Rozdział 14

Gdy wracają do mieszkania, Sherlock czuje się jak rozstrojona struna w pianinie, którą ktoś niemiłosiernie szarpie.
W taksówce siedział koło Johna i nie wypuszczał z rąk telefonu. Co chwila zerkał na ekran, oczekując nagłej apokalipsy, chociaż komórka nie zadzwoniła ani razu. Czuł się podminowany i zaniepokojony, ale nie zamierzał patrzeć na Johna wprost, więc uparcie wbijał wzrok w widok za oknem, nie przestając jednocześnie ukradkiem go obserwować. Odbite od szyby światła tańczyły po zamyślonej twarzy doktora jak nieprzyjazne duszki.
Groteskowo nieprzyjemne.
John zdawał się nieobecny podczas całej jazdy taksówką. Przypominał dzikie zwierzę, które częściowo wycofało się do swojej twardej skorupy. Zamilkł jakieś dziesięć minut po wydarzeniach w pokoju Oldacre'a, po szybkim odpoczynku, po zapięciu koszul i dyskretnym wyjściu z hotelu. Sherlock nie rozumiał tego milczenia. Miał ochotę naprzeć na nie całym sobą, przycisnąć się do niego jak język do bolącego dziąsła, aż zrozumiałby, co ono oznaczało. Jego niepokój nie miał granic, a Sherlock nie należy do ludzi, którzy wypełniają ciszę bezsensownym paplaniem, chyba że w stanie manii. Więc zamiast tego obserwował swojego... kolegę? kochanka? Czy można użyć tego słowa, jeśli tylko jedna strona przeżywa orgazm?..., gdy przemierzali ciemne ulice spowite w zawoalowaną groźbę mgły.
- Masz piątaka? - Te pierwsze od dwudziestu minut słowa John wypowiada, płacąc taksówkarzowi przed drzwiami numeru 221.
Sherlock bez słowa rzuca mu dwadzieścia funtów i wystawia długie nogi z taksówki. W dłoni już ma klucze.
Otwiera drzwi. Drżenie ustąpiło szybko po tym, jak John przysiągł, że słuchał. Został spokój, który przypomina fotografie miast po przejściu tornada. Sherlock oglądał takie zdjęcia.
Ten rozwój sytuacji nie tylko miesza w głowie, ale wprost doprowadza do szału. Sherlock jest osobą bardzo metodyczną i seks nigdy nie miał na niego takiego wpływu. Jest zaskoczony nawet mimo głębi uczuć, które przeżył, gdy obserwował, jak John masturbuje się w ciepłym gnieździe kołdry; nawet mimo tego, jak zawaliły się potem jego mury. To uczucie głuchej tęsknoty, potrzeby otuchy, pragnienia powtórzenia dopiero co zakończonego eksperymentu jest w swej sile bardzo podejrzane.
Seks powinien być czymś drobnym; łatwym do zapomnienia, nieestetycznym interludium. Z całą pewnością nie czymś tak monumentalnym, pięknym, nieuporządkowanym i wykręcającym wnętrzności jak niektóre z uwielbianych przez Sherlocka kompozycji Charlesa Ivesa. Seks powinien go zostawiać z poczuciem tymczasowego obrzydzenia. Na pewno nie z poczuciem zachwianych fundamentów.
Wiedział, że z Johnem byłoby inaczej i – co cudowne – jest inaczej. Nie przewidział tylko („Jestem idiotą" - myśli Sherlock ze spokojną niechęcią), że akt biologiczny zakwalifikowany do innej kategorii wpłynie mu na mózg w sposób, którego wcześniej nie zaznał.
Kroki Johna odbijają się echem od betonu. Są stanowcze i szybkie.
Sherlock powstrzymuje dreszcz i odwraca się w jego stronę. Drzwi do domu stoją otworem. Niektóre ze skrzydeł pałacu umysłu detektywa są tak ciemne, jakby przepaliły się w nich korki, a inne rozjaśnione jak w czasie karnawału, zbyt świetliste i jaskrawe. W tym stanie nie jest przygotowany na Moriarty'ego.
W tym stanie nie jest przygotowany na nic.

- Skoczę do sklepu po kanapkę. Nic nie mamy do żarcia i jest za późno, żeby zamówić coś na wynos – mówi John cicho, stając obok Sherlocka na schodach, podczas gdy taksówka odjeżdża. - Chcesz coś konkretnego?
Sherlock kręci głową. Nie.
- Naprawdę musisz pozwolić się nakarmić. Paliwo ci się kończy.
Sherlock wzrusza ramionami.
John marszczy brwi w czułym, choć pełnym irytacji grymasie.
- Co jest?
- Nic. To nie ja zamilkłem na dwadzieścia minut – zauważa Sherlock zimno.
John unosi brwi.
- No fakt, tobie się gęba nie zamykała. Ledwo mogłem gdzieś wcisnąć słowo. Daj spokój, Sherlock, obaj jesteśmy ledwo żywi i głodni – nawet jeśli o tym nie wiesz – a wkrótce czeka nas kolejne cholerne... - John wskazuje na telefon Sherlocka, wciąż w dłoni właściciela. - Odliczanie. Chyba, że mamy farta, a Mycroft już namierzył dupka. Kupię ci coś gotowego.
- I tak nie zjem.
- I tak kupię.
- Jak sobie życzysz.*
Krótki błysk uśmiechu rozświetla twarz Johna i równie szybko znika.
- Co?
- Nic. Będę za minutę, dzwoń, jak będę potrzebny.
