Rozdział czternasty Krajobraz po bitwie

Punkt widzenia Toma

"Rób swoje, ale lepiej się pośpiesz" - Tom zezwolił, więcej niż trochę wkurzony, choć tego nie okazywał. Uśmiechnął się do Nadii, umiejętnie ukrywając swoje niezadowolenie i zjadł kolejny kawałek pysznego Pithier Moloko jednocześnie udając, że słucha jej narzekań.

Wyglądało na to, że będzie tu jeszcze przez chwilę...

Mógł rzucić wymówkę i odejść, ale nie miał zamiaru stracić twarzy u swoich zwolenników poprzez wycofanie swojego rozkazu, a tym bardziej zostawić Harry'ego zupełnie bez nadzoru. Fakt, że nie zamierzał obarczać siebie wszystkimi tymi książkami, również był powodem...

To nie było zbyt trudne, słodko ją ugadać, do użyczenia mu jednej trzeciej księgarni, ale zajęło czas i był szczerze, bezgranicznie znudzony. Jedyne, co czyniło to tolerowalnym, to ciekawostki, informacje i niektóre słodycze. Mówiąc o informacji, lepiej zwrócić odrobinę więcej uwagi, coś w słowotoku Nadii brzmiało jakby znacząco.

- Byłaś przejęta zagrożeniem ze strony wilkołaka? - Wtrącił.

Nadia uśmiechnęła się, wyglądając na zadowoloną z jego pozornej troski.

- Jesteś bardzo miły, że martwisz się o mnie, Tom, ale nie ma zagrożenia. Jestem w pełni zdolna do poradzenia sobie ze starą, bezzębną bestią. Tak naprawdę, nie podjął próby skrzywdzenia mnie, po prostu chciał mnie zastraszyć, aby dać mu pieniądze.

Tom próbował wyglądać poważnie, a nie tylko władczo.

- Pozwól, że się nie zgodzę, Pani Kirowa, oczywiście, że jest powód do niepokoju. Jesteś tym poruszona; inaczej nie mówiłabyś o tym. Proszę, powiedz mi wszystko i pozwól mi się tym zająć, a przynajmniej pomóc, dobrze? - Szczerze nie obchodziło go, czego chciał wilkołak, nawet, jeśli by ją zabił, ale nie mógł sobie na to pozwolić.

..Pomijając marudzenia Harry'ego, traktowała go w porządku i była pod jego opieką, albo według bardziej naiwnych mieszkańców Nokturnua to on był pod jej. Jego pozycja wśród nich mogła stać się nieodwracalnie uszkodzoną, jeśli jej nie ochroni, lub przynajmniej jej nie pomści, i była mu o wiele bardziej przydatna żywa...

Szybko rozważył sprawy praktyczne.

...Wilkołaki były praktycznie odporne przed zaklęciami, tym mocniejszymi im silniejszy wilkołak, więc otwarty atak nie miałby sensu. Zatem zasadzka... z Harrym, jako elementem rozpraszającym, o ile nie byłby w krytycznej fazie etyki, lub on działający sam; będzie musiał stworzyć zaklęcie, okrywające jakiekolwiek i wszystkie sygnały postrzegane przez zmysły... następnie zastrzyk z roztopionym srebrem lub nawet lepiej rtęcią.

- Nie powinnam, nadal jesteś uczniem, Tom. - Nadia mitygowała się jeszcze chwilę i zwrócił swoją pełną koncentrację na więź, a dokładnie na jej prawie kompletny brak...

Tom spodziewał się jakiejś przekory po swoim partnerze, więc nie był tym naprawdę zaskoczony. Ale całkowite odcięcie, które spotkał, było czymś zupełnie innym, niepokojącym. Burząc się wewnętrznie, ukradkiem próbował ponownie zdobyć wejście do jego umysłu, ale było to wciąż bezskutecznie ku jego głębokiej frustracji.

Harry coś knuł...

Nawet wtedy, gdy Nadia zaczęła podawać rzeczywiste informacje, wciąż utrzymywał ponad połowę swojej uwagi monitorując więź, co okazało się być dobrym środkiem ostrożności, inaczej byłby uderzony całkowicie nieświadomie nagłym atakiem.

Mimo to, wszechogarniające drenowanie z magii przyszło prawdziwie znikąd. Tom nie miał czasu, aby je w pełni rozpoznać, tym bardziej analizować, lub zareagować. Poczuł tylko jak iskra, która była Harrym i ich połączenie słabnie i zanika i wysłał wszystko, co mógł do swojego partnera, zamiast zamknąć lub wyłączyć więź, aby uniknąć podobnego losu.

Wszystko po chwili było zakończone; Tom czuł, że wysłał tylko mały ułamek tego, co Harry oddał, ale wciąż było to katastrofalne w swojej gwałtowności. Poczuł, że natychmiast osunął się w fotelu (niewybaczalne publicznie), a jedyną rzeczą, powstrzymującą go od paniki było, że czuł ich więź ponownie pulsującą życiem. (Choć denerwująco, wciąż jeszcze zamkniętą).

Nie wiedział, co się naprawdę dzieje, poza tym, że to wina Harry'ego, i że miał zamiar udusić go gołymi rękami...

Mruknął pół-lekceważące usprawiedliwienie i zrobił ruch, aby wstać, ale Nadia zatrzymała go. Nie wydaje się, że zauważyła jego słabą chwilę;

przeciwnie wydawała się sama bardzo przejęta.

- Wiem, że jesteś zajętym młodym człowiekiem, Tom, ale muszę porozmawiać z tobą o ważnej sprawie, o wiele ważniejszej niż mój mały problem. - Wyglądała na zawstydzoną i całkowicie poważną.

Tom westchnął w duchu, gdy się uśmiechał.

- Chętnie wysłucham wszelkie twoje obawy, Pani Kirowa.

Wyglądało na to, że ukaranie Harry'ego przesunie się o kilka chwil…

Nadia nie wyglądała na uspokojoną jego odpowiedzią; przeciwnie, ręce jej wydawały się lekko drżeć, gdy podnosiła filiżankę do ust, ale nie wahała się, głęboki oddech i powiedziała wszystko otwarcie.

- Byłam tak dumna z ciebie, Tom, kiedy zacząłeś zabiegać o Hermionę, taka inteligentna, ambitna dziewczyna, ale nie mogłam nie zauważyć wczoraj, że twoja bliska przyjaźń z panem Evansem rozwinęła się w coś znacznie głębszego i skomplikowanego. - Powiedziała niemal gorączkowo szybko i spuściła wzrok. - Wiem, że naprawdę wtrącam się i normalnie bym po prostu powstrzymała swoją radę, ale nie mogę. - Odważyła się kontynuować, ale jej głos brzmiał niemal otwarcie błagalnie. - Nie jesteś już dłużej młodzieńcem, ale młodym mężczyzną na początku swojej drogi. Czy naprawdę sądzisz, że warto odrzucić wszystkie swoje marzenia i ambicje tylko dla romansu? - Udało jej się spojrzeć bezpośrednio w jego oczy i wzdrygnęła się przez jego spojrzenie, niemal bez tchu.

Ale Tom dawno przestał jej słuchać. Był świadomy tylko szumu w uszach, i czerwonej mgły przed oczami. Był już naprawdę poważnie wściekły na Harry'ego i idiotyczne mniemania Nadii, że mogła mu mówić, jak ma żyć, po prostu dolały oliwy do jego ognia. Jedynymi powodami, że jej nie uderzył, jak uciążliwej muchy, były po pierwsze zaskoczenie i po drugie jego samokontrola.

Oczywiście, wiedział lepiej, by nie pozwalać sobie teraz na utratę kontroli. Nieważne jak bardzo chciał ją ukarać za jej wścibstwo, choć głównie Harry'ego (i dać sobie upust, zanim się z nim spotka) była duża możliwość, że ktoś w Ministerstwie słyszał, że tu przyjeżdżał, lub że może zostać złapany przez jakieś urządzenie nagrywające, a sam fakt, że tu pracował był publicznie znany.

Nie żeby, nie miała za to słono zapłacić... nawet krwią... ale musiał mieć to zorganizowane. Zastanawiał się, jak proste może być naśladowanie rany od wilkołaka, przekonujące nawet dla Aurorów lub medyków... Może powinien starać się być leniwy i miłosierny ten raz, aby uratować ją od wilkołaka po prostu nieco za późno... Jak Harry zasugerował, ledwie wczoraj, poniżej niego było rozprawienie się z nią; wątpił, czy przetrwałaby długo konsekwencje ukąszenia, w jej wieku...

