Jeśli nadejdzie kiedyś dzień, w którym pojmiesz,
że nie jesteś istotą nieomylną,
wtedy śmiało możesz mówić, że kończysz ten dzień
bogatszy w największą wiedzę o samym sobie.
Kiedy tylko drzwi pracowni zamknęły się z głuchym trzaskiem za dzieciakiem, z bladych ust Severusa wyrwało się soczyste przekleństwo, natychmiast zastąpione kolejnym. A potem jeszcze jednym i następnym, przepełnionym frustracją i gniewem. Severus wyrzucał z siebie potok niecenzuralnych określeń pod adresem Pottera, nim stanowisko, przy którym pracował chłopak, nie zostało uprzątnięte za pomocą kilku wprawnych ruchów różdżką, podobnie zresztą jak wywar w jego kociołku. Półtoragodzinną pracę nad Eliksirem Tojadowym szlag trafił, wszystko, oczywiście, za sprawą Harry'ego Pottera. Jakżeby inaczej. Kurwa!
Severus przystanął na środku piwnicy i z ponurym wyrazem twarzy pokręcił głową. Dzieciak miał niebywałe szczęście, że warzył stosunkowo niegroźną miksturę. Moment, kiedy wrząca ciecz uderzyła z impetem w plecy szczeniaka wciąż plątał się w pamięci Mistrza Eliksirów, powodując niezrozumiały uścisk w jego żołądku. Jak mógł być tak nierozważny? Pozostawienie Pottera, choćby na chwilę, bez nadzoru podczas warzenia jakiegokolwiek eliksiru, było skrajną głupotą. Oczywiście, wchodząc do pracowni był pewien, że dokładnie sporządzona przez niego instrukcja, w której zawarł, co do minuty, proces tworzenia mikstury, nawet dla chłopaka powinna być łatwa w przyswojeniu. Nie wziął jednak pod uwagę, że dzieciak może być rozproszony, nieskoncentrowany i podenerwowany, a do tego wciąż miał problemy z opanowaniem swoich emocji. Severus jak najbardziej powinien był to uwzględnić, a mimo wszystko, nie zrobił tego. Wyszedł z założenia, że jeśli zestrofuje chłopaka kilkukrotnie na samym początku, ten weźmie się w garść i przyłoży do pracy. Kolejny raz Mistrz Eliksirów wykazał się całkowitą ignorancją względem Pottera. Powinien był już wiedzieć, że szczeniak nie umie zmobilizować się pod wpływem stresu i wrzasków, a co najwyżej wycofa się i zamknie w sobie, całkowicie przestając reagować na bodźce z zewnątrz.
Severus opadł ciężko na krzesło i potarł twarz dłońmi, krzywiąc się przy tym z goryczą. Nie umiał i nie chciał zrozumieć szczeniaka. Zbliżenie się w jakikolwiek sposób do niego było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę. Szczerze nie znosił chłopaka, choć, musiał przyznać sam przed sobą, ostatnimi czasy jego niechęć względem Pottera jakby nieco przygasła. Oczywiście, spowodowane to było faktem, że dzieciak po prostu żył w jakimś innym, niedostępnym dla reszty świecie, niemal całkowicie wycofując się ze wszelkich relacji, ignorując otaczającą go rzeczywistość. Te krótkie momenty, które Severus miał wątpliwą przyjemność spędzić w jego towarzystwie i wymienić podczas nich kilka, w dalszym ciągu kąśliwych, uwag i zdań, były po prostu wymuszoną przez niego reakcją na Potterze. Ten, gdyby mu pozwolono, całkowicie odizolowałby się od wszystkiego i wszystkich, pozostając sam na sam ze swoimi demonami. Cóż, niestety Severus osobiście, bardzo skwapliwie zresztą, zawalczył o to, żeby móc się z owymi demonami zaznajomić i niejako posłać je w cholerę. Jak do tej pory marnie wywiązywał się ze swojego zadania, jeśli nie powiedzieć, że ponosił porażkę za porażką. Niewiele mógł na to poradzić; jego uprzedzenia brały górę, a wieloletnich przyzwyczajeń po prostu nie był w stanie zignorować. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak nieprzyjemnym był człowiekiem i że obcowanie z nim było zazwyczaj katorgą dla postronnych, mimo to nie odczuwał potrzeby zmieniania czegokolwiek w sobie oraz swoim życiu, a już zwłaszcza dla przeklętego Pottera. Wokół którego, nawiasem mówiąc, i tak już każdy stąpał na paluszkach, byle tylko biedne dziecko nie rozsypało się w drobny pył. Jak na złość, to Severus był tym, który widział, jak chłopak łamie się w pół i mentalnie wykańcza, dzień po dniu. I nie robił z tym nic. Czy ze zwykłej złośliwości, czy z przekonania, że nie ma takiego obowiązku, czy może po prostu nie dało się z tym nic zrobić, albo to on nie był ku temu odpowiednią osobą, nie było w tym momencie istotne. To on ostatecznie był tutaj dorosłym, a Potter tylko piętnastolatkiem, nie ważne, jak irytującym i aroganckim. I choć Mistrz Eliksirów uparcie, już od dłuższego czasu, powtarzał sobie w myślach to samo, w dalszym ciągu nie potrafił przełamać się i zrobić pierwszego kroku. Przygrywał na całej linii i zamiast czuć się zmotywowanym, bo w końcu w całym jego życiu nie było sytuacji, z której nie wyszedłby obronną ręką, tak teraz był najzwyczajniej w świecie rozeźlony i rozgoryczony. Oczywiście, wszystko (znowu!) za sprawą cholernego Harry'ego Pottera. Kurwa!