Sherlock wlecze się po siedemnastu stopniach do mieszkania be, przesuwając czubkami palców po tapecie. Wchodzi na górę, zdejmuje płaszcz i szalik, i marynarkę, i sprawdza pokoje pod kątem jakiegoś podejrzanego wtargnięcia, i robi kilka kroków w stronę swojego fotela...
to zaczął być mój fotel jak żaden inny bo drugi fotel nagle zaczął być fotelem Johna, tak jakby mebel należał do mnie dzięki kontrastowi kiedy inny mebel należy do niego, jakby meble łączyło jakieś kontinuum od jego fotela do jego zlewu w kuchni do naszego korytarza do naszej sypialni do mojej kanapy do mojego fotela, zamknij się boże czy ty słyszysz co gadasz po prostu ZAMKNIJ SIĘ nie mów nic o tym...
...i siada skulony na podłodze przed kominkiem. Nie jest zapalone żadne światło. Ma to gdzieś.
Apatycznie przekręca głowę w stronę łazienki, w której trzyma morfinę. Potem w stronę regału z książkami, gdzie chowa kokainę.
„Nie możesz" - myśli i powstrzymuje żałosny dźwięk, który narasta mu w gardle.
Teraz, po pierwszym sprawdzianie, Sherlock zaczyna rozumieć, że musi być nieustannie gotowy, aby na nowo pogrążyć się w Pracy, aby stanąć opanowany przed pracownikami Yardu, którzy będą mu pomagać i przeszkadzać. Więc nawet nie powinien rozważać możliwości dania sobie w żyłę. Zapewne, gdyby zajmował się po prostu pojedynczą, skomplikowaną sprawą, poradzenie sobie przez kilka tygodni bez narkotyków nie stanowiłoby problemu. Gdy rozpracowywał holendersko-sumatrzańską firmę, nie ćpał przez dwa miesiące. Ale świadomość, że nie może ćpać w bezczynnych przerwach między szaloną aktywnością, dobija go i sprawia, że słabiutkie pragnienie ucieczki, zawsze pulsujące gdzieś w jego podświadomości, staje się przenikliwym wyciem tęsknoty.
Jego skóra jest zbyt napięta. Jego czaszka jest za mała. Kiedy zamyka oczy, widzi tylko twarzJohnapalceJohna sięgające w stronę napuchniętych ust Sherlocka.
„Rozpadasz się" - myśli Sherlock mimochodem.
„Interesujące.
Dlaczego tak wcześnie?
Zawsze się rozpadasz. To nieuniknione.
Wkrótce myszy zaleją piwnicę, a ty znów będziesz musiał zabezpieczyć laboratorium przed grzybem."
Sherlock czasem zastanawia się, dlaczego, gdy leci w dół, myszy zalewają zamknięte podziemne bunkry goryczy i żalu, solidne niczym Fort Knox. I jakim cudem grzyb może się przedrzeć przez idealnie sterylne, stalowe ściany laboratorium w jego pałacu umysłu. Już dawno jednak pogodził się z tym, że te pytania pozostaną bez odpowiedzi. Kiedy się rozpada, nadciągają myszy i nadciąga grzyb. I już. To wszystko.
„Gra ciągle trwa. Za moment czeka cię następne wyzwanie.
Przeczekaj.
Jak?" - myśli rozpaczliwie, szarpiąc dłońmi włosy.
John wraca, przeskakując po dwa stopnie w ewidentnym pośpiechu. Drzwi otwierają się ze skrzypieniem.
- Sherlock? Sherlock! Co do cholery... Jezu, Sherlock, zapal chociaż światła jako cholerny sygnał, na miłość boską. Nawet jeśli z nich nie korzystasz.
Detektyw nie odpowiada. Marszczy brwi pod nagłą falą elektrycznego światła, a potem, słysząc nieprzyjemny szelest plastiku o plastik. John odkłada torbę na stół i wypakowuje jej zawartość.
- Wszystko w porządku?
- Hmm – odpowiada Sherlock.
John podchodzi z dwoma trójkątnymi paczuszkami w dłoni, zapalając po drodze jedną z lampek. To przytulne, jasne światło. Tak jakby Baker Street była jaskinią, w której się schronili przed wilkami i wiedźmami. Sherlock oczywiście wie, że tak nie jest, ale miło by było tak myśleć. John lekko siada po turecku na dywanie, przed zwiniętym na boku Sherlockiem i wyciąga ręce. W każdej trzyma kanapkę.
- Z pastą jajeczną czy z serem i pomidorami?
Sherlock krzywi się i wzdycha.
- Wybierz.
Sherlock opiera głowę na ręce i wskazuje na ser z pomidorami. Otwiera paczuszkę i odgryza niewielki kawałek kanapki, tylko po to, żeby John się zamknął, po czym odkłada jedzenie na ziemię. Jego zmysły są teraz tak wyostrzone, że czuje tylko smak soli i plastikowego opakowania. Z grymasem zmusza się, by przełknąć zimną bryłę.
- No więc... - zaczyna John, gryząc. Jego głos jest niezdecydowany, ale twardy.
„No to już" - stwierdza Sherlock, naciskając kawałek pomidora palcem. Nie ma soku, tylko sama mięsista tkanka.
- Miałeś rację. Ja... myślałem. Wcześniej. Więc tak. Miałeś rację. W każdym razie...
„Nie ma mowy, bym pomógł ci wydusić z siebie to, czego ani ty nie chcesz mi powiedzieć, ani ja nie chcę usłyszeć" - myśli Sherlock, patrząc na Johna z zupełnie obojętną miną, podczas gdy jego serce tłucze się jak oszalałe.
