi, kiedy miasto dawało mi dostęp do niekończących się wzgórz i górskich łańcuchów. Broniłem go, chroniłem go. – Wargi musnęły włosy Tony'ego. – Tęsknię za nim bardziej, niż jakiekolwiek słowa mogłyby wypowiedzieć, i mogę je stracić już na zawsze. Wygnanie nie oznacza po prostu niebycia dłużej mile widzianym, nie, kiedy to dekret mojego ojca. Oznacza to, że mój kompas już nigdy nie odnajdzie północy. Nie znajdę już więcej drogi do niego.
I po tym naprawdę nie było już więcej nic do dodania. Żaden argument na świecie nie przekonałby Lokiego, nie wtedy, gdy Tony czuł jego tęsknotę za domem w każdym pełnym samotności słowie. Czy naprawdę mógł go winić za decyzję o ucieczce?
Tony obrócił się w stronę wrót i rzucił ostatnie, smutne spojrzenie na las.
– W mojej wyobraźni pokonujesz tę klątwę bez problemu – powiedział, nie patrząc na Lokiego. – Spędzamy ostatnie dni, próbując dotknąć każdego cala naszych ciał. Udaje ci się opanować lód, znajdujemy resztę tajemnych przejść w zamku i straszymy Clinta przynajmniej dwa razy dziennie. Natasza zaczyna się naprawdę uśmiechać. Ty też. – Ramiona Lokiego owinęły się dookoła niego od tyłu. Tony poczuł, jak coś dławi go w gardle. – A potem pewnego dnia budzimy się i śnieg zaczyna się topić. Twoje karwasze pokruszyły się na drobne kawałeczki, zaśmiecając nam łóżko. Świeci słońce, jest gorąco, a z dali czuję zapach asfaltu i zielonej trawy. Może to mój dom, a może to twój. – Uśmiechnął się w niknącym świetle popołudnia. – Wymyśliłem tę historyjkę dzisiaj rano. Lekcja pierwsza, Loki: marzenia nigdzie cię nie zaprowadzą.
Tony zamknął oczy, kiedy wargi Lokiego zaczęły przesuwać się po jego policzku, ustach i szyi, wyciskając zimne, desperackie pocałunki na każdym calu skóry, jaki znajdowały.
– To moja jedyna szansa –powiedział Loki, nie unosząc ust znad miękkiej skóry jego szyi.
– Wiem, że w to wierzysz.
Na chwilę nastała między nimi cisza. Po czym usłyszał:
– Żegnaj, Stark.
– Trzymaj się, Loki. – Tony stał wyprostowany, gdy ramiona Lokiego go puściły, a chłodny ciężar na jego plecach zastąpiło zimne powietrze. Kiedy wreszcie zebrał się w sobie na tyle, żeby obrócić się i skierować z powrotem do zamku, nie było przed nim już nic poza długim mostem zwodzonym, pustym, jeśli nie liczyć niedawno spadłego śniegu.
Siedzący nad nim na murze kruk rozprostował skrzydła i wydał z siebie chrapliwy okrzyk, po czym poderwał się do lotu i dał nurka w dół, szybując tuż nad suchą fosą, aż zniknął Tony'emu z oczu w ciemności. Najwyraźniej Loki nie był jedynym, który się poddał.
Zostało więc tylko czekanie na zmierzch i planowanie wolności, która miała nadejść później.
Tony próbował się cieszyć na myśl o tym.
Siedzący w refektarzu Clint Barton przeżywał załamanie nerwowe.
– Nie jestem gotowy – wydusił spomiędzy dzwoniących zębów, garbiąc się na kanapie tak bardzo, że niemal przyjmował pozycję płodową. W oczach zbierały mu się łzy. – Nie mogę stąd odejść. Nie mam gdzie. Jak on może mi to robić? Jak może nas tak po prostu tutaj zostawiać? Nie mam nic ani nikogo poza tym zamkiem, kurwa jebana mać, cyrk Carsona rozpadał się na kawałki już te piętnaście lat temu. To mój jedyny dom. – Natasza wyciągnęła rękę i objęła go, po czym wymamrotała coś, co brzmiało pocieszająco, ale Clint tylko zamknął się w sobie jak ostryga, rękami zasłaniając twarz.
