Następnego dnia Albus zjadł śniadanie z trójką McGonagallów: Theresą, Robertem i Minerwą. Matka dziewczynki nie zdecydowała się opuścić Francji. Minerwa nie wyglądała na szczególnie załamaną z tego powodu, raczej cieszyła się z bliskości ojca i babki. Robert zachowywał się jak na dyplomatę przystało: uprzejmie, z maskującym niepokój uśmiechem. Jego matka wyglądała dzisiaj lepiej, ale mało się odzywała i nie wspomniała ani słowem o nocnej rozmowie z portretem męża. Śniadanie było więc ciche, jedynymi dźwiękami był brzdęk sztućców. Albus oczywiście odnotował wysoką jakość jedzenia i doskonałe maniery całej rodziny.

Po śniadaniu musieli opuścić rezydencję i udać się do budki strażniczej na granicy posiadłości McGonagallów. Tam znaleźli kominek z ogromnym zapasem proszku Fiuu. Każde po kolei błyskawicznie przenosiło się do ministerstwa. Tam jak zwykle panował zgiełk i gwar. Jednak na widok ich małej, czteroosobowej grupki, wszyscy zatrzymywali się z szeroko otwartymi oczami. Lady McGonagall oczywiście szła pierwsza, z wysoko uniesioną głową i dumnym spojrzeniem szarych oczu. Jej brązowe szaty smokologa dziwnie kontrastowały z jej dojrzałą urodą. Albus naprawdę nie miał pojęcia, jak udało jej się ukryć te cienie pod oczami. Za nią szedł jej syn z Minerwą za rękę. Robert McGonagall zawsze był mężczyzną robiącym wrażenie, a szaty dyplomaty dodawały mu prestiżu. Jego córka ubrana była w zwykły, czarny mundurek Hogwartu, z czerwonozłotymi akcentami. Sam Dumbledore szedł na szarym końcu, czując się niepasującym dodatkiem do tej wyniosłej trójki.

Sekretarka ministra poinformowała ich, że Oscar Hedge oraz Armando Dippet już ich oczekują. Gdy weszli do ascetycznie urządzonego gabinetu ministra, Oscar oficjalnie się z nimi przywitał, ściskając rękę Robertowi i Albusowi oraz całując w dłoń lady McGonagall. Armando powitał ich sztywnym skinieniem głowy. Był bardzo blady, ale jego oczy śledziły tylko jedną osobę.

Gdy już usiedli, minister rozpoczął rozmowę:

- Wczoraj władze Hogwartu poinformowały mnie porwaniu uczennicy, Minerwy McGonagall przez smoka, czarnego hebrydzkiego. Czy możecie wyjaśnić mi co działo się potem i o co w tym wszystkim chodzi?

Lady McGonagall wzięła głęboki oddech. Wszyscy patrzyli na nią wyczekująco. Tylko ona miała pełny pogląd na całą sytuację. Wreszcie zaczęła mówić:

- Chyba powinnam zacząć od początku, czyli od chwili, w której ukończyłam Hogwart. Byłam uczennicą Slytherinu, bo tam zawsze trafiała moja rodzina, rodzina Blacków. W tamtym czasie głową rodziny był mój brat, Fineas Nigelus Black, któremu nie w smak było moje zauroczenie uczniem Hufflepuffu, Armando Dippetem. – tu zrobiła krótką pauzę. Albus podejrzewał to od dawna, ale zdumienie malujące się na twarzach Oscara i Minerwy było wyraźne. Robert nie dał nic po sobie poznać. Sam Armando zbladł i westchnął.

- Nigelus postanowił pozbyć się problemu i wzmocnić pozycję rodziny. Uznał, że wyda mnie za dziedzica najpotężniejszej magicznej rodziny w Szkocji, McGonagallów. Ernest Edgar był ode mnie pięć lat starszy, pamiętałam go tylko jako butnego i żałosnego, zapatrzonego w siebie Gryfona. Byłam gotowa uciec z Armando, ale on wycofał się z tego pomysłu, sugerując, że będę miała lepsze życie z Ernestem. Nie miał pojęcia jak bardzo się pomylił. – te słowa starsza dama skierowała bezpośrednio do swojego dawnego ukochanego, który jedynie ze smutkiem wpatrywał się w pusty blat stołu.

