A/N: Wreszcie zdobyłam się na opublikowanie kolejnego rozdziału! Przepraszam, że aż tyle czekaliście, jednak szkoła, nerwy, kurs na prawo jazdy, problemy w związku... Cóż, tego nie da się rozwiązać w parę minut.

Jednocześnie też liczę na Wasze wsparcie po tym chapterze jak szalona - rozdział następny jeszcze nie powstał i potrzebna mi dużo siły, by udało mi się go napisać. Przyjmę z otwartymi ramionami każdą krytykę i opinię. Jednocześnie też dziękuję za wszystkie reviews, jakie kiedykolwiek ktoś naskrobał. Nie spodziewałam się, że opowiadanie będzie się Wam tak podobać :). Dziękuję!


Rozdział XIV

Taniec! Śmiech! Zabawa! Och, dlaczego nie mógłby żyć w ten sposób cały czas? Marnował życie, siedząc naburmuszony i jedynie dzierżąc swoje katany u boku. Czuł się cudownie, a świat wokół był tak kolorowy.

- Zoro! – Rima pomachała do niego z oddali, więc zeskoczył ze sceny, śmiejąc się i biegnąc do medyczki. Czerwonowłosa wskazała namiot, pewno chcąc porozmawiać, toteż ruszył za nią, pozdrawiając szerokim wyszczerzem piękne panie, wcześniej mdlejące na jego widok pod sceną. Przed wejściem do namiotu stała Anju, bacznie się rozglądając. Wszystko było dla Zoro takie zabawne!

O dziwo, namiot był pusty. Odwrócił się, chcąc zapytać lekarkę o cel, w jakim tutaj przyszli, lecz po chwili czuł, jak gorące usta dziewczyny naciskają na jego wargi. Zaskoczony otworzył usta, co pozwoliło Rimie wsunąć język do wnętrza szermierza. Zielonowłosy stał jak słup, nie czując kompletnie nic. Nie mógł zdobyć się nawet na objęcie dziewczyny, a uśmiech zszedł mu z twarzy.

Takie… Zabawne?

Kurwa, to nie jest zabawne!

Zdecydowanie odsunął Rimę od siebie, czując, jak dziwna euforia powoli odchodzi z jego ciała i opuszcza umysł. Po uśmiechu już dawno nie było nawet śladu, szermierz marszczył brwi i błyskał groźnie oczami na czerwonowłosą. Miał wrażenie, jakby obudził się z długiego snu, chociaż pamiętał wszystko. Poczuł wstyd i zażenowanie, patrząc na swój nagi tors i przypominając sobie, w jakich okolicznościach zrzucił koszulę. Co strzeliło mu do głowy?! Zawsze umiał nad sobą panować, a dzisiaj…

- Co ty robisz?! – Krzyknął tak głośno, że medyczka skuliła się przerażona. Och, pieprzony kucharzyk by go teraz nie pochwalił. – Oszalałaś? Znowu się spiłaś?

- Może i piłam, ale jestem wszystkiego świadoma – orzekła, zaciskając pięści.

- Rimo. Jesteś moją przyjaciółką. Nie powinnaś tego robić. Nic więcej do ciebie nie czuję.

Zacisnęła wargi i spuściła głowę, ocierając łzy. Zielonowłosy skrzyżował ręce na piersi i wyszedł z namiotu. Na murku siedział Sanji, który, o dziwo, również wydawał się być czymś przybity. Obok niego stała Anju, klepiąc go po ramieniu ze smutną miną i powtarzając w kółko imię kucharza. Szermierz zajął miejsce obok blondyna, czując dziwnie ukojenie, gdy do jego nozdrzy dotarł zapach Sanjiego i dymu z papierosów.

- Odejdź, marimo – warknął nagle kucharz, zakrywając twarz dłonią. Zoro popatrzył na niego zdziwiony. Co się dzieje? Zerknął na Anju, która wskazała palcem na namiot, a następnie na Sanjiego. Szermierz zamarł. To znaczy, że jego przyjaciel widział, jak Rima go całuje…?