Tony nie miał do powiedzenia nic, co poprawiłoby sytuację. Złapał butelkę szkockiej i szklankę z lodem od Kucharza, po czym usadowił się w refektarzu, żeby upić się tak, że zapomni o tym, dlaczego pije. Jak na razie udało mu się dojść do jednej czwartej tego stanu. Słońce już zaszło. Czekanie na nieuniknione zajmowało więcej czasu, niż przewidywali.
Natasza rzuciła Tony'emu spojrzenie, wskazując podbródkiem na Clinta zwiniętego w pełen nieszczęścia kłębek. Zrób coś, oznajmiało mu spojrzenie.
– Chcesz mieć dom? – spytał, wbijając wzrok w dno szklanki. – Kupię ci dom.
– Nie chcę mieć domu. – Clint wymamrotał te słowa w swoje kolana, ale Tony tak czy siak go usłyszał.
– Przecież powiedziałeś…
– Chcę nie być tu zostawionym jak śmieci do wyniesienia przez kogoś innego. – Clint podniósł głowę i rzucił Tony'emu spojrzenie nabiegłych krwią oczu. – Nawet największe dupki u nas otwierały klatki, zanim musiały wynieść się z miasta.
– Nie jesteśmy zwierzętami w cyrku. – Natasza złapała butelkę Tony'ego i otworzyła ją wprawnym ruchem.
– Nie? – Clint zaśmiał się z goryczą. – Daj spokój. Zademonstrowaliśmy nasze stare, nudne sztuczki, a teraz facet z płonącymi obręczami znalazł sobie większe, fajniejsze rzeczy.
– Chryste, weź się napij – mruknęła Natasza z irytacją, wpychając Clintowi butelkę w ręce. – Nie zamierzam się bawić w twoje idiotyczne analogie. Chcesz pogadać o pierdolonym braku szczęścia? Jestem byłą agentką KGB i zaraz jak gdyby nigdy nic znajdę się w środku Waszyngtonu z niczym poza sukienką z zasłon i dawno przeterminowanymi tajemnicami na sprzedaż. Jeśli chcesz się bawić w „moje życie ssie", to jak na razie przegrywasz. – Clint tylko pociągnął solidnie z butelki, parsknął kaszlem, po czym oddał szkocką Nataszy. Z powrotem ułożył głowę na kolanach.
– Dajcie spokój, nie będzie tak źle – powiedział Tony, zanim zarejestrował, że otworzył usta. – Clint, pokochasz internet. Technologia zrobiła niezły skok do przodu, od kiedy ostatnio byłeś w prawdziwym świecie. Na widok współczesnych łuków bloczkowych gały ci wyjdą na wierzch, serio. Grube groty strzał, celowniki laserowe o dalekim zasięgu, nawet uchwyty na ręce są ulepszone dzięki nowocześniejszym materiałom. – Spojrzał na pełne niepewności oczy Nataszy. – CIA zapłaci ci krocie za te niby dawno przeterminowane tajemnice i dobrze o tym wiesz. Potrzebujesz tylko kogoś, kto zaręczyłby za ciebie swoim słowem. Masz farta, bo znam gościa, który ma kumpla w odpowiednim miejscu. – Rhodey pewnie nie miałby nic przeciwko. A przynajmniej nie po tym, jak przyjrzałby się Nataszy.
Głowa Clinta wychynęła z jego nogojaskini, co ewidentnie nie odbyło się bez ofiar, bo zaczął pocierać oczy. Wciąż wyglądał jak zmęczona życiem kupka nieszczęścia, ale z jego spojrzenia ubyła odrobina beznadziei. Albo to, albo szkocka zaczynała działać.
– Ale gdzie niby będziemy mieszkać? – zapytał płaczliwym tonem. Tony tylko wywrócił oczami, osuszając szklankę.
– Póki nie znajdę wam czegoś lepszego, możecie zamieszkać ze mną – odparł. – Mam dom w Malibu. Widok na ocean ze szczytu klifu, basen, korty tenisowe, lądowisko dla helikoptera… no, wiecie, jak to dom. Może pomóc z, eeee, tranzycją. Tranzycją? Tak to będziemy nazywać?
– Lęk separacyjny? – zasugerowała Natasza. – Albo poczucie porzucenia. A w twoim przypadku całkowite i zupełne odrzucenie.
Tony powoli odstawił szklankę na stół.