- Ernest był wyjątkiem w rodzinie McGonagallów. Moi teściowie, a także jego wujowie i ciotki byli dobrymi ludźmi, miłującymi wiedzę nade wszystko. Traktowali mnie bardzo dobrze, wpoili mi miłość do Szkocji i lojalność wobec rodu. Niestety, mój przyszły mąż wykorzystywał strategiczne myślenie McGonagallów do manipulacji. Dodatkowo był na wskroś Gryfonem, pełnym butnej brawury, gotowym do nieprzemyślanych poświęceń. Od początku niewiele nas łączyło. Czysta krew, fizyczne piękno – byliśmy ulubioną parą socjety. Jednoczyła nas też fascynacja smokami. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to zainteresowanie miało różne podłoża. Ja chciałam badać smoki, on je pokonywać.

Gdy się pobraliśmy, smoki nadal były bestiami z legend, żyjącymi z dala od czarodziejów, niezbadanymi i niebezpiecznymi. Ernest zabrał mnie w podróż dookoła świata by znajdować poszczególne gatunki. Oczywiście przed wyprawą solidnie się przygotowaliśmy, jedną rzeczą, którą wtedy studiowaliśmy, był manuskrypt o Smoczym Wojowniku. Pierwszym przystankiem na naszej drodze była Ameryka Południowa. Mieszkała tam ponoć rodzina szamanów, którzy potrafili kontrolować smoki. Podróż w głąb kontynentu zajęła nam kilka miesięcy. Wtedy odkryłam, że jestem w ciąży. – na te słowa wszyscy słuchacze wydali z siebie ciche westchnienia. Albus szybko policzył w pamięci. Theresa nie mogła być wtedy w ciąży z Robertem, bo był za młody. Jednak czarownica ciągnęła już dalej:

- Chciałam wracać do domu, ale Ernest powiedział, że do rozwiązania pozostały jeszcze dwa miesiące, że jestem silną czarownicą, a on odebrał doskonałe przeszkolenie medyczne na stażu u św. Munga. Wytrwale więc szukaliśmy rodziny szamanów. Gdy tam dotarliśmy, do małej peruwiańskiej wioski, okazało się, że z całej rodziny został jedynie niewidomy starzec. Udało nam się od niego wyciągnąć, że smoki zabierały z jego rodu średnio jedno dziecko na pięćdziesiąt lat. Z kolei inna osoba w jego rodzinie mogła kontrolować smoki, były tej sobie całkowicie posłuszne. Od razu połączyliśmy jego opowieść z manuskryptem. Jednak ja przeoczyłam pewną rzecz – starzec był ostatnim Smoczym Wojownikiem z tamtego rodu, nie było też już żadnego dziecka, które smoki mogłyby namaścić na następnego władcę.

Przez kolejne tygodnie przedzieraliśmy się przez góry, szukając władcy smoków. Niestety, na miesiąc przed terminem, zaczęłam rodzić. Nie było czasu, by zorganizować transport do Europy czy chociaż pomoc akuszerki. Mój mąż rzeczywiście był bardzo dobrze wykształcony, samodzielnie odebrał poród. To była silna, zdrowa dziewczynka o ciemnych włosach i zielonych oczach. Ernest jednak nawet nie próbował ukrywać swojego rozczarowania. Miałam najpierw dać McGonagallom dziedzica. Ja również byłam zawiedziona, ale wierzyłam, że następnym razem będzie chłopiec. Tymczasem pokochałam moją malutką córeczkę, Constance. – po wymienieniu imienia córki, na chwile zapadła cisza. Albus czuł jak krew odpływa mu z twarzy. Spojrzał na Roberta. Biedny ambasador nie miał pojęcia, że kiedykolwiek miał siostrę, ale zdołał połączyć ze sobą fakty. Także Minerwa już zrozumiała, jej szmaragdowe oczy wpatrywały się w babkę ze smutkiem, współczuciem i zdumieniem.