Jednego był pewien, jeżeli wyjaśnienia Harry'ego go nie zadowolą, zamierzał zlecić mu posprzątanie tej sprawy. Może druga dawka, "na żywo", w końcu do niego dotrze... Na razie musiał radzić sobie ustnie z Nadią, to byłoby zbyt podejrzane, gdyby zrobił inaczej; ona już prawie zemdlała z powodu jego oziębłych czerwonych oczu...

- Zastanawiałem się, pani Kirowa, - zaczął, formalnym i zabójczo miękkim głosem, jak ostrze brzytwy; - Co daje ci prawo do ingerencji w moje życie? Jestem w końcu nikim, prócz byłego pracownika...

Te słowa wydawały się ją jeszcze bardziej zdenerwować niż widok jego gwałtownego gniewu, wyglądała na gotową się rozpłakać.

- Wiem, że nie mam żadnych formalnych praw, ale też wiesz, że traktowałam cię jak wnuka.

Tom zacisnął wargi, jego czerwone oczy zwęziły się w szparki. Był bardzo świadom, że była dla niego bardziej miękka niż normalnie pracodawca, ale podnoszenie sprawy teraz brzmiało zbyt tanio.

- Naprawdę, więc dlaczego, nigdy nie myślałaś, aby zrobić to formalnie? Szanowane czystokrwiste nazwisko, jak Kirowa, byłoby daleko idącą drogą, by wspomóc moje ambicje, o które byłaś tak zaniepokojona. - Ostro przekręcił nóż.

Nadia była bezgranicznie zszokowana.

- Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłbyś je chcieć, jesteś już dorosły i tak niezależny... To nie tak, że jest tu wielki szacunek dla nas, emigrantów. - Uśmiechnęła się smutno.

Uśmiech Toma był zimny jak lód.

- Rodzina mojego przyjaciela, Antonina, wydaje się dobrze sobie radzić, ale to obecnie nie ma znaczenia. - Wstał. - Wiem, że to wiele zmienia, ale pozwól mi zatrzymać książki, na kilka dni, co najmniej, są one bardzo potrzebne. - Jakoś, mogło to ujść za uprzejmość, ale tak naprawdę było rozkazem.

Nadia nie przyjęła go wcale.

- Och, proszę! Jakbym poprosiła, abyś z nich zrezygnował wobec tego, co cię czeka. - Nagle spojrzała nieśmiało. - Przykro mi, że cię zdenerwowałam, ale jeśli naprawdę uważasz, że moje nazwisko może pomóc chętnie bym ci je dała. - Widząc brak reakcji zaplotła ręce. - Naprawdę nie musisz wychodzić, wiesz.

Wargi Toma drgnęły z rozbawieniem, ale mogło to ujść za smutek.

- Nie jestem pewien, że to dobry pomysł, i niestety muszę odmówić twojej uprzejmej ofercie. Jestem, jak pani zauważyłaś, bardzo niezależny i nie zamierzam tego oddać nawet dla rodziny. - Uśmiechnął się szczerze.

- Prawdę mówiąc mam już całą rodzinę, jaka kiedykolwiek będzie potrzebna. - To prawda, nawet, jeśli chciał obecnie skręcić kark wspomnianej rodzinie.

Nadia przyjęła to jak cios.

- Naprawdę myślisz, że mogłabym cię skreślić, bo lubisz chłopców? - Tom nawet nie musiał odpowiadać. To ją jeszcze bardziej zdenerwowało i wyglądała, jakby miała dostać ataku serca.

- Usiądź na miłość boską, nie jestem pruderyjną Angielką. U nas, na dworze carskim, to nie miało znaczenia, a na pewno nie utrudniało kariery... Żałuję tylko, że tam nie jesteś, mógłbyś zajść tak daleko... - Westchnęła ze smutkiem, prawdopodobnie za nich oboje.

Okoliczności pozwalały nawet na aż tak wiele...

Tom postanowił zrobić jej przyjemność i usiadł spokojnie w jej fotelu... Zaczęło go bawić jej narzekanie.

- Nie martw się, potrafię być dyskretny i także Harry. - Pozwolił sobie na uśmiech, nie było powodu, by nie zakończyć tej rozmowy w zgodzie.

Nadia prychnęła wyrażając opinię o tym.

- Co do ciebie to nie wątpię... ale Harry... - Jej milczenie mówiło za siebie.

Tom posłał jej jadowite spojrzenie, nadal był wściekły na niego, ale nikt inny nie miał prawa do czepiania się Harry'ego.

To spojrzenie sprawiło, że stała się jeszcze bardziej pobudzona, wstała i zaczęła chodzić.

- Posłuchaj, Tom, ja już wielokrotnie wtykałam nos w twoje sprawy, więc nie zaszkodzi jeszcze raz. Ten związek, jaki masz z Harrym, czy to, jako kochankiem, czy rodziną, jest tym, co mnie martwi najbardziej. - Tym razem jego wściekłe spojrzenie, sprawiło, że wycofała się o kilka kroków, ale nie odpuściła.

- Harry to kochane dziecko, uprzejmy i miły dla każdego, nawet, jeśli nie jest intelektualistą. Naprawdę można go polubić, ale jest taki odważny i impulsywny, że stąpa na krawędzi... W lecie zmusił cię do stanięcia w obronie Pokątnej z tym szaleńcem, dwa dni temu walczyliście przeciwko Grindelwaldowi w Hogsmeade, a raczej prędzej niż później macie zamiar zmierzyć się z nim jeszcze raz; nie jestem głupia, wiesz o tym. Jak długo potrwa, dopóki przez niego nie dasz się zabić, jak przez mojego głupiego zięcia mój wnuk? - Skrzyżowała ramiona.

Tom przypomniał sobie, że lepiej żeby wszystko skończyło się spokojnie.

- Nie znam twojej sytuacji rodzinnej, ale z całą mocą mogę cię zapewnić, że potrafię się chronić.

Odrażająco, jej oczy napełniły się łzami.

- Tak samo myślał mój Misha, był geniuszem jak ty, ale takim idealistą i pozwolił swojemu ojcu przekonać się, kiedy zaczął działać. Jakie sprawy miał, zaledwie chłopiec, z bolszewikami? Byliśmy ze szlacheckiej linii, powinniśmy odejść... Zamiast tego zmarł od mugolskiej kuli, a ten idiota Piotr niewiele później. Moja biedna Sasha, moja córka zmarła z żalu przez utratę ich obu.

Tom chciał podkreślić, że historia jej rodziny nie miała nic wspólnego z nim, i ledwo powstrzymał się od wyrażenia, za jak słabą uważał jej córkę...

Ale Nadia jeszcze nie skończyła.

- Twój Harry też jest takim idealistą, o wiele, wiele bardziej. Prędzej czy później jego też spotka koniec w takiej walce, a wtedy, co zamierzasz zrobić? On jest całym twoim życiem, jak sam...

Może to był zły czas, ale jej słowa uderzyły Toma jak trzaśnięcie w twarz. Wszelkiego rodzaju logiczne myślenie odeszło.

Nie pozwolił jej skończyć, jego ręka zamknęła się gwałtownie na jej szyi.

- Gwarantuję ci, że nic nie zrani Harry'ego. - Trzymał zaciśniętą rękę, aż skinęła głową, że zrozumiała, a potem puścił.

Tom był przerażony sobą, nie, że prawie ją zabił, co się jej, jego zdaniem, należało, ale że opuścił maskę przedwcześnie. Nigdy wcześniej nie zrobił tego w jej obecności...

Spodziewał się, że użyje swoich imponujących osłon, by go wyrzucić, ale jej reakcja była daleko poza jego zrozumieniem.

Nadia nawet nie złapała całkiem oddechu, jednak jej słowa wyszły zarówno skromne i dumne, ale przede wszystkim naprawdę szalone:

- Więc będę mieć dwóch wnuków, jeśli pozwolisz.

Niemal w tej samej chwili usłyszeli głośny trzask. Harry przełamał zarówno osłony, jak i drzwi, dysząc niepokojąco z magicznego, jeśli nie całkowitego wyczerpania, ale wymusił sobie drogę do środka, by ją uratować.

Tom nie mógł się powstrzymać, sardonicznie unosząc brew, przedrzeźniając ją i zrozumienie świtające w jej oczach...