– Jezu, Nat – wydusił z siebie Clint. – Tony serio zadurzył się w szefie. Daj mu święty spokój.
Tony miał na końcu języka słowa pełne zaprzeczenia, ale wiedział, że w przypadku tych dwojga nie ma za bardzo po co. Tak czy siak było na to już za późno.
– Przepraszam – powiedziała Natasza i naprawdę wyglądała, jakby było jej przykro. – Dzisiaj to ewidentnie nie mój najlepszy dzień. Powinnam była ukryć tę cholerną wiadomość. Zrobić coś. Cokolwiek. Nawet przedłużanie nieuniknionego byłoby lepsze niż to.
Nawet gdyby miał na to odpowiedź, zostałaby zagłuszona obrzydliwym, przetaczającym się po całej okolicy grzmotem, tak głośnym, że ściany się od niego zatrzęsły. Widoczne przez dziurę w zasłonach niebo rozjaśniła błyskawica, zalewając na chwilę refektarz oślepiającym blaskiem. Na zamku nie widywali burz.
Kiedy już się uciszyła, zapanowało milczenie.
Czyli to by było na tyle.
Clintowi zaczęły drżeć usta, ale oczy miał zajadłe i pełne wściekłości mimo łez.
– Cholernie go nienawidzę – wyrzucił z siebie szeptem, kuląc się w sobie jak dziecko. Ramiona mu drżały mimo tego, że Natasza go objęła, przyciskając czoło do jego ramienia. – Nienawidzę go.
Tony miał wrażenie, że coś w jego klatce piersiowej kurczy się i powleka warstwą mrozu, chociaż reaktor chyba nigdy nie pracował lepiej. Wakacje się skończyły. Zaczynała się rzeczywistość i nawet ludzie pokroju Clinta Bartona musieli się obudzić i…
– Nie winię cię za to – stwierdził Loki, stając w drzwiach. – Prawdę mówiąc, w znacznym stopniu podzielam to uczucie.
Clint podniósł głowę tak szybko, że wyglądało, jakby niemal złamał sobie kark. Natasza też. Tony tylko siedział i gapił się, nie wiedząc, jakim cudem, u jasnej cholery, Loki przespał tak oczywisty termin. Ale, no tak, jasne, jego pełen napięcia i lęku wyraz twarzy wskazywał na to, że wcale tego nie zrobił. Loki celowo nie złapał pociągu ze Zlodowaciałego Serca na wolność. Co z kolei… nie miało żadnego sensu. Nie po wszystkim, co powiedział Tony'emu. Nie po tym, co sobie nawzajem wyznali. Przecież mógł wrócić do domu.
– Barton – powiedział Loki cicho, pochodząc do Clinta, który siedział na kanapie. Biorąc pod uwagę poświęcenie, na jakie się właśnie zdobył, sam wysiłek, żeby brzmieć normalnie, musiał być olbrzymi. Ale znosił go tak jak wszystko inne, pomyślał Tony, wciąż odrętwiały na jego widok. – Clint.
Clint odsunął Nataszę, podniósł się na nogi i przywalił Lokiemu prosto w szczękę. Po czym zrobił to jeszcze raz. I trzeci, po czym jego niezupełnie sprawna ręka stała się czerwona od uderzeń, a Loki wciąż stał w miejscu, oszołomiony i cichy.
– Nie ma tak, że po prostu sobie stąd idziesz – powiedział Clint, oddychając, jakby zamiast płuc miał miechy z kuźni. Oczy błyszczały mu od łez. – Nie, póki ja tu jeszcze jestem. Nie ma tak, kurna, nie przysługuje ci ten cholerny przywilej. Nie po piętnastu latach pomagania ci, dbania o ciebie, nawet kiedy mnie tu nie chciałeś. Siedziałem tutaj piętnaście lat i nigdy, ani jednego cholernego razu nie poprosiłem cię o zwrócenie mi wolności. – Podniósł zranioną rękę i podsunął ją Lokiemu pod nos. Loki patrzył na nią, jakby naprawdę nie chciał tego robić, ale nie miał innego wyboru. Niebieskie oczy Clinta przypominały mokrą stal. – Nie wolno ci stąd odejść przede mną.
Loki stał oniemiały.