- Ernest nie chciał słyszeć o powrocie. Więc dalej wędrowaliśmy, z małym dzieckiem pod opieką. Było ciężko, ale pewnego dnia zobaczyliśmy je. Całe stada smoków lecące w jednym kierunku. Wtedy nie wiedzieliśmy co to oznacza. Uparcie podążaliśmy ich śladem, aż w końcu go znaleźliśmy, umierającego smoczego władcę, gotowego by przekazać swoje tchnienie następcy. Były tam tysiące smoków, czekających na nowego władcę. – Theresa przerwała i zaczęła oddychać miarowo, kurczowo zaciskając obie dłonie na różdżce. Albus poczuł współczucie.

- Oscar, jeśli połaskoczesz gałkę piątej szuflady swojego biurka, znajdziesz myślodsiewnię. – odezwał się Robert. Widocznie i on dostrzegł ból, jaki sprawiała ich matce ta opowieść. Choć minister zmarszczył czoło, niewątpliwie zastanawiając się, dlaczego ambasador zna jego własny gabinet lepiej niż on sam, ale wstał i przyniósł myślodsiewnię. Była płytsza niż ta, którą posiadał sam Dumbledore.

Lady Theresa opanowała się i podziękowała ministrowi skinieniem głowy. Przytknęła swoją różdżkę do srebrnych włosów i po chwili na końcu jej różdżki pojawiła się srebrzysta nitka, którą strząsnęła zdecydowany ruchem do myślodsiewni.

- Minerwo, trzeba dotknąć powierzchni tego naczynia. – wyjaśnił Robert córce. Minerwa delikatnie dotknęła rączką tafli, po niej wszyscy uczynili to samo.

Albus znalazł się na rozległej polanie w środku dżungli. Rzeczywiście, wszędzie były smoki. Miał wrażenie że przeżywa swoiste deja vu, gdy ujrzał zebrane w kręgu bestie. Jedynie sceneria się różniła i smoczy władca: był to stosunkowo niewielki smok i jeśli Albus się nie mylił, z gatunku żmijozębów peruwiańskich. Miał miedziane łuski i czarny pas biegnący przez całe ciało. Na głowie miał małe rogi. Jego bursztynowe oczy wpatrywały się z zaciekawieniem w jeden punkt. Albus spojrzał w tamtym kierunku, podobnie reszta oglądających wspomnienia. Zobaczył jak smoki powoli się rozstępują przed trzyosobową grupką. Na czele szedł Ernest, młodszy niż na portrecie, z ciemnymi jeszcze włosami. Jego postawa biła pewnością siebie, jak i ekscytacją. Za nim nieco nieśmiało podążała Theresa, również o wiele młodsza. Jej włosy były czarne, jej twarz pozbawiona zmarszczek. Albus musiał przyznać, że ze swoimi arystokratycznymi rysami była bardzo piękną kobietą, choć teraz wyglądała na nieco przestraszoną, wychudzoną, a na jej policzku widniała krwawa szrama. W ręku kurczowo trzymała małe, kwilące zawiniątko. Ten cichy płacz był jedynym dźwiękiem.

Gdy rodzina stanęła przed umierającym smoczym królem, wszystko przyśpieszyło. Ernest błyskawicznie wyciągnął różdżkę i wycelował ją w żonę, krzycząc:

- Petrificus Totalus!