- Anju, mogłabyś nas zostawić? – Spytał cicho. Dziewczynka pokiwała głową i weszła do namiotu, wołając imię swojej siostry.

Przez dłuższą chwilę Zoro jedynie wpatrywał się w drżącą postać towarzysza, nie wiedząc, co robić. Wiedział, że jak spróbuje go dotknąć, to on się odsunie, albo nawet go uderzy. Nie będzie słuchał niczego, co powie. Uparty kucharzyk.

- Kuk.

Zero reakcji. Przecież się tego dobrze spodziewał. Siedzieli w ciszy, aż Sanji podniósł głowę. Minę i spojrzenie miał bardzo poważne.

- Jesteś żałosny – rzucił, lustrując wzrokiem nagi tors Zoro. Szermierz doskonale o tym wiedział. Wstyd mu było na samo wspomnienie tego, co wyprawiał! Tańczył jak głupi, rozbierał się na scenie… Chyba będą się z niego wyśmiewać do końca życia. Trudno. Przykucnął przy blondynie, łapiąc za jego ramię. Ten jednak się nie odsuwał.

- Wiem, że jestem żałosny – warknął szermierz, nie spuszczając oczu z Sanjiego. – Nie umiałem powiedzieć wprost Rimie, żeby dała sobie spokój, i co z tego wyszło? Nie umiem rozmawiać o takich rzeczach! - Wstał, łapiąc się za głowę i zamykając oczy. – W ogóle chciałbym wiedzieć, co się ze mną działo! Zupełnie, jakby ktoś zatruł mi sake lub jedz…

Zamarł. Olśnienie przyszło do niego w jednej sekundzie. Popatrzył w stronę Białego Gmachu, wpatrując się w płaskorzeźbę pod zadaszeniem. Ciernie i róża. Trucizna była kluczem do wszystkiego.

Identyczne żłobienia były na rękojeściach skażonych sztyletów, którymi oprawca chciał dźgnąć Rimę.

Zaczął gorączkowo myśleć. Pewnie kuk znowu opieprzy go, że to kolejna bzdurna teoria i szukanie na siłę poszlak, lecz Zoro był w stu procentach pewien. To musiało być to.

- Co jest, marimo?

- Miałem rację. Biały Gmach stoi za wszystkim.

Ku jego zdziwieniu, blondyn też wstał i popatrzył na białą budowlę.

- Miałeś – pokiwał głową. Zielonowłosy otworzył szeroko oczy ze zdumienia. – Podsłuchałem przypadkowo pewną rozmowę. Chcą wykończyć mieszkańców wyspy, poczynając od uśmiercenia Rimy.

- Coo? – Kiedy Sanji usłyszał tę rozmowę? Czy dlatego wpadł wtedy do namiotu?

- Jezu, ale ty jesteś tępy – mruknął kucharz, wyrzucając peta z ust. – Zbierzmy wszystkich i chodźmy do domy Rimy. Musimy obmyślić plan działania i ich pokonać.

Odwrócił się do niego plecami, lecz szermierz złapał go za rękę i stanął przed blondynem. Byli tak blisko, że niemal stykali się nosami, jednak blondyn uparcie nie patrzył na szermierza.

- Posłuchaj. Nie myśl sobie, że czuję coś do Rimy… - Zaczął. Sanji uśmiechnął się lekko i zagryzł wargi. Serce szermierza przyśpieszyło i zaczęła wypełniać go furia. – CHOLERA JASNA, SPÓJRZ NA MNIE! – Złapał za podbródek Sanjiego i uniósł do góry. Oddech kucharza oszałamiał i upajał jednocześnie - tego nie dało się porównać z obecnością medyczki.