Tony czekał, aż coś powie, rzuci kilka ślicznych słówek w tym swoim wysublimowanym głosie albo może jakieś przeprosiny, które objęłyby wszystko, co udało mu się spierdolić. Bo udało mu się spierdolić wiele, Tony teraz to widział, i to na sposoby, których wcześniej nie zauważył ze względu na swój egoizm. Był tak zajęty opłakiwaniem swoich utraconych szans i niezakończonego romansu, że zapomniał, ile Clint miał do stracenia przez nieobecność Lokiego. Więcej niż ktokolwiek inny. Był tutaj pierwszy i najstarszy, a Loki nawet nie próbował się pożegnać.
Loki wyciągnął rękę bardzo ostrożnie i powoli, i chwycił zranioną dłoń Clinta w swoją.
Kiedy stali tak obaj, zamurowani w miejscu i pełni bólu, Natasza kopnęła Clinta w tyłek stopą, posyłając go w stronę Lokiego.
Tony prawie odwrócił wzrok, nie chcąc obserwować, w jaki bałagan zmieni się ta cała scena, kiedy Loki cały zesztywniał, a Clint próbował złapać równowagę i odsunąć się,. Ale w tej samej chwili, w której Clint zrobił krok w tył, garbiąc się w sobie w obronnej postawie, jak to robił całe popołudnie, Loki chwycił jego znoszoną koszulę w palce i przyciągnął go z powrotem do siebie, przyciskając jego niechlujnie przycięte włosy do wilczego futra.
Kiedy pierwsze głębokie, pełne nieszczęścia łkanie rozległo się w pokoju, o, wtedy Tony odwrócił wzrok.
– Mam szkocką – mruknęła Natasza, która nagle zasłoniła Tony'emu widok i pociągnęła go za nadgarstek. Jej spojrzenie było poważne. – Chodź, pomóż mi wymyślić coś lepszego do zażyczenia.
Tony nie miał nawet czasu na jakikolwiek protest, bo wyciągnęła go z objęć kanapy i refektarza w ogóle, na wpół biegł za nią, żeby tylko nie wyrwała mu ramion ze stawów. Ale nie skierowała się w stronę Kucharza ani w ogóle gdziekolwiek dalej korytarzem po zamknięciu za nimi drzwi. Oparła się plecami o zimny kamień i odchyliła głowę do tyłu, wpatrując się w sufit, jakby miał odpowiedzi na wszystkie pytania.
– Zwykłe „dajmy im chwilę" by w zupełności wystarczyło – poinformował ją Tony, ostrożnie obracając ramię w stawie. Nie wiedział nawet, dlaczego w ogóle się odzywa. Chyba miał po prostu mózg za bardzo zajęty analizowaniem tego wszystkiego, co się przed chwilą wydarzyło. Kiedy przełykał ślinę, czuł posmak alkoholu na języku, dzięki któremu korytarz trochę mu wirował przed oczami. – Wierz mi albo nie, ale nie jestem aż tak mało wrażliwy.
– Dlaczego sobie nie poszedł? – Głos Nataszy drżał od emocji. – Ze względu na nas wszystkich chciałam, żeby tu został, ale biorąc pod uwagę jego opcje? To był chyba jego jedyny bilet powrotny do domu, nie?
I było to pytanie za milion dolarów. Tony naprawdę miał nadzieję, że w zamierzeniu w większości retoryczne, bo nie miał na nie żadnej odpowiedzi ani nawet czegoś, co by ją w jakimkolwiek stopniu przypominało.
– Może próbuje grać zgodnie z zasadami – zasugerował tylko, kręcąc głową. – Nie wiem, kiedy rozmawiałem z nim po raz ostatni, byłem… – Wściekły? Brutalnie szczery? Dupkiem bez grama współczucia? – Ale tak czy siak w ostateczności nie potrafiłem mu robić wyrzutów z takiej decyzji.
Natasza wyciągnęła rękę, złapała jego dłoń i ścisnęła ją naprawdę mocno. Miała zimne palce. Tony odkrył, że odruchowo oddaje uścisk, po czym opadł na ścianę obok niej. Z refektarza nie dobiegał ich żaden dźwięk. Ze względu na Clinta Tony miał nadzieję, że po prostu wyściskują z siebie wszystkie konflikty. Biednego idioty pewnie nikt w dzieciństwie nie przytulał.