John kaszle lekko.
- Okej, dobra, mówię. Ja... hm. Rozmawialiśmy wcześniej o... o tym, jak będziemy sypiać i w sumie do niczego nie doszliśmy, ale dzisiaj ty zajmujesz łóżko, bo wyglądasz tak, jakbyś miał zasnąć przed tym kominkiem. Potrzebujesz tyle snu, na ile on nam pozwoli. Więc ja będę spał na kanapie.
Wargi Sherlocka rozchylają się. Burza wokół jego pałacu umysłu niebezpiecznie szaleje, diaboliczne języki błyskawic syczą i prychają. Usiłuje jeszcze raz przełknąć okruszek chleba, którego nie udało mu się połknąć za pierwszym razem. John dalej je mechanicznie, a w ułożeniu jego ramion jest coś stanowczego.
„Już zdecydowałem" - mówi jego sylwetka. - „Tylko spróbuj się sprzeciwić".
Milczenie trwa jakieś pół minuty.
- No cóż, skoro tak wolisz – stwierdza lodowato Sherlock.
- Tak, wolę. - John chyba poczuł ulgę. Mierzwi dłonią włosy. - Więc... żadnych protestów?
- Żebyś ty spał tutaj, a ja w moim pokoju? Nigdy nie ośmieliłbym się poddawać w wątpliwość twojego wyboru w tak intymnej kwestii. Ostatecznie jesteśmy sami sobie panami i mamy swoje upodobania.
- Wow. A ja byłem przekonany, że będziesz się awanturował. - John wzdycha.
- Dlaczegóż to?
Doktor strząsa okruszki z dłoni.
- Wybacz, nie chciałem twierdzić, że jesteś nadwrażliwy. Po prostu... dzięki, że rozumiesz.
Och, jak boli.
Sherlock wyciąga się na plecach obok niezjedzonej kanapki, układa dłonie ponad głową i podciąga jedno kolano. Naprawdę, fizycznie czuje, jak jego mózg trzeszczy, jak białe błyskawice zygzakiem przeskakują z synapsy do synapsy. John, rzecz jasna, zdaje sobie z tego sprawę i nie ma nic dziwnego w tym, że woli się wyspać, zamiast leżeć przy niespokojnym ćpunie, który nie może nawet zażyć swojego lekarstwa, chociaż potrzebuje go, to tylko chemikalia, chemikalia, które w odpowiednich dawkach leczą pewne symptomy.
Poza tym, John dostał już to, czego chciał, więc chwilowo obecność Sherlocka nie jest mu do niczego potrzebna.
- Nie, żeby mnie to specjalnie zaskoczyło – mówi Sherlock. Uważa, że idealnie udaje spokój.
John zaciska wargi w zamyśleniu.

- Wcinaj kanapkę. Wiem, że jest paskudna, ale o tej porze nie dostaniemy nic innego. Co mówiłeś? Wydedukowałeś, że tak będzie? W sumie mnie to nie zaskakuje. Poza tym myślę, że tak nam obu będzie łatwiej.
Sherlock znów przełyka. Chleb utknął mu w gardle, co doprowadza go do szału. Serce miażdży mu wielka żelazna płyta. Jim Moriarty kiedyś przysłał mu ilustrację z siedemnastego wieku – człowiek miażdżony na śmierć. A więc tak to jest, gdy żebra zaczynają się uginać, trzeszczeć i poddawać. Jego dłonie nieznośnie ocierają się o dywan, ale ciężar czaszki przytrzymuje je w miejscu.
- Łatwiej? - powtarza Sherlock głucho. - Pewnie tak. Większość facetów, których pieprzyłem, nawet nie wylądowała w moim łóżku, zaś ci, którzy to zrobili, zabierali za dużo miejsca. Łatwiej. Zgadzam się, można to tak określić.
Usta Johna wykręcają się. Przerzuca ciężar ciała na drugą nogę i pochyla się nad detektywem. Sherlock zamyka oczy, by nie widzieć jego pełnego niepokoju grymasu.
- Co ty...
- Założę się, że łatwiej jest kogoś zaliczyć i w ogóle się nie przejmować całą resztą. Co z tego, że cała reszta ewidentnie mi się podoba, a nigdy wcześniej jej nie zaznałem. Doświadczenie całej reszty było czymś nowym, ale w porządku, jeśli nadaję się tylko do zaspokajania cię, nie powinieneś się kłopotać żadnymi zbędnymi nieprzyjemnościami. A już na pewno, skoro nic nie chciałeś na mnie wymuszać mimo moich niedoskonałości, bardzo to było z twojej strony rycerskie. Ostatecznie, to drobiazg. Lubię być użyteczny, spałem sam przez całe moje życie, pomijając pewne okoliczności, najczęściej dość obrzydliwe. Skoro osiągnęliśmy porozumienie, pozwól mi powiedzieć, że to bardzo słuszne, iż kłopoczesz się mną tylko wtedy, jeśli – i kiedy – mnie pragniesz. W porządku, John. Niepotrzebnie tak ostrożnie podnosiłeś ten temat.
Po tej krótkiej przemowie zapada cisza. Sherlock stwierdza, że ciężko oddycha. Zastanawia się, dlaczego. Ktoś jeszcze w pokoju ciężko oddycha. Drogą eliminacji – jest to John.
Po kilku sekundach, kiedy Sherlock myśli, że jest w stanie to zrobić, ryzykuje zerknięcie na doktora.
Wargi Johna są rozchylone, a jego klatka piersiowa ciężko unosi się i opada. Palce jego lewej dłoni wbijają się w siebie nawzajem, ocierają o siebie nieustannie i jest to dużo więcej niż zwykłe spięcie mięśni.