Theresa znieruchomiała z zaskoczonym wyrazem twarzy. Ernest podbiegł do niej i próbował wyrwać dziecko z rąk. Uścisk był tak mocny, że zajęło mu to trochę czasu. Ostatecznie musiał wyciągnąć je z kocyka, w który było opatulone. Albus zobaczył, że Minerwa zasłoniła dłonią usta, Robert kręci głową, a jego oczy są lśniące od łez. Oscar ze zgrozą wpatrywał się w dziką determinację na twarzy męża lady McGonagall. Armando zastygł w bezruchu, jakby dotarło do niego, że to tylko wspomnienie, że nie może nic zrobić. Wreszcie Ernest zbliżył się z dzieckiem na rękach do smoka, który jedynie wyciągnął przed siebie łapę, zakończoną trzema ostrymi jak brzytwa pazurami.

- O władco smoków, poświęcam ci to dziecię w ofierze jako twój pokorny sługa. – odezwał się Ernest, Albus skrzywił się na nutę podniecenia w jego głosie. Potem poczuł obrzydzenie, gdy ten człowiek ceremonialnie złożył małe zawiniątko na wyciągniętej łapie.

- Nie! Dziadku! – wyrwało się Minerwie, której oczy lśniły z trwogi.

Wtedy zaczęło się coś dziać. Stary smok zaczął jakby znikać, jego kontury się rozmazywały, a cząsteczki jego ciała zamieniały się w świetliste drobinki. Wreszcie całe jego ciało zniknęło, a falująca chmura złotych drobin unosiła się przez chwilę nad polaną. Następnie z tej chmury wyodrębnił się mały obłoczek który poszybował w stronę… sparaliżowanej zaklęciem Theresy McGonagall. Jej ciało wchłonęło ten obłoczek, po czym jej skóra zaczęła jaśnieć. Kobieta jaśniała dokładnie tak, jak wczoraj Minerwa.

Albus jednak musiał z powrotem odwrócić się do płaczącego dziecka. Ernest stał w bezruchu, wyraźnie nie rozumiejąc otaczającej go z każdej strony magii. Padł na ziemię, gdy złota chmura spłynęła na kwilące niemowlę i rozbłysła oślepiającym światłem. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się córka McGonagallów, leżał duży, czarny smok. Czarna Hebrydzka, przedstawicielka nowej rasy smoków, najnowsza władczyni. Smoczyca wyprostowała się na pełną wysokość i ryknęła głośno. Reszta smoków odpowiedziała jej zgodnym rykiem, po czym pochyliły przed nią głowy w geście szacunku.

- Nie! Constance! – najwyraźniej zaklęcie paraliżujące Theresę przestało działać. Kobieta rzuciła się w stronę ogromnego smoka, nie bacząc na nic. Albus westchnął, gdy matka przytuliła się do osłoniętego łuskami brzucha smoczycy. Albus jeszcze usłyszał jej szloch, gdy wspomnienie dobiegło końca.

W gabinecie ministra zapadła cisza. Armando trząsł się ze złości, Oscar z zgrozą wpatrywał się w swoje palce, Robert kręcił głową. Albus współczuł mu, zapewne teraz dopiero dowiedział się, jakim potworem był jego ojciec. Minerwa cicho zsunęła się ze swojego krzesła i podeszła do swojej babki. Lady Theresa bez słowa przytuliła wnuczkę do serca, delikatnie gładząc jej ciemne włosy. Na twarzy wiedźmy malował się jedynie nieprzejednany smutek. Podjęła jednak swoją opowieść.

- Ernest liczył, że to on posiądzie moc Smoczego Wojownika. Ale Constance wybrała mnie. Był jeden moment, gdy chciałam pozwolić smokom rozszarpać go na strzępy. Jednakże zniewolił mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie tego zrobić. Ten człowiek pozwolił zmienić moje dziecko w smoka, ale był moim mężem. Powstrzymałam smoki przed rzuceniem się na niego. A on, z bezczelnością zaczął mnie przepraszać, twierdził, że nie miał pojęcia, co się wydarzy. Próbował mnie pocieszyć, że będziemy mieć jeszcze dużo dzieci, że mamy teraz władzę nad smokami. Pozwoliłam się przekonać. Nie chciałam uwierzyć w jego złe intencje. Gorąco wierzyłam, że wszystko będzie dobrze.