Stał z Nataszą w mroku i w ciszy pełnej dezorientacji, czekając, aż Loki wyjdzie z pokoju i powie im, co tak właściwie, do cholery jasnej, sobie myślał. Czy wpadł na jakiś nowy pomysł, o co chodziło w klątwie? Czy coś, co Tony powiedział, niechcący miało na niego większy wpływ, niż zamierzał? A może Loki po prostu do reszty stracił rozum. Albo nadzieję.
Tony niemal podskoczył, kiedy Natasza ponownie przykleiła się do jego ramienia. Była na tyle niska, że mógł ją objąć na wysokości ramion. Nie podejrzewał, żeby była typem, który szuka czy nawet szczególnie czerpie przyjemność z kontaktu fizycznego, ale mieli autentycznie paskudny dzień i, szczerze mówiąc, w korytarzu piździło złem, nieważne, jak bardzo próbował to zignorować.
– Czy naprawdę chciałeś nam pozwolić na wprowadzenie się do twojego domu?
W jej słowach pobrzmiewał uśmiech i Tony nie był pewien, czy był to uśmiech rozbawienia, czy zadowolenia. Tak czy siak ścisnął jej ramię za karę.
– Jasne. Barton mógłby robić za mojego faceta od sprzątania basenu. Takiego w bardzo obcisłych slipkach. – Natasza prychnęła cicho.
– Wiesz co, wydaje mi się, że raczej by mu się to podobało – powiedziała sucho. Zamilkła na chwilę. – Kim ja jestem w tym twoim wyimaginowanym studenckim domu?
Cóż, na to istniała tylko jedna możliwa odpowiedź.
– Jesteś tym, kim chcesz być, a przynajmniej pod warunkiem, że nie zabijesz mnie we śnie. – W odpowiedzi na te słowa Natasza błysnęła w jego stronę zębami. Nie był pewien, czy to miał być uśmiech.
Nie żeby Natasza kiedykolwiek o tym pomyślała. Skleić mu pośladki, jasne. Ale zabić? Prawie na sto procent nie.
– Dziękuję – stwierdziła po chwili. Tony nie odpowiedział; zmarszczył tylko brwi w stronę ściany naprzeciwko, w myślach gorąco życząc sobie, aby ludzie przestali mu dziękować za rzeczy, które chciał zrobić.
Ciszę, która później nastąpiła, przerwało otwarcie się drzwi. Z refektarza wyszedł łucznik. Wyglądał, jakby coś wyssało z niego całą energię. Wytarł oczy dłonią, po czym spojrzał na nich ze śmiertelnym przerażeniem.
– Nic nie widzieliście – wychrypiał Clint.
– Dostałam właśnie napadu krótkowzroczności – oznajmiła od razu Natasza.
– Jestem pijany – dodał Tony.
Clint zmierzył ich powątpiewającym spojrzeniem, po czym pociągnął nosem i zerknął z powrotem na refektarz.
– Um, chce porozmawiać z Tonym. – W tym, jak to powiedział, było coś żałosnego, ale uparcie odmawiał spojrzenia mu w oczy. – To ja… pójdę znaleźć jakąś papierową torebkę, w którą bym mógł pooddychać. – Ruszył korytarzem jak człowiek na misji, od której wykonania zależało jego życie. Natasza poszła za nim, rzucając wcześniej Tony'emu tylko jedno ciekawskie spojrzenie.
Dlaczego niby potrzebował papierowej torby? To pytanie rozbrzmiewało w głowie Tony'ego do refektarza, w którym powietrze było ciepłe i pachniało słabo dymem. Wzdrygnął się z powodu tej nagłej różnicy temperatur, po czym zamknął za sobą drzwi i podszedł do kominka.
Loki stał na skraju paleniska, wpatrując się w buzujący na nim ogień. Miał zaskakująco odległy wyraz twarzy jak na kogoś, kto właśnie zdobył się na ofiarę takich rozmiarów.
– Podejrzewam, że na tę dramę sprzed chwili zanosiło się już od jakiegoś czasu – stwierdził Tony, próbując nadać swoim słowom ton codziennej beztroski. Nie była to najzgrabniejsza maska dla gotującej się w nim dezorientacji, ale z braku laku pasowała.
– Uwalniam was wszystkich ze Zlodowaciałego Serca – oznajmił Loki, wciąż wpatrując się w ogień.
Uśmiech Tony'ego zniknął, jakby go ktoś zdmuchnął.
– Nie, no co ty.