„Coś poszło bardzo źle". Sherlock to wie, chociaż jego mózg okalają ciężkie łańcuchy.
Znów go skrzywdziłeś.
Sherlock mruga. Jest zdumiony i wszystko go boli.
Jak mogłeś go skrzywdzić, skoro cię nie chciał, a ty się na to zgodziłeś?
Sherlock wyciąga dłoń w stronę kolana Johna. John rzuca się w tył jak zraniony kot.
- Nie dotykaj mnie – syczy.
Sherlock błyskawicznie zabiera rękę, jakby właśnie oparzył się jednym ze swoich podgrzewaczy. Patrzy na Johna wielkimi oczami, nie mogąc do końca skupić wzroku.
Jego współlokator jest niewyraźną, przygarbioną sylwetką, zwierzęciem po krwawych przejściach. Jego oczy są dzikie, a ciemnoblond włosy – rozczochrane. Klęka, przenosząc cały ciężar swojego ciała na łydki. Wyraźnie zmusza się, by się nie ruszać. Przyciska jedną, a potem drugą dłoń do ust, a następnie bierze głęboki wdech przez nos i opiera ręce o uda.
- Pozwól, że coś ci wyjaśnię. - Jego głos jest jak zgrzyt noża na szkle.
- John...
- Nie. Ty się, kurwa mać, zamkniesz, Sherlocku Holmesie, a ja doprowadzę to do ładu.
Sherlock zaciska zęby i kiwa głową. John patrzy mu w oczy, a ten wzrok przypomina ostrze.
- Powiedziałeś, że twoi... - John krzywi się i odchrząkuje. - Powiedziałeś, że nie chcesz rozmawiać o swoich innych partnerach seksualnych, ale z nimi chodziło o wymianę dóbr, a nie o uczucia. Natomiast ty masz libido jak Jaguar. I nie mówię tu o wielkim kocie, tylko o samochodzie. Jest seksowny jak wszyscy diabli, pod odpowiednią opieką rozkwita, ale do rozpłodu się nie nadaje. Tak więc orgazm nie był twoim celem. Nie chcę wiedzieć, jeśli nie chcesz mi powiedzieć – nalega John chrapliwie, unosząc dłonie. - Ale pozwól, że założę, że nie uprawiałeś seksu dla niego samego. Słuszne założenie?
Sherlock kiwa głową. W końcu przełknął ostatni kęs kanapki, ale ma wrażenie, że jego gardło jest suche i szorstkie jak papier ścierny. Chciałby, żeby John przycisnął dłonie do jego gardła. John ma ciepłe dłonie, które teraz drgają z wściekłości, gdy z powrotem opuszcza je na kolana.
- Powinienem był przerwać w tej samej chwili, w której stwierdziłem, że definiujesz seks inaczej niż ja – kontynuuje zmęczonym głosem. Patrzy na Sherlocka tak, jakby ten widok sprawiał mu ból, a Sherlock ma ochotę rozedrzeć swoją skórę i wyjść z niej jak ze swego ukochanego płaszcza. - No dobra. Więc przed chwilą powiedziałeś mi – i pozwól, że tak mniej więcej to zacytuję: „John, skoro już twoja sperma spłynęła mi gardłem i nie jesteś mną zainteresowany jako osobą, bo już odbyliśmy penetrację, nie mam nic przeciwko zamienieniu tego związku w bezterminową serię wymian. Coś jak ośmiolatki, które wymieniają jabłka na pomarańcze podczas przerwy w szkole. Ty będziesz kolekcjonował orgazmy w trakcie seksu, w którym nie chcę brać udziału, a ja zadowolę się przygotowywaną przez ciebie herbatą. Nic nie szkodzi, że liczyłem na coś w stylu obustronnego uczucia. Nie przeszkadzaj sobie".
Sherlockowi natychmiast odejmuje mowę.
- Ja nie...
- Ty nie? Naprawdę, ty nie? - dopytuje się John. - Bo nie ukrywam, że byłoby dość obelżywe, gdybyś sądził, że nie będę dla ciebie dobry, skoro już przełknąłeś moją spermę.
- To nie...
- Powiedziałeś, że w seksie ze mną... ze mną, Sherlock, nie z którymkolwiek z innych pieprzonych skurwysynów, z którymi się pieprzyłeś... chodzi ci o bliskość. Mnie też chodzi o bliskość. Więc powiedz mi, bo nie ukrywam, że twoja odpowiedź interesuje mnie pasjami – czy w hotelu, kiedy chciałeś mi „coś powiedzieć", myślałeś o wypełnieniu wobec mnie obowiązku, takiego jak, bo ja wiem, wyszorowanie kibla? To była przysługa?
- Nie, nie chciałem...
- W tej rozmowie jest w cholerę odcieni szarości. Nie wiem, czy nadążasz. Albo żałujesz – tego, że mi coś powiedziałeś – albo nie. A jeśli żałujesz, to na ziemi nie ma wystarczającej ilości mydła, żebym przestał się czuć tak brudny.
- Nie żałuję.
- No alleluja. Bo odniosłem dziwne wrażenie, że też mnie pragnąłeś.
- Pragnąłem...