Udało mi się przekonać Constance, by rozkazała reszcie smoków wrócić do swoich miejsc ukrycia. Na jej grzbiecie razem z Ernestem wróciliśmy do domu, pokonaliśmy cały Atlantyk. Constance zamieszkała na Hebrydach, gdzie odwiedzałam ją potajemnie, gdy Ernesta nie było. On nigdy już się z nią nie spotkał. Po paru miesiącach postanowiliśmy kontynuować podróż. Wróciłam jako tako do siebie, ale nadal byłam podatna na manipulacje mojego męża. Mieliśmy zbadać każdy gatunek smoków, po prostu je opisać, zaobserwować ich zachowania. On zmusił mnie do użycia swojej mocy Smoczej Wojowniczki do schwytania smoków. Oczywiście całą sławę zebrał dla siebie. Tak naprawdę to ja założyłam te wszystkie Instytuty, do których trafiały schwytane smoki. To moja moc chroniła czarodziejów przed niebezpieczną , smoczą naturą. Nie chciałam tego robić, ale byłam w bardzo kiepskim stanie. Staraliśmy się o kolejne dziecko, ale poroniłam. Po powrocie do Szkocji zdarzyło mi się to jeszcze dwa razy. – Theresa przerwała, ukrywając twarz w ramieniu wnuczki, którą trzymała na kolanach.

- To wtedy, prawda? – zapytał cicho Armando, patrząc z bólem na swoją dawną miłość. Theresa uniosła głowę i przytaknęła.

- Wtedy dopadała mnie melancholia, coraz częściej chciałam zerwać z tym wszystkim i uciec od Ernesta. Oskarżałam go o przemianę Constance, groziłam, że wywołałam najgłośniejszy rozwód w historii brytyjskiej społeczności czarodziejów. On wtedy pokazywał swój wybuchowy szkocki temperament… bił mnie, powtarzając, że moim jedynym zadaniem jest obrona honoru rodziny, że jestem bezużyteczna itd. Podczas jednej z takich awantur zobaczył nas Armando.

Wszyscy spojrzeli na starego dyrektora, który drżącym głosem wyjaśnił:

- Bił ją po całym ciele, wrzeszcząc, że jest nic nie wartą suką. Gdy mnie tam zobaczył, zagroził, że ją zabije, a mnie zniszczy życie, jeśli puszczę parę z ust. Zawsze byłem tchórzem. Uciekłem, schroniłem się w Hogwarcie, z nadzieją, że z czasem zapomnę. Niczego bardziej nie żałuję jak tej ucieczki. Nie miałem pojęcia o Constance, o tym wszystkim. – po twarzy biednego starca płynęły łzy wstydu, żalu i smutku. Albus poklepał go lekko po ramieniu. Lady McGonagall podjęła dalej swoją opowieść.

- Nie wiedziałam co zrobić. W tamtym okresie zmarli moi teściowie, więc to Ernest został głową rodziny McGonagall. Zmarł też mój brat, a reszta rodziny Blacków uznała, że jestem teraz już częścią rodziny męża. Nie było nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić. Ponownie zaszłam w ciążę. Gdy urodziłam chłopca, zdrowego dziedzica, postawa Ernesta diametralnie się zmieniła. Ponownie mnie zmanipulował, pozwolił na badania nad smokami, na opiekę nad synem, na wszystko – o ile będę grać jego oddaną żonę. Musiałam przystać na ten układ, nie miałam wyjścia. Nie potrafiłam udawać miłości do niego, ledwie powstrzymywałam wstręt i obrzydzenie. Mimo wszystko jakoś to funkcjonowało: byliśmy najpotężniejszą rodziną na Wyspach, klejnotem socjety, najwybitniejszymi smokologami w historii. Robiłam wszystko na chwałę McGonagallów, by kiedyś Robert mógł zbierać tego owoce. Moje serce otoczyłam kamiennym murem, więc byłam zimną i nieczułą matką, ale wciąż miałam w pamięci to, co stało się z Constance. Robiłam wszystko, by chronić Roberta. Gdy poszedł do Hogwartu, poczułam ulgę, że smoki się o niego nie upomniały. Poświęciłam się pracy badawczej i pomaganiu w Instytucie. Zamknęłam się w swojej skorupie, pozwalając wrócić bólowi tylko gdy odwiedzałam Constance.