– Ależ owszem. – Loki podniósł głowę i spojrzał na Tony'ego. W jego spojrzeniu błyszczało zdecydowanie. – Dziś w nocy wasza trójka powróci do waszego świata. Czego by nie przyniosły następne tygodnie, dam temu radę sam.
– Nie, nie zrobisz tego. – Tony podszedł do Lokiego w kilku krokach, aż znalazł się w zasięgu jego dłoni. Wyciągnął ją, ale Loki cofnął się. – Cholera by cię wzięła. Jeśli to ja do tego doprowadziłem…
– To byłeś ty – powiedział Loki, przerywając mu w połowie naprawdę dobrze obmyślonego argumentu. – Ty to uczyniłeś i za to ci dziękuję. Mogłem nie zdać sobie z tego sprawy, gdybyś tego nie powiedział, ale miałeś rację. Prawie znowu postąpiłem w ten sam sposób. Gdybym dzisiaj uciekł, nie byłoby ważne, gdzie bym się udał. Nigdzie już nie poczułbym się jak w domu. – Loki wyciągnął obie ręce i schwycił ramiona Tony'ego w chłodnych objęciach. – Czy jest sens w kradzieży tego, czego pożądasz najbardziej? Mimo że z powodu tejże kradzieży nigdy nie będzie ci dane rzeczywiście napawać się jego obecnością? Jeśli nigdy nie będziesz w stanie uwierzyć, że to naprawdę miało należeć do ciebie?
Tony próbował objąć mózgiem podwójne znaczenie jego słów. Naprawdę próbował. Ale mógł tylko usłyszeć czające się w nich pożegnanie. Znowu. Właśnie kiedy myślał, że udało im się wszystko naprostować. Słowa Lokiego nie były przepełnione uczuciem i zainteresowaniem czy lojalnością, jak się spodziewał. Wręcz przeciwnie. Zamiast jednych samolubnych idiotyzmów, Tony dostał inne samolubne idiotyzmy. Ha, to dopiero było zabawne.
– Możesz mi powiedzieć, że jestem wolny, ale nie zmusisz mnie do odejścia. – Tony złapał Lokiego za nadgarstki, przesuwając kciukami po pęknięciach w metalu. – Zamierzam tu być aż do samego końca. Jaki… jaki byłby w tym wszystkim sens, gdybym nie mógł zobaczyć zakończenia? Mam już w życiu wystarczająco dużo niezakończonych projektów, ale ich tutaj nie ma. Ty jesteś. – Z trudem przełknął ślinę. – Chciałem cię naprawić.
Tony poczuł, jak napięcie znika z jego ramion, kiedy chłodne wargi dotknęły jego czoła, jego policzka, jego ucha. Nie była to ta sama kolejność jak wcześniej, ale smutek pozostał identyczny.
– Byłem niezmiernie samolubny w kwestii waszego życia – wyszeptał Loki, a jego oddech muskał skórę Tony'ego, wywołując na niej gęsią skórkę. – Najwyższy czas, abym sam siebie naprawił. Zgodnie z zasadami, czyż nie takie były twoje słowa?
– Nie rób ze mnie idioty – powiedział Tony, obejmując Lokiego w pasie, przyciągając do siebie to zimne ciało. – Co ty najlepszego robisz, słuchasz mnie czy coś, idioto? Znam się na maszynach, nie na ludziach.
– Znasz mnie.
Tony parsknął śmiechem. Nie był to odgłos pełen szczęścia.
– Jak, u cholery, mam wrócić do mojego świata? Nie ma tam magii ani błyszczących jabłek, ani olbrzymich wilków. – Odwrócił głowę i wycisnął na skórze wzdłuż szczęki Lokiego linię pocałunków. – Jak, u cholery, mam cię tutaj zostawić?
Loki westchnął cicho, z frustracją, ale tak czy siak obrócił głowę i pocałował Tony'ego. Nawet ten pocałunek miał w sobie coś z pożegnania; był zbyt długi, za mocny, zbyt pełen desperacji, niszczył wrażenie opanowania, które nadawały Lokiemu jego własne spokojne słowa. Ręce, którymi dotykał Tony'ego, zaciskały się niemal zbyt mocno, jak szpony, pełne dojmującej potrzeby, ale to właśnie było dobre, to było to, czego Tony potrzebował, bo wiedział, że nie ma żadnych argumentów na całym świecie, które mogłyby zatrzymać to, co właśnie miało się wydarzyć.