Tom cieszył się zmieszaniem i dyskomfortem Harry'ego wobec matkowania Nadii, ale jego usta zacisnęły się, kiedy zaproponowała mu eliksir pieprzowy do herbaty. Miała rację, oczywiście; wygląd Harry'ego był upiorny, śmiertelnie blady i niemal drżący ze zmęczenia od drenażu energii, ale fakt, że jego stan był na tyle zły, że jego słabość została oceniona na pierwsze spojrzenie przez zupełnie obcą osobę, potęgował jego gniew.

To nie był oczywiście jedyny powód niepokoju jego partnera;

Tom nie potrzebował lustra, by wiedzieć, że jego oczy nie pociemniały do fiołkowego – jeszcze - ale i wątpił, by to się szybko stało. Mógł powiedzieć, że Nadia wciąż martwiła się takim pokazem siły i złości, ale w końcu zatrzymała swoje rady dla siebie, a Harry też milczał, aby zapobiec wplątaniu jej w ich walkę, jeśli mógł temu zapobiec.

Czuł też na sobie oczy Harry'ego, oceniające; mimo, że grał, że nie ma bladego pojęcia, będąc miłym dla Nadii i komplementując słodycze, czekał na wybuch. Ale Tom nie miał zamiaru dać mu go tak szybko, nawet, jeśli Nadia nie widziałaby nic złego w pozostawieniu ich samych, gdyby zapytał. Po pierwsze, to bardzo ograniczyłoby czekającą karę, a po drugie i ważniejsze, to sprawa osobista, i już w obecnej sytuacji, dał jej wystarczająco wiele praw...

Nie, wszystko przyjdzie w odpowiednim czasie...

Kilka minut później jego zwolennicy odważyli się pojawić w drzwiach, na czele z przejętą Granger, i zostali przyjęci bez zamieszania. Spojrzenie na ich martwe, winne twarze i najlżejszy wgląd powiedział mu, że siedzieli bezczynnie, podczas gdy Harry ryzykował szyją.

Bardzo dobrze, poniosą konsekwencje. Znacznie lepiej wyładować teraz swój gniew na nich, niż na Harrym i prawdopodobnie zrobić nieodwracalne szkody, wciąż wyglądał jakby mógł upaść przy silnym wietrze, a to zdecydowanie bardziej będzie go bolało.

Nadia była wniebowzięta, gdy ją zobaczyła i mogła gościć więcej jego "przyjaciół" i była bardzo uprzejma. Była gotowa zaoferować także im herbatę, ale potem zauważyła późną godzinę i zmieniła to, nalegając na obiad. Tom uznał za bardziej rozsądne, aby zostać i zaakceptował propozycję w imieniu wszystkich, ale nie był zaskoczony, gdy Harry zaprotestował, z wymówką, by nie zawieść Dorei i był zadowolony, gdy Leonard zakwestionował to, mówiąc, że wysłał Patronusa informując ją, że się spóźnią.

Przygotowania do przystosowania skromnego pokoju do przyjęcia komfortowo dziesięciu osób nie wymagały żadnego wysiłku i podjął je ze zwyczajową maską łaskawości i łatwością obejścia z otoczeniem, które zdawały się złagodzić ostatnie zmartwienia Nadii.

Wyglądało na to, że postanowiła wziąć jego wybuch, jako aberrację i całkowicie to wybaczyć, jak głupia staruszka, którą była.

Nie, żeby cała sprawa nie miała w ogóle żadnego wpływu na jej zachowanie, całkiem przeciwnie. Pozytywna zmiana stała się widoczna, gdy podawała im jedzenie sama ze skrzatem, zamiast jak zwykłe prosić Hermionę, aby jej z tym pomogła. Była wciąż bardzo serdeczna, ale nie traktowała jej, jakby była jej przyszłą synową.

Przynajmniej nigdy nie miało już dojść do powtarzania tej nudnej dyskusji.

Jego zwolennicy uznali taki obrót spraw za przerwę przed wykonaniem egzekucji i zrelaksowali się, w przeciwieństwie do Harry'ego, który był jeszcze bardziej spięty. Rozmawiali o bezpiecznych tematach i nawet o tym, że Dorea była regularnym klientem Exandusa, dopóki jej mąż nie został pojmany, a ona przestała w ogóle wychodzić.

Wszyscy z nich zwracali się, oczywiście prawidłowo, z szacunkiem do ich starszej gospodyni, nie spodziewał się mniej w stosunku do czystej krwi Lady, ale nieco uwagi uświadomiło mu, że jego czyn dał im przesadne wrażenie i traktowali ją jak gdyby była jego matką, a nie tylko jego ex-szefową, nawet Leonard i Minerva szli za przykładem pozostałych.

Spędził nielogiczną ilość czasu w tym miejscu.

W końcu, gdy znowu wyjęła tacę ze słodyczami, miał dość tej gry i skinął dyskretnie na nich, aby się zbierali. Oczywiście zrobili to szybko i obładowali się książkami, nawet dziewczyny. Harry był szczególnie niezadowolony, kiedy tylko on został z pustymi rękami, ale Tom nie musiał nawet mu na to odpowiadać, inni zrobili to sami bez ponaglania. Pouczenia Granger były zarówno głośne jak długotrwałe, a innych też niewiele mniejsze, Nadii najbardziej.

Ten fakt nie spodobał się Harry'emu jeszcze bardziej, ale jego reakcja nie była w pełni skuteczna, ze względu na jego wyczerpanie. Tym Tom nie był rozbawiony.

W innych okolicznościach mógłby uznać to za urocze, ten upór, teraz po prostu bardziej go wkurzał. Eliksir pieprzowy pomógł, Harry przestał wyglądać jakby wstał z łoża śmierci, ale wciąż stał niepewnie na nogach, słaby jak kociak. Nie, Tom był pod wrażeniem, że udało mu się teleportować i nie paść... A on w dodatku chciał jeszcze pomóc i też nieść książki...

...Jeżeli wierzył, że mógł się wywinąć tylko noszeniem książek, to Złoty Chłopiec miał urojenia...

Pożegnali się i udali do Potter Manor, przez aportację, z Harrym narzekającym całą drogę, że został zmuszony do aportacji łącznej.


Obawy jego partnera dotyczące Lady Potter były słuszne, kiedy dotarli czekała na nich w holu z książką. Leonard wziął na siebie wyjaśnienia ich decyzji, ale uwaga Lady, gdy już upewniła się, że jej syn był w porządku, była skupiona wyłącznie na Harrym i zatrzymała go przy sobie, gdy pozostali udali się w głąb domu. Tom zdecydował się również pozostać.

- Co się z tobą stało, Harry? Wyglądasz na naprawdę chorego, powinnam zawołać uzdrowiciela, może pani Wilson, jeżeli miałeś z nią do czynienia? - Jej głos był zbyt jawnie zaniepokojony.

Na to Harry zareagował przewidywalnie.

- Proszę nie, ciociu Doreo, jestem w porządku, naprawdę. I nie trzeba uzdrowiciela, zwłaszcza Pani Wilson. - Bronił się zaciekle, oddech później dodając nieśmiało: - Nie zamierzałem cię obrazić.

Ale wpadł na kogoś prawie tak upartego jak on; podczas gdy Dorea była wyraźnie wniebowzięta, z powodu nazwania ciocią, nie zauważając lub nie troszcząc się o manipulację, ściągnęła usta i zaczęła tłumaczenie.

- Nie jesteś w porządku, Harry, kochanie. Jeśli przeciążysz się, ryzykujesz swoje niedawne zagojenie, a nie chcesz, stawić jej czoła po tym, mogę zawołać Neville'a, Lorda Longbottom. Jest bliskim przyjacielem rodziny i pracuje zawodowo z Aurorami, więc jest przyzwyczajony do takich rzeczy i nie będzie cię ani pouczać ani krzyczeć, obiecuję.

Harry zarumienił się strasznie i spróbował jeszcze raz zaprotestować, ale Dorea było twarda i Tom w końcu zdecydował się przerwać przepychankę i ingerować.

Obecność uzdrowiciela i tak nie da nic dobrego.

- Bardzo doceniamy twoją troskę, Lady Doreo, ale żaden uzdrowiciel, a nawet szpital, nie może naprawdę pomóc w magicznym wyczerpaniu. On po prostu potrzebuje snu i to dużo.

Harry posłał mu wściekłe, podejrzliwe spojrzenie, ale zakwestionował tylko krótkim:

- To nie jest nic tak poważnego.

Spojrzenie Dorei zmieniło się w zastanawiające, ale nie w taki sposób, który potępiał Harry'ego, mimo że wydawał się słabszy od jej oczekiwań...

Też zaczęła się przywiązywać.