Nadgarstki Sherlocka uderzają o ziemię, zanim ma szansę się zorientować, że desperacko sięga w stronę Johna. Gwałtownie nabiera tchu, podnosi głowę i znów ją opuszcza. Na piersi siedzi mu eksżołnierz, opierając się na kolanach po obu stronach jego chudego ciała. John ostrożnie, ale stanowczo rozluźnia żelazny uchwyt na nadgarstkach Sherlocka i splata razem ich palce. Gdy kończy, przyciska palce Sherlocka do dywanu. Tak jest intymniej, ale dalej nie da się wyrwać. Spokój umysłu Sherlocka lekko pęka, ustępuje przed wyrwą zachwytu – w połowie spowodowaną przerażeniem, że stał się przyczyną takiej zmiany, a w połowie podziwem dla zmiany.
- Czy mi się tylko wydaje, czy powiedziałem, żebyś mnie nie dotykał? - warczy John.
Sherlock kiwa głową. Brakuje mu tchu. Próbnie porusza dłońmi. Nic z tego. John uśmiecha się do niego ponuro.
- Ale ty dotykasz mnie – szepcze zaintrygowany Sherlock.
- Jeśli zaprotestujesz, przestanę. Natychmiast. Gdybyś wydawał się zaniepokojony, już bym przestał, ale się nie wydajesz. I chyba lepiej słuchasz, kiedy mam cię pod kontrolą. Sprzeciw?
Sherlock potrząsa głową i splata palce Johna ze swoimi na tyle, na ile jest w stanie.
- Zajebioza. Od kilku ładnych godzin nie zażyłem nic przeciwbólowego, więc wybacz ten krótki wybuch. Ale to wciąż ta scena, w której ja doprowadzam wszystko do ładu, a ty słuchasz. Jasne?
- Jasne – udaje się szepnąć Sherlockowi.
- Super. To teraz moja ulubiona część. - John gwałtownie mruga, bierze głęboki oddech i zaciska dłonie na palcach Sherlocka. - Dwa dni temu wróciłem ze szpitala po tym, jak zagroziłeś, że zamordujesz z mojego powodu ruskiego przemytnika. Po rozłożeniu pistoletu obudziłem się w twoich ramionach. A to było... nie będę tłumaczył, czym to dla mnie było. Następnej nocy odjechałeś na chloroformie. Położyłem cię spać, rozłożyłem pistolet i schowałem jego fragment w mikrofalówce. Kiedy następnego ranka otworzyłem oczy, leżałeś tuż obok i byłem bardzo szczęśliwy, jasne, Sherlock? - Głos Johna zaczyna brzmieć chrapliwie. - Widzisz jakiś kurewski motyw przewodni?
Sherlock zamyka oczy i pozwala sobie na zatonięcie w fali wstydu. Kiwa głową.
- Masz ochotę powiedzieć mi, co się zmieniło dzisiejszego ranka?
Sherlock kręci głową.
- Ty powiedz – mamrocze. - Należy ci się.
- No, proszę, jak się zgadzamy. Od dzisiejszego ranka na wolności przebywa taki jeden gościu, który chce cię skrzywdzić, a potem zabić i nie rozłożę pistoletu. Nawet, jeśli to oznacza, że będę spał na klatce schodowej albo do góry nogami, jak pieprzony nietoperz – warczy John. - Złożyłem ci obietnicę i od teraz mam zawsze przy sobie naładowany pistolet. Koniec pieśni. To nie podlega dyskusji. Jesteśmy na wojnie. A ty co, myślisz, że chcę, żebyś wrócił ze szczania o czwartej nad ranem i dostał kulkę w twarz?
- Nie zrobisz tego – nalega Sherlock, nie odrywając oczu od władczego pulsu na gardle Johna.
- Mogę – syczy ten. - A „mogę" wystarcza.
- Nie jesteś taki.
- Nie znasz mnie – wyrzuca z siebie doktor przez zaciśnięte zęby. - Właśnie dlatego odbywamy tę czarowną rozmówkę. Dlatego nie ufasz, że zostanę, nie ufasz, że będę dla ciebie dobry. Dlatego na początku myślałem, że albo jesteś obłąkany, albo moim wymysłem. My się prawie nie znamy, Sherlock. Cholera, ja ledwo znam sam siebie. A już z całą, kurwa, pewnością, nie wiem, kim byłem trzy tygodnie temu, zanim powaliłem Abernetty'ego, ledwo coś pamiętam poza pustą agonią pobudki codziennie rano. Chciałbyś się dowiedzieć, jak wtedy wyglądał mój związek z pistoletem, Sherlock? Dowiedziałem się, jak smakuje jego lufa. I często sobie o tym przypominałem. Próbowałem kiedyś zamordować kobietę, która ocaliła mi życie, i zapierdalałem jak potłuczony, byle nie przeżywać tego i jeszcze przyjemniejszych rzeczy w ciągu bezsennych nocy. A i tak o tym śniłem. Codziennie.
- Dlaczego, mówiąc o tym, jesteś taki zły? Przecież wszystko się zmieniło.
- Bo zbiegły więzień, cholerny sukinsyn, próbuje mi to odebrać. - W oczach Johna płonie żądza mordu. - A najgorsze jest to, że, gdybyśmy razem spali, bardzo łatwo mógłbym odwalić za niego czarną robotę. Nie zaryzykuję cię. Nie zaryzykuję.
- Przepraszam, że źle zrozumiałem twoje intencje – wydusza z siebie Sherlock. - Ale ten incydent z pielęgniarką... to było coś, co zrobiłeś, nie określa cię to jako człowieka. Poza tym nie chodziło o ciebie, tylko o mnie.
- Jak to? - John podnosi brwi.
- Nikt nigdy nie pragnął... - Sherlock robi na tyle wymowny ruch rękami, na ile jest w stanie, podczas gdy John wciąż przytrzymuje mu palce.