- Ernest bił mnie już rzadziej, ale robił się starszy, częściej wpadał w gniew. Kilka lat po ukończeniu przez Roberta Hogwartu, obserwowałam ciężarną samicę zielonego walijskiego w filii Instytutu w Cardiff. Ernest musiał jakimś cudem dowiedzieć się, że potajemnie odwiedzałam córkę, bo wpadł do zagrody wściekły, łamiąc wszelkie zasady bezpieczeństwa. Na oczach smoczycy zaczął bić mnie, kopać i obrzucać wyzwiskami. Smoczyca po prostu stanęła w mojej obronie… przebiła mu płuco szponem. – czarownica znów przerwała swoją opowieść.

Albus spojrzał na pobladłego ambasadora. Pewnie jak reszta świata, żył w przekonaniu, że smoczyca zareagowała zbyt gwałtownie, bo była w odmiennym stanie. Nikt nawet nie podejrzewał, że stworzenie po prostu zareagowało zgodnie z więzami starożytnej magii, która nakazywała chronić Smoczą Wojowniczkę.

- Widziałam jak przymierza się do ciosu. Patrzyłam jej w oczy ponad jego ramieniem. Nie zrobiłam nic, by ją powstrzymać. Mogłam go uratować. Pozwoliłam mu umrzeć. – ta wiedźma właśnie opisywała śmierć swojego męża z lodowatą obojętnością. Nikt nie potrafił się zdobyć na odpowiedź. Tylko Minerwa pozostawała wtulona w babkę.

- Oczywiście musiałam grać zdruzgotaną żonę. Robiłam to dla Roberta, bo Ernest dla niego miał tylko swoje dobre oblicze. Nie chciałam, by ten obraz rozbił się na kawałki. Gdy na świat przyszła Minerwa i było wiadome, że Clary nie urodzi więcej dzieci, padł na mnie strach, że smoki mogą upomnieć się właśnie o nią. Częściej odwiedzałam Constance, ukradkiem wypatrując oznak choroby. Jednak władcy smoków nie umierają jak reszta. One po prostu gasną. Teraz to wiem. W każdym razie wierzyłam, że w Hogwarcie Minerwa będzie bezpieczna. Gdy smoki zaczęły zbierać się na swoje zebranie byłam przerażona. Wtedy jednak jeszcze raz przetłumaczyłam manuskrypt. Napisano w nim, że tę tradycję może przerwać jedynie morderstwo władcy smoków. Z racji tego, że to najpotężniejszy przedstawiciel tego gatunku zabicie go jest prawie niemożliwe. – Theresa urwała, kręcąc głową.

- Ale ty miałaś zaufanie Constance. Pozwoliła ci podejść blisko, uwierzyła, że chcesz ją uleczyć. Zamordowałaś własną córkę, by uratować Minerwę. – wyszeptał Albus.

Pojedyncza łza spłynęła po policzku starszej kobiety. Minerwa odwróciła się do nich, jednocześnie przywierając bardziej do babki. Jej szmaragdowe oczy rzuciły pełne wyrzutu spojrzenie Albusowi.

- Matko, to prawda? To ty użyłaś zaklęcia zabijającego? Smok, którego wczoraj znaleźliśmy, którego kazałaś mi pochować… to była moja siostra? – głos ambasadora był cichy, ale drżący.