- To nie jest do końca prawda, Tom. Chociaż nie jest to powszechnie znane, jest ciemny napój w grimuarze Potterów, który może walczyć z większością jego skutków. – Uśmiechnęła się. - Mogę go uwarzyć dziś wieczorem.

Tom posłał jej niemal całkowicie szczery uśmiech; zauważył coś takiego w grimuarze i zamierzał sam go uwarzyć, jeśli będzie trzeba, skoro Prince'owi było niedostępne, ale Dorea sama wpadła mu prosto do rąk i zaoszczędziła bardzo mu potrzebny czas.

- Dziękuję, Pani Doreo.

Dorea też uśmiechnęła się, zadowolona z jego troski.

- Dziękuję ci, Tom, za powiedzenie mi o prawdziwym problemie. - Jej uśmiech się trochę skrzywił. - Ale mów do mnie po prostu, Dorea, też jesteś rodziną.

Tom wewnątrz szydził z sentymentalizmu, ale na zewnątrz uśmiechnął się i skinął głową.

- Jak sobie życzysz, Doreo.

Harry'emu było nadal bardzo niezręcznie z całą sprawą, ale przyjął nieuniknione z wdziękiem.

- Dzięki, Ciociu Doreo, to dużo znaczy.

Dorea rozjaśniła się na ciepło jego głosu.

- Nie myśl wcale o tym, kochanie, po prostu idź odpocząć, żeby doskonale zadziałało rano.

Ale Harry nie był w tak złym stanie, żeby całkowicie opuścił go rozum. Podczas gdy uśmiechnął się do Dorei i powiedział, że tak będzie, jego spojrzenie w jego stronę, wyglądające na skromne, płonęło od podejrzeń.

- A ty, Tom, co zamierzasz zrobić?

Tom posłał mu swój drapieżny uśmiech; nie miał powodu, aby unikać prawdy.

- Jest jeszcze wcześnie, nawet nie dziewiąta, pozostali będą w laboratorium, dołączę do nich, by pracować nad kamieniem, a potem potrenować z nimi przez chwilę.

Harry nie potrzebował wyraźniejszych słów, doskonale zrozumiał, a jego oczy błysnęły z wściekłości. Wyprostował się, odrzucając swoja słabość, jak wąż skórę, i uśmiechnął się przepraszająco do Dorei.

- Przepraszam ciociu, będę odpoczywać, ale naprawdę muszę najpierw porozmawiać z Tomem. - Chwycił go za rękę, niemal wyciągając.

Tom był tak zadowolony z tej zmiany, że pozwolił na to; i tak nie mogli walczyć publicznie...

Harry nie poprowadził go daleko, tylko do sali balowej, najdalszego od laboratorium, dużego pomieszczenia w domu, nadawało się.

W milczeniu, obaj rzucili zaklęcia prywatności i blokujące dźwięki, ale po zrobieniu tego Harry był pierwszym, by zacząć kłotnię, i zrobił to z zuchwałym:

- Co, do cholery myślisz, że planujesz? - Zaczął.

Tom liczył dokładnie na tego typu reakcję, ale obłudny ton i tak testował jego kontrolę nad wściekłością. Jednak, ukrył to, uśmiechając się i czekał, aby zobaczyć, co jego przyjaciel sam zaproponuje.

- Nic, co nie jest uzasadnione ani całkowicie w zasięgu moich praw. - Powiedział mu beztrosko.

Harry posłał mu nieprzejęte spojrzenie.

- Załóżmy, że to jest naprawdę w zasięgu nadmuchanej idei praw, ale uzasadnione? - Jego głos był spokojny, tym razem, oprócz niewątpliwego testowania.

Tom po prostu spojrzał na niego; Widział jego niepokój, mimo normalnego tonu, szczególnie przez to, i odpowiedział tak samo, obracając nóż.

- Moje rozkazy były proste, by nie stracić cię z oczu i trzymać cię z dala od kłopotów. W czym z tego odnieśli sukces, a choćby próbowali? - Harry był oburzony i nie było to całkowicie fałszywe.

- Nie tkniesz ich. To było na moje polecenie i całkowicie z mojej winy. - Wciąż nie wyjaśniał, tylko unosząc brew.

- Chyba, że propozycja wspólnego przywództwa to były tylko puste słowa? - Ostatnia część była zdecydowanie wyzwaniem, ale dało się wyczuć lekkie zranienie, że wycofał ofertę tak szybko.

Tom na to zacisnął pięści, choć był ponuro usatysfakcjonowany, że jego cios dotknął do żywego i jeszcze daleki od gotowości, aby powstrzymać drwiny.

To była jedyna rzecz, trzymająca go przy zdrowych zmysłach.

- Och, to nigdy nie było zagrożone, kochanie, zakładając oczywiście, że masz kontrolę nad swoim stanem umysłowym. - Uśmiechnął się radośnie.

- Nie chcesz teraz, żeby stała się im krzywda, prawda?

Mocny błysk oczu chłopaka, powiedział mu, że to zabolało jeszcze bardziej, ale to nadal nie wystarczyło, by złamać Harry'ego, znowu zachował spokój.

- Semantyka, Tom, nie sprowadziłem na nich niebezpieczeństwa. Jedynym zagrożeniem dla nich jesteś obecnie ty, nie ja, choć naprawdę nie powinieneś, przysięga i te sprawy. - Jego partner uśmiechnął się słodko, ale nie było w tym nic przyjemnego.

Cierpliwość Toma gwałtownie malała i jego pięści były coraz bardziej śliskie od krwi, rozcięte jego własnymi paznokciami, od zaciskania ich.

Ale nie zamierzał złamać się pierwszy.

To postanowienie było w tej chwili jego jedyną kotwicą.

- Być może, ale nadal jesteś zagrożeniem dla siebie, spójrz na stan, w jakim wróciłeś... - Zmusił się do uśmiechu, równie przyjemnego, jak Harry'ego.

- ...I Nie masz prawa wspominania przysięgi. - To ujął prawie bezceremonialnie, podkreślając zagrożenie.

Ale Harry nie zwracał uwagi na jego słowa, jego oczy przykuła jego twarz, a następnie jego zakrwawione pięści, i wyraźnie złagodniał.

- Tom, ja... - Próbował z wahaniem, oblizując wargi.

To było zbyt wiele!

Tom utrzymał kontrolę, nawet wobec jadowitego języka Harry'ego, ale nie mógł znieść jego współczucia. Jego różdżka instynktownie była w dłoni i rzucał zaklęcie, zanim myśl powstała w jego umyśle. Cruciatus było mimowolne i całkowicie nieskrępowane, podsycane przez jego ogromną wściekłość; i nie trwało tylko sekundę.

W chwili, gdy jego głowa ochłonęła, nieco, Tom był wstrząśnięty i oburzony własnym działaniem. Chociaż całkowite pokonanie Harry'ego było zdecydowanie w jego zamiarach, po przestrachu, jaki mu zafundował; tak całkowita utrata kontroli było zarówno słaba jak i nieproduktywna; jego partner mógł z tego powodu łatwo umrzeć w swoim obecnym stanie.

To jednak nie było jedyną rzeczą, która nim wstrząsnęła.

Harry został trafiony całą siłą jego Cruciatusa, a może nawet bardziej. Naturalną rzeczą byłoby dla niego upaść na podłogę, rzucając się szaleńczo i krzycząc do ochrypnięcia z nieznośnego bólu. Ale nic takiego nie nastąpiło...

Zdecydowanie był ból, twarz Harry'ego była wykrzywiona w okropnym grymasie, ale żaden dźwięk nie opuścił jego ust, a nawet, gdy klątwa została wycofana nie zwinął się w stanie wyczerpania.

To było szaleństwo, Harry nie miał takiej mocy; nikt na ziemi nie miał.

Był też wściekły jak diabli...

Dokładnie w momencie, gdy Harry był w stanie oddychać, pokonał te kilka kroków, które ich dzieliło i chwycił go za krawat.

- Co ty sobie, do cholery, myślisz? - Krzyknął mu prosto w twarz.

Tom powtarzał sobie, że nie może go w tej chwili zabić, że to będzie zbyt łatwe. Złapał za atakujące dłonie, trzymając je tam, gdzie są, ściskał bezlitośnie, prawie miażdżąc kości. Harry wciąż nie wydał żadnego dźwięku.

- Ty, ty śmiesz mnie o to pytać? - Syknął, by nie krzyczeć, w odpowiedzi.