Severus zerwał się na równe nogi i wyszedł pospiesznie z sypialni, kierując się ku schodom na piętro. Dziwne, irracjonalne słowo krążyło mu po głowie. Tchórzył. Był tak zajęty wmawianiem sobie, że dzieciak, kiedy tylko wróci do Hogwartu, stanie na nogi, że tych kilka tygodni, które zmuszeni są ze sobą spędzić, tak czy inaczej, ofiarowują za mało czasu, aby cokolwiek naprawiać w umyśle szczeniaka, iż całkowicie zapomniał, dlaczego tak ważnym jest, aby Potter wziął się w garść. A powodów było wiele i jeżeli już Severus nie brał pod uwagę czegoś takiego jak moralność i powinność nauczyciela względem ucznia, to przecież doskonale znał słowa przepowiedni. Jeśli Potter wyląduje kilka stóp pod ziemią martwy, albo niespełna rozumu na oddziale w Świętym Mungu, oni wszyscy mogą pożegnać się z szansą na jakiekolwiek przetrwanie pod rządami Czarnego Pana. A, jakby nie było, Severus cenił sobie swoje życie, choć niektórzy mogliby je uznać za nader parszywe. I chociaż powątpiewał, naprawdę szczerze, we wszelkiego rodzaju proroctwa, wróżenie z fusów, czy odczytywanie przyszłości z dłoni (ktokolwiek odważyłby się odczytać cokolwiek z dłoni Severusa, najpewniej dowiedziałby się, że szalenie często ma do czynienia z ostrym nożykiem do krojenia składników eliksirów i czerwonym atramentem, którym z lubością wytyka swoim studentom kompletny brak szarych komórek i niezaprzeczalny – najpewniej genetyczny – debilizm), to akurat w tym jednym, jedynym przypadku był skłonny się nagiąć, dostosować i złamać, wszak to z jego winy ta przeklęta przepowiednia ujrzała światło dzienne. Nie będę teraz o tym myślał! warknął do siebie w duchu i wpadł do sypialni Pottera, zatrzymując się z progu ze zdumieniem.
Człowiek w pewnym momencie swojego życia uświadamia sobie, że czas przelatuje mu przez palce, nic ze sobą nie przynosząc. Stagnacja wkrada się w ciężką, duszną codzienność, siłą zmuszając znudzone źrenice do skrycia się pod kurtyną spękanych żyłami, obojętnych na świat powiek. Nikt z ludzi nie zastanawia się, czy pęd, któremu się poddają, jest prawdziwy, czy to tylko wymysł bezbrzeżnie znużonych umysłów, które kreują sytuacje i wydarzenia, nadając im nieco ciekawszej, nieco mniej szarej barwy. Usta zazwyczaj są flegmatyczne, sine od wstrzymywania powietrza, aby organizm, wyniszczony przez bezruch i bezwład, mógł zatęsknić za gorzkim smakiem tlenu. Każdy poszukuje wrażeń na swój własny, indywidualny sposób, chcąc zapełnić czerniejącą dziurę emocjami i uczuciami. Niekiedy jednak, wśród tego popielatego schematu, znajduje się osoba, która idzie pod prąd, wyłamując się z przyjętych norm i, na przekór niedowierzającej rzeczywistości, usiłuje zamknąć się na bodźce, spychając na samo dno własnej świadomości wszystko to, co się z nimi wiąże. Wszystko to, co powoli, krok po kroku, mogłoby go zniszczyć i złamać w pół.
Tym kimś właśnie był Harry Potter, piętnastoletni chłopiec, drobny, niewysoki i wychudzony. Harry miał zapadnięte policzki oraz duże, zielone oczy, które wciąż pozostawały zasnute mgłą i wiecznie przemykały po twarzach i przedmiotach w skupieniu, jakby analizując, czy wolno im patrzeć. Czy zbyt długie interpretowanie kolorytów, faktur i zapachów nie przyniesie ich właścicielowi cierpienia.
W tej chwili Harry łamał tę zasadę, której, z taką zawziętością, uczył się dopiero od niedawna. Stał pośrodku sypialni, która od kilku dni należała do niego i, wciąż drżącymi dłońmi, ściągnął z siebie koszulkę. Wyczuł pod opuszkami palców nadpalone fragmenty bawełny, lekko chropowate ukształtowania spopielonego materiału, a w jego nozdrza uderzył gorzkawy zapach eliksiru, który jeszcze kilka minut temu pokrywał jego plecy. Niespiesznym ruchem zgniótł ubranie i nie patrząc na nie, wcisnął na dno kufra, zatrzaskując wieko z impetem. Przez chwilę nie ruszał się, usiłując uspokoić oddech, po czum podszedł do łóżka i opadł na nie bezwiednie, z wdzięcznością przyjmując chłodny dotyk narzuty na swojej nagiej skórze.
Był wyczerpany, choć zegar, odmierzający starannie czas na gzymsie kominka, nie wybił jeszcze jedenastej. Poranek spędzony w prywatnej pracowni Snape'a zmemłał wszystkie jego pokłady energii, wysysając z drobnego ciała resztkę samokontroli. Widok skupionego, nieskończenie dokładnego i starannego Mistrza Eliksirów, który, niczym w amoku, pracował nad swoim wywarem, spowodował w sercu chłopca nieprzyjemne ukłucie zazdrości i żalu. Nawet Snape, ten podły, irytujący i niesprawiedliwy typ, miał coś, w czym był najlepszy. Miał coś, co przychodziło mu z łatwością, czemu należało poświęcić się bez reszty, co nie było tylko bzdurnym lataniem na miotle, ku uciesze tłumów. Było finezją, sztuką, czymś, co wymagało i ofiarowywało coś więcej, niż krótkotrwałe uczucie euforii buzującej adrenaliną w żyłach. Miał coś, co było potrzebne, przydatne, niezbędne; coś, co niosło pomoc i ukojenie, bądź zadawało nieskończony ból. W tej jednej, krótkiej chwili, kiedy Harry miał możliwość, po raz pierwszy w swoim życiu, obserwować pracującego Severusa Snape'a, uderzyła go myśl, jakim był ignorantem w tak wielu sprawach. Od czterech lat należał do świata czarodziejów, tak po prawdzie nie zadając sobie żadnego trudu, aby go zrozumieć. Gnał przed siebie w poszukiwaniu przygód, chęci wykazania i sprawdzenia się, teraz widział to doskonale, na zupełnie nieodpowiedniej płaszczyźnie.
- Jesteś beznadziejny – wychrypiał, kręcąc z niesmakiem głową. - Jesteś do niczego. Zawsze na szarym końcu, zawsze taki dumny ze swoich osiągnięć w quidditchu, który nie ocali cię przecież przed śmiercią. Odebrałeś sobie tych kilka lat na szukanie wrażeń i doznań, a teraz ze wszystkich sił starasz się przed nimi chronić. Jesteś naiwnym hipokrytą – warknął, zaciskając pięści na śliskim materiale. Emocje napłynęły do jego skurczonego żołądka i poczęły przelewać się przez odrętwiałe żyły, wypełniając je dźwiękami i obrazami. Chwilę trwało, nim dotarły do jego wyczerpanego umysłu, po czym wsiąkły w watę i bordową zasłonę, którymi uprzedniej nocy Harry starannie wyłożył dno swojej świadomości.