- Tak, synu. To były zwłoki Constance. Straciłam ją już wiele lat temu, jeśli ceną za Minerwę była śmierć mojej córki, musiałam to zrobić. Wybacz mi. – matka błagalnie patrzyła na syna, który z trudem przełknął ślinę. Uciekł wzrokiem, wyraźnie zbyt poruszony, by odpowiedzieć.

- Kto będzie w takim razie władcą smoków? Kto ma nad nimi kontrolę? Wszystkie osobniki, które pouciekały z Instytutów, wróciły do nich. Nawet smoki z banku Gringotta przybyły z powrotem. Jak mamy je traktować? – zapytał minister rozsądnie.

- Manuskrypt mówi, że od chwili morderstwa władcy, smoki już nigdy nie zbiorą się na zebraniu, że pozostaną po prostu zwierzętami, takimi jakie opisałam w moich książkach. Gdy podniosłam różdżkę na smoka, moja moc Smoczej Wojowniczki została mi odebrana. Jeśli się nie mylę, otrzymała ją Minerwa. Jest ostatnią Smoczą Wojowniczką w historii.

Albus zmrużył oczy, wpatrując się w dziewczynkę. Minerwa uniosła brwi:

- Mogę kontrolować smoki?

- Tak kochanie, ale to trudne zajęcie. Na razie będziesz musiała wrócić do szkoły i nauczyć się kontrolować swoje moce. W wakacje zabiorę cię na podróż po Instytutach, gdzie pomożemy smokologom w odbudowywaniu zaufania smoków.

Minerwa uśmiechnęła się do babki, wyraźnie cieszyła ją taka perspektywa. Minister odchrząknął:

- No dobrze, ale co powiemy światu?

I znów wszystkie oczy zwróciły się na lady McGonagall. Albusa fascynowała aura władzy, jaką roztaczała ta czarownica, jednak tym razem chyba wszyscy uznali, że to głównie jej tajemnice.

- Powiemy, że smoki poleciały by być z umierającym władcą. Jako swoją ostatnią ofiarę władca wybrał Minerwę, bo jest niezwykle potężnym dzieckiem. Jednak ja i profesor Dumbledore w porę ją uwolniliśmy i dobiliśmy umierającego władcę. Smoki wróciły do dawnego życia. Tyle.

Albus widział kilka słabych punktów w tej historii, ale nie zamierzał się wtrącać. Zamierzał trzymać się tej wersji, ze względu na Minerwę. Już wcześniej była bardzo potężna, teraz, będąc Smoczą Wojowniczką, stała się podwójnie cenna.

- Dobrze, szczegóły dopracujemy później. Wszystko co tu zostało powiedziane, nie opuści murów tego gabinetu. Dziękuję za zaufanie, lady McGonagall. – Oscar skłonił głowę.

- Chciałabym razem z synem i wnuczką, jeśli oczywiście będą chcieli, wrócić do Szkocji. Profesorowie pewnie są wyczekiwani w Hogwarcie. – czarownica powoli wstała, wcześniej stawiając Minerwę na ziemi.

- Tak, na dwa dni wnioskuję o urlop dla siebie i dla matki. Minerwa pójdzie z nami, wróci do Hogwartu, gdy wszystko zostanie wyjaśnione. – Robert również wstał.

- Czy jest szansa na spotkanie, lady McGonagall? – zapytał cicho Armando, z zawstydzeniem patrząc w stalowe oczy swojej dawnej miłości. O dziwo, jej spojrzenie zmiękło:

- Pojutrze o 17 przywiozę Minerwę do zamku. Wtedy będziemy mogli porozmawiać, dyrektorze Dippet. – odpowiedziała, podając mu rękę do ucałowania.

Albus oderwał wzrok od tej niesamowitej pary, bo ktoś potrząsał jego rękawem:

- Profesorze, dziękuję, że przybył pan z babcią, by mnie uratować. – to Minerwa stała obok niego.

- Jak mógłbym zostawić moje ,,lwiątko"? – zapytał w odpowiedzi, z błyskiem w oku.