Ale ból otrzeźwił Harry'ego i ponownie pojawiło się zrozumienie w jego oczach, poza rosnącym gniewem i bólem.

- Jestem w porządku, Tom, nic się nie stało. - Też syczał, jakby chciał go ułagodzić.

Tom zapomniał nawet znaczenie słowa powstrzymywać się; brutalnie popchnął Harry'ego na najbliższą ścianę, zawieszając go przed sobą. Harry nie był osobą, która to po prostu zaakceptuje, odpychając go i używając całego ciała, aby to zrobić. Tom był bardziej niż zdegustowany sobą, kiedy jego ciało na to odpowiedziało, jednak nie był jedynym, i użył właśnie tego, by znowu przycisnąć Harry'ego.

- Nic się nie stało? - Nie pozwolił mu na odpowiedź, jego palce zacisnęły się na szyi Harry'ego, znacząc ją jego krwią; znacznie ostrzej, niż kiedykolwiek wcześniej próbował ze swoim partnerem.

- Nie waż się mnie okłamywać. - Każde słowo było dociśnięciem, linia pomiędzy ukaraniem a morderstwem stała się wręcz niewiarygodnie cienka.

Harry nadal z nim walczył, ale był zbyt osłabiony, tym, cokolwiek, do cholery zrobił, by było to naprawdę skuteczne. Jednak, gdy brak powietrza zaczął stawać się problemem, zacinał własne palce wokół Toma z całą ich stalową siłą, zmuszając go do złagodzenia uścisku lub złamania ich. Fakt, że Tom nie chciał naprawdę go zabić też odegrał swoją rolę...

Kilka głębokich oddechów później, Harry zaczął go besztać, wciąż trzymając jego ręce uwięzione, jakby nie ufał mu, że go nie zaatakuje, Tom pozwolił mu na to, na razie.

- Do diabła, Tom, nie kłamię. Nie było to rzeczą łatwą, stąd mój stan, ale jestem tu, jak widzisz, w pełni żywy. - Jego głos był dużo bardziej napięty niż zwykle, ale nie pozwalał sobie na więcej niż naturalne przerwy.

Tom zacisnął zęby, aż były gotowe pęknąć, ale starał się odzyskać pozory spokoju.

Im dłużej Harry pozostawał tym spokojniejszym, tym większą miał nad tym kontrolę, jego partner utrzymywał bariery oklumencji absurdalnie wysokie.

- Naprawdę, kochany? Nazwałbym złamanie twojego słowa zupełnie inaczej, ale co to była za absorbująca rzecz, którą zrobiłeś, nigdy tego nie wspomniałeś? - Zapytał jedwabiście.

Pięść, której nie mógł uniknąć i smak krwi, powiedział mu, że się udało, użył rozpędu partnera i ręki, której Harry nie miał czasu, by zwolnić w swoim szybkim ruchu, wysyłając swojego partnera z powrotem na ścianę, ale nie oddał ciosu.

Gdyby zaczął, nie zatrzymałby się, a potrzebował tych odpowiedzi.

Wściekłość Harry'ego nie złagodniała ani trochę.

- Tom, ty draniu, nigdy go nie złamałem. Zabiłem, zamordowałem, by dotrzymać mojego słowa dla Ciebie. - Jego głos był teraz jeszcze bardziej napięty, ale potem wysunął podbródek. - I to nie twoja sprawa.

Tyle z jego opanowania!

Tom nawet nie poczuł, że jego ciało świadomie się porusza, tylko jego ręka chwyciła ostro włosy Harry'ego, zmuszając go by podniósł głowę jak najwyżej, gdy swoją opuścił, umieszczając ich oczy tylko cal od siebie, ich ciężkie oddechy mieszały się.

- To było wtedy, kochanie. Czułem jak odchodzisz. Umierasz! - Nienawidził siebie za emocjonalność jego głosu, ale nienawidził Harry'ego za jeszcze większą miękkość w jego oczach w odpowiedzi. Zacisnął chwyt na jego włosach na jeszcze bardziej bolesny.

Oczy Harry'ego mimowolne zwilgotniały, ale jego ekspresja nie zmieniła się, były tam wyraźnie obecne przeprosiny i zrozumienie, ale żal i zdecydowanie były na pewno dominującą emocją.

- Nie chciałem iść tak daleko i bardzo cię przepraszam, - za przestraszenie cię, choć ta część została taktownie niewypowiedziana,

- Postaram się nie zrobić tego ponownie. - Co oznaczało, że jeśli będzie potrzeba jego dane słowo będzie przestarzałe i nieważne.

"Przestań"

Znowu ręce Toma ruszyły bez jego zgody i potrząsał Harrym, aż jego zęby szczękały.

- Źle zrozumiałeś. - Wyszeptał. - Nigdy więcej samobójczych akcji, z jakiegokolwiek powodu, trzymam cię za słowo. - Rozkaz.

Harry odsunął jego ręce.

- To nie jest twoja decyzja, nie masz prawa. - Nie było wahania ani niepewności w jego głosie.

Tom złapał go ponownie, wykręcając mu ręce nad głową, tym razem z całkowitą kontrolą nad sobą.

- Pomyśl jeszcze raz, kochany. Jeśli masz zamiar tak robić, to wolałbym sam cię zabić i skończyć z tym. - Harry nie zareagował na to, patrząc przed siebie z kamienną twarzą, a Tom uśmiechnął się lodowato, że jeszcze nie skończył.

- I na pewno nie wyglądałbym tak pewnie na Twoim miejscu. - Upomniał; - Nie jesteś tak obojętny.

- Odpierdol się! - Harry zaprotestował jadowicie i jego próby uwolnienia się nie były w żadnym razie zabawne, ale mocne pchnięcie jego bioder definitywnie położyło im koniec, potwierdzając prawdę jego słów.

Stalowa twardość, którą znalazł, nie była niczym innym, niż się spodziewał, a jednak Tom nie miał w tym żadnej przyjemności, to nawet nie było w porządku, będąc bardzo ostrym przypomnieniem, że wciąż jeszcze były powody, naprawdę całkiem dobre, by bać się o prawdziwość uczuć Harry'ego. Mimo to, schylił się, by spotkać odpowiadający jęk, ale go nie pocałował, jak wyraźnie oczekiwał jego partner, chociaż szept do ucha mógł uznać za pieszczotę.

- Nie tak szybko, kochanie, byłeś twardy, od kiedy walka się rozpoczęła i pozostałeś, nawet, kiedy prawie cię zabiłem, to mówi bardziej o szaleństwie i instynkcie samobójczym, uzależniony od adrenaliny bohaterze.

Spojrzenie Harry'ego zamarło.

- Jakbyś ty nie był inny?

Tom prawie się roześmiał.

- Być może, ale na pewno nie mam dążeń samobójczych. - Ugryzienie w ucho i kolejny jego słodko - groźny syk był już bezpośrednio nad ustami Harry'ego.

- Chcesz umrzeć? Dam ci to. Zabiję cię i przywrócę z powrotem i znowu, dopóki nie wystarczy... - Nie był w tym momencie pewien, że żartuje.

Na szczęście Harry nie był aż takim samobójcą, kopnął go z całej siły, łamiąc kość strzałkową i zdołał uciec z uścisku. Ale Tom nie był pokonany, rzucił analogiczną klątwę upadając i Harry upadł zaledwie kilka stóp od niego. Zrobili chwilę przerwy, by się uleczyć i ponownie stali naprzeciw siebie. Tom nie czuł litości, a Harry radził sobie dobrze mimo swojego osłabionego stanu, choć wielokrotnie musiał wymuszać pierwszeństwo między nimi, (czego uzgodnili formalnie unikać) by utrzymać ten stan rzeczy.

Tom musiał, po raz kolejny, podziwiać jego upór, bo nawet, gdy jego wyczerpana moc zaczęła poważnie go opuszczać, Harry nie poddawał się, po prostu podniósł głowę, odsłaniając szyję i spojrzał na niego z tym dumnym, pół-śmiałym, pół samobójczym wyrazem twarzy.

Chcesz mnie zabić? Zrób to. Wyzywam cię!"

Nagle miał dość.

- Co do cholery, zrobiłeś, tak poważnego, że wolisz umrzeć, niż to wyznać?

Harry był w rozterce.

- Tom, ja nie...

Jego cierpliwość się skończyła.

- Proszę, oszczędź mi. Odkąd jesteśmy tutaj, twoje odpowiedzi były celowo prowokacyjne, albo próbowałeś obrócić sprawy do seksu, rozpraszałeś mnie.

Harry poczuł się tym urażony.