- Dureń – jęknął, zrywając się na równe nogi. Pospiesznie przemierzał pokój, od ściany do ściany, wbijając drgające palce w skronie i modląc się w duchu, by to minęło jak najszybciej.
- Nie pozwalaj sobie na to – syknął, zagryzając dolną wargę. – To tylko zazdrość, uczucie frustracji i niespełnienia. To tylko gorzki smak wiedzy, że nic z tym już nie zrobisz, bo żadne jutro na ciebie nie czeka. Opanuj się! – wyrzucał z siebie naprędce, oczyma wyobraźni wędrując od jednych uchylonych drzwi, do drugich, niematerialnymi dłońmi zatrzaskując je i odchodząc szybko, nim to, co się za nimi kryło, rzuci się na niego i zasieje w nim panikę.
- Krok po kroku, krok po kroku; oddychaj. Oddziel ziarno od plew i naucz się żyć płytko. Na co możesz sobie pozwolić? Co powinieneś czuć, co jest niegroźne, co jest normalne? – Uniósł spojrzenie na zaparowaną szybę, napotykając na jej powierzchni swoje rozmazane, niewyraźne odbicie, które uparcie milczało. Westchnął rozdzierająco i przystanął na środku pokoju, kiedy drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, ukazując postać Snape'a, który zmarszczył brwi i zerknął na chłopca spod przymrużonych powiek.
- Potter – warknął, postępując kilka kroków w przód. – Zechcesz mi wyjaśnić, co ty właściwie robisz?
- Stoję – odparował Harry, krzywiąc się momentalnie.
- Nie pyskuj – syknął, posyłając chłopakowi rozeźlone spojrzenie. - Widzę, że stoisz. Wyjaśnij mi tylko, Potter, dlaczego pośrodku sypialni, bez wierzchniego odzienia i mówiąc. Sam do siebie.
Policzki Harry'ego momentalnie pokryły się rumieńcem i Gryfon spuścił głowę, chcąc ukryć tak widoczne zażenowanie przed nauczycielem. Właściwie co miał mu powiedzieć? Że musi gadać sam do siebie, bo nie ma nikogo innego, z kim mógłby zamienić choć słowo, a kto nie patrzyłby przy tym na niego jak na sklątkę tylnowybuchową? Że jeżeli nie będzie mówił do siebie, to całkowicie zapomni, jak używa się języka i oszaleje od tej ciągłej ciszy? Że jego własny głos brzmi tysiąckroć lepiej w pustej sypialni, niż wrzaski, które słyszy w swojej głowie? Nawet, jeśli nikt mu nie odpowiada?
- Potter… - Harry poderwał głowę i zamrugał z niedowierzaniem, będąc święcie przekonanym, że się przesłyszał. Głos Snape'a był niemal łagodny. A potem zdał sobie sprawę, że to wszystko, co układał sobie w myślach, powiedział na głos. Cała krew odpłynęła mu z twarzy, kiedy usiłował doszukać się w oczach i na ustach nauczyciela kpiącego, szyderczego uśmiechu. Pokręcił głową, kiedy nic takiego nie znalazł.
- Włóż coś na siebie, dzieciaku i zejdź do bawialni – rzucił Snape, kiedy jasnym się stało, że chłopak nie ma zamiaru odpowiadać. Albo, co bardziej prawdopodobne, po prostu nie wie, co mógłby. Odwrócił się na pięcie i wyszedł, odprowadzany zszokowanym spojrzeniem.
Tak, to zdecydowanie klarowało całą sytuację i, w gruncie rzeczy, było całkowicie zrozumiałe i nad wyraz spodziewane. Bo właściwie czego oczekiwał? Że przejdzie przez to wszystko bez szwanku, lekką stopą i bez poniesienia żadnych kosztów? Dzieciak mu nie ufał. Wolał gadać sam do siebie, męczyć się w towarzystwie Czarnego Pana i zatruwać swój umysł rozpaczą, niż spróbować nawiązać z nim, Severusem, jakikolwiek kontakt. No, doprawdy, Mistrz Eliksirów nie spodziewał się szczerych rozmów do trzeciej nad ranem i przyjemnych, popołudniowych herbatek, ale, na litość Merlina, był ostatecznie nauczycielem, pedagogiem i cholernym opiekunem Slytherinu, miał zatem jako – takie pojęcie o nastolatkach, jakby nie było. Natrętna myśl, że to on sam był, w tym przypadku, po prostu problemem, jego nad wyraz nieprzyjemny i mało przystępny sposób bycia, szczególnie względem Harry'ego Pottera, wałęsała się po jego głowie, jednak zepchnął ją i zastąpił solenną determinacją, że podejmie to przeklęte wyzwanie, choćby miał na te kilka tygodni wymazać z pamięci obraz butnego, aroganckiego i nieposłusznego szczeniaka. Severus był cierpliwą osobą, zwłaszcza, jeśli w swoim mniemaniu odgrywał rolę myśliwego, czającego się na zwierzynę, którą niewątpliwie był Potter, ale miał po dziurki w nosie czekania. Czekania, aż ten raczy przyjść do niego z problemem, czymkolwiek, błahostką, która mogłaby przerodzić się w rozmowę, a ta zaprowadziłaby ich ostatecznie do nieco trwalszej nici porozumienia, która ułatwiłaby im obu lekcje oklumencji, mające być tragiczne w skutkach i nad wyraz nieprzyjemne, jak oczekiwał Severus. Nie miał zamiaru nurzać się w umyśle dzieciaka, kiedy ten na każdy jego widok spinał się w sobie i przypominał roztrzęsioną galaretę, gotową w każdej chwili rozpuścić się pod jego mniej przychylnym spojrzeniem.