– Uczę się wartości waszych ludzkich żyć – stwierdził Loki, a w jego oczach błyszczało przygniatające poświęcenie. – Oddaję je wam z powrotem. – Wcisnął Tony'emu w ręce coś małego, owiniętego materiałem.
Mimo to Tony był w stanie wyczuć, że to jego telefon. Jego i Pepper, nieużywany od tamtego pamiętnego dnia. Jeśli na zamku było coś, co przypominało o istnieniu świata zewnętrznego, to chyba tylko to. Wsunął zawiniątko do kieszeni spodni, nawet na nie nie patrząc, i spróbował odkaszlnąć ze wzrokiem skierowanym w podłogę.
– A ty co? Nie dasz mi nawet swojego pazura? Pasma włosów? Jednego z rogów?
Loki tylko pokręcił głową.
– Oddałem ci już wszystko, co ma jakiekolwiek znaczenie.
Tony zamknął oczy i bardzo próbował nie myśleć o tym, co znaczą te słowa. Gdyby zaczął, nie byłby w stanie odejść. Ale tu nie chodziło o jego widzimisię, ale o potrzeby Lokiego. I o klątwę. Czy pożegnanie wystarczy? A gdyby nie wystarczyło, czy Loki zostałby skazany po raz kolejny, pogrążony w samotności i bez miejsca na świecie?
– Potrzebuję, żebyś mi zaufał – powiedział Loki głosem chropowatym i pełnym napięcia. – Musisz odejść i to szybko.
Po tym nie pozostało już nic do powiedzenia.
– Pa, Loki.
Loki tylko się uśmiechnął.
– Żegnaj, Tony Starku.
Nie mam wrażenia, że cokolwiek zakończyłem, pomyślał Tony bezradnie, czując wściekłość, kiedy wreszcie się od siebie odsunęli. Ale coś właśnie się skończyło. Musiało, tu i teraz.
Odwrócenie się i zostawienie Lokiego samego w świetle kominka, wpatrującego się w niego boleśnie, wymagało od Tony'ego więcej silnej woli, niż kiedykolwiek przypuszczał, że posiada. Musiał zebrać w sobie wszystkie siły, żeby udawać, że nie widzi zbyt mocno połyskującej wilgoci w rubinowych oczach, żeby przypisać to odbijającym się w nich płomieniom. Ale Tony zrobił to, jak robił wszystko w swoim życiu: zacisnął zęby, olał ucisk w klatce piersiowej i zmusił się do zrobienia kolejnego kroku naprzód.
To tylko pięć tygodni, pomyślał, idąc do głównego wejścia, gdzie Natasza i Clint czekali na niego z zagubionym smutkiem w oczach. Nie da się kogoś stracić w zaledwie pięć tygodni. Trzeba wciąż mieć nadzieję.
Mieć nadzieję, powtórzył sobie Tony, kiedy wyszedł na zewnątrz, prosto w zimną noc, przez wrota i w zaspy śniegu. Złote ślepia wpatrywały się w niego uważnie, ale wilki się nie poruszyły, świadome rozkazów. Na niebie nie pojawił się żaden kruk, który wychrypiałby piosenkę pożegnalną. Clint położył mu rękę na plecach, Natasza otoczyła go ramieniem w pasie i szli, i szli, póki śnieg nie zaczął ustępować trawie. Nad ich głowami świeciły gwiazdy, a jedna z nich była jaśniejsza od wszystkich innych, przez co Tony miał wrażenie, że zaraz dostanie migreny. Starał się to ignorować.
– Trzy drogi – mruknęła Natasza głosem pełnym napięcia. – Rozwidlające się w zaśnieżonym lesie?
Tony podniósł głowę ziemi, gdzie obserwował powolne ruchy swoich stóp. Miała rację, co wcale go nie zdziwiło; trzy drogi w śniegu, rozdzielające się w trzech kierunkach. Najwyraźniej Clinta, Nataszy i jego własna.
– Ta jest moja – powiedział Clint, brzmiąc na absolutnie przerażonego. Trzymany przez niego łuk i kołczan drgnęły i walnęły o siebie. – Nie mogę… pachnie namiotami. Słomą, gorącymi latarniami i starym popcornem. – Wciągnął powietrze ze świstem. – Nie mogę tam wrócić. To było tak dawno temu.