- Nie próbowałem używać seksu.

Tom ukrył zmęczone westchnienie.

- Dobrze, nie było to świadome... Czy teraz powiesz mi, co zrobiłeś? Wątpię, że mogę stać się bardziej zły. - Uśmieszek.

- Nigdy nie słyszałem o kimś odrzucającym Cruciatusa...

Harry ukrył triumfalny uśmiech i wysłał mu "spojrzenie", ale w końcu ustąpił.

- Dobrze, i tak dowiedziałbyś się za dzień lub dwa. - Rzucił mu małą, białą, jedwabną torebkę.

Tom był w tym momencie niezmiernie ciekawy i otworzył torbę bez sprawdzania na obecność zaklęć, ufał Harry'emu, że nie da mu nic szkodliwego, nawet w obecnych okolicznościach. Harry posłał mu pół gorzki uśmiech na ten pokaz zaufania, ale był zbyt zaabsorbowany, tym, co znalazł, by zauważyć to uważniej, niż kątem oka.

- Czym, do cholery, są te perełki? - Nawet w chwili, gdy zapytał, w połowie znał już odpowiedź.

Koloru morskiego, wielkości koralików, perełki całkowicie zgrane z mocą Harry'ego i w prawie znikomej części z jego własną. Nic dziwnego, że ich nie zauważył. Poza osobistą aurą Harry'ego, nie różniły się od niej i ich emanacje zebrane, jako całość, mogły uchodzić za niego, jeśli sprawdzał tylko sygnaturę.

Harry posłał mu wpół drażniący uśmiech, za wymaganie wyjaśnienia, zamiast dojście do odpowiedzi samemu, ale jej udzielił.

- To są ochronne amulety. - Jego ton był wciąż w najmniejszym stopniu defensywny.

Cóż, to było zdecydowanie pouczające!

Tom powstrzymał się od nieokrzesanego mamrotania.

- Już to wymyśliłem, geniuszu, pytanie brzmi, dlaczego je zrobiłeś i, co ważniejsze, kto, w ogóle, pomógł Ci w rytuale?

Harry był zaskoczony.

- Jak..? - Ale chwilę później przewrócił oczami. - Jeśli domyśliłeś się, po co męczysz się pytaniem? - Tom posłał mu spojrzenie i Harry westchnął.

- To są moje prezenty świąteczne, przy okazji, jeden z nich jest dla Ciebie; - uśmiechnął się, wciąż jeszcze jednak nie oferując odpowiedzi na drugie pytanie.

Tom ugryzł się w policzek, prosząc o cierpliwość, ale sam też coś oferował.

- Po pierwsze: Nic mniejszego niż pełny rytuał nie może zebrać tyle energii, a po drugie: kto, twoim zdaniem pomógł Ci go przetrwać? - Mrugnięcie: - Ale dlaczego w ogóle, potrzebowałeś czegoś tak ekstremalnego? - Kompletne milczenie.

- Harry?

Harry wyglądał na zaskoczonego i wdzięcznego po jego wyznaniu; ścisnął mu dłonie drżącymi palcami.

- Dziękuję Tom, bardzo dziękuję! - Uśmiechnął się, ale także był wciąż równie nim zirytowany, i Tom zwątpił, że może rzeczywiście osiągnąć swój cel.

- ...Nadal nie mogę uwierzyć, że o to pytasz... Zapomniałeś, co musimy zrobić za dziewięć dni od teraz. Chłopaki będą potrzebować każdej możliwej pomocy, aby utrzymać się przy życiu. - Jego ręce były w ruchu intensywnych gestów, ilustrujących jego wyjaśnienie.

Tom przewrócił oczami. Powinien był to wiedzieć!

- W to akurat mogę uwierzyć, - wycedził, ale był jeszcze daleki od prawdziwie żartobliwego nastroju.

- Ale nadal nie powiedziałeś mi, kto ci pomagał. Nie każ mi zapytać po raz trzeci. - Nawet nie musiał używać tonu groźby.

Harry też to zrozumiał.

- Poprosiłem o pomoc pana Manthosa, i był na tyle uprzejmy, aby zgodzić się i podzielić częścią swojego dziedzictwa ze mną... Zadowolony? - Jego ton był sztucznie lekki.

Tom był naprawdę daleki od zadowolenia, ale przynajmniej miał nowy cel dla swojego gniewu.

- Dlaczego, do cholery, poprosiłeś o pomoc tego pijaka, jesteś szalony? - Trzymał swój głos ściśle pod kontrolą.

Nie, żeby to miało dla Harry'ego znaczenie, sądząc po jego twarzy, był urażony jakby obraził Potterów.

- Na miłość Salazara, Tom, nie nazywaj go tak! Myślałem, że jesteś całkowicie za docenianiem mocy dla mocy; Rytuał pana Aggelakisa był niesamowity i nie możesz zaprzeczyć niesamowitych wyników.

Tom zarówno mógł jak i zrobił...

- Ja nie mogę? - Zapytał niebezpiecznie. - Mam zamiar nazywać go, jak mi się podoba i ty masz to akceptować.

To jest, tak długo, jak mam zamiar pozwolić mu żyć...

- Być może, gdyby twój grecki przyjaciel nie pił tak dużo, nie byłbyś w tej chwili ledwo żywy. - Zakończył jedwabiście.

Harry, tym razem, nie stanął natychmiast w jego obronie, a jeśli Tom miałby opisać jego wygląd byłby zdecydowanie winny.

Miał bardzo złe przeczucia...

- Tak dokładne, Tom, to na pewno nie była wina pana Manthosa. Polecił mi dać tyle ile mogłem, ale...

- Ty przetłumaczyłeś to na dosłownie wyczerpanie swojego magicznego rdzenia. - Tom ścisnął nos, mocno, w tym momencie był tak niewyobrażalnie zmęczony, że nie mógł nawet zdobyć się na gniewną odpowiedź, nie pomagało, że nie był tym naprawdę zaskoczony...

... Naprawdę, powinien to przewidzieć...

- Eee, tak... Przepraszam. - Harry wyglądał na prawdziwie skruszonego, ale bardziej z jego powodu, niż ryzykowania swojej szyi.

Tom zacisnął usta, ale postanowił wykorzystać swoje obecne odrętwienie, aby mieć z głowy złe wieści.

- Więc? Czego chciał? - Zapytał od niechcenia.

- Tom? - Harry próbował grać niewinnego, ale chwila, gdy rozszerzył oczy, powiedziała mu wszystko, co chciał wiedzieć, było źle...

Tom zacisnął zęby i przeformułował.

- Harry. Czego ten pijaczyna zażądał od ciebie? Powiedziałeś, że podzielił się częścią swojego dziedzictwa, nawet Aggelakis nie mógłby tego zrobić za darmo.

Harry musiał na to zamknąć oczy, zanim wyprostował się zesztywniały i Tom zmienił zdanie, źle nie było nawet blisko opisania tego...

- Zażądał ode mnie, zadbania o jego ostatniego pozostałego członka rodziny, jakby był mojej krwi i przekazania rytuału jej ewentualnym dzieciom, jeżeli będzie je miała. - Wydawał się zrezygnowany.

Jeśli to był ogólny poziom żądań potężne szczęście Harry'ego objawiło się ponownie...

- Więc? - Zapytał z rozbawieniem.

To brzmiało zbyt łatwo, by naprawdę przeszkadzało Harry'emu...

Harry westchnął dramatycznie.

- To Trelawney!

Tom nie mógł się powstrzymać, wybuchnął śmiechem, uwalniając część napięcia ze swojego ciała. Harry naprawdę na to zasłużył i zamierzał zachęcać kłopotliwego małego robala, tylko, aby zobaczyć go, jak się skręca...

Harry spojrzał na niego kpiąco.

- Możesz się śmiać, ale gdyby nie to, że pan Manthos tak cię nie lubi, to prosiłby o twoją rękę dla niej.

Radość Toma wyparowała.

Mały szkodnik był gorszy niż Myrtle, a on nie będzie nawet w stanie jej przekląć, od teraz mogła być równie dobrze, siostrą Harry'ego, zwęził oczy: Harry wciąż próbował go odciągnąć od tematu.

- Co jeszcze?

Nie było nawet mgnienia oczu Harry'ego zdradzającego, że gra.

- I przysiągłem zniszczyć Grindelwalda, nawet kosztem mojego własnego życia. - Absolutnie bez wahania.

Tom chciał zakląć po szewsku, ale znał Harry'ego wystarczająco, by wiedzieć, że to jeszcze nie było to, przez co Harry był tak spięty.