Zoro nachylił się do przodu, przymykając oczy i oplatając Sanjiego ramionami. To był odruch, jedna iskra, która wypadła nie wiadomo skąd z gąszczu myśli, wzniecając prawdziwy pożar i zamęt w głowie Roronoy. Gdy ich wargi się zetknęły, kucharz lekko zadrżał, a szermierz poczuł, jak na policzki wypływa mu rumieniec. Pozwolił sobie chwilę pieścić usta przyjaciela, by następnie delikatnie wsunąć język do środka, napotykając przeszkodę w postaci języka blondyna. Sanji coraz gorliwiej oddawał pocałunek, ściskając kurczowo plecy zielonowłosego i głęboko oddychając. Czuli rosnące podniecenie ogarniające ich ciała. Zapominając o Bożym świecie, o całym tłumie, który przecież był obok, oparł kuka o latarnię i przycisnął go mocniej, ocierając się o jego udo, całując najgoręcej, jak umiał…

- Sanji! Zo… - Natychmiast oderwali się od siebie, słysząc głos Usoppa, lecz było już za późno. Ich kompan stanął jak wryty z szeroko otwartymi ustami. Na twarz Długonosego wypełzły czerwone plamy, po czym jedynie spuścił wzrok. – Przepraszam, że przeszkodziłem.

- Usopp! – Sanji natychmiast rzucił się za snajperem, gorączkowo myśląc, jak wyjaśnić wszystko przyjacielowi. Zoro stał osłupiały, trawiąc to, co przed chwilą się wydarzyło. Nie chodzi o to, że Usopp ich w ogóle przyłapał, lecz o to, na czym ich przyłapał…

„A co, jeśli nasze relacje podzielą załogę Słomianego Kapelusza…?" przemknęło przez myśl zielonowłosemu. Dlaczego, dlaczego pozwolił sobie na chwilę słabości i dał się ponieść pragnieniom? Przypomniał sobie dotyk ust kucharza i zadrżał, czując ciepło rozchodzące się po ciele. Gdyby mogli to powtórzyć, chociażby przez kilka chwil…

Nagle Zoro ocknął się i wyprostował. Rice Island jest w niebezpieczeństwie. Musi powiadomić Luffy'ego, resztę załogi i Rimę! Wpadł do namiotu jak burza, lecz zatrzymał się, ujrzawszy Rimę skuloną na podłodze. Dziewczyna nawet na niego nie spojrzała, zakryła jedynie łzy spływające po policzkach. Zielonowłosy przyklęknął obok niej, zastanawiając się, co powiedzieć. Nie chciał medyczki ranić, była w końcu przyjaciółką całej załogi. Co miał zrobić? Przytulić ją? A jeśli to sprawi, że poczuje się gorzej? Niepewnie wyciągnął dłoń w kierunku drżącej postaci i położył ją na ramieniu Rimy. Nie zareagowała. Czuł niemal każde jej drgnięcie, zupełnie, jak wtedy, gdy zasypiała… Cisza stawała się niemal nie do zniesienia dla szermierza. Gorączkowo szukał odpowiednich słów, ale to kuk umiał gadać z kobietami, nie on. Gdyby mniej zależało mu na Rimie, po prostu by ją zostawił bez słowa wyjaśnienia, jednak teraz czuł, że musi coś powiedzieć. Pokazać, iż nie chciał celowo jej zranić.

- Przepraszam – wydusił wreszcie, przełamując się. Dziewczyna drgnęła lekko. – Przepraszam. Nie powinienem był tak reagować. Mogłem spokojnie wytłumaczyć…

- To już nieważne – westchnęła słabo. – To ja przepraszam. Ubzdurałam sobie… To, co ubzdurałam. O nic cię nie obwiniam – potarła czoło. Zielonowłosy oprzytomniał i złapał ją szybko za ramiona.