Był Patrick boże pamiętasz Patricka woził dragi w schowku w samochodzie kiedy chciał się zabawić i rozjaśnił się jak zimowy wschód księżyca gdy natknął się na ciebie wracającego na Montague Street w wigilijnym śniegu. Powiedziałeś że nie chcesz go widzieć a on na to są święta będziesz imprezował będziesz potrzebował więcej niż sądzisz a kiedy odparłeś nie dziękuję powiedział że czuje się samotny i ty też wydajesz się samotny dlaczego dwaj samotni ludzie nie mieliby wspólnie posłuchać muzy i posiedzieć przy grzejniku. Wsiadłeś do samochodu i gdy było po wszystkim gdy dał ci narkotyki których nie potrzebowałeś zapytałeś czy nie podrzuciłby cię do domu a on roześmiał się jakby to był najzabawniejszy dowcip na świecie a potem wypchnął cię na dwór i wyjechał z ulicy w której zaparkował.
A wtedy było już ciemno Boże Narodzenie naprawdę się zaczęło i ulice zupełnie opustoszały.

- Związku? - dopytuje się John, kiedy Sherlock długo milczy. - Nikt nie chciał od ciebie tego, co właśnie nazwałeś... „całą resztą"?
- Mnie. - Sherlock przygryza wargę i przywołuje twarz do porządku. - Nikt nigdy nie pragnął mnie.
Widoczna na twarzy Johna mieszanka złości i zranienia mięknie, przemienia się w współczujący ból, czego Sherlock absolutnie nie jest w stanie znieść, więc pospiesznie wypełnia pustkę.
- No, jedna osoba pragnęła, kiedy byłem bardzo młody, ale ja go nie pragnąłem, a on nie rozumiał, dlaczego to jest problem... Więc wszystko dość spektakularnie się skończyło. Powiedziałem ci, że mnie nie wykorzystujesz. To prawda. Pragnę cię, pragnę wszystkiego, co ma związek z tobą, po prostu... - Przerażony Sherlock milknie, bo łamie mu się głos. Z ust wyrywa mu się pełne wyczerpania westchnienie. - Nigdy wcześniej nie uprawiałem seksu, który by miał znaczenie i chociaż nie byłem podniecony, to sądzę, że poziom dopaminy, oksytocyny i wazopresyny... będę musiał to sprawdzić... jakieś hormonalne zakłócenie sprawiło, że źle oceniłem twoje motywy.
- Hm. Myślę, że laik nazwałby to nieporozumieniem – mówi miękko John. Wygląda na lekko rozbawionego mimo swej powagi.
- Mniej precyzyjne określenie, ale owszem. Pomyśleć, że to ty jesteś tu lekarzem. Proszę, nie przestawaj ze mną sypiać – szepcze Sherlock.
John rozluźnia lewą dłoń i delikatnie muska nią jego policzek.
- Sherlock, to...
- Nie mów mi, że jestem szalony. Wiem o tym – wzdycha Sherlock, poddając się pieszczocie. - Nie znam tylko rodzaju szaleństwa, poza tym jest pewnie marginalne. Wiem tylko, że nadchodzi grzyb i myszy, że ja nie mogę zażyć narkotyków i że mnie nie skrzywdzisz.
To wygląda tak, jakby ktoś nacisnął włącznik – żołnierz znika. Prawa dłoń Johna puszcza palce Sherlocka i dotyka brzegu jego oka. John patrzy w jego źrenice z bardzo lekarską miną.
- Nie, nie masz racji, nikt nie ma racji, to nie na tym polega problem – syczy Sherlock przez zaciśnięte zęby. - Na miłość boską, umiem odróżnić jastrzębie od czapli**, po prostu... mój mózg jest niesłychanie złożonym organem, więc pozwalam mu na bardzo dużą obrazowość. Słyszałeś kiedyś o mnemotechnikach? Mój mózg działa na zbyt wielu poziomach, by wytrzymać prostą, linearną myśl albo monolog wewnętrzny, więc rozkładam je po pokojach. Piwnica właśnie usiłuje zapomnieć to, co powiedziałem ci o chłopcu z czasów mojej młodości, biblioteka przegląda listy Moriarty'ego, a laboratorium rozpracowuje wykresy dotyczące najlepszej metody kodyfikacji koloru twoich oczu. To nie symptom. To system.
Światło z rogu pokoju już nie przypomina chmury deszczowej. Otula Johna czymś w stylu poświaty... nie, raczej ciepłego strumienia. John znów przerzuca swoją nogę nad kolanami Sherlocka i siada obok, podpierając się na lewej dłoni, górując nad detektywem. Ku ogromnej uldze Sherlocka, prawą dłoń kładzie pod rozpiętym kołnierzykiem jego koszuli i delikatnie gładzi skórę. Na twarzy doktora odbija się zbyt wiele emocji, by można było je wszystkie rozpracować. Zły czuły zafascynowany przestraszony ponury zdeterminowany radosny niezrozumiany.
- Skoro wiesz, że szalony jesteś tylko przy wietrze północno-zachodnim**, to jakimś cudem nie wykasowałeś Szekspira.
- Nie możesz mnie zostawić, żeby być sam na sam z pistoletem – błaga Sherlock. Nie interesuje go, na jak zdesperowanego brzmi. - Ja już niedługo pożyję.
- Właśnie że, kurwa, długo – przysięga John z mocą, opierając się na łokciu i przeczesując dłonią loki Sherlocka. Ciągnie je łagodnie. - Dokładnie o to chodzi.