Wszedł do bawialni i machnięciem różdżki przywołał z kuchni tacę z imbryczkiem, dwiema filiżankami i paterę z biszkoptami, po czym rozsiadł się wygodnie na jednej z obitych czarną skórą sof i przybierając najmniej ponury wyraz twarzy, na jaki było go stać, czekał. Czekał, powtarzając sobie w duchu jedno zdanie: Jest wojna, Severusie, a wojna od zawsze wymagała poświęceń.
Dokładnie trzy i pół minuty później Harry, wchodząc do bawialni na lekko drżących nogach, miał niejasny obraz tego, co może tam zastać. Począwszy od purpurowo wściekłego Snape'a, który od progu zacząłby mu wyrzucać, jakim jest imbecylem, poprzez spokojnego i opanowanego Mistrza Eliksirów, który chłodnym tonem ogłasza mu, że Harry musi, jak najszybciej, spakować się, bo odsyłają go do Świętego Munga, skończywszy na obojętnym wyrazie twarzy nauczyciela, informującego go, że Harry wraca do Dursleyów, bo w Hogwarcie nie ma miejsca dla psychicznie chorych uczniów.
To, co zastał, było chyba jeszcze gorsze, niż każdy scenariusz, który sobie założył.
Snape, najnormalniej w świecie, siedział spokojnie na kanapie, z niemal przyjaznym wyrazem twarzy, w towarzystwie porcelanowego imbryczka, filiżanek i ciasteczek. Snape i ciasteczka w jednym pomieszczeniu to było za dużo. Harry oszalał, był tego pewny.
- Usiądź, Potter i zechciej, z łaski swojej, zamknąć usta.
Harry postąpił niepewnie krok naprzód, zatrzymał się, pokręcił głową, zrobił jeszcze jeden krok, znów się zatrzymał i dopiero wtedy zamknął buzię. Rzucił nauczycielowi przerażone spojrzenie, pospiesznie dopadł sofy i opadł na nią bezwładnie, niemal w ostatniej chwili łapiąc równowagę, unikając tym samym wielce kompromitującego zetknięcia z podłogą.
- Napijesz się herbaty, Potter?
- Co? – Harry wybałuszył oczy i przełknął ślinę.
- Pytałem – wysyczał Snape przez zaciśnięte zęby – czy napijesz się herbaty.
- T-tak – wyjąkał w odpowiedzi, kodując sobie w pamięci, że jeśli Mistrz Eliksirów zacznie zwracać się do niego Harry, musi brać nogi za pas i uciekać.
Sięgnął roztrzęsionymi dłońmi po parujące naczynie i upił łyk, parząc się przy tym w język.
- Weź ciasteczko, Potter – mruknął nauczyciel, machnięciem różdżki posyłając paterę w jego stronę.
- Eeeem, dziękuję, ale nie mam ochoty – wyszeptał Harry, zastanawiając się, czy zdąży schować się za kanapą, nim niby-Snape spróbuje rzucić w niego jakąś klątwą. Bo to, że mężczyzna przed nim siedzący nie był Snape'em, było dla Harry'ego oczywiste. Severus Snape nigdy, absolutnie nigdy nie poczęstowałby Harry'ego Pottera ciasteczkiem. No, chyba, że zatrutym, z tym mógł się zgodzić.
- Nie bądź idiotą, Potter – warknął Snape – i weź to cholerne ciasteczko!
Harry podskoczył i sięgnął po biszkopta, mamrocząc pod nosem podziękowanie. Cóż, może to jednak był Snape… Upił łyk herbaty, zamoczył w niej ciastko, ugryzł kawałek i spojrzał pytająco na nauczyciela. Przez chwilę w bawialni panowała krępująca cisza, aż w końcu Mistrz Eliksirów odchrząknął i zerknął na chłopca.
- Potter, wydaje mi się, że nie pojąłeś do końca sedna powodu, dla którego zostałeś umieszczony pod moim dachem.
Przez chwilę nikt nic nie mówił, aż w końcu odezwał się Harry, zdawszy sobie sprawę, że teraz jego kolej.
- Nie rozumiem, profesorze – wymamrotał w odpowiedzi, uważnie przyglądając się okruchom biszkopta pływającym w gorącej herbacie.
- Istotnie, Potter, nie rozumiesz. Pozwól zatem, że cię oświecę. Jesteś tu po to, abym ci pomógł.
- Pomógł? – powtórzył Harry, mrugając kilkukrotnie. Może to jednak nie był Snape? – Dlaczego chciałby mi pan pomagać?
Ta rozmowa zmierzała w zdecydowanie złym kierunku. A obranie zdecydowanie złego kierunku prowadziło do zdecydowanie złego miejsca, w którym Harry absolutnie nie miał chęci znaleźć się razem ze Snape'em, albo niby-Snape'em. Harry nie wiedział, co byłoby gorsze.
- Nie zrozumiałeś mnie, Potter. – Snape prychnął, wyraźnie zirytowany. No to ci nowość! – Gdyby to zależało ode mnie, w dalszym ciągu przebywałbyś u swoich mugolskich krewnych lub gdziekolwiek indziej. Na wyraźną prośbę profesora Dumbledore'a zgodziłem się przyjąć cię pod swój dach na resztę wakacji i utrzymać twoje zdrowie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, w prawidłowym stanie.
Dobrze, Severusie, kłam. Może uda ci się zatrzymać choć resztki godności. Albo jej marną imitację.
- Och – wyrwało się Harry'emu. – To wiele wyjaśnia – mruknął bardziej do siebie, niż do nauczyciela, usiłując zidentyfikować to dziwnie ssące uczucie, które szarpnęło jego żołądkiem. Oczywiście, że nikt go nie chciał. Skąd to idiotyczne przypuszczenie, przecież od zawsze traktowany był jak zbędny balast. Akurat nie mógł oczekiwać, że Snape, ze wszystkich ludzi!, będzie traktował go inaczej. No, co za niedorzeczność!
Harry niemal parsknął śmiechem na myśl, że mógłby być mile widziany w tym domu. Zaczynasz tracić rozum. Poważnie!
- Niezmiernie raduje mnie fakt, że pojąłeś, jak przedstawia się nasza obecna sytuacja, Potter. Nie jest ona w żadnym wypadku dla mnie komfortowa i czy wyrażę się jasno, jeśli powiem ci, iż oczekuję od ciebie pełnej współpracy?
- A na czym dokładnie miałaby ta współpraca polegać, profesorze?