Natasza wskazała wprost przed siebie. Jej ścieżka była równie mroczna jak ich, ale jej oczy błyszczały z determinacją.
– Gorąca stal. Ogień i rozlane paliwo. Wilgotne liście i moja krew. Ta droga jest moja. – Zacisnęła ramię dookoła Tony'ego. – Myślę, że nie jestem w stanie tego zignorować. Szef nie poszedł na łatwiznę. Wydaje mi się, że chociaż tyle powinnam dla niego zrobić, też wybrać trudniejszą opcję, nie sądzisz?
– W takim razie idę z tobą, Nat – powiedział Clint, rzucając Tony'emu spojrzenie z odrobiną poczucia winy. – Nie da se rady beze mnie, nie?
– Łapię – odparł Tony, nawet nie próbując ukryć zachrypniętych emocji w swoim głosie. – Znajdźcie mnie, gdybyście mnie potrzebowali. Nie będzie trudno. Po prostu wsłuchajcie się w medialny huk.
Przytulili się na rozstaju dróg, trójka idiotów stojących po kostki w śniegu. Tony chciał ich zgnieść do rozsądnych rozmiarów, żeby móc zabrać ze sobą, jak drzazgi, które mógłby schować pod skórą. Ale oczy miał suche, a zimno wciąż otaczało ich szczelnym kokonem, więc w końcu musieli się od siebie odsunąć. Tony zerknął na swoją ścieżkę.
– Co jest na twojej? – spytał Clint, gapiąc się na drogę wśród ciemnych drzew. Tony nie mrugnął nawet.
– Wilgotna trawa. Asfalt. Spaliny samochodowe. – Zmarszczył czoło, przypominając sobie coś. – Happy czekał, aż stąd wrócę. Ciekawe, czy nadal ma pracę.
– Pewnie niedługo sam się dowiesz – stwierdziła Natasza, zanim Clint rzuciłby jakimś sucharem. – Dbaj o siebie, Tony. Przeszukaj ciemniejsze części internetu w poszukiwaniu „Czarnej Wdowy", gdybyś naprawdę potrzebował pomocy.
Tony tylko przytaknął odruchowo, zapamiętując tę informację, po czym obserwował, jak ich dwójka wybiera centralne odgałęzienie. Ich kroki były ołowiane i bardzo powolne, a Clint wciąż zerkał w tył, ale minęło zaledwie kilka sekund, a pochłonęła ich dziwna mgła. Kiedy zupełnie zniknęli, Tony poczuł pierwszy prawdziwy dotyk paniki w klatce piersiowej.
Dom, powiedział sam sobie, skręcając w stronę swojej ścieżki. Nic w tym przerażającego.
Szedł ciemną drogą, wspominając znajome uczucie sprzed miesięcy. Pomiędzy jednym oddechem czystego powietrza a drugim odczuł dokładnie chwilę, w której Zlodowaciałe Serce stało się Kanionem Przemienienia. Wiatr był ciepły i pachniał sosnami i trawą. Na niebie było tyle gwiazd, że samo patrzenie na nie bolało.
Tony odwrócił się i spojrzał na ścieżkę. Zniknęła – za nim nie było nic poza drzewami i kamieniami. Ani jednego płatka śniegu. Po prostu nic. Gdzieś za tą magiczną granicą Loki siedział uwięziony w swoim zamku.
To tylko pięć tygodni, powtórzył sobie Tony, wciskając rękę do kieszeni koszuli i wyjmując telefon. Włączył go z cichą modlitwą, żeby działał. Albo Loki będzie mógł wrócić do domu, albo zostanie uwolniony od klątwy. To tylko kwestia czasu i cierpliwości, i…
To i tak teraz nieważne, pomyślał, kiedy ekran telefonu w jego ręce rozjaśnił się, pokazując pełen sygnał i jakiś miliard nieodebranych połączeń. Wciąż miał wrażenie, że to kłamstwo.
Tony wziął głęboki oddech, spojrzał ponownie na gwiazdy i zadzwonił po podwózkę.
Dom, pomyślał, słysząc sygnał połączenia, a potem kliknięcie, kiedy znajomy głos odebrał i zaczął do niego mówić z rosnącym niedowierzaniem.
Może to było prawdziwe kłamstwo.