- Nie, chodzi o to, że ja coś zaryzykowałem. Bałem się być z tobą, bałem się, że tobie stanie się krzywda, ale i tak się zgodziłem – wykrzykuje Sherlock. - O to, kurwa, chodzi. Zaufam ci, przepraszam, z jakiegoś niezrozumiałego powodu mnie lubisz, moje mieszkanie jest przyjemne, a ja z dużą pewnością mogę powiedzieć, że wyleczyłem twoje kulenie tym, że jestem niebezpieczny. Więc pewnie zostaniesz, bo to są rozsądne powody, by zostać, zaufam ci, że to zrobisz, ale... jestem z tobą i przede wszystkim ja ryzykuję ciebie. Nie rozumiesz. Ryzykuję cię teraz, dokładnie w tej chwili, po „Friesland", a Jim Moriarty gdzieś tam jest, w nieskończonych zawirowaniach czasu i przestrzeni i czeka. Więc śpij ze mną. Ty też mnie zaryzykuj. To sprawiedliwe.
John dłuższą chwilę przetrawia te słowa. Oblizuje językiem dolną wargę i zastanawia się. Jego oczy poruszają się i są ciemne jak otchłanie kosmosu.
- Dlaczego nie ruszasz rękami?
Sherlock gapi się na niego ze zdumieniem. Jego ręce są dokładnie tam, gdzie być powinny. Dłonie leżą przyciśnięte wierzchem do dywanu.
- Powiedziałeś: „Nie dotykaj mnie". Nie dotykam cię.
- Jezu – wzdycha John i pociera oczy ze zmęczeniem. - Masz rację, masz absolutną rację. Ale ja nie jestem z tobą z „rozsądnych" powodów, Sherlock, tylko z uczuciowych.
- Uczucia to chemiczny defekt – szepcze Sherlock. - Jak mogę zaufać defektowi?
- A ufasz swojemu dość podobnemu... chemicznemu defektowi?
Sherlock kiwa głową i usiłuje się uśmiechnąć, co wychodzi mu dość żałośnie.
- Och, do kurwy nędzy. Chodź tu, ty genialne stworzenie.
Kilka ruchów ciałem i już są do siebie przyciśnięci od głowy do stóp. Sherlock obejmuje ramieniem plecy Johna, a on przyciska wargi do jego czoła, zaś jego dłonie błądzą po sherlockowych włosach i klatce piersiowej. Sherlock zastanawia się, jak czuje się naładowywana bateria i sądzi, że podobnie. Może grzyb i myszy poczekają z nadejściem, aż rzucona zostanie kolejna karta. A może, jeśli już muszą przyjść, będzie mógł tak zostać, z głową wtuloną w szyję Johna. Przyciska się bliżej i oddycha.
- Przepraszam – szepcze John. Jego paznokcie leciutko drapią sherlockową szyję, a nos wsuwa się w jego włosy. Detektyw lekko kręci głową.
- Wnioskowałem z błędnych i – obiektywnie rzecz biorąc – obelżywych danych.
John wydaje z siebie ciche, potakujące warknięcie i całuje czubek głowy Sherlocka. Leżą tak dłuższą chwilę i dzielą się molekułami. Detektyw przypuszcza, że najprawdopodobniej gdzieś pod lewym udem Johna rozpłaszcza się kiepska kanapka z serem i pomidorem. Bardzo satysfakcjonujące.
Przepadnij, okropna, pakowana kanapko. Przepadnij, dystansie od Johna Watsona. Przepadnij, Jimie Moriarty, abyś nas odtąd nie nawiedzał więcej***.
- Jak to możliwe, że nikt cię nie pragnął – szepcze John po jakimś czasie. - Nie widziałem czegoś, co by było tak niewłaściwe od czasów, gdy rozpracowywałem sektę terrorystyczną talibów. Dziko pojebane. Ci ludzie, kim by nie byli, sprawiają, że mam ochotę coś... skręcić. Dopóki się nie podda. Jeśli wiesz, co mam na myśli.
Sherlock milczy przez chwilę. Warto jednak spróbować jeszcze raz. Ostatecznie John powiedział, że miał rację, że miał absolutną rację.
- No więc będziesz ze mną spał? - ryzykuje.
xxx
Nie do końca jest tak, jak Sherlock sądził. Przede wszystkim obowiązują zasady.
1. Obudź Johna, zanim wstaniesz z łóżka, przyczyna nie ma znaczenia. Mów do niego, kiedy wracasz do sypialni.
2. Każdy dotyk fizyczny musi być naturalny – żadnych dowcipów.
3. Nie dotykaj pistoletu.
4. Jeśli Johnowi będzie śnił się koszmar, wycofaj się i zacznij mówić spokojnie i cicho, unosząc ręce.
5. Nie dotykaj pistoletu.

Po drugie, Sherlock nie jest w stanie się odprężyć.
Księżyc prześwieca lepkimi, niebieskimi promieniami między brzegami zasłon, a on nie śpi.
Kiedy John przewrócił się na plecy, Sherlock obłapił jego ciepłe, owłosione ramię. Nic. Potem, wiedząc, że Johnowi to nie będzie przeszkadzać, rozebrał się zupełnie (aż był tak nagi jak zwykle, kiedy śpi) i skulił się ostrożnie wokół nogi Johna.
Bez absolutnie żadnego rezultatu.
Bliskość eksżołnierza i jego ciche pomruki przyzwolenia są dokładnie tak uspokajające, jak Sherlock sobie wyobrażał, ale jego mózg wciąż tyka furkocze brzęczy buczy zgrzyta tętni taką ilością myśli, jakiej żaden człowiek nie jest w stanie znieść.