- Chcę, żebyś ze mną rozmawiał, Potter – odpowiedział Snape, najspokojniej w świecie, i upił łyk herbaty, przypatrując się Harry'emu nieodgadnionym wzrokiem. A Harry, cóż, ponownie wybałuszył oczy, rozdziawił usta i zrobiło mu się nieprzyjemnie gorąco na twarzy.
- Rozmawiał z panem? – jęknął, całkowicie świadom palącego rumieńca na swoich policzkach.
- Rozmawiał. Ze mną. Zgadza się, Potter – przytaknął Snape i uśmiechnął się drwiąco. – Czy widzisz w tym jakiś problem?
Oczywiście, że widział problem! Po pierwsze, to był Snape. Po drugie, to był Snape. I po trzecie, niespodzianka!, to był Snape. Nie to, żeby Harry miał ochotę rozmawiać ostatnimi czasy z kimkolwiek o tym, co dzieje się z nim i w jego głowie (bo powód tych rozmów był Harry'emu doskonale znany; w końcu nikt nie robiłby wielkiego halo, gdyby nagle się okazało, że panicznie boi się hipogryfów czy coś), ale jednak, jeśli już musiałby się przed kimkolwiek uzewnętrzniać, byłoby miło, gdyby to nie był ten cholerny dupek, który tyranizuje go bez mała od czterech lat!
- Nie – odpowiedział, mając wrażenie, że wnętrzności skręcają mu się pod tym badawczym spojrzeniem.
- Dobrze. Jak wkrótce zrozumiesz, Potter, będzie to konieczne, aby nasze lekcje oklumencji nie zakończyły się totalnym fiaskiem.
Harry już otwierał usta, aby zapytać, co wspólnego mają ich przyszłe rozmowy na temat popadania przez Harry'ego w obłęd, a nauką oklumencji, kiedy w bawialni pojawił się Wstrętek, prosząc ich do jadalni na lunch. Snape dźwignął się na nogi, a zaraz za nim chłopiec i ze smętną miną powędrował za nauczycielem, modląc się w duchu, aby pierwszy września nadszedł jak najszybciej.
Jedli w ciszy, choć właściwie to jadł tylko Snape. Mężczyzn wydawał się być w ogóle nieskrępowany obecnością swojego ucznia przy własnym stole, oraz rozmową, którą przed chwilą odbyli. W ogóle wydawał się na zauważać Harry'ego, całkowicie pochłonięty pieczonym udkiem kurczaka. Natomiast żołądek chłopca zaciśnięty był przez jakiś cholerny supeł, w ustach miał sucho, ręce mu się trzęsły i pociły, a w uszach szumiało oburzenie i strach. Dłubał tylko widelcem w ziemniakach, co chwila zerkając na nauczyciela eliksirów.
- Jeżeli w dalszym ciągu będziesz ignorował moje wyraźne polecenia, Potter, zmuszony zostanę do podjęcia radykalniejszych środków – warknął Snape, nie podnosząc w ogóle spojrzenia na Harry'ego. Gryfon zamrugał ze zdziwieniem i rozejrzał się dookoła, jakby w poszukiwaniu wyjaśnienia, o co Snape, tym razem, ma pretensje.
- Chodzi mi o posiłki, głupi dzieciaku. Masz jeść! – syknął, teraz już patrząc wprost na chłopca. – Czy nie wyraziłem się jasno, kiedy informowałem cię, jak ważnym jest, aby twój organizm się zregenerował? Zatruwałeś go sobie przez tydzień, idioto, przyjmując eliksiry na pusty żołądek! Jak chcesz stanąć na nogi, kiedy tylko dłubiesz widelcem w talerzu i w żadnym wypadku nie przykładasz się do zniwelowania szkód, których narobiłeś?! Jak ci się wydaje, ile czasu mogę podawać ci mikstury lecznicze, nie uzależniając cię od nich, kiedy będą one twoim jedynym źródłem pożywania?! – Snape krzyczał i krzyczał, całkowicie wytrącony z równowagi. Czy ten dzieciak jest aż takim kretynem, do cholery?! Czego nie potrafi pojąć?! Jakich informacji nie koduje jego bezużyteczny, gryfoński móżdżek?!
- Przepraszam – mruknął w odpowiedzi Harry, kuląc ramiona i gwałtownymi ruchami wpychając sobie niewielkie porcje tłuczonych ziemniaków do ust. – Po prostu… Nie jestem głodny.
- Oczywiście, że nie jesteś głodny, Potter! Podaję ci regenerujące i odżywcze eliksiry, ale w żadnym wypadku nie zastąpią one normalnych posiłków!
Harry kiwnął głową na znak zrozumienia i przełknął kawałek duszonej piersi kurczaka.
- Przepraszam – powtórzył, nie za bardzo wiedząc, co mógłby jeszcze dodać. Wzruszył ramionami i wbił wzrok w swój talerz. Przez chwilę ponownie jedli w milczeniu; Snape wyraźnie usatysfakcjonowany kapitulacją chłopca, Harry z kolei czując narastające mdłości. Nie mógł wyobrazić sobie siebie samego, siedzącego w jednym pomieszczeniu z Mistrzem Eliksirów, przy kubku kakao, któremu miałby opowiadać o swoich największych sekretach, najmroczniejszych zakamarkach umysłu i duszy, o tym wszystkim, co przyrzekł sobie solennie pogrzebać żywcem i nigdy do tego nie wracać. A teraz, tak po prostu tylko dlatego, że Snape ma taki kaprys, Harry miał to wygrzebywać, cofnąć się, a po każdym nowym koszmarze przeżywać go ponownie, w niejaki sposób ożywiając całą tą okropność poprzez ubranie jej w słowa? I dla czyich uszu – dla Snape'a! Dlaczego? Dlaczego teraz, kiedy przecież już był tuż-tuż, już brał się w garść, już uczył się, co i jak ma czuć, przypomniano sobie o nim i kolejny raz zapragnięto wyrwać go z bezpiecznego zapomnienia.
Harry zerknął z wyrzutem na Snape'a, a napotykając jego wzrok, wzdrygnął się mimowolnie i przygryzł policzek od wewnątrz.
- Jeśli już skończyłeś, Potter, bądź łaskaw pójść do bawialni i zaczekaj tam na mnie.