- Rimo, odkryliśmy z Sanjim coś ważnego. Moje podejrzenia się sprawdziły, Biały Gmach stoi za wszystkimi zgonami i napaścią na ciebie. Chcą wykończyć ludność, poczynając od elity, ale kompletnie nie wiem, czemu chcą przejąć Rice Island…

Czerwonowłosa niemal zachłysnęła się powietrzem i złapała za serce. Tęczówki zaczęły jej drżeć.

- Czyli wiedzą… - Szepnęła.

- Co wiedzą?

- Pod Rice Island jest kopalnia złota i rubinów. Mało tego, Andrew II Okrutny zostawił spory majątek, który został ukryty pod Białym Gmachem. Gdy urzędnicy przybyli na wyspę, postanowiliśmy, że nic im nie zdradzimy, a pieniądze posłużą nam jako ratunek, gdy przyjdą cięższe czasy. Ktoś jednak musiał zdradzić… - Pokręciła zrezygnowana głową.

- Więc to wszystko po to, by zdobyć pieniądze i klejnoty? – Zdziwił się szermierz. Medyczka parsknęła lekceważącym śmiechem.

- Nie wiesz, jak dużo warte jest to wszystko. To skarb naszej wyspy, a oni chcą go nam wydrzeć!

- Wygląda więc na to – Zoro podniósł się i dotknął swojej katany – że dzisiaj Biały Gmach zostanie obalony.

Sanji przedzierał się przez tłum, gorączkowo rozglądając się za zieloną, kraciastą chusteczką lub czymkolwiek, co przypominałoby jego długonosego przyjaciela. Serce mu łomotało, a na policzkach wykwitły piekące rumieńce, lecz nie dbał o to. Musiał porozmawiać z Usoppem. Ruszył w kierunku stoisk z wybuchowymi zabawkami, a następnie ku wielkim stołom z jedzeniem. Na samym środku blatu, między stertą talerzy, spał Luffy z wzdętym brzuchem. Na buzi miał plamy z sosu i pełno okruszków. Usopp na moment wypadł mu z głowy – wskoczył na stół i zgrabnie lawirując między talerzami dopadł swego kapitana. Słomiany Kapelusz jedynie jęknął, gdy kucharz gwałtownie nim potrząsał.

- Luffy, obudź się i idź prędko do namiotu medyków, już! – Syknął Sanji, w końcu kopiąc leżącego Luffy'ego w zad. Natychmiast poskutkowało i Monkey pognał w nakazane mu miejsce. Blondyn westchnął i odgarnął grzywkę z czoła. Poczuł na sobie czyjś wzrok i ujrzał Usoppa, patrzącego na niego ze zmarszczonymi brwiami, a następnie odwracającego się plecami. Przez chwilę zabolało go serce i rzucił się stronę przyjaciela. Tym razem udało mu się szybko chwycić Długonosego za ramię i odciągnąć w bardziej ustronne miejsce.

- Usopp… - Zaczął. Snajper jedynie potrząsnął głową i zamrugał.

- Nic nie mów, Sanji. Nikomu nic nie wyjawię, jeśli tego nie chcecie. Tylko pomyśl, czy uda ci się być szczęśliwym ukrywając swoje prawdziwe uczucia?

Kucharza na moment zatkało. Nie pomyślał o tym, lecz zgodził się z Usoppem. Zatajanie uczuć było bez sensu. Nagle ocknął się i otworzył szeroko oczy.

- Usopp, biegnijmy do namiotu medyków. Tam wszystko wyjaśnimy, ok? Mamy teraz ważniejsze sprawy.

Przyjaciel popatrzył poważnym wzrokiem na kompana i ruszył w stronę wielkiej markizy z czerwonym krzyżem. Później, Sanji, później o tym pomyślisz kręcił głową kucharz, biegnąc za Długonosym, lecz słowa kompana wciąż obijały się o wnętrze jego czaszki, uparcie nie chcąc zniknąć. Usopp, dlaczego czasem musisz mówić takie mądre rzeczy?!