- Co Jeszcze? - Zapytał w napięciu.

Dostał zaskoczone spojrzenie od Harry'ego, który oczekiwał na znacznie silniejszą reakcję.

- Przysiągłem nigdy nie stać się Czarnym Panem, - to było tak oczywiste, że nie zasługiwało na komentarz i tylko posłał mu spojrzenie.

Harry stawił mu czoła z podniesioną głową a jego głos był całkowicie stabilny, gdy dodał ostatnią część.

- Przysiągłem też nigdy nie pozwolić na powstanie innego Czarnego Pana. - Absolutnie żadnych emocji, i żadnej w ogóle próby ekranowania.

To było już zbyt wiele!

Tom nie pozwolił sobie naprawdę o tym myśleć, po prostu wystrzelił Reducto, niszcząc przeciwległą ścianę.

- Cóż, to jedno wyjaśnia, czemu próbowałeś popełnić samobójstwo! - Powiedział mu sucho.

To była chwila zaskoczenia, ale Harry nie miał czasu, aby się wytłumaczyć.

Odgłos szybkiego stukotu obcasów i dźwięcznym głosem przerwała im Dorea.

- Harry? Tom? Wszystko w porządku, chłopcy? Co się stało? - Najwyraźniej eksplozja osłabiła osłony.

Harry pozostał spokojny.

- Jesteśmy w porządku, ciociu Doreo, to był wypadek. Naprawimy to.

Cokolwiek Dorea Potter usłyszała w jego głosie, wystarczyło, by dać im spokój, na razie.

- Dobrze, kochanie, zdarza się. Tylko proszę, nie przejmuj się tym, jesteś wyczerpany a eliksir potrzebuje jeszcze trzech godzin wrzenia, co najmniej.

- Ja zajmę się tym, Lady Doreo. - Tom obiecał gładko, by mieć ją z głowy.

Kiedy jego szok zaczął mijać i sytuacja stała się po prostu nie do zniesienia, zdał sobie sprawę, że nie tylko ukrywał swoje uczucia, ale też nie mógł nic czuć, odcięcie uczuć stało się tak naturalnie, jak oddychanie. Mimo to, na pewno nie brzmiał idealnie, tym razem, bo Dorea usłyszała w jego głosie ostrzeżenia, by nie zbliżać się do nich i nie rozmawiać, a nawet domagać znowu, by porzucił oficjalność.

- Dziękuję Tom, mój drogi, doceniam to. - Mógł słyszeć dźwięki jej odejścia.

Ale Tom nie poświęcił nawet pobieżnie myśli Dorei lub swojej nędznej grze, jego umysł, oczyszczony z wszelkich emocji, wirował od decyzji.

Harry powinien za to umrzeć, tego był pewien.

Nie było innej kary, która mogła obejmować taką zdradę. To powinno być najłatwiejsze, zabić teraz, w jego stanie osłabienia, lecz także wymagałoby eliminacji Potterów, Granger i Minervy, do najmniej.

Nie widział sposobu, aby to zrobić i uciec od odpowiedzialności, w chwili obecnej, nie wspominając, że trudność wzrośnie w ciągu kilku dni.

Mimo to, nawet gdyby mógł, była jeszcze do rozważenia kwestia Grindelwalda. To właśnie Harry wciągnął go w ten bałagan, więc łatwo mógł go użyć, jako ludzkiej tarczy w walce aż do końca, i jeśli by to przeżył, wtedy i tylko wtedy musiałby zaplanować odpowiednią egzekucję. Kolejny tydzień miałby być testem jego zdolności aktorskich, ale nie zbyt ciężkim.

Harry nie opuścił wzroku patrząc w jego oczy, przez ten czas i na pewno nie miał jakichkolwiek wątpliwości do werdyktu.

- Nie powinieneś przynajmniej spróbować, wysłuchać moich powodów? - Wciąż brzmiał spokojnie, zbyt spokojnie i pewnie, bez cienia błagania, a nawet po prostu żalu.

Wściekłość Toma wzrosła; Harry jeszcze będzie tego żałować.

- Dlaczego? Co mógłbym zyskać przez to bzdury? Czy twoje idiotyczne powody zmienią twoje działania? - Zignorował protesty Harry'ego i zaczął dociskać, obracając nóż tak mocno, jak się da. - To wszystko oczywiście było za nic. - Jego usta skrzywiły się w gorzkim uśmiechu. - W chwili, gdy cię zabije, będę wolny, aby też ich łatwo zabić, co z twojej ciężkiej pracy i ochrony? Zdradziłeś nas za nic. - Ostatnie słowa dosłownie wypluł.

To złamało spokój Harry'ego, ale o dziwo nie z powodu ich przyjaciół.

- Pieprz się, Tom, nigdy cię nie zdradziłem. - Brzmiał na wkurzonego, ale jego oczy zdradzały jego ból, bardziej niż cokolwiek innego.

- Naprawdę, mój najdroższy, kłamiesz nawet sobie. Jak byś nazwał powrót do jasnej strony? - Całkowicie jadowita słodycz.

Ból w tych oczach zaczął być coraz uciążliwszy i odwrócił się plecami.

- Przestań marnować mój czas kłamstwami i bezużytecznymi wymówkami.

Takie traktowanie w końcu złamało apatię Harry'ego.

- Jak cholera, nie kłamię, ani nie wracam do jasnej strony. - Słowa zostały wyplute.

- Zrób ze mną, co chcesz, ale nie waz się mówić tak do mnie! - Chwycił go za ramię, zmuszając, by Tom patrzył na niego.

Nawet w jego beznamiętnym stanie, było niemożliwym dla Toma, utrzymać po tym pełną kontrolę. Użył rozpędu partnera, sprawiając, że się paskudnie potknął, i wykręcił gwałtownie jego rękę na plecy, prawie przemieszczając ramię Harry'ego w procesie.

- Nie dotykaj mnie nigdy więcej, - szepnął groźnie, niemal w twarz chłopaka. - Inaczej Potterowie umrą dziś wieczorem.

Harry nigdy nie akceptował porażki, i teraz, cały jego spokój prysł, gdy walczył ze wszystkich sił.

- Nie zrobisz im krzywdy, przysiągłeś im ochronę. - Wydyszał.

Tom zdołał go poskromić, ale było to dalekie od bezbolesnego.

- Pomyłka, kochanie, według naszego własnego paktu, wszystkie przysięgi i obietnice są już nieważne. - Jego własny głos nie był najbardziej stabilny, ale naprawił ścianę, by to udowodnić.

Harry był w tym zagubiony.

- Nie możesz naprawdę w to wierzyć, nawet we własnym rozumowaniu, moja magia jest nadal nienaruszona.

Tom powiedział sobie, aby nie brnąć z tym w dyskusję, ale to było niemożliwe, nigdy nie mógł się oprzeć lasowaniu mózgu Harry'ego.

- Cóż, wygląda mi to na topnik, magiczny impas. - Wzruszył ramionami.

- Ktoś mógłby uznać faktyczną próbę samobójstwa za poparcie dla twoich roszczeń, ale nie zrobię tego. Jestem Czarnym Panem. Przysięgałeś swobodnie zniszczyć mnie, jako takiego, nawet, jeśli żałowałeś tego potem, podtrzymuję moje zdanie.

- Ale nie przysiągłem tego! - Harry niemal ciągnął się za włosy z frustracji.

- Przysiągłem zastosować wszelkie dostępne środki, aby zatrzymać wszystkich z poziomem mocy Pana, jak powiedziałem, jeżeli będą używać jej do zniewolenia ludzi i rządzić nimi przez terror. - Głębokie spojrzenie. - Ale przecież tego nie planujesz, prawda? Obiecałeś działać w drodze polityki - głęboki oddech, - Nie ma więc żadnego powodu, absolutnie, by sprawy do tego doszły. - Brzmiał zarówno z nadzieją, desperacją i zdecydowaniem.

Tom nie miał pojęcia, dlaczego nadal kontynuował tę dyskusję.

- Idealnie, całkowicie zamierzam zachować się w ten sposób, ale jeśli kampania polityczna nie powiedzie się z jakiegoś powodu, nie możesz oczekiwać, że się poddam? - Jednak był bardzo ciekaw odpowiedzi.

Harry się nie zawahał.

- Nawet, jeśli Dumbledore zdoła nas zablokować, zawsze możemy spróbować niepokojów społecznych, istniejąca lista osób, ujarzmionych przez ministerstwo jest tak długa, że nie jest to nawet zabawne. Najlżejszy nacisk i wszyscy z nich razem mogą obalić rząd. Nie musimy używać terroru, nawet w ostateczności. - Przekonywał.