Harry skinął głową, wstał i wymaszerował z jadalni, starając się nie wyglądać jak człowiek, który ucieka przed swoją gehenną.
Kiedy ponownie znalazł się w salonie, jego wzrok od razu padł na niewielką, szklaną ławę, na której poukładane były równe stosiki książek, mniej lub bardziej podniszczonych, tudzież zaplamionych atramentem, a których wcześniej tam nie było. Wzruszył jednak jedynie ramionami i stwierdził, że skoro Snape nie kazał mu niczego ruszać, podszedł do okna, smętnym wzrokiem wpatrując się w wyraźne oznaki mijającego lata. Oczywiście, Harry praktycznie przez calutkie dwa miesiące przetrzymywany był w zamknięciu, choć w założeniu wakacje powinny być dla każdego ucznia powodem do radości, a później, przez cały rok szkolny, cudownym wspomnieniem, do którego odlicza się kolejne dni nauki. Cóż, nie dla niego, jak zawsze. Nawet w tak prozaicznej kwestii musiał się wyróżniać na tle innych.
Zirytowany, odwrócił się od okna, kiedy nagle na jego drodze stanęło niezidentyfikowane coś, a przed oczami wyrosła czarna, oddychająca plama, pokryta kilkunastoma guzikami.
- Och! – Harry odskoczył od Snape'a, uprzednio zaś, całkiem celnie, wbijając w jego pierś swój własny nos.
- Potter, ty skończona łamago! Jakim cudem odnosisz takie sukcesy w quidditchu, kiedy zwinność masz co najmniej pokroju trolla górskiego?!
- Przepraszam bardzo, ale nie usłyszałem pana! Właściwie to czemu się pan do mnie zakrada od tyłu?
Snape prychnął, wyraźnie rozeźlony; nozdrza mu niebezpiecznie drgały, a jedną dłonią wciąż wygładzał przód smoliście czarnej szaty, jak gdyby jej kontakt z twarzą Harry'ego mogła ją co najmniej czymś zainfekować. W drugiej dłoni, jak zauważył Harry, nauczyciel trzymał jakąś sporej grubości, obitą czarną skórą książkę.
- Nie wygaduj głupot, Potter. Wołałem cię kilkukrotnie, ale tak zajęty byłeś swoimi, pożal się, Merlinie, czarnymi myślami, że tego nie usłyszałeś.
Harry zarumienił się i przestąpił z nogi na nogę.
- Wcale nie czarnymi – mruknął w odpowiedzi, zerkając na Snape'a. Ten wykrzywił natomiast pogardliwie wargi i cmoknął, rozbawiony.
- Nie? Cóż, twoja mina sugerowała zgoła co innego, Potter. Wyglądałeś, jakbyś po raz pierwszy w życiu zobaczył testrala.
- Testrala?
- A więc jeszcze nie?
I odwrócił się od Harry'ego z tak jawnie złośliwym uśmieszkiem, że chłopcu zrobiło się niedobrze na samą myśl, co też mogły oznaczać słowa nauczyciela.
- Zobaczysz, Potter. A teraz siadaj. – Wskazał na kanapę, sam zaś usadowił się na fotelu i posłał w jego kierunku książkę, którą ówcześnie trzymał i kilka piór. Harry złapał wszystko w locie, wciąż nieco naburmuszony uwagą Snape'a o jego zwinności i położył sobie na kolanach.
- Jak zapewne doskonale pamiętasz, twój czas po lunchu przeznaczyłem na powtarzanie przez ciebie materiału z eliksirów, oraz nadrabianie ogromnej ilości braków w twojej wiedzy na tenże temat. – Snape zrobił pauzę i uniósł brew na widocznie malujące się oburzenie w spojrzeniu chłopca.
- Wszystkie podręczniki, które znajdują się przed tobą – wskazał brodą na równy stosik książek – mają być przez ciebie dokładnie przejrzane, a ich treść przyswojona. Jak zauważyłeś, nie jest to materiał ograniczający się jedynie do mojego przedmiotu, ale również do pozostałych, których uczyłeś się przez ostatnie cztery lata. Niemniej jednak, czas od lunchu do obiadu poświęcał będziesz jedynie na eliksiry, pozostały materiał przerobisz we własnym zakresie.
Harry przełknął nerwowo ślinę.
- Czy to znaczy, że eliksiry…?
- Tak, Potter. To znaczy, że teoretyczną naukę eliksirów, podobnie jak praktyczną, przyswajał będziesz pod moim nadzorem.
Harry jęknął w duchu, usiłując odszukać w pamięci moment swego życia, w którym nagrzeszył tak bardzo, że teraz los uparł się pokarać go nieszczęsnym towarzystwem Mistrza Eliksirów, dyszącym mu w kark za każdym razem, kiedy tylko wykrzywi się nad jego ukochanym podręcznikiem. Kiedy Snape poinformował go, że Harry będzie nadrabiał zaległości i powtarzał materiał z eliksirów, był święcie przekonany, że spokojnie zamknie się w swoim pokoju (sam), rozłoży na podłodze książki, pergamin i pióra (dla pozorów) i skrobnie jakąś notatkę (od niechcenia), przez większą ilość czasu natomiast będzie zajmował się czymś pożytecznym, jak gapienie się w ścianę albo, na ten przykład, próbami sklecenia jakiegoś przyzwoitego listu do swoich przyjaciół, po którym będą mieli mniejszą chęć oderwania mu głowy za tygodnie milczenia.
- Jeżeli już skończyłeś użalać się nad swoim losem w myślach, Potter, to poinformuję cię jeszcze, że wszelkie notatki, spostrzeżenia oraz prace sporządzał będziesz w notatniku, który ci dałem. Natomiast jeżeli jakiś fragment tekstu będzie dla ciebie niezrozumiały, a zakładam, że ponad połowa podręcznika będzie stanowiła dla ciebie jeden, wielki bełkot, to masz się bezpośrednio zwrócić z tą kwestią do mnie, a ja ci ją wytłumaczę na bieżąco. Czy to jasne?