Trzykrotnie Sherlock – który nigdy nie potrzebuje snu, który nienawidzi snu, bo sen jest jak umieranie, tyle tylko, że wcześniej niż to niezbędne – niemal zasypia, a jego ciało budzi się z wzdrygnięciem, jak przy skoku na bungee, gdy lina maksymalnie się napręża.
Po trzecim razie ma ochotę się rozpłakać.
Po czwartym razie John – wciąż w spodniach od piżamy i białym t-shircie z wycięciem w kształcie litery V – wyciąga dłoń i przesuwa ją w dół po napiętym bicepsie Sherlocka.
- Spróbujemy czegoś? - pyta cicho w niemal całkowitej ciemności.
- Słyszę myszy – szepcze Sherlock.
Słyszy je. Piszczą w jego uszach za każdym razem, gdy zaczyna odpływać.
John zapala lampkę na szafce nocnej Sherlocka. Detektyw widzi leżący obok pistolet – zimny, wypolerowany, obiecujący. John siada, podsuwa sobie za plecy trzy poduszki i szeroko rozkłada nogi. Między nimi widać prześcieradło, dotąd ukryte pod kołdrą.
Sherlock nagle czuje się bardziej nagi, ale nie ma nic przeciwko. To miłe, tak jakby przypadkowo napili się z jednej szklanki. John klepie materac między swoimi nogami.
Sherlock patrzy na niego.
- Połóż się plecami do mnie – instruuje John i ziewa. - Jest nadzieja, że jak już dopuściłem kogoś do swojego krocza, to farciarz jest ciepły i nie okaże się niczyim celem.Cho no tu.
Sherlock turla się ostrożnie i układa plecami do piersi Johna. John wydaje z siebie zadowolone mruknięcie, gasi światło i unosi ramiona.
Lewą dłonią zakrywa oczy Sherlocka, którego natychmiast otula niemal całkowita ciemność.
Prawą dłonią zakrywa usta Sherlocka.
- Lepiej? - pyta. - Mam nie przestawać?
Sherlock zastanawia się.
Blady poblask nocy nie przeszkadzał mu, gdy zamknął oczy, ale świadomość, że istnieje, już tak; świadomość odległości między gwiazdozbiorami. Nie mógł znieść tej wielkości. Nie pozwalała mu usnąć. Słowa w jego ustach nie przeszkadzały mu, ale łoskot, który je oznajmiał, już tak; słowa takie jak: „myślę, że mnie nienawidził, chociaż mnie pierdolił" i „jeśli nie wybaczysz mi tego, co o tobie pomyślałem, umrę", i „nigdy nie zrobiłbyś mi krzywdy, nawet gdyby ktoś przystawił ci twój pistolet do skroni".
Teraz – z głową na piersi Johna, z chwilowo nieruchomymi dłońmi Johna na ustach i oczach – kiwa głową.
Wszystko jest dobrze. A w każdym razie – z sensorycznego punktu widzenia – wszystko jest Johnem.
- Jak sobie życzysz – szepcze mu do ucha John.
- Powiedziałem to wcześniej, prawda? - pyta Sherlock, ciągnąc nadgarstek Johna i odrywając jego dłoń od swoich ust. - Czemu się wtedy uśmiechnąłeś?
John znów zasłania wargi Sherlocka. Detektyw czuje szeroki uśmiech na swojej skroni.
- Uśmiechnąłem się, bo na śniadanie życzę sobie zjeść naleśniki. Cicho. Dobranoc.
Sherlock zapada się w ciemność głębiej niż sądził, że to możliwe, gdy miał wrażenie, że balansuje na drutach wysokiego napięcia i za każdym zakrętem spodziewał się śmierci. Szczerze mówiąc, nie budzi się ani razu – a w każdym razie tego nie pamięta – do momentu, w którym jego telefon o ósmej pięćdziesiąt rano nie wydaje z siebie „ping". Ostrożnie wysuwa się z objęć wciąż obecnego Johna, który leży przyklejony do jego pleców i mruczy coś uspokajającego, i otwiera wiadomość.
To kolejne zdjęcie wycinka z gazety – tym razem z „Sun", sprzed dwóch lat. Nagłówek brzmi:
ŚLUB JULII STONER, PRAWOWITEJ DZIEDZICZKI STOKE MORAN, UPRZEDZA JEJ TRAGICZNA ŚMIERĆ

Przypisy od tłumaczki:
* W oryginale „As you wish". Reakcja Johna staje się zrozumiała, jeśli zna się film „Narzeczona dla księcia", pastisz filmów fantasy. Zaczyna się tak, że księżniczka wydaje zwykłemu farmerczykowi jakieś polecenia, na co on odpowiada tylko „As you wish" (zaś narrator komentuje, że księżniczka za którymś razem odkryła, iż chłopię mówiąc „Jak sobie życzysz" w rzeczywistości mówiło: „Kocham cię"). W rezultacie księżniczka i farmerczyk oczywiście zakochują się w sobie. Ale Sherlock jest ponad popkulturą, nieprawdaż, więc pozwólmy Johnowi na chwilę radości. Scenkę można zobaczyć tu: watch?v=gbX1U1tx9aw
** „Szalony jestem tylko przy wietrze północno-zachodnim; kiedy z południa wieje, umiem odróżnić jastrzębie od czapli." - „Hamlet", akt II, scena II, tłum. Józef Paszkowski
*** Każda okazja jest dobra, by skorzystać z Czesława Miłosza, zatem posłużyłam się „Przedmową". Jakoś sama mi tu weszła.