Gdy wpadł do namiotu, cała załoga była już w komplecie. Anju przysypiała na kolanach medyczki, a trójka lekarzy patrzyła sceptycznie na zgromadzoną przy wejściu ekipę. Sanji odnalazł szybko ciemne oczy Zoro, wpatrujące się w niego z pożądaniem. O matko, za chwilę miała rozpocząć się batalia, a zielonowłosy wyglądał na nieźle napalonego… Szermierz rozchylił lekko swoje wargi i zaczął jeździć po nich językiem. Bardzo powoli.

Kucharz poczuł ucisk gdzieś pomiędzy nogami i przeklął w myślach marimo. Zrobił to celowo, cholerny perwersyjny…! Upewnił się jeszcze bardziej w swym przekonaniu, gdy Roronoa posłał mu drwiący uśmieszek. Sanji miał ochotę rzucić się na niego, całować, całować, całować, zdjąć ubrania…

- Po co nas tutaj ściągnęliś… Hik! – Nami czknęła głośno, chichocząc. Rima zawzięcie szukała czegoś w swojej torbie, aż wydała z siebie zadowolony mruk i łyknęła zdrowo z pękatej kolby. W jednej chwili z oczu zniknęły jej błyski, tak samo jak pijackie rumieńce z twarzy. Wciąż ze skrzywioną miną podała specyfik nawigator, która popatrzyła na nią jak na wariatkę.

- Musimy być teraz w pełni trzeźwi – powiedziała poważnie Rima, otrzepała sukienkę i podniosła się. Nami w końcu zdecydowała się pociągnąć z butli, co i u niej skutkowało zblednięciem i całkowitym starciem uśmiechu z twarzy. – Czy ktoś jeszcze coś pił?

- Zoro pił, oczywiście – warknął Sanji, paląc papierosa. Roronoa spojrzał na niego wilkiem, unosząc brew i odruchowo kładąc dłoń na rękojeści katany.

- Dla pewności – medyczka podała butelkę szermierzowi. Zielonowłosy wzruszył ramionami i pociągnął zdrowy łyk, po czym skrzywił się.

- Fuj! Ohyda! – Omal nie wypluł substancji na ziemię, lecz widząc zmarszczone brwi lekarki, zrezygnował i przełknął. Rima posmutniała i odstawiła butlę na blat. Para staruszków i czterdziestoletni gbur ani na moment nie stracili jej z oczu.

- Jest źle – oczy dziewczyny zamgliły się. – Santiago chce zniszczyć Rice Island i uciec ze skarbami, które zostawił Andrew II Okrutny.

Staruszka złapała się za serce, a Luffy natychmiast poderwał się na równe nogi. Anju patrzyła zaskoczona to na siostrę, to na starszych lekarzy. Nami jedynie uniosła brew słysząc słowo „skarby".

- Nie wierzę – odparł staruszek, podtrzymując babcię za ramię. – To poczciwy człowiek…

- Wiedziałem! – Wykrzyknął czterdziestolatek. Sanji po raz pierwszy tej nocy ujrzał błysk w jego oczach i półuśmiech na twarzy. – Ale co chcecie z tym zrobić?

Zapadła cisza, przerywana jedynie urywanymi oddechami członków załogi i lekarzy. Zoro zerknął na swojego kapitana i obaj rozciągnęli usta w niemal psychopatycznych uśmiechach. Następnie wzrok zielonowłosego powędrował do kucharza, który również uśmiechnął się tajemniczo. Usopp położył dłoń na swojej torbie (przy czym ledwo mógł ustać na swych drżących nogach). Nami sięgnęła do swego dekoltu, by spomiędzy piersi wydobyć składany kij, co omal nie przyprawiło Sanjiego o krwotok z nosa.

- Jak to co? – Luffy wyprostował się i popatrzył po wszystkich zebranych w namiocie. – Pójdę skopać mu dupę!