Harry skinął głową i z konsternacją zauważył, że kiedy on poddawał się rozpaczy w swojej głowie, Snape zdążył w tym czasie wyczarować pod oknem krzesło oraz sporej wielkości drewniany stolik, na którym położone zostały kałamarz z atramentem i nożyk do ostrzenia pióra. Nauczyciel przelewitował podręczniki, po czym podszedł do jednego z regałów, przez chwilę przyglądał się pokaźnemu zbiorowi książek, wyjął jakieś wyjątkowo opasłe tomiszcze i usadowił się wygodnie na sofie, machając ręką Harry'emu na znak, że ma zabierać się do roboty.
Przez kolejną godzinę w bawialni dało się słyszeć jedynie skrobanie pióra o pergamin i dwa mieszające się ze sobą oddechy. Harry zdążył już przebrnąć przez wstęp i pierwszy rozdział Magicznych wzorów i napoi, zapisując przy tym trzy strony notatnika, kiedy za jego plecami odezwał się Snape, całkowicie wytrącony z równowagi.
- Potter, co ty tak właściwie robisz?
Harry zamrugał, podnosząc wzrok na twarz nauczyciela, teraz wykrzywioną grymasem irytacji.
- Notatki, profesorze. Przecież mi pan kaz…
- Notatki, Potter, to nie to samo, co bezmyślne przepisywanie podręcznika słowo w słowo!
- Ja wcale nie…
- Ależ oczywiście, że tak! W tych wypocinach, które szumnie nazywasz notatkami, nie ma ani jednej twojej własnej myśli. Jestem całkiem świadom, iż twój zasób słownictwa jest raczej ubogi, Potter, ale nie jest to żadna wymówka dla kopiowania cudzego tekstu i określania go mianem własnego. To się nazywa kradzież, Potter.
I sięgnął po podręcznik, oraz obity skórą notatnik, wskazując długim, chudym palcem całe zdania, które Harry przepisał, czytając je przy tym na głos. Następne dziesięć minut upłynęło Harry'emu na wysłuchiwaniu złośliwych uwag Snape'a i pomyślał, że gdyby głos mógł zostać użyty jako materialna broń, Harry niewątpliwie padłby martwy od nadmiaru jadu.
- Jesteś beznadziejny, Potter. Nie potrafisz nawet zorganizować sobie przystępnej, zrozumiałej formy notatek, a przecież wszystko masz zawarte tutaj. – Postukał w otwartą stronę i spojrzał na chłopca rozdrażnieniem. – Źle się do tego zabierasz. Zrób sobie tabelę, cokolwiek, i posegreguj, najpierw składniki, a potem eliksiry, według schematu, który byłby dla ciebie najbardziej przejrzysty. I, na litość Merlina, pytaj, jeśli czegoś nie rozumiesz!
Cóż, właściwie to Harry miał problemy ze zrozumieniem czegokolwiek. Materiału było po prostu za dużo, składniki mieszały mu się, podobnie jak nazwy i wykorzystanie eliksirów. Snape najwidoczniej wyczytał zrezygnowanie z twarzy Gryfona, bo warknął wściekle, machnął różdżką i usiadł na wyczarowanym krześle, o zgrozo, obok Harry'ego. Chłopiec podkurczył mimowolnie ramiona, starając się schować w nich głowę i niepewnie zerknął w stronę nauczyciela.
- W ten sposób – mruknął Snape pod nosem, sięgnął po notatnik, wyrwał z niego zapisane przez Harry'ego kartki i zaczął coś kreślić. Po chwili na całej stronie znalazł się zarys tabeli, którą powielił magicznie na kilkunastu kolejnych kartach. Zgrabnym pismem zaczął podpisywać kolejne kolumienki i po chwili przesunął skoroszyt w stronę Harry'ego.
- Zabierz się do roboty.
I odszedł, na powrót siadając z książką na sofie. A Harry musiał przyznać, że pomysł Mistrza Eliksirów wcale nie był taki głupi. Pół godziny później miał zapełnioną połowę pierwszej tabeli, ze zdziwieniem rejestrując, że dzielenie składników w zależności od sposobu użycia, zdobycia, przyrządzenia, przechowywania oraz właściwości, faktycznie jest niepomiernie prostsze i łatwiejsze w przyswojeniu, niż całe zdania, których usiłował nauczyć się na pamięć.
Harry był tak pochłonięty pracą, że nie zauważył przybycia Wstrętka, w dalszym ciągu zaczytując się w kolejnych rozdziałach podręcznika.
- Czy Wstrętek może zapytać pana Snape'a, sir, czy życzy sobie pan, wraz z paniczem Potterem, sir, coś do jedzenia lub picia?
Skłonił się nisko, niepewnie zerkając w stronę Severusa. Ten jednak nie patrzył na skrzata, wbijając spojrzenie w plecy, nieobecnego duchem, chłopaka.
- Tak, przygotujcie coś z Kuchcikiem, ale zjemy tutaj, nie w jadalni. – I machnięciem ręki odprawił skrzata, który wrócił parę minut później, wraz z tacą, na której leżał talerz zapełniony kanapkami, koszyczek bułek z rodzynkami i rogalikami z dżemem, imbryczek z herbatą, obok dzbanuszek z kawą, oraz drugi, ze śmietanką, a także filiżanki i srebrne łyżeczki. Ostawił to wszystko na szklaną ławę i ponownie zniknął, kłaniając się przy tym usłużnie.
Severus zamknął książkę, przelewitował ją z powrotem na regał i wstał. Bezszelestnie podszedł do Pottera, zmarszczył brwi, stanął w pewnej odległości, na tyle daleko, że dzieciak go nie zauważył i na tyle blisko, że mógł zajrzeć do notatnika, i z zadowoleniem wykrzywił blade wargi. Widocznie jego rada nie poszła na marne.
- Potter. – Dzieciak podskoczył na krześle, czym zarobił zirytowane spojrzenie hebanowych oczu i rozejrzał się niepewnie dookoła. – Zostaw to na chwilę i zjedz coś.
Wzrok Harry'ego padł na ławę i z zażenowaniem usłyszał, jak jego żołądek wydaje głośne westchnienie aprobaty, przybierające formę wyjątkowo żenującego burczenia. Zarumienił się po czubki włosów, wstał posłusznie i przemknął obok nauczyciela, który uśmiechał się kwaśno.