Tom wiedział, że Harry myślał o tym, głęboko, że nie wyciągał rzeczy znikąd, żeby go uspokoić, albo zyskać na czasie.

- Takie podejście może skończyć się bardziej krwawo niż celowo wymierzone ataki. - Odpowiedział delikatnie, testując.

Oczy Harry'ego wyglądały dosłownie na udręczone i pełne wstrzymywanych łez, ale nie zmienił wyrazu twarzy, jeżeli już, stał się jeszcze bardziej zdeterminowany.

- Wiem, ale to będzie wybór ludu, nie mogę prosić o nic więcej. - Poparł swoje przekonanie, otwierając swój umysł i prezentując całą rozmowę w odniesieniu do przysięgi.

To nie były jedynie wspomnienia przechodzące przez więź...

Tom nie tylko obserwował Harry'ego idącego na całość po gryfońsku (i też umiejętnie manipulowanego przez Greka) dostał pełną dawkę jego potężnych sprzecznych emocji, nawet najgłębszych z nich. Harry może zaczął cały bałagan, aby chronić swoich przyjaciół, ale to było dalekie od bycia jego jedynym celem.

Harry miał ważne powody, aby być tak przerażonym, że skończył zgodą na to, spędził wiele nieprzespanych nocy, od kiedy wrócił do lat 40-tych, próbując przewidzieć wszystkie możliwe wyniki ich planów i działań i sposobu na sukces polityczny, nawet z ich obecną prawie zerową pozycją.

(I jak to dokuczało, gdy zdał sobie sprawę, że niewielka jego część tęskniła za statusem "Chłopca, Który Przeżył" i władzą i wpływem politycznym z tym związanymi.)

Nie był ślepy na jego prawdziwą naturę i akceptował go bardziej niż ktokolwiek inny, do tego stopnia, że rozumiał konieczność pewnych rzeczy, ale też naprawdę nie mógł poradzić sobie z możliwą przemocą, jaką był gotów znieść z miłości. Harry był szczerze przerażony, tym, że gdyby nie ingerował na czas by ocalić Nadię, wystarczyłby mu tylko dobrze spreparowany pretekst do wyrażenia zgody na pomaganie mu w ukrycia ciała.

To nie było też tylko sposobem, aby wywierać na nim presję, by utrzymał stosunkowo bezkrwawą ścieżkę, to było stanowczo zabezpieczeniem Harry'ego dla niego samego, miał powstrzymać go od stania się potworem, za wszelką cenę, albo być zmuszonym do zabicia go w razie potrzeby, nawet, jeśli miał wątpliwości, że nawet wtedy mógłby to znieść, albo nawet gdy wolałby od tego własną śmierć.

Tom mógł zrozumieć, a nawet zaakceptować jego rozumowanie, do pewnego stopnia, ale był zniesmaczony samoofiarowaniem się w tym wszystkim i bardziej niż wściekły na emocjonalny szantaż, ale widział, że sam Harry nie był tego w pełni świadomy.

Część niego ryzykowała wszystko, tylko potwierdzając, że jest tak bardzo kochany, że Tom nie zabiłby go, bez względu na wszystko, i nawet jeszcze głębiej sterowany pragnieniem, że jeśli wszystko miało się skończyć, to powinno się to zdarzyć jak najprędzej.

...Był dla niego tak ważny...

Część niego zapłonęła zaciekle z tej pychy i miał myśl, by udawać, że mu wybaczył i wziąć go do łóżka, żeby zaspokoić swoje potrzeby i pozbyć się go z systemu, raz na zawsze; zobaczyć Harry wstrząśniętego zrozumieniem. Ale nie, to nie będzie nic dobrego, ani go to nie wyleczy. Jego obsesja na punkcie Harry'ego zaczęła się lata wcześniej zanim zobaczył go w tym świetle, taki krok mógłby być użyty przeciw niemu.

...Miał dosyć tej słabości...

Cokolwiek Tom czuł, oprócz wściekłości, na to, co odkrył w umyśle Harry'ego, nie pozwoli sobie tego okazać. Spojrzał na Harry'ego z przekąsem.

- Doskonała propozycja, jeśli dojdzie do tego, na pewno wezmę to pod uwagę. - Jego ton był całkowicie lekceważący.

Harry nie okazał nic, prócz dumy, starł każdy ślad emocji z twarzy, nie miał zamiar nic pokazać, jeśli miał umrzeć.

- A więc masz zamiar mnie zabić? - Zapytał od niechcenia.

Tom zacisnął zęby, nienawidząc samego siebie, bo nawet teraz nie był całkowicie pewien rozwiązania.

- Czy mam wybór? Ty już wybrałeś drogę.

To jednak nie mogło pozostać bez odpowiedzi. Oczy Harry'ego błysnęły.

- Ja? To ty przesadzasz - było już wyraźnie uzgodnione i zrozumiałe, że spróbujesz drogi politycznej i że jeśli zmienisz zdanie i staniesz jak Voldemort będę z tobą walczyć, bez względu na wszystko - przysięga nic nie zmienia.

Tom zapłonął gniewem. Ten mały arogancki drań!

- To zmienia wszystko! - Ryknął.

Harry był niemal równie wzburzony, ale na smutny sposób.

- Czy naprawdę chcesz zostać Voldemortem?

Tom skrzywił się.

- Oczywiście, że nie. - Czy on gra idiotę?

Harry spojrzał z mieszanką ulgi i cierpliwości.

- To co się zmieniło?

Tom był zdziwiony, że Harry tego nie rozumiał, będąc takim zwolennikiem wolnej woli.

- Co się zmieniło? Tylko ty możesz być tak pewny, kochanie. Przedtem to był mój wybór, czy to wybiorę, czy nie. Teraz nie tylko go wymuszasz, ale nawet gdybym był na tyle słaby, by się zgodzić, prawdopodobnie i tak cię utracę, walcząc z Grindelwaldem lub podczas jakiegoś innego szaleństwa. - To była prawie przegrana walka.

Harry miał czelność łagodnie się do niego uśmiechnąć.

- Ale nie możesz mnie stracić, nie, jeśli tego nie chcesz. Zapomniałeś o Horkruksie?

Tom był rzeczywiście tak wzburzony, że faktycznie zapomniał. Gdyby był innym człowiekiem, może by za to pocałował Harry'ego, taka była jego ulga.

Nie było potrzeby desperackich rozwiązań, miał możliwości!

Zamiast tego posłał mu mroczne spojrzenie.

- Co zatem z nowym proroctwem? Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć, na chwilę przed dobrowolną śmiercią lub stając przeciw mnie w pojedynku? Czy pierwszy raz nie był dla nas wystarczający?

Harry odwzajemnił spojrzenie z zainteresowaniem.

- Kto mówi o dobrowolnej zgodzie na to? A nawet, jeśli chodzi o to, moja śmierć za Grindelwalda, liczę na ciebie, że przywołasz mnie z powrotem. - Suchy ton, szybki mocny uśmiech. - ...Nawet, jeśli to koniec między nami, przynajmniej nie skończę samotnie, kiedy wszystko będzie skończone...

To był miękki szept naprawdę nie przeznaczony dla jego uszu.

Tom usłyszał go jednak.

- Muszę to przemyśleć. Idź spać. - Rzucił gwałtownie... On też tego naprawdę potrzebował... Musiał się trzymać z dala od Harry'ego, aby zobaczyć, czy jego umysł i serce mogły uzgodnić wspólną decyzję, miał opcje, tak, ale musiał być w stanie żyć z własnym wyborem.

- Rozumiem. - Harry spojrzał na niego spokojnie, może zbyt łatwo to akceptował.

Tom nie był jednak zadowolony, potrzebował czegoś więcej.

- Jeśli pomożesz mi utrzymać wszystko dyskretnie do walki zapewnię, że Potterowie i twoi przyjaciele nie podzielą twego losu, jeśli zdecyduję się cię zabić.

Wzrok Harry'ego był morderczy. Nie wypowiedział słowa "pieprz się!" ale było słyszalne i na pewno szczere. Wyszedł jak burza do swojego pokoju.

Tom był z tego dziwnie zadowolony; nie było miejsca dla samobójczej łagodności. Jednak wciąż było wiele, wiele, sposobów, by mógł ukarać Harry'ego, niezależnie, czy skończy zabijając go, czy nie.

Jego partnera miały spotkać wszystkie...