Pięć minut później Harry'emu przyszła do głowy myśl, że chyba nie ma nic lepszego, niż ciepłe, maślane bułeczki z rodzynkami popijane gorącą herbatą z cytryną, kiedy już jakoś człowiek przyswoi sobie fakt spożywania takich rarytasów w towarzystwie Severusa Snape'a. Niestety, sam Snape chyba posiada szósty zmysł, którym wyczuwa zadowolenie swoich uczniów i zaraz śpieszy usłużnie je zdeptać jakąś wyjątkowo paskudną uwagą, aby przez przypadek nie urosło ono do rangi szczęścia.
- Na którym rozdziale skończyłeś, Potter?
Harry zastygł z dłonią przy swoich ustach, do których właśnie chciał włożyć ostatni kawałek bułeczki i przełknął ślinę, odkładając pieczywo z powrotem na talerzyk.
- Na drugim, profesorze.
- W takim razie opowiedz mi wszystko, co wiesz, o bezoarze.
Harry miał niejasne uczucie deja vu. Zerknął tęsknym wzrokiem na otwarty notatnik i, nie patrząc na Snape'a, usiłował wyobrazić sobie tabelkę, do której jeszcze kilkanaście minut temu wpisywał Bezoar. Odchrząknął, przeklinając się w duchu za jawne zdenerwowanie.
- Więc, hmmm, bezoar. Tak – odchrząknął ponownie i wziął głęboki oddech. No przecież, do cholery, dopiero co to wiedział, dopiero co wypisywał zastosowanie, sposób zdobycia… - Bezoar jest to antidotum na większość czarodziejskich trucizn. Na większość, ponieważ ma pewne ograniczenia; na przykład byłby kompletnie bezużyteczny, gdyby ktoś został otruty jadem bazyliszka. Bezoar nie działa zatem na rany spowodowane potężnymi substancjami.
Harry umilkł i posłał Snape'owi niepewne spojrzenie. Mężczyzna uniósł brew, dając tym samym znak Harry'emu, by kontynuował.
- Bezoar ma zazwyczaj wielkość orzecha, jest kulisty i powstaje w żołądkach kóz.
- Jak powstaje?
- Eeee – Harry przygryzł policzek od wewnątrz, wykręcając sobie przy tym palce. – No, poprzez niestrawione resztki pokarmu?
- Pytasz mnie o to, Potter, czy informujesz?
Harry zaczerwienił się, ale podniósł wzrok, zdecydowany, że nie da nauczycielowi powodów do drwin.
- Informuję, profesorze.
- Czy to wszystko, co masz do powiedzenia na ten temat?
Harry zawahał się, przełknął ślinę i pokiwał twierdząco głową. Naprawdę nic więcej nie przychodziło mu na myśl.
- Znośnie, Potter. Pominąłeś kilka kwestii. Bezoar można znaleźć w żołądkach wszystkich przeżuwaczy, nie tylko kóz. Mogą być to też lamy i wielbłądy. Dodatkowo, powstają w wyniku niestrawionych resztek pokarmu, owszem, ale także włókien roślinnych oraz sierści, przede wszystkim tej zlizywanej podczas linienia zwierząt.
Harry przeklął się w duchu, bo, kiedy już Snape o tym wspomniał, uświadomił sobie, że wiedział to wszystko. Zerknął niepewnie na nauczyciela, ale ten tylko posłał mu obojętne spojrzenie i upił łyk kawy. Harry odetchnął z ulgą, tym razem gratulując sobie w duchu, że nie dał się zjeść nerwom i wydukał z siebie znośne informacje. Niestety, powinien również podziękować Snape'owi za danie mu wskazówek odnośnie sposobu sporządzania notatek, ale stwierdził, że nauczyciel wcale nie zrobił tego z dobroci serca, a żeby po prostu wytknąć chłopcu jego niekompetencję, nawet w takiej kwestii, jak obrana metoda nauki.
- To wszystko, Potter. Zabierz podręczniki i notatnik, do obiadu masz czas wolny. Radziłbym ci jednak poświęcić go w pełni na pozostałe przedmioty. Przypominam ci, że po obiedzie zaplanowałem czas na świeżym powietrzu.
Wstał, machnięciem różdżki odesłał tacę i wyszedł z bawialni, nie zaszczycając Harry'ego nawet spojrzeniem, który, jak tylko Snape opuścił pomieszczenie, wypuścił wstrzymywane powietrze. Podniósł się i wczłapał po schodach, następnie wszedł do sypialni i rzucił naręcze książek na sekretarzyk, po czym opadł na łóżko, wbijając wzrok w sufit. To było pierwsze popołudnie, które w całości spędził w towarzystwie Snape'a. I, z przerażeniem stwierdził, że nie było tak źle, jak tego oczekiwał. Oczywiście, nauczyciel na każdym kroku raczył go kąśliwymi, złośliwymi uwagami, oraz nie omieszkał wytknąć mu przy każdej sposobności jego braku wiedzy i ignorancji, przy okazji wymyślając mu od idiotów i imbecyli. Jednak, Harry musiał to przyznać, nie bez powodu. Wszak chłopiec, jakby nie było, naprawdę miał ogromne braki w wiedzy. Nigdy nie przykładał się do nauki i tylko dzięki pomocy Hermiony prześlizgiwał się z roku na rok. Nie było to żadne usprawiedliwienie dla Mistrza Eliksirów, ale, mimo wszystko, jego docinki nie były tak wulgarne, jak wuja Vernona, ani tak okrutne, jak ciotki Petunii. Z westchnieniem rezygnacji ześlizgnął się z łóżka i usiadł przy sekretarzyku z solennym postanowieniem, że zrobi wszystko, aby nadrobić każdy zaległy materiał, udowadniając Snape'owi, że nie jest tak bezużytecznym, gryfońskim arogantem, za jakiego miał go Mistrz Eliksirów. Wszak, czyż to nie on sam, jeszcze kila godzin temu, nie zdał sobie sprawy, że jest beznadziejny we wszystkim i nie posiada żadnych talentów, poza pakowaniem się w kłopoty i lataniem na miotle? Tak, właśnie. Harry uświadomił to sobie zaraz po porannych zajęciach ze Snape'em, a teraz tylko utwierdził się w tym przekonaniu. I najwyższy czas to zmienić. Nawet, jeśli jutro miałoby dla Harry'ego nie nadejść, to dla chłopca dzisiejszy dzień skończy się wyposażając go w wiedzę, której wczoraj nie miał.
